MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minister pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minister pracy. Pokaż wszystkie posty

30/11/2013

Nazwa „Solidarność” – zobowiązuje do solidarności. Solidarności silnych ze słabymi.

Jak było wtedy z tą solidarnością – dowiadujemy się dopiero teraz.
Nawet ja – będąc członkiem Związku od początku, dopiero dziś dowiaduję się ze współczesnych opowieści osób organizujących pierwszy strajk w Stoczni i strajki „solidarnościowe” w innych zakładach, że „Solidarność” – tej prawdziwej solidarności musiała się wówczas dopiero z trudem uczyć. I to uczyć się na błędach. Dotyczy to szczególnie Wałęsy, ale przecież nie tylko jego…
Nazwa związku nawiązywała do takiego sposobu działania i współpracy pomiędzy organizacjami zakładowymi, gdy wielkie zakłady pracy, mające bardzo liczne załogi – działają jawnie i czynnie, wysuwając żądania pracownicze wobec władzy, również dotyczące pracowników innych, mniejszych zakładów lub nawet generalnie – pracowników w ogóle, a te małe zakłady – które nie byłyby w stanie strajkować skutecznie – zapewniają poparcie tym wielkim, biorą udział w manifestacjach, w działaniach informacyjnych, tworząc tę „masę” wsparcia społecznego – z którą każda władza będzie musiała się liczyć i wręcz – od której każda władza zależy.

Początkowo być może tak to funkcjonowało na fali wielkiego zrywu społecznego, dzięki temu „Solidarność” powstała jako oficjalna, legalna dziesięciomilionowa organizacja i odniosła wielki sukces. Stan wojenny wiele jednak zmienił, związek odbudowany ku wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu dawnych czołowych działaczy ledwie wówczas wypuszczonych z miejsc internowania, reaktywowany nagle i niespodziewanie podczas załamywania się władzy PZPR, gdy osłabione zostały już rygory stanu wojennego – nie był tym samym związkiem ani personalnie, ani ideowo. Późniejsze przemiany gospodarcze dowiodły, że poszczególnym organizacjom zakładowym trudno już się nieraz dogadać, wręcz mnożyły się przypadki konfliktu pomiędzy „Solidarnością” w jednym zakładzie pracy czy branży a „Solidarnością” w innych zakładach lub branżach; wąsko pojmowane interesy załóg lub grup zawodowych okazywały się ważniejsze niż wspólna solidarna walka o wspólne dobro. To zresztą było nieuniknione w coraz bardziej komplikującym się świecie gospodarki rynkowej – w porównaniu z – pod tym względem prostszym – zunifikowanym światem centralnie planowanej gospodarki państwowej.

Wszystko wskazuje więc na to, że związek „Solidarność” musi uczyć się solidarności nadal.
Dziś Solidarność programowo działa w interesie pracowników. Zajmuje się głównie warunkami pracy, prawem pracy itp. a więc sprawami dotyczącymi osób aktualnie pracujących, zrzeszonych w zakładowych organizacjach związkowych. Jedną z form działania był udział reprezentacji związkowej w pracach tak zwanej Komisji Trójstronnej której przewodniczy Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak Kamysz. Komisja zajmuje się debatą nad propozycjami rządowych zmian np. projektem ustawy o zmianie ustawy Kodeks Pracy – dotyczących tzw. „elastycznego czasu pracy” oraz wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy. Zmiany te zostały wprowadzone pomimo wielu zastrzeżeń związkowych, gdyż opinie ZZ nie są dla władzy zobowiązujące. Wszystko wskazuje na to, że dla władzy a konkretnie dla Ministra Kosiniak Kamysza atrapa komisji trójstronnej była jedynie platformą propagowania rozwiązań rządowych, miejscem gdzie próbowano przekonać związkowców do proponowanych zmian, na zasadzie nie dialogu a pewnej zorganizowanej „promocji” projektów rządowych, które wprowadzano niezależnie od stanowiska związkowego, co najwyżej uznając, że promocja się nie powiodła i związkowcy do rozwiązań rządowych nie dali się przekonać, Ale władza tak czy inaczej – wprowadziłaby te zmiany, realizując swoją założoną wcześniej politykę; politykę służenia biznesowi w ramach wzajemnej solidarności. Bo po tamtej stronie mamy też „Solidarność”: solidarność polityki i biznesu.

Odnosi się od dawna wrażenie, że już sama nazwa „komisja trójstronna” jest mylącym nadużyciem, gdyż w komisji tej spotykały się w istocie dwie strony: wspólna reprezentacja dużych central związkowych jako jedna strona – z syndykatem polityczno – biznesowym zwanym „rząd i stowarzyszenia pracodawców” – jako stroną drugą. W takim układzie – strona związkowa nie miała wiele do powiedzenia. Działalność takiego ciała – stała się farsą demokracji i kpiną z dialogu; zapewne głównie z tego powodu – związki zawodowe zrezygnowały z udziału w pracach Komisji Trójstronnej. Była to forma protestu. Jednak ten sztafaż jak się okazuje był bardzo potrzebny syndykatowi polityczno – biznesowemu.
Widać to w kolejnej sprawie – płacy brutto ustawowo określanej jako minimalna w odniesieniu do umów o pracę w pełnym wymiarze czasu pracy. Jeszcze nie umilkły na dobre echa żądań skandowanych przez ogromne tłumy pracowników podczas sobotniej warszawskiej manifestacji (14.09.2013) pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”, a minister Kosiniak Kamysz już ponownie zaprasza związkowców, apeluje o powrót do udziału w pracach „Komisji Trójstronnej” – by nadal udawać „porozumienie społeczne” i przy tym dzielić się ze związkami odpowiedzialnością za zmiany tak naprawdę przeprowadzane wyłącznie przez władzę. Widać tu wielkie podobieństwa do sposobów działania władzy „ludowej” za czasów PRL. Generalnie widać, jak wiele obecna władza z Platformy Obywatelskiej nauczyła się od władzy PRL-u.
Zbyt wiele.
Prawdopodobnie też i dlatego tak samo skończy…

Wracając jednak do solidarności.
Potrzeba dziś wielkiej solidarności. Solidarności ze słabymi, nie mogącymi strajkować, nie mającymi czym straszyć władzy.
Prócz pracowników wykonujących swoje zawody i zarabiających więcej lub mniej poprzez pracę, jest wielka grupa pracowników – którzy zostali pozbawieni pracy i często wypchnięci z rynku pracy totalną, bezwzględną i bezzasadną odmową zatrudnienia. Odmową przede wszystkim bezprawną, łamiącą zasady prawa. Mam na myśli tak zwanych bezrobotnych. Tych rzeczywistych bezrobotnych. To po prostu często pracownicy obecnie niezatrudnieni, gotowi natychmiast podjąć pracę nawet często za wspomniane wynagrodzenie minimalne. To ludzie z trudnością walczący o przetrwanie każdego dnia i tygodnia, pozbawieni zasiłku dla bezrobotnych a zbyt dumni by razem z ofiarami różnych patologii społecznych ubiegać się o pomoc państwa w ośrodkach pomocy społecznej. To pracownicy z długim nieraz stażem, których zwolniono podczas upadłości zakładów pracy, przy prywatyzacji, redukcji zatrudnienia, restrukturyzacji przedsiębiorstw lub zwolniono (pozbyto się) wbrew prawu ze względu na wiek i teraz również wbrew obowiązującemu prawu odmawia się im zatrudnienia – pod różnymi pozorami lecz w rzeczywistości także ze względu na wiek. mam na myśli pracowników, dziś bezrobotnych w wieku po 50 roku życia.
Jeśli mamy nadal mówić o solidarności pracowniczej – NSZZ „Solidarność” musi ich także objąć swoimi działaniami. Dość lekceważenia bezrobotnych 50 plus!

Nie było, nie ma i nigdy nie będzie zgody na poświęcanie kilkudziesięciu tysięcy czy kilkuset tysięcy ludzi na poniewierkę, cierpienie fizyczne i psychiczne i wreszcie na śmierć na przysłowiowych lub rzeczywistych śmietnikach! To hańba Donalda Tuska i jego rządu Platformy Obywatelskiej! Przy dalszej bezczynności może to być także hańba „Solidarności”!

Nic nie wskazuje na to, by władza sama chciała rozwiązać ten problem; władza jest zresztą po części zakładnikiem lobby biznesowego a ono nie widzi w tym żadnego problemu. Niestety podobnie nie można liczyć na ewentualny rząd powstały z innych ugrupowań politycznych, chwalących liberalizm nawet wówczas gdy odebrał on kilkuset tysiącom ludzi ich wszystkie prawa, bo przecież odmowa prawa do pracy jest równoznaczna praktycznie z odmową wszelkich innych praw, z powodów finansowych i innych wywodzących się z następującej przez to nędzy.
Szczególnie i przewodząca dziś w sondażach poparcia społecznego partia Jarosława Kaczyńskiego nie wykazuje żadnego zainteresowania tym problemem, prawdopodobnie dlatego, że podporządkowana jest osobiście samemu Prezesowi PIS – całkowicie wyobcowanemu społecznie, nie mającemu pojęcia o realiach i kosztach codziennego życia, normalnych potrzebach człowieka czy rodziny, sprawiającego wrażenie – że zajmuje się wyłącznie „robieniem polityki” a ktoś inny mu wszystko kupuje, gotuje, sprząta, pierze, płaci rachunki za prąd, gaz czy ogrzewanie i dlatego Pan Prezes Kaczyński nie ma świadomości, że wszystko to wymaga PŁACENIA a to płacenie wymaga ZAROBIENIA a zarabia się w większości przypadków w pracy najemnej… czyli, że człowiek pozbawiony pracy – JEST POZBAWIONY WSZYSTKIEGO!
Jest pozbawiony przez społeczeństwo wszelkich praw w imię „liberalizmu”.

Dowód na trafność takich wniosków Pan Prezes dał sam, wybierając się kiedyś „oficjalnie” w towarzystwie kamer i współpracowników do „sklepu osiedlowego” (podobno chodziło o „Biedronkę”) – by udowodnić, jaka w kraju jest drożyzna a zapominając przy tym zabrać pieniędzy na te zakupy oraz nie mając świadomości, że „Biedronka” jest wielką siecią sklepów najtańszych…

Nie ma innych sił zainteresowanych, dlatego jeśli NSZZ „Solidarność” nie podejmie natychmiast tematu bezrobocia pracowników wieku 50+ moim zdaniem przestanie być godna swojej nazwy i swojego rodowodu! Starsi pracownicy pozbawiani pracy są najsłabszym podmiotem w społeczeństwie. Konieczne jest włączenie problemu bezrobotnych z tej grupy do zainteresowania Związków Zawodowych w imię solidarności pracowniczej.

Najbardziej istotne w tej sprawie jest to, że chodzi tu o pracowników pozbawionych pracy, których spotyka z niewiadomych powodów odmowa zatrudnienia. To nie są jacyś „inni ludzie” albo zwierzątka a pracownicy ze stażem ponad 25 lat, których nagle zwolniono a następnie zaczęto odmawiać im zatrudnienia oraz realnej pomocy ze strony Urzędu Pracy. Dlatego należy traktować ich jak pracowników czasowo niezatrudnionych i objąć ich potrzebną pomocą w ramach solidarności pracowniczej, pomocą sprowadzającą się do wystąpienia silnych organizacji do władz z żądaniami natychmiastowego rozwiązania tego problemu. W innym wypadku – NSZZ „Solidarność” – zajmując się tylko interesami tych co już pracują, są członkami związku i płacą stosowne składki – okryje się hańbą tak samo jak władza, która doprowadziła do takiej tragicznej sytuacji.

25/10/2013

„… Za to, żeście nadzy, za to żeśmy winni, obojeście umrzeć powinni…”

Dotarło do mojej świadomości zadziwiające zjawisko, z tych które da się dostrzec i zrozumieć jedynie z pozycji osoby bezpośrednio zaangażowanej…
Ostatecznie to naturalne, że rozwijamy się poprzez doświadczenia życiowe i ten proces rozwoju, jak wznoszenie się w górę, poszerza nasze pole widzenia czy przestrzeń odczucia, jakby coraz odleglejszy horyzont. Nie dość jednak, że są ludzie na to odporni, to jeszcze na dodatek wcale nie działa to tak automatycznie; rozwój często nie jest dość równomierny, by umożliwił efekt wznoszenia się na wyższy poziom, poszerzenia granic, doskonalenia człowieczeństwa. Mam na myśli równowagę bądź jej brak – pomiędzy rozwojem wiedzy a rozwojem człowieczeństwa. Bo wbrew temu co głoszą skrajni materialiści – wiedza (w znaczeniu oficjalnie naukowym) nie jest człowieczeństwem. Podobnie i uczucie, intuicja, współczucie – bez wiedzy są jedynie częścią tego, co nazywamy człowieczeństwem.

Niestety wiele wskazuje na to, a w szczególności obserwacja własnego życia, że człowiek może w pełni zrozumieć jedynie to – co leży z obszarze jego bezpośredniego doświadczenia. Doświadczenie daje wiedzę a jednocześnie może otwierać człowieka w pełni na współczucie – dając w wyniku cechę zwaną empatią.
Uważam, że jedynie wzrost empatii – jest rozwojem człowieczeństwa.
Sama wiedza – nie wystarczy. Empatia to umiejętność zrozumienia uczuć innego człowieka, jego odczuć, motywacji, postaw, decyzji – które nigdy przecież w praktyce nie wynikają wyłącznie z obiektywnej wiedzy naukowej. Często nie są obiektywne ani optymalne, ale nie mogą być inne, bo są kształtowane także przez jego przeżycia, własne doświadczenia i wyciągnięte z nich niegdyś wnioski, poziom samooceny, stopień ambicji i stopień ich realizacji, charakter, cechy charakterologiczne związane z płcią, doraźną sytuacją materialną i rodzinną i tak dalej.

Empatia – to w rzeczywistości miłość.
Miłość do człowieka, do ludzi. I nie tylko do ludzi. Oczywiście nie mam na myśli miłości „erotycznej” a raczej to, co kierowało czynami wielu dobroczyńców posługujących innym ludziom potrzebującym pomocy – z humanistycznej miłości, przy okazji często i nieprzypadkowo nacechowanej wartościami chrześcijańskimi.
Przykład – Matka Teresa z Kalkuty opiekująca się trędowatymi, przekonana że w ten sposób „pomaga Jezusowi” i namawiająca wszystkich spotykanych ludzi do tego samego. Potrafiła dość przypadkowych ludzi, przyjezdnych, naukowców ekspertów od epidemii przybyłych z USA i rozmawiających ze sobą o sposobach pomocy potrzebującym – zaangażować do pędzla i wapna, mówiąc: możecie gadać, ale jednocześnie pobielcie mi wapnem tę izbę dla trędowatych, pomóżcie Jezusowi…
Można zrozumieć drugiego człowieka tylko przez miłość, posługującą się także sprawdzoną wiedzą. To spostrzeżenie bardzo ogólne…

W praktyce człowiek rozumie to, co sam przeżył. I poprzez odwrócenie tego twierdzenia – nie jest w stanie zrozumieć tego, czego nie przeżył, z czym się osobiście i bezpośrednio wprost nie zetknął.
Tak tylko chyba można wyjaśnić wspomniane na wstępie, zadziwiające zjawisko jakie stało się udziałem wielu ludzi w tym kraju: NIENAWIŚĆ DO BIEDNYCH.
Nienawiść, zniecierpliwienie, wyższość, lęk…
Szukając źródła tego, rozważałem historię PRL; bezrobocie było marginalne, bo praca była obowiązkiem każdego obywatela zdolnego do pracy. Osoby uchylające się od podjęcia pracy były napiętnowane jako wrogowie ideowi, ale i wrogowie porządku publicznego. Osoba nie posiadająca w Dowodzie Osobistym adnotacji o miejscu pracy lub meldunku była automatycznie podejrzana w sensie kryminalnym. Bezrobotni, zwłaszcza długotrwale bezrobotni – wywodzili się z tzw. marginesu społecznego, alkoholików, kombinatorów wszelkiej maści albo ze środowiska skonfliktowanego z prawem lub z władzą (np. opozycji politycznej) – gdyż pozbawienie pracy było formą represji politycznej. W obu przypadkach – osoby bezrobotne były napiętnowane przez propagandę we wszelki możliwy sposób i to nie mogło pozostać bez wpływu na dzisiejszy stosunek ludzi do bezrobotnych. Kilkadziesiąt lat indoktrynacji społeczeństwa, wmawiania że bezrobotny to wróg publiczny, nierób, pijak i potencjalny przestępca – może się i dziś odzywać w formie negatywnego stereotypu powtarzanego ze „świętym przekonaniem” przez osoby prymitywne, niesamodzielnie umysłowo, prostackie, mało dociekliwe, skłonne do przyjmowania stereotypów albo nawet nie zdające sobie sprawy z tego, że ich „poglądy” są jedynie powtarzaniem narzuconych im stereotypów.
Czy to mogłoby być wystarczającym wyjaśnieniem wspomnianej postawy?

Nie sposób nie zauważyć, że okoliczności bezrobocia diametralnie się dziś zmieniły. Bogu ducha winni starsi ludzie są nagle zwalniani z wieloletniej pracy po czym latami odmawia im się jakiegokolwiek zatrudnienia, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia powodu. Tym powodem jest ich wiek a dokładniej jakiś stereotyp panujący wśród pracodawców na temat znaczenia wieku pracownika, idiotyczna moda na „młode, dynamiczne zespoły”; stereotyp któremu nie przeszkadza nawet to, że prowadzi bezpośrednio do bezprawia (łamania prawa pracy a w nim – zakazu nierównego traktowania kandydatów do pracy i pracowników pod jakimkolwiek względem).
Dziś bezrobotny nie pochodzi z „marginesu społecznego” a raczej to właśnie długotrwałe bezrobocie spycha go na tenże margines. Bezrobotny to ofiara kulawego „rynku pracy”,ofiara idiotycznego eksperymentu "liberalnego", nieudanej akcji szkoleń – przekwalifikowań, która zaowocowała marnotrawstwem miliardów euro pomocy unijnej a dała marginalny efekt pomocowy dla bezrobotnych (za to wielu przedsiębiorców bardzo się wzbogaciło).

Nadal jednak, jeśli ktoś sam nie znalazł się w takiej sytuacji, nie był bezrobotny, jeśli choć nie otarł się o realne zagrożenie całkowitą utratą środków niezbędnych do życia – widzi w bezrobotnych jak za PRL – ludzi którzy pracować nie chcą. Może efekt ten; efekt kilkudziesięcioletniej propagandy – dałoby się złagodzić odpowiednimi działaniami władzy, lecz władza przeważnie milczy, albo przedstawia bezrobocie jako coś nad czym nie ma kontroli, z powodu tak zwanego „kryzysu” oraz z przyczyn ideologicznych Platformy Obywatelskiej.

Powiem szczerze: wydaje się, że ta wersja z PRL – to znaczy traktowanie bezrobotnych jak marginesu społecznego – jest wygodna, bo daje oceniającym samousprawiedliwienie.
Tu nasuwa mi się jeszcze inne wyjaśnienie wspomnianego zjawiska: ludzie nienawidzą bezrobotnych z powodu… własnej bezradności.
W rzeczywistości nie mogą im pomóc – sami nie biedniejąc lub nie wchodząc w konflikt z władzą, ale przecież jakoś to muszą sklasyfikować na potrzeby swojej równowagi wewnętrznej; uczuciowej, emocjonalnej… Muszą nadać temu jakieś wyjaśnienie, usprawiedliwienie – by nie tkwić w psychicznym rozdarciu, ale tego się wyjaśnić ani usprawiedliwić nie da. Stąd efekt niechęci czy wręcz nienawiści do OFIAR, nie do sprawców – staje się jedynym psychologicznie dostępnym wyjściem. Efekt chyba podobny, jaki dotyczy ofiar gwałtu, ofiar przemocy domowej itp. To niechęć do nierozwiązywalnego dla nich problemu, który ich niepokoi, wprawia w dyskomfort, rozterkę.
Mam na myśli oczywiście osoby postronne, bo aparat urzędniczy związany z bezrobociem – od ministra pracy do pośrednika pracy w powiatowym urzędzie, uodpornił się na ten dylemat moralny w sposób doskonały, chowając się jak za tarczą – za przepisami, językiem (żargonem) urzędniczym, procedurami, swoim poczuciem wyższości oraz… zainteresowaniem jak najwyższą stopą bezrobocia, dającą im pracę (interesem).
Wydaje się oczywiste, że państwo Tuska nie spełnia tu swojej zasadniczej roli, roli pośrednika pomiędzy interesem społecznym a interesem biznesu. Wręcz – państwo to biznes. Władza – to syndykat biznesowo-polityczny ponad społeczeństwem czy może obok niego….

Taka „ucieczka w nienawiść” jest także bez wątpienia skrajnie niekatolicka w tym podobno katolickim społeczeństwie, co dowodzi pozorności tej wiary.

___________________________________________________
Tytuł – to fragment przejmującego wiersza Władysława Broniewskiego „Ballady i romanse”. Wiersz dotyczy wojny i holokaustu, ale czy nie ma tu pewnej analogii?

20/10/2013

Zdrowy rozsądek „normalnych” obywateli.

Dochodzi 5:43. Stoję na przystanku tramwajowym na który zaraz podjedzie „dwójka” którą pokonam połowę trasy do pracy, do odległej, peryferyjnej dzielnicy miasta. Reszta tej trasy – to już autobus. Szarawo, wilgotno, chłodno, smutno… „za oknami świta, widać że rozkwita, rosną domy z prawej, z lewej będą też; przecież to jest nasza Duma Pospolita, a wy jacyś tacy…” – przychodzą mi nagle na myśl słowa piosenki kabaretowej śpiewanej niegdyś przez Bogdana Smolenia. Widać… że rozkwita…?

Podjeżdża dwójka. Siadam zawsze w drugim wagonie na tym samym miejscu, bo jestem tam „umówiony” ze znajomą, która dosiada się kilka przystanków dalej. Rezerwuję jej miejsce, ale teraz nie mogę, bo jest ono zajęte; siedzi tam (a może raczej leży?) człowiek. W grubej, wyświechtanej kurtce z kapturem nasuniętym na głowę, w porwanych portkach, rozpadających się butach, z pękiem reklamówek z hipermarketu wypchanych jakimiś gratami ze śmietników; cały w jakiejś słomie czy trocinach… nasuwa kaptur na twarz, zakrywając oczy dłonią pokrytą jakimiś liszajami czy ranami uczuleniowymi i tak trwa, roztaczając wokół siebie smród wprost nie do opisania. Smród jaki wydaje niemyte tygodniami ciało, nieprana odzież.
Mój Boże! Czy to aby nie ja? – przechodzi mi nagle na myśl absurdalne podejrzenie.
Nie, to nie ja. Jeszcze nie ja… Nie i jeszcze długo nie!
Siadam nieco dalej, po chwili przesuwam się jeszcze bardziej w drugi koniec wagonu… na najbliższym przystanku nie wytrzymuję i biegiem przesiadam się do pierwszego wagonu; tam jest co prawda już spory tłok, brak miejsc siedzących, ale da się oddychać bez odruchu wymiotnego. Stare wojskowe powiedzenie z czasów PRL, że „lepszy ciepły smród niż zimne świeże powietrze” – nie sprawdza się po raz kolejny…
No cóż: nie poradził sobie… jak by powiedział pierwszy lepszy „leming” z Platformy: Nie poradził sobie więc nich go szlag… w imię liberalizmu…
Jak to się stało, jak do tego doszło; nie wiadomo… podejrzewam, że to byłaby historia dość typowa i powtarzalna, wręcz banalnie powtarzalna, gdyby nie tragizm tego, że mamy oto do czynienia ze zjawiskiem, które przez całe dziesięciolecia w Polsce utożsamiano ze „zgniłym zachodem” i upadającym imperializmem amerykańskim. Czyli – teraz i my, Polacy też upadamy? On już w każdym razie – zdaje się – upadł… dorównał imperialistom…
To oddzielny temat. Bardziej mnie zastanawia – co z tym dalej. Co dalej!

Przecież to JEST CZŁOWIEK! To Polak, obywatel w swojej ojczyźnie. Swojak. Nie mam do niego żadnej pretensji. Może zrobił jakiś błąd, może padł ofiarą oszustwa albo pracodawcy nie chcieli go zatrudnić – „bo nie”.
Teraz, w tym stanie sprawy chodzi jednak nie o to – dlaczego tak, ale – co dalej. „Panie Premierze: – jak żyć!”

Konstytucja, która jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej stwierdza jednoznacznie:

„Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego”
„Obywatel ma prawo do zabezpieczenia społecznego w razie niezdolności do pracy ze względu na chorobę lub inwalidztwo oraz po osiągnięciu wieku emerytalnego.”
„Każdy ma prawo do ochrony zdrowia.”
„Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych.”
„Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku.”

Trudno mi sobie wyobrazić, jak ten, najprawdopodobniej już bezdomny człowiek ma skorzystać ze swojego prawa do ochrony zdrowia, skoro nie ma warunków do utrzymania normalnej, podstawowej higieny. Jakoś nie wierzę, by mógł mieć swojego lekarza rodzinnego, przychodnię. Leki może byłyby mu fundowane przez pomoc społeczną, ale ktoś je musi przepisać. Być może przez brak warunków stracił już nawet poczucie potrzeby tej higieny, ale to – jako skutek – nie usprawiedliwia przyczyny. Każde ciało tygodniami nie myte i każde ciuchy tygodniami nie prane – śmierdzą tak samo. Nie myśl sobie – czytelniku, że ty byś w takiej sytuacji pachniał perfumami…

Jego podstawowe prawa gwarantowane przez Konstytucję stają się absolutnie teoretyczne. Na nikim to dziś nie robi już wrażenia; nie takie zasady obowiązującej Konstytucji pozostają dziś martwe dla tej władzy…
Dramat człowieka – to jedno; trudno coś poradzić na to, gdy w tym zdziczałym państwie nikogo nie obchodzi jego sytuacja, brak tu dla niego miejsca, jedynie może jeszcze na śmietniku… Nie jestem za państwem skrajnie „opiekuńczym”; chodzi raczej bardziej o to, by człowiek tak nie upadał a nie – by go później ratować, podtrzymywać, wyciągać z biedy i bezdomności. W „normalnym” państwie to powinien być rzeczywisty margines.

Ale, skoro nie z punktu widzenia humanizmu albo miłości chrześcijańskiej do bliźniego – spójrzmy na to z innej strony: od strony interesu tych „normalnych” obywateli; człowiek ten jeździ komunikacją miejską. Mniejsza o bilet a raczej z pewnością – jego brak. Korzysta z komunikacji więc… rozsiewa tam miliony niesamowitych bakterii i wściekłych wirusów, jakieś nieciekawe egzemy, gronkowce, salmonelle, grzybice… Korzysta z urządzeń miejskich dostępnych publicznie, np. toalet… Po prostu nie jest w interesie społeczności, by ten człowiek i jemu podobni byli w takim stanie. Prócz estetyki są jeszcze względy sanitarne, epidemiologiczne itp. Po prostu powinien tu zadziałać zdrowy rozsądek reszty mieszkańców miasta.
W mieście nie ma łaźni miejskiej; zlikwidowano ją w latach dziewięćdziesiątych i przerobiono na prywatną galerię sztuki współczesnej. To niejako symptomatyczne. A łaźnia jest potrzebna. Jeśli już przyjąć, że takie sytuacje będą się powtarzać, stają się „normalnym” zjawiskiem w tym społeczeństwie – to w interesie lokalnej społeczności byłoby istnienie czegoś w rodzaju „łaźni z ambulatorium dla bezdomnych” gdzie ludzie w takim stanie powinni mieć prawo się wykąpać, skorzystać też z pomocy ambulatoryjnej, opatrzenia ran, dezynfekcji. Powinny tam także być dostępne pralki przemysłowe w których można by uprać „na poczekaniu” oraz wysuszyć ubrania, wymienić je na inne – darmowe (z darów na przykład Caritasu).
Przy okazji ludzie ci powinni być jakoś identyfikowani, nie powinni być tak całkiem nieznani, anonimowi, ktoś powinien starać się nawiązać z nimi kontakt, zaproponować im jakieś wyjście z ich stanu, po zapoznaniu się z ich historią, przyczyną ich bezdomności czy bezrobocia. Mam na myśli oczywiście działania doraźne, bo takie podejście powinno wpłynąć na zmniejszanie się liczby osób w takim stanie (o ile w tym kraju nie nastąpi jakaś zasadnicza zapaść). Koszty takiego ośrodka nie wydają się bardzo wysokie, wystarczyłyby tam trzy etaty (dwoje felczerów – kobieta i mężczyzna oraz ochroniarz-porządkowy), może jeszcze jakiś wolontariusz z organizacji pomocowej do prowadzenia rozmów, wywiadów, doradztwa; trochę proszku do prania, mydła, szamponu, trochę chemii medycznej, opatrunków; telefon służbowy… To niewiele a jednak i pomoc dla tych ludzi ogromna i jednocześnie – niejako mimochodem, ochrona stanu sanitarnego publicznych urządzeń miejskich i środków komunikacji w interesie wszystkich. Ale…

… no tak, zapomniałem: to NIEOPŁACALNE. Kto miałby za to zapłacić! ? Nie zapominajmy, że mamy do czynienia z państwem zawłaszczonym przez syndykat biznesowo-polityczny – tylko dla siebie, dla zysku, dla majątku.
To dla nich żaden biznes! Dużo lepiej można wyjść na trumnach dla bezdomnych i ubraniach dla bezrobotnych nieboszczyków. Poza tym; gdy się ludzie (mieszkańcy miasta) będą zarażać czymś w tramwajach i autobusach, to i lekarze zarobią, szpitale i apteki, i producenci leków… bo przede wszystkim biznes musi się kręcić. Przede wszystkim BIZNES!.

A tu … Jakieś socjalistyczne dyrdymały o człowieczeństwie i „wartościach humanistycznych”… o szacunku dla życia i dla losu ludzi…


____________________________________________________________
Post Scriptum:
Odnośnie tematu; jeszcze parę uwag dla czytelników. Państwo Tuska nie spełnia swojej "naturalnej" roli wobec społeczeństwa. Nie jest dobrym pomysłem by wobec tego "ktoś" wypełniał tę rolę za państwo. Sensem istnienia państwa jest jego rola społeczna, więc niewypełnianie jej zaprzecza sensowi istnienia państwa. Takie państwo po prostu PRZESTANIE ISTNIEĆ prędzej czy później. Jak debilnym pomysłem jest sypnięcie paroma cytatami z Biblii jako remedium na anty-społeczność państwa, tak i złym pomysłem jest państwo zastępować, na zasadzie "łatania" dziurawego. Państwo jest ŚWIECKIE więc nurt działalności oparty o demokrację, prawo państwowe, zasady konstytucyjne musi z punktu widzenia państwa płynąc niejako obok nurtu opartego o zasady wiary czy moralności chrześcijańskiej. Oznacza to rozdział państwa od religii. Z drugiej strony - państwo nie jest rozdzielne od ludzi czyli jest takie - jak ludzie. Niepraworządni ludzie tworzą niepraworządne państwo i odwrotnie. problem w tym, by zasady moralności chrześcijańskiej stawały się zasadami praktycznymi, żywymi i odzwierciedlały się w życiu a więc i w każdej dziedzinie funkcjonowania państwa. Nie ma w tym sprzeczności to znaczy nie zaprzecza to zasadzie rozdziału; religia ma doskonalić człowieka a człowiek doskonały - budować dobre państwo. Nie zastępować je. Ulica nie wykarmi bezdomnych i bezrobotnych. Im bardziej będzie się starała, tym więcej ich będzie przybywało, gdyż państwo zacznie zrzucać z siebie jakąkolwiek aktywność i odpowiedzialność. Odruchem serca jest nakarmić głodnego ale to nie może zastąpić pytania - dlaczego on jest głodny, dlaczego nikt go nie chce zatrudnić, dlaczego brak pracy dla dwóch milionów obywateli z których część stacza się z tego powodu aż do bezdomności. Jest wiele patologii w rodzinach, które "pozbywają się" swoich bliskich nieraz bardzo podłymi i przemyślnymi metodami, np. z chciwości, walki o majątek (mieszkanie), osobistej nienawiści itp. Państwo jest ślepe, niesprawiedliwe, nierządne, skorumpowane. Nie chodzi o to byśmy przyjmowali bezdomnych pod swój dach i do swojego łóżka w imię chrześcijańskiego miłosierdzia, a raczej o to, by państwo przestało "produkować" tylu bezdomnych, bezrobotnych i oszukanych. I tu znowu: jeśli ktoś coś może i chce zrobić, pomóc indywidualnej osobie - to (prywatnie) świetnie, ale niech tego nie uważa ani tym bardziej nie ogłasza za sposób rozwiązania problemu, bo to państwo stwarza ten problem i państwo ma go systemowo rozwiązać. Indywidualne działania "pomocowe" tego nie załatwią a wręcz przeciwnie: umacniają przekonanie, ze "nic nie trzeba robić" - bo nie jest przecież tak źle... Indywidualna pomoc w pewnym sensie szkodzi, bo ukrywa skalę problemu.
Państwo - to jedno, ale znacznie bliżej nam do samorządu lokalnego, bo to przecież my... władza samorządowa jednak niewiele robi w sprawach lokalnych z własnej inicjatywy. Dalej jak dawniej - ze wszystkim ogląda się na Warszawę, na wpływy z budżetu centralnego... Nic jednak moim zdaniem nie stoi na przeszkodzie, by dużo bardziej zaangażowała się w rozwiązywanie pewnych problemów lokalnie, u siebie, w powiecie czy województwie.

Wspomniany przeze mnie ośrodek nazwany roboczo "łaźnią z ambulatorium dla bezdomnych i bezrobotnych" mógłby powstać właśnie lokalnym sumptem jako inicjatywa miasta. Dlatego właśnie nie odnosiłem się do górnolotnych ideałów, nie wspominałem o chrześcijańskich postawach ani nie cytowałem Biblii, nie pouczałem nikogo ani też nie apelowałem do sumień katolickich, nie przyjmowałem idiotycznego tonu dydaktycznego z przekonaniem o swojej "jedynie słusznej racji" - a raczej na zasadzie programu - minimum zwróciłem uwagę na ten aspekt praktyczny, który do każdego powinien przemówić: że byłoby to w ewidentnym interesie wszystkich mieszkańców miasta, bo nie byliby narażeni na wspomniane w artykule nieprzyjemności i zagrożenia a i bezdomni nie byliby dotykani w swoim poczuciu godności osobistej które jest i tak narażone na ciągłe "sprawdziany". Oczywiście - nie powinno to pozwolić zapomnieć o problemie systemowym i jego przyczynach wywodzących się z modelu państwa.
I jeszcze ostatnia uwaga dodatkowa do tego tekstu - jako wyjaśnienie moich intencji skierowane do czytelników:
Żaden obywatel nie może być zmuszany do wykonywania działalności, która mu się nie opłaca, ale jednocześnie wykonywanie takiej nieopłacalnej działalności jest w wielu przypadkach KONIECZNE z punktu widzenia interesu społecznego.
W takiej sytuacji - to państwo ma tę działalność zorganizować, zapewnić jej wykonywanie poprzez "interwencję"; pokrycie różnicy pomiędzy faktycznym kosztem a poziomem akceptowalnym przez przedsiębiorców to wykonujących. Dotowanie pracy jako powszechny sposób "walki z bezrobociem" jest wypaczeniem tej zasady, ale w sprawach konkretnych potrzeb społeczności  wydaje się to oczywiste: ulice muszą być sprzątane, śmieci muszą być wywożone, miasto musi być nocą oświetlone, ludzie muszą mieć dostęp do wody zdatnej do picia itp. - niezależnie od tego, czy to się biznesowi opłaca, czy nie. Opłacalność wbrew lansowanej ostatnio modzie - nie jest jedynym kryterium oceny. Podobnie jest i w przypadku przeze mnie tu przedstawionym, osób bezdomnych (bezrobotnych) w mieści

18/08/2013

Ofiary z ludzi – składane bożkowi - „Liberalizmowi” przez barbarzyńców - na śmietnikach.

Przyczyną bezrobocia są dawne i obecne decyzje władzy, na które tak zwany „zwykły” obywatel nie miał i nie ma wpływu. A to właśnie on – „zwykły” obywatel staje się z reguły bezrobotny. Pewną rolę odgrywają tu także przemiany odbywające się poza tym krajem a więc poza zasięgiem decyzyjnym władzy krajowej, zmiany o zasięgu globalnym, ale nie można tego nadużywać jako usprawiedliwienia; po władzę sięga się z pełną świadomością i z pełną odpowiedzialnością za skutek tego.
Bezpośrednią przyczyną bezrobocia, czyli niedoboru popytu na pracę oraz niedostosowania kwalifikacji tych, którzy swoją pracę oferują – są decyzje dotyczące gospodarki a więc decyzje władzy. Z jednej strony wynikają one z braku wizji drogi rozwoju gospodarki czyli „znajomości reguł”; To coś jak gra – w nie wiadomo jaką grę. Zarówno inwestorzy jak i potencjalni obecni oraz przyszli pracownicy mogą i wręcz powinni opierać swoje plany na wiedzy o tym, jak władza ma zamiar gospodarować. Chodzi o spójną, sięgającą w przyszłość wizję działań organizatorskich, na przykład – jak ma się rozwijać energetyka, które gałęzie przemysłu będą rozwijane na rynku krajowym na potrzeby wewnętrzne ale także z nastawieniem na walkę o rynki eksportowe, a które zostaną oparte o import dobrych wyrobów, przy braku aktualnie możliwości konkurencji z obcym przemysłem pod tym względem czy braku dostatecznych przewidywalnych środków inwestycyjnych. Władza ma mieć taką wizję, taki plan – uwzględniający przy tym liczbę obywateli zdolnych do pracy, specyfikę rozkładu podaży kwalifikacji w poszczególnych segmentach oraz prosty fakt, że praca jest zasadniczym źródłem dochodu obywateli niezbędnym do ich samodzielnego egzystowania, jest także zasadniczym elementem funkcjonowania ekonomii.

Niestety takiej wizji i takiego planu od wielu lat nie ma. To nie przez przypadek.
Władza w postaci grupki niedouczonych absolwentów politologii, zaćpanych pokątną „maryhą” i niedopilnowanych przez rodziców, postanowiła założyć partię „obywatelską” – bo to tak ładnie brzmi, wdrażającą w tym kraju wolność. Naczytawszy się amerykańskich lub francuskich teoretyków, odpowiedników Marksa lub naszego Magika-Cynika we fraczku i cylinderku, jeżdżącego po kraju z idiotycznymi „wykładami” i mieszającego młodym zapaleńcom w i tak nie do końca już uporządkowanych zwojach mózgowych – postanowili zaprowadzić tu „liberalizm”. A co to jest liberalizm? No to przecież każdy wie: liberalizm to znaczy, że „wszystko wolno”. Jeśli zaś wszystko wolno – to jakiekolwiek planowanie czy analizowanie nie ma już żadnego sensu; niewidzialna ręka rynku sama wszystko zorganizuje i ustali, przedsiębiorcy będą robili wszystko z korzyścią dla siebie a jeśli czegoś robić nie zechcą, to znaczy że tego robić nie trzeba…

To pewnie dość złośliwe, ale tak sobie wyobrażam moment powstania PO i jej założycieli; Tuska i Bieleckiego, Liberadzkiego i innych. Władza zastąpiła zarządzanie gospodarką – przyglądaniem się „co zrobią przedsiębiorcy, jak zareaguje rynek” oraz ślepą wiarą w „samoregulację” i „niewidzialną rękę rynku” itp. i to właśnie jest źródłem dzisiejszego nieszczęścia. Donald Tusk jest szefem partii tworzącej rząd oraz jednocześnie Prezesem Rady Ministrów – więc to on bierze na siebie całą odpowiedzialność.

Można to stwierdzić trafnie i jednocześnie dość lapidarnie: to wina Tuska. Takie sformułowanie - totalnie ośmieszane przez przydupasów władzy - jest po prostu trafne i owo usilne ośmieszanie tylko to potwierdza.

Bezrobocie jest ogromnym nieszczęściem dla co najmniej dwóch milionów obywateli w tym kraju. Bezrobocie – to głównie brak popytu na pracę lub odmowa zatrudnienia. Może ona mieć różne przyczyny.
Brak kwalifikacji poszukiwanych przez pracodawców; zjawisko dość częste a wynikające także bezpośrednio ze wspomnianego wcześniej braku reguł, braku planowania gospodarczego. Istnieją też miejsca pracy – niezbędnej, ale nie wymagającej szczególnych kwalifikacji. Widocznie jednak liczba takich osób jest większa niż liczba takich miejsc pracy, dlatego część z nich pozostaje bez zatrudnienia. Pytanie – z czego żyją – powoduje zazwyczaj wzruszenie ramion i to nie tylko u władzy ale i u sporej części społeczeństwa.
W wielu zapewne przypadkach dostosowanie kwalifikacji tych osób do potrzeb byłoby realne, dość łatwe i opłacalne – biorąc pod uwagę koszty pomocy społecznej sięgające kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie. Wydaje się to oczywiste i nawet dziecko w wieku szkolnym odpowiedziałoby: trzeba się zorientować czego brak poszczególnym osobom do spełnienia konkretnych oczekiwań pracodawców i pomóc im uzupełnić ten brak. Cwaniacy zwietrzyli w tym znakomity interes i tak też zrobili: stworzyli wspaniały biznes organizowania „szkoleń dla bezrobotnych” z ogromnym dofinansowaniem z funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego. Wydano, nazwijmy to wprost: zmarnowano i „sprywatyzowano” zarazem ogromne kwoty, a skutek okazał się marginalny. Niewiele to dało, bo też i nie miało wiele dać; chodziło o pretekst do transferu ogromnych pieniędzy z funduszy unijnych do prywatnych kieszeni, ale jednocześnie w taki sposób, by nie popsuć „platformy biznesowej” jaką była, jest i ma nadal być tak zwana „pomoc dla bezrobotnych”.

Znaczne ograniczenie bezrobocia jest z punktu widzenia biznesowego po prostu nieopłacalne a koszty „ludzkie” czy „społeczne” nikogo z „liberałów” przecież nie obchodzą. Tym bardziej nie robi na nich wrażenia to, że bezrobocie powstałe głównie na fali „liberalizmu gospodarczego” – odbiera wolność a nawet prawo do życia dwóm czy trzem milionom ludzi w tym kraju.
Liberalizm – odbierający wolność?

Na fali krytyki i powoli następującej ewaluacji dotychczasowych działań – władza zrobiła coś jeszcze głupszego i podlejszego: całkowicie wyeliminowała szkolenia dla bezrobotnych jako formę przekwalifikowania czy uzupełnienia kwalifikacji wykorzystującą przeznaczone na ten cel pieniądze z EFS. Wiąże się to zapewne i ze świadomością, iż „brak kwalifikacji” był dla pracodawców często jedynie pretekstem odmowy zatrudnienia a poza tym – niezależnie już od kwalifikacji – brak ogromnej ilości miejsc pracy w ogóle, rozpatrując to liczbowo. Wynika to z dewastacji krajowej gospodarki na przełomie wieków, likwidacji wielu lokalnych przedsiębiorstw a nawet całych gałęzi gospodarki – z przejściem na import wyrobów gotowych produkowanych przez światowe koncerny. Skoro miejsc pracy jest zbyt mało (o milion) to żadne szkolenia nie zmniejszą bezrobocia a mogą jedynie spowodować jakieś ruchy kadrowe, np. zastępowanie starszych pracowników równie wykwalifikowanymi młodszymi.

Tak jak system polityczny oparty na marksizmie i zaplanowany przez Lenina nazywano dyktaturą proletariatu – tak obecnie nie mniej ideologicznie hermetyczny system zbudowany przez Platformę Obywatelską i Donalda Tuska śmiało można by nazwać „dyktaturą biznesu”, systemem Tuska czy wręcz po prostu „juntą biznesowo-polityczną”, tyle że podczas gdy dawniej proletariat w rzeczywistości nie miał nic do powiedzenia a jeśli już – to wyłącznie do „powiedzenia” (pogadaj sobie i dalej rób co ci kazano), tak współczesna dyktatura jest o tyle groźniejsza, że jest rzeczywista, jest autentyczna, wspierana nie tylko przez władzę ale i przez tych co na niej dzięki władzy żerują. Zadbano o to, by ofiary dyktatury nie stanowiły większości a więc by nie miały dużych możliwości obrony, przez brak poparcia. Nie można zmienić systemu, gdy w wyniku tej zmiany "większość" miałaby gorzej niż wcześniej – oto cała perfidia PO. O tyle więc nie można spodziewać się spektakularnego sukcesu najbliższych protestów związkowych 11 września.

Nim społeczeństwo dojrzeje do powrotu na drogę normalnego, zrównoważonego rozwoju, szacunku dla życia innych ludzi – zabije na swoich śmietnikach bardzo wielu swoich współobywateli, wyrzuconych na margines i potraktowanych jak śmieci. Ale nie martwmy się tym: Historia, Ekonomia, Politologia i Kościół – znajdzie na to wystarczające, ludzkie usprawiedliwienie. A Bóg…

17/07/2013

Egoizm ma kolor starego złota.

O sytuacji bezrobocia w Szczecinie pisałem już między innymi w felietonie:
Balkony Pana Prezydenta
Serdecznie zachęcam do przeczytania go, gdyż poniższy tekst jest kontynuacją poprzedniego.
Szczecin jako aglomeracja miał wiele dużych zakładów pracy; nie tylko stocznię produkcyjną i stocznie remontowe oraz stocznię jachtową. Była tu papiernia w dzielnicy Skolwin, była Huta Szczecin w dzielnicy Stołczyn, Cementownia, Koksownia, słynne zakłady motoryzacyjne „POLMO”, spora wytwórnia sprzętu oświetleniowego „SELFA” i wiele innych.
Wielkie zakłady powstawały tu w czasach pruskiej świetności, miedzy innymi dzięki tak wielkim osobowościom, jak światły kapitalista i dobroczyńca Johannes von Quistorp, działający na Rugii i w Szczecinie.
Dla przykładu – huta postała tu już w 1897 roku. Huta nosząca wówczas nazwę Kratzwick (od nazwy pobliskiej miejscowości, położonej na północ od ówczesnych granic miasta) posiadała już w 1906 roku trzy wielkie piece, koksownię, cementownię oraz cegielnię. Specjalizowała się w produkcji różnych asortymentów surówki żelaza na potrzeby odlewni. Po wojnie stała się samodzielnym zakładem produkcyjnym w 1950 roku pod nazwą Huta Szczecin. W 1992 roku huta jako przedsiębiorstwo państwowe zaprzestała działalności z powodu ponoszenia znacznych strat i utracenia płynności finansowej. Powstały spółki dzierżawiące majątek huty i prowadzące dalej działalność produkcyjną. W 1996 roku po zakończeniu procesu upadłościowego huty przekształcono ją w jednoosobową spółkę skarbu państwa pod nazwą Huta Szczecin S.A. – a zadłużenie wobec wierzycieli spłacono akcjami tej spółki. Produkcja wynosiła wówczas ok. 200.000 ton surówki rocznie. w 2004 roku właścicielem huty została firma „Kronospan”. W 2008 roku zakończono działalność i rozpoczęto rozbiórkę zakładu. Teren do dziś jest nadzorowany przez spółkę – córkę Kronospanu i służy do drobnych przeładunków i magazynowania metanolu.
Podobnie papiernia w sąsiedniej dzielnicy Skolwin (wszystkie te zakłady umiejscowione były bezpośrednio nad brzegiem Odry).
Powstała w latach 1886 – 1911 roku stopniowo, na koniec jako Feldmühle, Papier- und Zellstoffwerke, Scholwin bei Stettin, zakłady produkcji papieru największe wówczas w Europie. Po wojnie Rosjanie zdemontowali i wywieźli do siebie większość wyposażenia zakładu traktując je jako zdobycz wojenną, tak że zdolność produkcyjną przywrócono papierni dopiero w 1952 roku. Pracowało wówczas pięć maszyn papierniczych. W 2005 roku, gdy podupadły zakład przejmował duński inwestor Norhven A/S pracowały już tylko trzy maszyny papiernicze. Inwestor ten unowocześnił i utrzymał w ruchu tylko jedną maszynę papierniczą, która produkowała 180 ton papieru na dobę, a w 2007 roku, z powodu braku środków inwestycyjnych – zlikwidował papiernię.
Przykłady te nie są jakimś ewenementem, to tylko jedne z wielu, historia niszczenia polskiego przemysłu, upadku niezłych zakładów, celowego doprowadzania do upadłości, rozgrabiania, robienia majątków na „dzikich” prywatyzacjach i „planowych likwidacjach”. Czyli – całej tak zwanej polskiej „transformacji”. To przerażający i zawstydzający obraz polskiej niemożności, jakiejś bylejakości, niezborności; brakuje tu właściwie dobrego określenia, różne ciała kontrolne i prokuratury także go nie znalazły…
Prócz niewielu drobnych wyjątków – w zasadzie cały szczeciński przemysł po prostu znikł; obecna „Selfa” jako niewielki prywatny zakład powstały „na gruzach” dawnej wielkiej „Selfy” – nie ma dla rynku pracy specjalnego znaczenia, choć oczywiście bardzo dobrze, że istnieje i z powodzeniem działa jako producent elementów grzejnych i automatyki z tym związanej.
A chodzi tu właśnie o wpływ wspomnianych przemian na ilość miejsc pracy, na rynek pracy. Dla Szczecina ogromną stratą pod tym względem była szczególnie likwidacja Stoczni Szczecińskiej, oznaczająca stratę kilku tysięcy miejsc pracy.
Dziś Szczecin wyludnia się; ma ok. 360.000 (było ponad 420.000) mieszkańców, a wśród nich ok. 17.000 zarejestrowanych bezrobotnych. Stopa bezrobocia wynosiła tu w ubiegłym roku nieco ponad 16%.
Miasto jest od dawna w bardzo niekorzystnym położeniu, głównie przez konflikt Prezydenta Miasta z lokalnymi władzami PO. Miastem od lat rządzi prezydent bezpartyjny, przy pomocy lokalnej koalicji z PIS i SLD. Mówi się, że „Wawszawa nie lubi Szczecina”. Wiele oznak wskazywało dotychczas, że może to być prawda; że na szczeblu centralnym są podejmowane działania blokujące miasto, podejmujące decyzje dla miasta niekorzystne, chyba na zasadzie „jak nie rządzi PO – to nie ma prawa być dobrze”.
Wspominał o tym na swoim blogu także i Prezydent Miasta – Piotr Krzystek w tekście pt. ”Warszawa znowu spycha nas na margines”:
Warszawa znów spycha nas na margines
Miasto postawiło na zwiększenie usługowej bazy biurowej w postaci nowoczesnych biurowców, by przyciągnąć tu duże firmy na stałe, by miały miejsce na dogodne siedziby. Zainwestowano w nową halę widowiskowo sportową, filharmonię, nowoczesny kompleks sportowy dla sportów pływackich „Floating Arena”. Wszystko to jednak zupełnie bez istotnego wpływu na powstanie znaczącej liczby nowych miejsc pracy dla osób, które utraciły zatrudnienie w wyniku likwidacji i upadłości oraz absolwentów corocznie wchodzących na rynek pracy, w dużej części trafiających do rejestru bezrobotnych.
Szczecin ostatnio bardzo liczył na przyciągnięcie inwestorów zewnętrznych dzięki stworzeniu dobrych warunków inwestycyjnych dla inwestycji przemysłowych. Najlepszym na to sposobem są tzw. „Specjalne Strefy Ekonomiczne” (SSE), w których inwestor dostaje np. uzbrojony i przygotowany plac do budowy zakładu (hali), szczególne warunki finansowe, pewne okresowe ulgi zachęcające do inwestowania i pomagające przetrwać w okresie rozruchu itp.
I tu znów – z winy władz rządowych (wojewody) miasto utraciło prawo do powoływania własnych stref. Jedynym wyjściem okazała się współpraca z istniejącymi już w Polsce strefami, w tym przypadku głównie – Mielecką Specjalną Strefą Ekonomiczną – poprzez otwieranie przez nią swoich oddziałów (podstref) w Szczecinie. Niebawem zakończyć się powinno przygotowanie SSE w dzielnicy podmiejskiej Trzebusz. Pozostały też atrakcyjne tereny po-stoczniowe oraz Szczecińskiej Stoczni Remontowej „Gryfia”, bardzo podatne na ponowne przekształcenie w czynne tereny produkcyjne.
Trwa tu jednak polityczno-biznesowy chocholi taniec polityków z osobami uważającymi się za oszukane przy upadłości zakładów, przepychanka lokalnych polityków – do i od koryta, zmagania ambicyjek i pieniactwa. Wszystko to otoczone obojętnością tych, którym jest dobrze…
Obecnie znalazł podobne zainteresowanie także i teren pomiędzy byłą hutą o papiernią.
Firma TELESKOP chce tu zbudować wielką fabrykę i dać trwałe zatrudnienie dla 1000 osób, inwestując na początek 60 – 70 mln zł w budowę hali produkcyjnej o powierzchni 30 – 40 tys. m. kw. oraz budując ok. 300 mb nabrzeża.
Z kolei na terenie SSR „Gryfia” chce zainwestować konsorcjum KSO – tworząc nowy zakład kosztem własnej inwestycji (docelowo 300 mln zł.) mający zatrudnić na stałe ok. 500 osób.
Wraz z innymi szykującymi się inwestycjami przemysłowymi przy ul. Andrzeja Struga i w Trzebuszu oraz dzielnicy Łasztownia – to wielka szansa dla miasta, szansa na „odżycie”, na rozwój, zatrzymanie odpływu wykwalifikowanych, młodych kadr, już bez żadnej żenady „odławianych” tu przez Poznań i wszelakich innych „łowców głów”.
Zresztą: udana jedna inwestycja – jest najlepszą promocją dla nowych inwestorów; najtrudniej zawsze jest zacząć, przekonać że można i że opłaca się.
Jest też jedno ale: wszystko to jest oparte na założeniu… powstania w tych miejscach Specjalnych Stref Ekonomicznych – jako podstrefy Mieleckiej SSE w Gryfii oraz Kostrzyńsko – Słubickiej SSE w Skolwinie. Wniosek miasta w tej sprawie został właśnie w maju br. zablokowany przez Ministra Finansów Jacka V. Rostowskiego.
Komitet Rady Ministrów odroczył decyzję w tej sprawie, z zamiarem ustalenia jakichś „nowych kryteriów” powstawania SSE…
Czyżby znów miały to być kryteria, których Szczecin „z pewnością nie będzie w stanie spełnić”?
Inwestorzy z niepokojem czekają na decyzję, mają już gotowe plany, pewne konkretne uzgodnienia i wymagane zgody budowlane… czas mija, jest już połowa lipca, decyzji brak…
A może brak decyzji to jest właśnie decyzja…
* * *
Zadziwiające jest, jak mało jest wokół nas, a może raczej – w nas, zrozumienia, współczucia, empatii, solidarności w tym najlepszym z możliwych znaczeń. Spora część mieszkańców miasta ma jakąś pracę zarobkową. Przecież nie widać tak na co dzień na ulicach jakiejś masowej biedy, bezdomności, nędzy. Nikt nie umiera masowo na ulicach z głodu. Ludzie chodzą dobrze ubrani, kupują towary ekskluzywne, wyroby z pewnością nie dla wszystkich niezbędne czyli luksusowe, pełne są wielkie centra handlowe, wieczorami trudno czasem o miejsce w kawiarni…
A jednak kilkanaście tysięcy osób nie ma oficjalnej, stałej pracy.
Często niewiele różnią się od innych, a to z powodu coraz lepszej jakości ubrań „używanych” kupowanych na wagę po 5 czy 10 zł za kilogram. Daje to zaskakujący czasem efekt kolorystyczny, ale daje też wrażenie pewnej „schludności” pomimo wszystko…
Ci którym się powodzi, szczególnie pracownicy licznej administracji rządowej, samorządowej i biurowej, służb mundurowych, instytucji budżetowych, oświatowych i miejskich – są zadowoleni; kryzys nie bardzo im doskwiera, nie martwi ich przyszłość, przynajmniej dotychczas.
Problemem dla nich jest za to zaniedbana fontanna, brak kąpieliska dla dzieci, brak starego rynku jako miejsca relaksu po pracy, mało koncertów czy imprez rozrywkowych. Jednocześnie obok nich ludzie pozbawieni pracy z trudnością egzystują w ciągłym strachu, napięciu, depresji, poszukując jakiegokolwiek sposobu na zarobienie choć kilkunastu złotych by przetrwać, doczekać do poprawy sytuacji na rynku pracy. Lecz ci „zadowoleni” ich nie dostrzegają a jeśli – uważają za pijacki margines społeczny, za tych co nie chcą pracować.
Tym „zadowolonym” – nie są potrzebne inwestycje w przemysł dający miejsca pracy; oni przecież pracują. Dla nich najważniejsze są fontanny, ułatwienia, ozdoby, upiększenia miasta, inwestycje w to – aby im, głównie im – było tu przyjemniej i łatwiej.
To nie do wiary – w społeczeństwie, gdzie 90% to przecież ludzie wierzący, katolicy kierujący się miłością bliźniego, miłosierdziem, litością. Faktycznie: nie do wiary… katolickiej.
Przez lata naznaczone wzrostem bezrobocia, narastaniem tragedii ludzi wykluczonych, wypychanych z rynku pracy, odrzuconych przez „zadowoloną” resztę – obserwujemy bardzo kosztowne zabiegi mające zadowolić postulaty upiększenia miasta, zamiast najpierw stworzyć miejsca pracy dla bezrobotnych, dając im szansę normalnego życia i włączenia się w pełni w życie tego miasta; ich rodzinnego miasta. Taka kolejność działań powinna być oczywista dla katolika jak i dla każdego normalnego człowieka mającego choć cień współczucia i solidarności z innymi współmieszkańcami. Niestety – mamy milionowe inwestycje w przebudowy basenów pożarowych na fontanny, rozpoczynającą się budowę Aquaparku, absurdalne inwestycje w słynną już i godną kontroli NIK „Aleję Kwiatową”… Zadowoleni chcą być jeszcze bardziej zadowoleni i jeszcze lepiej się bawić.
Prezydent postanowił odnowić Urząd Miejski usadowiony w zabytkowym, przedwojennym budynku z lat 1924 – 27 o tym samym dawniej przeznaczeniu, nazywany „szpinakowym urzędem” – od koloru ścian zewnętrznych. To olbrzymi cztero-skrzydłowy kompleks przylegający do dzielnicy parkowej, zatrudniający ok. 1500 urzędników – bardzo zadowolonych osób, przeważnie o „dziwnie znanych” nazwiskach. Wymieniono pokrycia dachów, w trakcie remontu głównego wejścia odkryto ślady złoceń na architektonicznych elementach zdobniczych, dlatego podczas odnawiania całego budynku złocenia te są także odtwarzane. To ważne dla estetyki i dbałości o odtworzenie wartości historycznej zabytkowego budynku.
Zadowolonym urzędnikom będzie się z pewnością przyjemniej pracowało.
Ludzie są jacy są i nie od wszystkich można tego samego wymagać. Człowiek w zasadzie ma prawo być samolubny, egoistyczny, niewrażliwy, nieczuły. Można jednak wymagać od władzy, by choćby z obowiązku jeśli nie z własnej woli miała na uwadze interes wszystkich, w szczególności tych najsłabszych.
Dla człowieka normalnego, to znaczy uczciwego i myślącego oczywiste jest, że najpierw trzeba posiadane środki skierować na zapewnienia miejsc pracy dla wszystkich a potem dopiero – na ulepszenia, upiększanie, odnawianie i ułatwianie życia tym, dla których ono jest już łatwiejsze.
Możliwości znaczącej poprawy sytuacji na lokalnym rynku pracy – są; inwestorzy czekają… Na co czeka władza?


27/06/2013

Oj, nie tak – Panowie, nie tak…!

Obudziłem się z uczuciem przerażenia, że znów jest stan wojenny… a to po usłyszeniu przez radio wypowiedzi Donalda Tuska na temat zakończenia udziału głównych central związkowych w farsie zwanej Komisją Trójstronną.
Te same słowa, ten sam ton, to samo bezczelne odwracanie kota ogonem, cyniczne udawanie niezrozumienia intencji, złośliwość interpretacji, pokrętność i cynizm… jakbym nagle usłyszał J. Urbana albo samego M. F. Rakowskiego, wypowiadającego się wówczas o przerwaniu jakichś rozmów przez strajkujących pracowników.
Kto by pomyślał, że historia zatoczy tak szybkie koło i ci co wówczas byli podobno po stronie protestujących, strajkujących czyli jak się okazało – po stronie słusznej, tej która wywalczyła Polsce wolność – teraz jak Tusk zaczną prawie dokładnie naśladować totalitarnych mistrzów krętactwa i obłudy, próbujących wtedy mieszać ludziom w głowach i wciskać im w uszy kit komuszy, aż do samego niechlubnego końca…
Zresztą; proszę Państwa: jeśli sami tego nie pamiętacie, to proszę odszukać stare gazety z czasu strajków, np. gdy Solidarność została sprowokowana do zerwania rozmów z władzą – wtedy gdy milicja „obywatelska” pobiła Rulewskiego, albo z innego dnia – gdy się wypowiadał Urban, Rakowski czy Kania; przecież to dokładnie to samo, co wspomniana wypowiedź Tuska…
Rechot historii… ?

Przepraszam zresztą, że w tytule zacytowałem lidera „Elektrycznych Gitar” Kubę Sienkiewicza, czyli jak by nie było – jednak zawodowego psychiatrę. Ma to też i szczególne znaczenie, jako pretekst do innego cytatu – o czym na końcu.

Problem dotyczący Komisji Trójstronnej rysował się już od dawna, zauważałem to i dawałem temu wyraz we wcześniejszych moich felietonach. Wynikał on z samej konstrukcji tego ciała, z przyjętej konwencji „konsultacji” powodującej pozorność dialogu tam prowadzonego, oraz z całej postawy reprezentacji Rządu. Sens takiego ciała był w tym, by przeciwstawne argumenty zdecydowanie różniących się stron – pracowniczej (reprezentowanej przez Związki) i pracodawców – były artykułowane wobec strony trzeciej, rządowej i dzięki temu podejmowane decyzje mogły być efektem rozeznania różnić, poznania równoprawnie traktowanych poglądów czy interesów oraz na koniec – wzajemnych kompromisów. Strona rządowa jako realizująca władzę miałaby możność poznać argumenty i kontrargumenty obu stron, choćby przykładowo w sprawie nowelizacji „Ustawy o promocji zatrudnienia” co do wprowadzenia elastycznego czasu pracy oraz rocznego okresu rozliczeniowego czasu pracy. Z tych dyskusji na dodatek powinny być sporządzane szczegółowe relacje, materiały upowszechniane – nakierowane na uświadomienie społeczeństwu „o co chodzi”, to znaczy – na czym polega pomysł i z czego wywodzą się obiekcje jego dotyczące.
Byłoby tak, gdyby władza była rzeczywistą władzą demokratyczną; niestety – nie jest.
A więc i nie chciała w tych dyskusjach czerpać z argumentacji obu stron, by uwzględniać słusznie podnoszone zastrzeżenia czy uwagi i wybierać obiektywnie najlepsze rozwiązanie. A na tym przecież polegają konsultacje i na tym polega demokracja.
Tymczasem jak widać władza wywodząca się z PO nie jest demokratyczna; jest autorytarna a być może nawet wręcz totalitarna. Realizuje swoją ideologię polityczną nie oglądając się na nic i na nikogo. Władza sama najlepiej wie co jest „dla społeczeństwa” najlepsze i to dokładnie ma zamiar zrobić i robi. Konsultacje są dla tej władzy jedynie pozorem –wymuszonym przez naciski opinii publicznej. Ta Komisja Trójstronna miała za zadanie stworzyć jedynie pozory dyskusji, pozory demokracji i pozory spełniania demokratycznych standardów UE.
Władza czyli w tym przypadku Rząd – zasiadając na posiedzeniach KT nie był nastawiony na obiektywizm a był i jest zdecydowanym stronnikiem jednej ze stron: pracodawców. Wynika to zresztą z podstaw konstrukcji tej władzy: to władza biznesu – działająca na rzecz biznesu, rząd stworzony przez przedsiębiorców po to, by działał na rzecz interesu przedsiębiorców.

Stwierdziłem kiedyś i powtórzę: moim zdaniem to zamach na państwo!
Interesem przedsiębiorców nie jest dobro społeczeństwa jako całości, równomierny jego rozwój z uwzględnieniem tych najsłabszych a jedynie – nachapać się, zarobić, zrobić interes życia – szybko się maksymalnie wzbogacić i być gotowym do szybkiej „ewakuacji” – gdy ludzie już się obudzą z niewolniczego letargu. Śmiało można by to nazwać przenośnie „DYKTATURĄ BIZNESU” – przez analogię do dawnej idei komunistycznej – „dyktatury proletariatu”. Jest już dziś mało ważne, czy było to planem PO i samego Tuska od jej powstania z dawnego KLD, czy Donald Tusk stał się dopiero później zakładnikiem biznesu, zakładnikiem rozbudowanej do granic możliwości biurokracji, zakładnikiem służb mundurowych i bezmundurowych, zakładnikiem poparcia hierarchii kościelnej dbającej o swoje, zakładnikiem koalicjanta – dokładniej zakładnikiem głosów poparcia od wszystkich tych, którym w dzisiejszej Polsce jest stosunkowo dobrze.

Jak wyglądały dyskusje w KT można się zorientować choćby po relacji, jaką wówczas sam Minister Pracy zawarł w swoim blogu na stronie Kancelarii Premiera.
Wpis dotyczył „dialogu” i „konsultacji” w sprawie zmian w prawie pracy; elastycznego czasu pracy i wydłużenia okresu rozliczeniowego.
Minister Kosiniak Kamysz pisze tam:

„… Żałuję, że tym razem nie mamy pełnego poparcia związkowców z „Solidarności”. Zwłaszcza, że w projekcie ustawy jasno zapisaliśmy, że pracodawca będzie mógł wprowadzić jakiekolwiek zmiany dotyczące czasu pracy jedynie w porozumieniu z przedstawicielami załogi.
Tygodniami negocjowaliśmy ze związkami i pracodawcami – brawa dla wiceministra Radosława Mleczki za wytrwałość – zapisy projektu ustawy. Za każdym razem, kiedy wydawało się, że jesteśmy bliscy porozumienia, coś nas od niego oddalało.
Nie mogliśmy dłużej czekać. Tych rozwiązań potrzebują nie tylko pracodawcy, ale też zagrożeni zwolnieniami pracownicy. Dlatego zdecydowaliśmy się iść z projektem do Sejmu mimo braku pełnego poparcia ze strony związkowców.
Teraz wszystko w rękach parlamentu. Szanowne Panie i Panowie Posłowie, nie przedłużajcie prac nad tym projektem. To dobre i sprawdzone rozwiązania. Im szybciej je przyjmiemy, tym więcej miejsc pracy uda nam się zachować. 


Trzeba jasno stwierdzić, że minister tak bardzo martwi się tu nie o normalne miejsca pracy a o miejsca niewolniczej pracy, żeby ich było jak najwięcej. Powstają dzięki wsparciu władzy i będzie ich dzięki wspomnianym zmianom jeszcze więcej. W tym właśnie objawia się całe skurwysyństwo: pozorna troska o ilość miejsc pracy aby zmniejszyć bezrobocie, teatralne gesty rzekomej dbałości o interes pracowników – dbałości dużo większej niż to prezentuje Solidarność, a w rzeczywistości – dbałość o rozrost niewolnictwa pracowniczego i ilość miejsc pracy niewolniczej! „Solidarność” po prostu nie może się na to zgodzić, więc zamiar przekonania związkowców do tego był rzeczywiście stratą czasu a być może także próbą „podzielenia się z kimś odpowiedzialnością” za nadciągającą tragedię.

Wynika z tej wypowiedzi właśnie to co napisałem: władza sama wie co jest najlepsze i to właśnie ma zamiar od początku zrobić a „konsultacje społeczne” traktuje jedynie jak próbę przekonania związków do swojego pomysłu. Jak się nie dali przekonać, nie poparli – no to trudno, to ich władza pominie i prześle swój projekt ustawy do dalszego procedowania w Sejmie bez ich poparcia.
Widać tu jaskrawo, że w ogóle nie brano pod uwagę nawet możliwości uwzględnienia jakiejkolwiek najmniejszej nawet uwagi ze strony związkowej. To jest właśnie modelowy wręcz totalitaryzm.
Projekt ów jest wspólnym projektem rządu i reprezentacji przedsiębiorców, konsultacje ze społeczną stroną są wyłącznie łaskawym daniem za dość wymogowi formalnemu, dla pozoru.
Niestety jest to wynikiem nierównowagi jaka powstała już dawno; strona biznesowa powołała swoje reprezentacje interesów pod postacią Konfederacji Pracodawców (nie tylko „Lewiatan”, jest ich co najmniej kilka), ma ponadto „naturalne przymierze” z władzą i jest z nią powiązana również bezpośrednio nie tylko ideologicznie a w tym czasie Związek był bardzo osłabiony, mało aktywny, atakowany przez propagandę i poniekąd w pewnych przypadkach słusznie krytykowany za wewnętrzne wypaczenia i błędy. Dlatego stał się najsłabszą siłą w tym układzie, najsłabszym uczestnikiem rozmów, co ma swoje realne konsekwencje.
To się oczywiście będzie zmieniało, w miarę jak ludzie będą mądrzeli „bici po dupach” umowami śmieciowymi, elastycznym czasem pracy, pracą po 12 godzin bez nadgodzin przez pół roku a następnie – zwolnieniem pod byle pozorem, utrzymywanym sztucznie bezrobociem itp., lecz z drugiej strony władza bardzo dba o to, by mieć też dość dużo tych „zadowolonych”, czerpiących jakieś zyski ze spreparowanej przez nią sytuacji; ogromną armię urzędników, korpus służby cywilnej, pracowników instytucji samorządowych i ogólnie – budżetowych, armię złodziei i oszustów przedsiębiorców działających w szarej strefie pod parasolem ochronnym władzy, przedsiębiorców zarejestrowanych ale mających w dupie prawo pracy, inspekcję pracy i sądy itp.

Wypowiedź Donalda Tuska o przerwaniu obrad KT jest drastycznym przykładem krętactwa, właściwie szkoda czasu i nerwów na jej analizowanie. Ale dobrze się stało, że tak się stało – bo to może jeszcze otworzy oczy wielu ludziom potrafiącym porównać wypowiedź Premiera z tym – co widzą i co wiedzą sami z własnego doświadczenia. Skoro władza udawała dialog – musiało kiedyś dojść do takiego przełomu. Dziwne że dopiero teraz.

Błędem Solidarności jest moim zdaniem to, że zażądała dymisji Ministra Kosiniak Kamysza, choć z drugiej strony rozumiem to żądanie jako oczekiwanie realnej a nie fikcyjnej odpowiedzialności. Bardziej zrozumiałe jest oczekiwanie zmiany przewodniczącego KT bo w istocie minister pracy nigdy nie powinien pełnić tej funkcji jako przedstawiciel bardzo silnej strony dialogu. Myślę, że związek powinien raczej ograniczyć się do oczekiwania zmiany przewodniczącego KT i zmiany postępowania strony rządowej w KT.
Solidarność odrzuciła wreszcie samą formułę tego ciała pozorującego dialog i uwłaczającego demokracji i to jest już pewnym sukcesem. Niestety: sądzę, że władza nie uwzględni krytyki i nie uczyni zadość słusznym postulatom społecznym, nawet nie dlatego, iżby sama nie chciała, ale dlatego – że jej na to nie pozwolą ci, co dziś tu rządzą w rzeczywistości; ci – których rząd Tuska jest dziś zakładnikiem.
Skandaliczne wczorajsze wystąpienie Premiera jest dziś cytowane i omawiane w wielu tytułach, natomiast oświadczenie Przewodniczącego NSZZ Solidarność w tej sprawie jest pomijane, dlatego na zakończenie przytoczę jego pełną treść i czynię to w trosce o równowagę a nie z sympatii dla związkowców.


Powracając do tytułowego cytatu z Kuby Sienkiewicza: chciałbym przytoczyć na zakończenie jeszcze jedno jego zdanie, pochodzące z wywiadu dla czasopisma „Przegląd” z 2006 roku:
„Ci, którzy atakowali Jacka Kuronia, sami postawili się w takim świetle, że podejmowanie z nimi dyskusji urąga cywilizowanemu człowiekowi.”
Święte słowa…

Oświadczenie NSZZ Solidarność w sprawie Komisji Trójstronnej (pdf)

02/12/2012

Cyniczna „pomoc” dość mało pomocna.

Pewien facet kupił okazyjnie fortepian.
Kupił od człowieka likwidującego swoje mienie z powodu wyjazdu za granicę, który miał nastąpić już nazajutrz. Fortepian piękny, w doskonałym stanie, tani na skutek okoliczności w jakich musiał być odsprzedany, z jedną tylko wadą; musiał być odebrany jeszcze tego samego dnia – co jest oczywiste w związku z kontekstem sytuacyjnym. A w takim terminie transportu profesjonalnego się nie załatwi.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że fortepian jest przeważnie dość spory, ma też dwie nawzajem jakby sprzeczne cechy: jest niezmiernie delikatny a jednocześnie – waży przeciętnie nieco ponad 400 kg. Można go nieco przysposobić do transportu ale największą część nierozbieralną w zasadzie nosi się w rękach, ewentualnie na twardej i gładkiej i poziomej powierzchni można się posłużyć specjalnym wózeczkiem.
Piszę to by uświadomić czytelnikowi, że metoda podzielenia na małe kawałki i transportowania ich oddzielnie tu nie może mieć zastosowania.
Oczywiście do noszenia takiego fortepianu potrzeba odpowiednią liczbę osób mniej więcej o jednakowej sile „w ręcach” no i oczywiście wyposażonych o odpowiednie do tego pasy parciane, bo fortepian rączek do uchwycenia za nie w ilości 10 szt. nie posiada. Potrzeba jest 8 do 10 mężczyzn do wykonania tej trudnej operacji.

Wracając po tych wyjaśnieniach do naszego bohatera, trzeba stwierdzić, że znalazł się on w dość trudnej sytuacji; dokonał „interesu życia” kupując za bezcen wspaniały instrument, ale jak teraz „skonsumować” ten sukces, czyli odebrać fortepian i przewieźć go do siebie. A mieszkał niezbyt daleko, „zaledwie” jakieś kilkaset metrów dalej, przy tej samej ulicy.
Przypomniał sobie o znajomym ze szkoły, działającym tam nadal w charakterze druha drużynowego miejscowej drużyny harcerskiej; opowiadał mu kiedyś ów znajomy, że stworzył z harcerzy „brygadę natychmiastowej pomocy” interweniującą w razie potrzeby dla pomocy okolicznym mieszkańcom oraz ma się rozumieć, dla Ojczyzny, efektu pedagogicznego i chwały ZHP.
Zadzwonił.
Sukces: ależ oczywiście drogi kolego, zaraz tam będziemy z chłopakami i pomożemy. Faktycznie; harcerze wydawali się zachwyceni już samym faktem, że będzie okazja coś zrobić, wykazać się siłą i wytrzymałością. Wynieśli fortepian z mieszkania sprzedawcy, znieśli z piętra na ulicę, tu zrobili sobie zdjęcia „na pamiątkę akcji”, poprosili o wpis pamiątkowy do księgi drużyny. Ośmiu niosło fortepian na pasach w pozycji „na boku”, trzech następnych niosło nogi fortepianu, każdy po jednej, dwóch kolejnych – skrzydło oddzielone od reszty by tym ośmiu było lżej a druh drużynowy filmował wszystko kamerką na promocję do „You Tube” oraz rozdawał mijającym ich przechodniom wizytówki i zaproszenia do dofinansowania jego drużyny pomocowej – pomagającej jak widać…
Tak przebyli kolejne 150 metrów w kierunku docelowym, czyli mieszkania nowego właściciela.

Nagle druh rozkazał postawić ładunek i zarządził pilny odwrót; zapomniał że drużyna zobowiązała się o tej godzinie pomóc w przeprowadzce pary staruszków do domu opieki. Tak więc postawili fortepian, pożegnali się, zasalutowali, czuj czuj czuwaaaj i poszli spiesznie dalej świadczyć „bezinteresowną” pomoc innym potrzebującym.
Właściciel fortepianu zbaraniał; cóż miał powiedzieć na taki nagły i zaskakujący rozwój wypadków. Powinien przecież być wdzięczny za pomoc a jednocześnie został nagle sam na sam z fortepianem na ulicy, nadal dość daleko od domu, choć jednak trochę bliżej niż początkowo… Zmierzchało się już, na dodatek zanosiło się na deszcz a jak wiadomo fortepiany niczego tak źle nie tolerują, jak nadmiaru wody i nadmiaru utworów niejakiego Franza Lista…

Historia ta nasunęła mi pytanie, nasuwające się zresztą niejako automatycznie: czy mu pomogli? Czy mu rzeczywiście pomogli?

Może to dziwne, ale nie da się powiedzieć, że nie.

Ani też jednocześnie mówienie, że pomogli – nie wydaje się w pełni uzasadnione.

To sprawa niejednoznaczna, jak większość spraw w życiu. Ocena tego zależy od perspektywy, i nic na to nie poradzę prymitywnym osobnikom, którzy już od dawna mają wyrobiony jednoznaczny pogląd na wszystko; jak wiara – to dogmat, jak bezrobocie – to „każdemu micha zupy i cześć” i tak dalej…
Może i przybliżyli oni nabywcę fortepianu nieco do sukcesu w postaci dotachania fortepianu do domu, ale przecież nic to nie dało, niczego nie zmieniło, nie zmniejszyło zagrożenia czyhającego na ten instrument ani też nie umniejszyło niepokoju i kłopotu właściciela. Fortepian znalazł się bliżej miejsca docelowego ale nadal zbyt daleko by to pozwoliło odpowiednio go zabezpieczyć. Żeby nie wiem jak się wysilał – sam nie da rady. Nie można twierdzić, że niczego nie zrobili, ale jednocześnie – mimo że coś robili nie dało to sensownego wyniku, nie zmieniło istoty problemu. Nie zmieniło sytuacji.

Jedyne co można powiedzieć z całą pewnością, to że owa drużyna sama dla siebie odniosła sukces, produkując materiał reklamowy, rozsiewając wokół własny „dobry PR”, promując się i zyskując dla siebie nowych sponsorów. Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że druhowi od początku tylko o to chodziło. Że z wyrachowaniem od początku pozorował pomoc tylko dla urządzenia sobie odpowiedniego planu dla filmiku reklamowego. Krótko mówiąc – że od początku miał tego swojego kolegę wraz z jego fortepianem-problemem w przysłowiowej głębokiej dupie, traktując go wyłącznie jako pretekst do osiągnięcia własnych korzyści.
A co do naszego bohatera: podobno pomogli mu… bezrobotni. Za darmo. I w ogóle doskonale go rozumieli i potraktowali go jak swego; z pełnym zrozumieniem sytuacji… jakby spotykali się z taką sytuacją na co dzień.
Nie wiem dlaczego…

A Ty – szanowny czytelniku: wiesz?

Tekst ten dedykuję Ministrowi Pracy i Spraw Społecznych Władysławowi Kosiniak Kamyszowi i jego naukowo utytułowanym przydupasom..

29/07/2012

Podatek od łupu z napadu na bank.

10 maja 2012 Sejm przyjął projekt ustawy o skutkach powierzania wykonywania pracy cudzoziemcom przebywającym wbrew prawu na terytorium Polski. W związku z tym ustawa została skierowana do dalszych prac w Senacie. Nie sądzę by nastąpiły w niej istotne zmiany na tym etapie legislacji.

Ustawa ma regulować na podstawie przyjętych trzy lata wcześniej dyrektyw unijnych – między innymi najniższy dopuszczalny wymiar kar dla pracodawców zatrudniających obywateli innych państw nielegalnie przebywających na terytorium Polski. Bo obywateli innych państw nielegalnie przebywających na terenie Polski nie wolno zatrudniać! (tu już widzę oczyma wyobraźni to wielkie zdziwienie, zaskoczenie i niedowierzanie, szok na twarzach polskich pracodawców, którzy o tym nigdy przecież dotychczas nie słyszeli… dlatego zatrudniają wyłącznie takich… bo taniej, a „tanie jest święte”). Teraz nie będzie taniej, grzywna z tego tytułu może wynieść nawet 10.000 zł.

Problem w tym, że przy tej okazji okazało się, że stosunek pracy tychże nielegalnych pracowników jest w Polsce chroniony; szczególnie dotyczy to domniemania zawarcia umowy o pracę z nimi, jeśli tychże umów nie ma na piśmie (a jak mogłyby być na piśmie?) oraz między innymi także ochrona ich wynagrodzenia. To zadziwiające, bo dla mnie to trochę tak, jakby opodatkować zyski z napadu na bank albo chociażby z prostytucji. Jak wiadomo – przedmiotem opodatkowania może być wyłącznie to, co może być przedmiotem prawnie skutecznej umowy, a łupy z napadu ani zyski z prostytucji akurat do takich nie należą, ponieważ są nielegalne i z zasady nie mogą mieć miejsca. Podobnie więc powinno być z zarobkami nielegalnych imigrantów.

Z drugiej strony wiadomo, że ochrona zarobku nielegalnego imigranta nie ma na celu chronić jego dochody a ma przede wszystkim – zapobiec nielegalnemu zarabianiu pracodawców na nielegalnym zatrudnianiu nielegalnych imigrantów. Słowem – pomimo że pracownik był tu nielegalnie i pracował także nielegalnie – to jednak pracował rzeczywiście i przed pociągnięciem do odpowiedzialności pracodawcy i imigranta, musi on za rzeczywiście wykonaną pracę dostać od swojego „pracodawcy” zarobione pieniądze.
Zadziwia mnie tu jakaś wyraźnie widoczna bezradność państwa w sprawie zapewnienia i kontroli legalności przepływu osób do Polski a więc i często – do Unii Europejskiej. Przecież w Polsce nie powinno być żadnych nielegalnie przebywających osób. Ani jednej. Ja rozumiem, że to jest pewien problem wszędzie, ale nie do zaakceptowania jest taka bezradność władzy, rozkładanie rąk i mnożenie nieskutecznych przepisów. Z tego co wiem, na sprowadzenie do Polski pracownika z zagranicy lub zatrudnienie go tu jeśli już sam przyjechał, trzeba mieć zgodę MSZ, musi być udokumentowany brak zainteresowania tą pracą wśród miejscowych pracowników poszukujących pracy. Zgoda ma charakter czasowy a po upłynięciu tego czasu ktoś powinien nadzorować i mieć wiedzę o tym, co dalej z tym obcokrajowcem; jaka jest jego przyszłość w tym kraju.

To dotyczy oczywiście tylko imigrantów zarobkowych nielegalnych, bo trudno mieć jakiekolwiek pretensje że obcokrajowiec legalnie tu przebywający – legalnie zarabia poprzez prace, najczęściej zresztą bardzo ciężką i niewdzięczną, na którą wśród rodzimych bezrobotnych trudno znaleźć chętnych…
Tu jednak sprawa ta nabiera charakteru syndykalnego.
Wszystko przez tę cechę, o którą oskarża się Szkotów, podejrzewa się Krakowiaków, Poznaniaków: mianowicie o sknerstwo, skąpstwo – tak faktycznie charakterystyczne dla wszystkich polskich biznesmenów, niezależnie od regionu. Polski przedsiębiorca to kutwa i dusigrosz nawet wobec „swoich” starający się bezwzględnie obniżyć płace, oszczędzić na świadczeniach a dzięki temu zwiększyć swój zysk, co dopiero wobec przyjezdnych…

Ma być tanio – i koniec. Nie jest ważne jak; czy legalnie, czy moralnie – byle tanio.

To problem rugowania polskich pracowników przez obcokrajowców tylko dlatego, że akceptują oni niższe zarobki (bo porównują je ze swoją ojczyzną w której mieli jeszcze mniej). Sprawa jest dość dobrze rozpoznana choćby z naszych kontaktów z duńskim rynkiem pracy. Duńskie silne związki zawodowe zajmujące się działalnością rzeczywiście syndykalną a nie protestami i machaniem flagą – musiały ostro interweniować gdy zjawisko to wystąpiło na ich rynku pracy przez przybywających tam licznie Polaków. Pracodawcy szybko zauważyli, że Polak chce zarobić za wszelką cenę, gotów jest dużo dłużej pracować i zaakceptować niższą stawkę godzinową, dlatego zaczął się proceder zastępowania pracowników duńskich – tańszymi Polakami. Zdecydowana interwencja duńskich central związkowych (nawet wbrew protestom Polaków) – ale w obronie swoich lokalnych związkowców spowodowała wprowadzenie prawnie obowiązującej zasady, że polak na swoim miejscu pracy nie może zarobić mniej niżby zarobił pracujący tam Duńczyk. Przestało być taniej, skończył się problem... no i spadło zainteresowanie...

W Polsce podobna sytuacja może nastąpić za sprawa licznie przybywających tu Ukraińców. Ostatnie znane mi dane mówiły o 400.000 Ukraińców zatrudnionych legalnie w Polsce, co przy dwumilionowym krajowym bezrobociu stanowi dość znaczna liczbę. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, że jeśli tu legalnie przebywają i ktoś ich legalnie zatrudnia to pracują i zarabiają. Nie wyobrażam sobie takich statystyk co do przebywających tu nielegalnie, bo jeśli ktoś dziś przebywa tu nielegalnie, to jutro powinien być zalegalizowany albo wydalony do swojej ojczyzny, więc nie ma tu kwestii statystyk rynku pracy a co najwyżej statystyk policji, wojsk ochrony pogranicza, służby celnej. Nie wolno przecież w żaden sposób sankcjonować bezprawia.

Problem może powstać jedynie analogiczny jak wspomniany wyżej – dotyczący Polaków w Danii; problem polskich „oszczędnych” dziadowskich pracodawców przycinający koszty w tym płace - głównie dla maksymalizowania własnego zysku. Może wystąpić zjawisko rugowania Polaków przez pracodawców tańszymi Ukraińcami – ale my nie mamy obecnie praktycznie żadnych związków zawodowych a te co istnieją, nie maja ani chęci ani możliwości ochrony naszych miejsc pracy. Obawiam się zresztą, że gdyby związki zawodowe były dość silne, to przy przeważającej mentalności naszych „związkowców” zajęłyby się one raczej walką o wydalenie wszystkich Ukraińców albo nawet i wszystkich obcokrajowców z polski na zasadzie jakichś haseł nacjonalistycznych, zamiast chronić ich poziom płacy i warunki pracy, by nie mogły być zaniżane – co pokazałem na przykładzie Danii. Jednocześnie oczywiście dbając o "swoich", o liczbę miejsc pracy, o zminimalizowanie krajowego bezrobocia.

Generalnie zresztą wielkim problemem jest absolutne zminimalizowanie pozycji i roli związków zawodowych w Polsce – Polsce posolidarnościowej.

JAK TO SIĘ STAŁO, JAK DO TEGO DOSZŁO I KTO ZA TO ODPOWIADA? – tego nie wiem a to powinien być teraz kluczowy temat publicystyki społecznej.
To społeczne „być albo nie być”.

Strona społeczna jest absolutnie zminimalizowana i dlatego nie posiada żadnego wpływu na prawo i jego wykonywanie, o rynku pracy i prawie pracy decydują teraz wyłącznie politycy rządowi i pracodawcy zrzeszeni w prężnie działających, aktywnych konfederacjach a skutki tego odczuwają miliony zubożałych ludzi w Polsce. Dialog społeczny praktycznie nie istnieje; ani w Komisji Trójstronnej, ani na ulicach…
Bezczynność i bezradność związków zawodowych jest skandaliczna i dla mnie wręcz podejrzana; nie można wykluczyć, że zostały one opanowane przez jakichś agentów „śpiochów” czy innych bolków – kiedyś tam „zakotwiczonych” a teraz – celowo i na rozkaz – hamujących aktywność związkową. Teraz – kiedy jest ona drastycznie potrzebna. Kiedy ustala się tak wiele spraw. Przypadek jest tu moim zdaniem wykluczony.
Pytanie tylko: czy społeczeństwo ma dać przysłowiowego „kopa na zapęd” związkowcom, czy może raczej władzy, ale w najgorszym możliwym scenariuszu może się okazać, że da i tym i tamtym, a przy okazji… także niestety i sobie.

W tej sprawie o której tu piszę, czyli ochronie przed sprowadzaniem taniej siły roboczej – Solidarność powinna już dawno wysłać swoich ludzi, tych młodych, wykształconych i znających języki obce – właśnie do Danii – po nauki, jak prowadzić rzeczywistą i skuteczną działalność syndykalną. Duńczycy są bardzo chętni do współpracy i tylko na to czekają, deklarowali nawet niedawno pomoc finansową w założeniu oddzielnej partii politycznej dla Polaków pracujących w Danii, by stworzyć podstawę do współpracy w ochronie wspólnych interesów przed pracodawcami. Przy okazji mogłoby się okazać, że także duński model walki z bezrobociem da się zaadaptować do warunków polskich…

Niestety w „Polsce Platformy Obywatelskiej” jest atmosfera przyzwolenia na „budowę kapitału” wszelkimi metodami, za wszelką cenę, pod przymrużonym spojrzeniem państwa i jego instytucji kontrolnych. Zasada, że praca musi być tania, by pracodawca mógł szybko zarobić na pałacyk i mercedesy – jest po prostu święta. Dlatego polski pracodawca czujący nad sobą „błogosławieństwo” państwa – ma swoje sposoby. Na przykład dotyczące języka. Przy pracy wykonywanej zespołowo musi być w grupie pracowników i nadzoru porozumienie, dlatego pracodawca polski w takim przypadku najpierw zatrudnia brygadzistę czy kierownika, majstra, lidera (jakby go nie nazwać) – Ukraińca. Motywuje to głównie dobrym przygotowaniem zawodowym oraz porozumieniem co do płacy (tej oficjalnej) i brakiem polskiej alternatywy. Po prostu stawia zbyt duże wymagania dla danego zawodu i proponuje zbyt małą zapłatę i dlatego udokumentowany brak polskich kandydatów pozwala mu zdobyć zgodę na zatrudnienie Ukraińca. Potem w bardzo podobny sposób dobiera pracowników z tym, że teraz kluczową umiejętnością wymaganą od pracowników jest… dobra znajomość języka ukraińskiego, no bo przecież muszą rozumieć polecenia ich szefa, majstra czy brygadzisty który jest Ukraińcem i już jest zatrudniony. Oczywiście w Polsce nie jest łatwo takich znaleźć, język ukraiński jest mało znany, więc… ostatecznie zatrudnia samych Ukraińców. Na przeszkodzie pełnemu „sukcesowi” takich działań stoi jeszcze ustawowo określona płaca minimalna, dlatego staje się teraz „wrogiem publicznym” w naszym kraju, w propagandzie konfederacji pracodawców. No i w powyższym przykładzie – jest tanio, bo stawki dla Ukraińców są zdecydowanie niższe niż dla Polaków, oszczędza się na innych kosztach itp. Tak więc występuje zjawisko „rugowania” w pewnym sensie polskich pracowników przez ukraińskich, z woli pracodawcy szukającego za wszelką cenę maksymalizacji własnego zysku poprzez obniżenie płac i świadczeń.

Nie istnieje obecnie w Polsce siła mogąca się temu przeciwstawić, a jest to zjawisko co najmniej bardzo niepokojące.

30/06/2012

Śmieciowa gospodarka w wydaniu Donalda Tuska.

POLSKA NIE JEST OK. – PANIE PREMIERZE !
Polska buduje szmatławą gospodarkę. 

Mam na myśli fundamenty, podstawy, na których to wszystko się opiera.

Główną ideą propagowaną niejako własnym przykładem jest postawa tych, co się dorabiali na „dzikich prywatyzacjach” i upadłościach celowo – prowokowanych, by coś „skubnąć” z masy upadłościowej, nie bacząc na przyszłe skutki społeczne.
Ta idea – to NACHAPAĆ SIĘ; najmniejszym kosztem, nie zważając na skutki ekonomiczne i społeczne, dorobić się za wszelką cenę i najszybciej jak się da. Jednocześnie – zdobyć zieloną kartę dla dzieci do USA, zagwarantować sobie prawo szybkiego wyjazdu z Europy albo przynajmniej poza Polskę poprzez małżeństwo z obcokrajowcem, załatwić sobie obywatelstwo i paszport innego kraju – by mieć się gdzie ewakuować „w razie wyższej konieczności”. Zrobić szybki i łatwy mająteczek póki ludzie są cierpliwi, zastraszeni, zdezorganizowani, nie rozumieją co się tak naprawdę dzieje wokół nich a wierzą jeszcze w dobre intencje budowania wolnej i solidarnej Polski… oraz dają się postraszyć „wrogiem publicznym nr 1″…

Faktycznie bieg wydarzeń, zmiany polityczne – sprzyjają temu. Dotychczasowe wielkie afery, zarówno te badane przez komisję sejmową jak i wiele innych, mniejszych, uznanych za drobniejsze, mało medialne – pokazały bardzo negatywny przykład, stanowiły sygnał zachęcający do naśladowania. To był wzór, jak się dorobić i jak bimbać sobie z prawa, praworządności, uczciwości czy moralności. Bo każde, nawet najmniejsze odstępstwo od obowiązującego prawa które nie spotyka się z właściwą reakcją – ma działanie demoralizujące na słabych, pozbawionych silnego pionu moralnego ludzi. Taki niezwykle negatywny sygnał popłynął także i ze strony kościoła instytucjonalnego w jego walce o majątek dawniej skonfiskowany, walce biskupów i hierarchów o majątki osobiste, trwającym do dziś szaleństwem budowy kościołów i pomników za pieniądze zabierane popadającym w nędzę rodzinom, bałwochwalczego wystroju świątyń za pieniądze żebraków.

Patrząc na gospodarkę oczyma człowieka przeciętnego uzależnionego od zatrudnienia, od pracy najemnej na rzecz jakiegoś pracodawcy, nie sposób odnieść innego wrażenia niż wrażenie zorganizowanego działania prowadzącego do obecnego stanu. Zastanawiam się jednak, czy podobnego skutku nie można by też osiągnąć całkowicie odrzucając organizację a „puszczając wszystko na żywioł” i pozwalając tym samym dojść do głosu najbardziej prymitywnym, egoistycznym i antyspołecznym, antyhumanitarnym cechom ludzkiego charakteru – po stronie aktywnych uczestników życia gospodarczego. Te dwa nurty myślenia nie wykluczają się zresztą nawzajem; pewna anarchizacja gospodarki może wynikać z przemyślanego planu i pozostawać zgodnie z tym planem pod ogólną dyskretną kontrolą, przynosząc także swój niszczycielski skutek.

Niewątpliwie pomocne w takich zamiarach byłoby zniszczenie dużych i zorganizowanych załóg wielkich zakładów pracy, – co się stało i nadal dzieje. Jednocześnie zdyskredytowanie i rozmontowanie organizacji związkowych z przesunięciem większego nacisku na powstające licznie konfederacje pracodawców, z najbardziej chyba aktywną medialnie Konfederacją Pracodawców Prywatnych „LEWIATAN” – na czele z tow. Henryką Bochniarz – dawną minister gospodarki w rządzie Bieleckiego, z rodowodem PZPR-owskim i wszechobecnym medialnie Jeremim Mordasewiczem. Doszło więc do tego, że to konfederacje pracodawców graja kluczową rolę w zmianach prawa pracy, prowadzących oczywiście najczęściej do usuwania czy ograniczania praw pracowniczych a rozbudowy uprawnień pracodawców, przy całkiem zmarginalizowanych związkach zawodowych dopuszczanych do tzw. komisji trójstronnej.

Dalej – otwarcie swoistego parasola politycznego nad przedsiębiorcami poprzez odpowiednie ukształtowanie postawy i aktywności Państwowej Inspekcji Pracy oraz bezpośredni oraz lobbystyczny wpływ na zmiany prawa pracy oraz kształtowanie „właściwych” postaw „niezawisłych” sądów pracy (Wydziałów Pracy w Sądach Rejonowych), stających murem za pracodawcami. Ten proces przekształcania prawa i ustalania dostosowanej do niego praktyki trwa przecież nieustannie. Oparcie gospodarki na drobnych przedsiębiorstwach, małych prywatnych firmach oraz imporcie, tak – by kosztem ogromnego bezrobocia – zapobiegać tworzeniu się zorganizowanych dużych grup pracowniczych. Zgoda (ciche przyzwolenie) na powszechne omijanie prawa pracy, manipulacje rodzajami umów, wprowadzenie pracy tymczasowej i umów tzw. śmieciowych. Lekceważenie czy pogarda dla prawa jest tak duża, szczególnie wśród drobnych prywatnych przedsiębiorców, że są oni często przeświadczeni, że prawo pracy i jego przepisy wykonawcze – ich po prostu nie dotyczą. Prowadzi to do coraz bardziej widocznego rozdarcia państwa na to „oficjalne” oraz to „praktyczne” czyli rzeczywiste. Celowe i świadome utrzymywanie wysokiego bezrobocia jest narzędziem zastraszania i podporządkowanie sobie pracowników, swoistego szantażu który powoduje, że ludzie boją się dopominać o swoje prawa gwarantowane im przez kodeks pracy, pod groźbą utraty zatrudnienia. Szacuje się, że około 60% zatrudnionych musi pracować dużo dłużej niżby wynikało to z ich ustalonego czasu pracy – nie otrzymując za to żadnego wynagrodzenia.

Jednocześnie przez cały czas istnieje ogromny nacisk, parcie na „wyprowadzanie” pieniędzy publicznych do prywatnych firm, czyli po prostu do prywatnych kieszeni. Ma to charakter celowego utrzymywania dużego bezrobocia, z jednoczesnym ciągłym domaganiem się przez przedsiębiorców dotowania miejsc pracy, manią narzekania na wysokie koszty pracy, coraz to nowe pomysły jak płacić przedsiębiorcom za łaskawe zatrudnianie obywateli. Bo i czymże w rzeczywistości są tzw. staże dla bezrobotnych po których z zasady nie następuje trwałe zatrudnienie – jak nie tworzeniem darmowych (na koszt państwa) pracowników wykonujących w firmie część pracy, za którą normalnie trzeba by było zapłacić, dopłaty połowy kosztów zatrudniania na tzw. prace interwencyjne itp. Nawet na zwalczaniu bezrobocia można jak się okazało zarobić – stwarzając programy pomocy i szkoleń, dofinansowywane także z funduszy unijnych, mające zmniejszyć bezrobocie a w rzeczywistości – dające tylko zarobić wielu firmom i osobom prywatnym pracującym na swój rachunek a pozostające bez żadnego wpływu na stopę bezrobocia – tak by nie psuć tego biznesu na przyszłość. Rozlegające się obecnie ze strony konfederacji pracodawców apele do Ministra Finansów o zwolnienie przynajmniej części zasobów Funduszu Pracy, by poprzez dotowanie przedsiębiorców zachęcać ich do zatrudniania ludzi na wspomnianych umowach śmieciowych – także są niczym innym jak próbą „dobrania” się do niemałych pieniędzy Funduszu (5 – 7 miliardów zł) – przeznaczonych na zwalczanie bezrobocia.

Władza buduje więc dziadowską gospodarkę opartą na bezprawiu, cynicznym wyzysku z pełnym błogosławieństwem Tuska, na dotacjach i dofinansowaniach na rzecz przedsiębiorców – robiących wielką łaskę z zatrudnieniem kogokolwiek i posuwających się nawet do szantażowania tym, a jeśli już zatrudniających – to bardzo często z wykraczaniem poza prawo pracy – poprzez manipulowanie umowami, łamanie podstawowych zasad prawa pracy i to manipulowanie bezkarne, bo objęte wspomnianym parasolem ochronnym, wymuszaniem pracy ZA DARMO (pod postacią godzin nadliczbowych za które nie płacą). Żyjemy w dziwnym, nierządnym kraju czy też Kraju Nierządu Platformy Obywatelskiej, pod (nie)rządami gabinetu Donalda Tuska, gdzie zatrudnianie nielegalne ma swoją oficjalną nazwę „na czarno” i funkcjonuje niemalże oficjalnie, jako powszechna, prawie że oficjalna praktyka. Co najgorsze – Rząd czy Premier nie wydaje się tu nawet rzecznikiem interesu państwa, dbającym o dochody Skarbu Państwa – a raczej właśnie dobroczyńcą prywatnych przedsiębiorców – jako kandydatów na „kapitalistów”.
Do takiego wniosku skłania mnie świadomość, jak bardzo „dziurawy” jest budżet, jaka jest skala marnotrawstwa pieniędzy publicznych, jak bardzo dziurawy jest ZUS i jak łatwo by można te „dziury” załatać.

Niewątpliwie to wszystko jest bardzo trudne i wymaga dokładnego przeanalizowania; mam nadzieję, że ktoś to robi, szczególnie ze strony opozycji politycznej, której naturalną rola jest „patrzeć na ręce” rządowi. Jednocześnie dawanie argumentów PiS-owi mam najbardziej do wyrzucenia Rządowi.
Podstawowym dla mnie problemem czy też pytaniem jest jednak to, czy to wszystko, co obserwujemy obecnie w Polsce dzieje się pod wpływem jakiegoś planu, scenariusza, a jeśli tak – to kto i w jakim kraju mógł go napisać by go tu wdrożyć, czy też są to po prostu widoczne objawy niekompetencji, arogancji, braku umiejętności i wiedzy – zastąpionego czy przykrytego ślepą wiarą w „samoregulację przez niewidzialną rękę rynku”, wynik ignorancji, nieodpowiedzialności czy niesamodzielności władzy.
W gruncie rzeczy – to jest zasadnicze pytanie.

Zasadnicze dla przyszłości milionów osób obecnie pozbawionych jakiegokolwiek zatrudnienia (źródła podstawowego dochodu), ich zubożałych rodzin, ludzi zatrudnianych za okrojone do nieprzyzwoitości wynagrodzenie. Ale także jest na szczęście ważne – poprzez reakcję – także i dla większej części osób zatrudnionych i jakoś się samodzielnie utrzymujących, nie na takim jednak poziomie by dołączyć do „elity wybrańców”. Na szczęście – gdyż ich los jest związany bardziej ze współobywatelami w wieku produkcyjnym oraz z ich rodzinami a nie z „elitą” i dlatego jest szansa, że wspólnie upomną się oni i zadbają wreszcie o ten ich wspólny los. Ogromna większość społeczeństwa uważa, że „sprawy w Polsce idą w złym kierunku”. Możliwe więc, że zwycięży rozsądek.

Oby się to stało możliwie jak najszybciej

03/06/2012

Chamska gospodarka.

Motto:
"...Są jednak sprawy na temat których się nie żartuje w konkretnych okolicznościach. Człowiek kulturalny wie, że przy młodej wdowie wracającej właśnie z pogrzebu kochanego męża, raczej się nie opowiada kawałów, a szczególnie już - w stylu Macieja Zembatego. I to wcale nie dlatego, że Zembaty też już nie żyje. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że człowiek kulturalny w ogóle nie opowiada kawałów,szczególnie w tym stylu, a jeśli już to zrobi przy wspomnianej wdowie - nie powinien się dziwić, że dostanie od kogoś w pysk...!"


Uważam się za człowieka zupełnie nie "świętoszkowatego", ale też jednocześnie i niezbyt skłonnego do używania słów, wśród osób kulturalnych uważanych za niekulturalne. Ale teraz - wyjątkowo właśnie napiszę wprost i drastycznie, że rzygać mi się chce, jak czytam "porady" dla osób szukających zatrudnienia, które się zderzyły ze skrajnie wypaczonym, antyspołecznym, bezprawnym "systemem" stworzonym w tej dziedzinie przez Platformę Obywatelską, czy nawet ogólnie - przez Państwo.

Z poradami - na jakikolwiek zresztą temat - trzeba bardzo ostrożnie.
Rzecz w tym, że realia są diametralnie różne od tej z maniackim uporem lansowanej wersji, jaką spotyka się w tzw. mediach. Dlaczego tak jest? Nie wiadomo, choć są różne mniej lub bardziej prawdopodobne interpretacje. Któż zresztą powiedział, że to jedna z nich musi być słuszna a inne dzięki temu nie. To skomplikowane zagadnienie na tyle, że w każdej próbie wyjaśnienia może być jakaś część prawdy. Wchodzi tu w rachubę i "czarny PR" tworzony wokół bezrobocia i bezrobotnych, i to z wielu stron (głównie przez same Urzędy Pracy) i zapewne z wielu pobudek, jak i "dobry PR" jaki zawodowcy i amatorzy starają się tworzyć wokół aktualnej władzy, zupełnie się nie przejmując prawdą, no i odwrotnie także; "czarny PR" tworzony wokół aktualnej władzy przez jej przeciwników, instrumentalnie posługujących się bezrobociem jako pretekstem, oraz "dobry PR" tworzony wokół bezrobocia przez ludzi czy instytucje zainteresowane jego istnieniem, zarabiających na tym.

To może w końcu nie jest ważne, nie ma znaczenia, ot czasem wystąpi jakiś jeszcze jeden „znawca”… albo kolejny "służbowy" walczący o lecące na pysk "słupki poparcia" władzy...
Tylko, że trudno się przecież dziwić, że w tak dramatycznych okolicznościach, taka jałowa gadanina, tak drastycznie odbiegająca od tego co w rzeczywistości widzą, czują i przeżywają osoby pozbawione pracy - te osoby po prostu dotyka, obraża.

"Bojownicy władzy" jak zauważyłem stosują ostatnio nową taktykę; coraz trudniej jest zaprzeczać rzeczywistości i coraz więcej osób odważa się przyznać, że "widzą i rozumieją", dlatego "bojownicy" zostawiają sobie furtkę; napiszą jakiś paszkwil i czekają na reakcję. Jeśli jest zbyt mocno negatywna - to natychmiast następuje próba zamiany wszystkiego w żart, tłumaczą że to "tak na prawdę" miało znaczyć zupełnie coś innego, bo to ironia, satyra itp. Jeśli reakcja jest "słuszna" to oczywiście i tekst pozostaje "poważny".

Są jednak sprawy na temat których się nie żartuje w konkretnych okolicznościach. Człowiek kulturalny wie, że przy młodej wdowie wracającej z pogrzebu męża raczej się nie opowiada kawałów, a szczególnie już w stylu Macieja Zembatego. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że człowiek kulturalny w ogóle nie opowiada kawałów w tym stylu, a jeśli już to zrobi przy wspomnianej wdowie - nie powinien się dziwić, że dostanie od kogoś w pysk...

Można dla przykładu zwrócić uwagę, jak debilne są wymagania stawiane kandydatom do zatrudnienia przez różnych autorów ogłoszeń; wiek do 25 lat, a w tym wieku - ukończone studia na dwóch kierunkach, znajomość trzech języków obcych, kilka lat doświadczenia... Pewnie tam będzie umowa-zlecenie za 700 zł miesięcznie. Niestety takie ogłoszenia w rzeczywistości są bardzo częste, szczególnie w regionalnych portalach ogłoszeniowych, które zupełnie nie przyjmują na siebie odpowiedzialności za ich treść i dlatego zgadzają się je publikować (odpłatnie - i o to chodzi). Do absurdalnych wymagań jeszcze dochodzą stwierdzenia niejasne, ale sugerujące zamiar łamania prawa; "pełna dyspozycyjność" - co to znaczy? Prawo pracy określa wyraźne granice dyspozycyjności, a nie posługuje się pojęciem "pełna dyspozycyjność". Są minimalne normy odpoczynku i maksymalne normy pracy, bardzo elastyczne możliwości organizacji każdej pracy, ale ujęte w zamkniętym i określonym katalogu. Prawo pracy z powodów oczywistych narzuca pewne parametry graniczne wynikające z rozwoju cywilizacji, podstawowych norm etycznych czy wreszcie stanu nauki (ergonomii, medycyny). Już widzę jak taki „burak” pracodawca będzie o każdej porze dnia i nocy wydzwaniał do asystentki z jakimiś swoimi własnymi albo swojej firmy sprawami, a to jest bezprawne w świetle prawa pracy, choć dopuszczalne w umowie cywilnej. Znany mi jest przypadek dotyczący pracownicy biura firmy logistycznej, która miała obowiązek przez całą dobę "być pod telefonem", a po wielu tłumaczeniach wreszcie .otrzymała zgodę na nieodbieranie telefonu służbowego pomiędzy godz. 22.00 a 6.00, ze względu na tę jej wadę i niedyspozycyjność - iż... musiała spać 8 godzin. I to codziennie. Na dodatek - nie z nim... Jaka strata czasu dla "buraka" pracodawcy.

Zamiar łamania prawa także sugeruje stwierdzenie "nienormowany czas pracy"; nienormowany czyli nielegalny!, bo w prawie regulującym stosunki pracy nie ma takiej możliwości!. Czas pracy jest zawsze normowany, bo właśnie prawo pracy jest czynnikiem normującym i odstępstwo od tego jest wykroczeniem przeciwko prawu!. Inaczej – możliwe jest tylko takie ustalenie czasu pracy jakie zostało dopuszczone w prawie pracy. I tu znowu: każdą działalność gospodarczą można wspaniale zorganizować w zgodzie z prawem, są bardzo elastyczne możliwości normowania czasu pracy, czyli jej organizowania, ale samo normowanie jest konieczne i zamknięte w ściśle określonych granicach prawa. Natomiast w przypadku umów cywilnych - w ogóle nie ma pojęcia "czas pracy" ani nawet "prawo pracy", a więc i nie ma żadnego normowania bo nie dotyczy to wówczas prawa pracy a raczej swobody zawierania umów cywilnoprawnych i ich treści.

Przytoczę inny przykład autentycznego ogłoszenia:
Sprzątanie klatek schodowych Data: 28.01.2012
ID: 557606
Szczecin - zachodniopomorskie - Polska
Zatrudnię samotna panią w wieku 30-40 lat do sprzątania raz w tygodniu klatek schodowych w nowym budownictwie tel. kont. XXX-XXX-XXX
Adres: Rugiańska Szczecin

Bardzo fajna praca, jak na takie bezrobocie, ale ogłoszenie to w kilku słowach łamie kilka obowiązujących przepisów prawnych, dlatego PUP musiał odmówić jego przyjęcia i publikowania. Czy pracodawca był tu takim "burakiem" że miał w nosie prawo, czy też był jeszcze większym "burakiem" bo nie zna prawa i nawet mu do głowy nie przyszło zapoznać się z zasadami przyjmowania pracowników, prawem unijnym dotyczącym zakazu dyskryminacji, mimo że są dziesiątki stron i portali w Internecie, do znudzenia powtarzających te proste zasady. Problem w tym, że "buractwo" wielu pracodawców objawia się w braku chęci poznania tych zasad a nie w ich nieznajomości, która jest dopiero skutkiem tej pierwszej cechy. Burak jest przekonany, że wolność - to znaczy "wszystko mi wolno".

Trzeba to wyjaśniać wprost, poważnie i w nieskończoność, bo niestety takie "oferty pracy" pomimo upływu lat ciągle są obecne a także nasila się nawet ostatnio jakieś zadziwiające nastawienie "anarchistyczne" przedsiębiorców zatrudniających pracowników; anarchistyczne w sensie przenośnym - negowania prawa pracy i jakichkolwiek regulacji ustawowych w ogóle.

Sprawom prawa pracy, chciałbym poświęcić oddzielny tekst.

Gdy tworzono sytuację tak drastycznego bezrobocia, prawdopodobnie zrobiono to celowo właśnie po to; ludzie nie upominają się o swoje prawa, starają się często podporządkować najbardziej bezczelnym wymysłom takich "buraczanych pracodawców" mających głęboko w dupie całe prawo pracy, najczęściej z cichym błogosławieństwem Państwa. Odnosi się wręcz nieodparte wrażenie, że władza z pełną świadomością stworzyła warunki do całkowitego bezprawia i nadal - jeśli już następują jakieś zmiany w przepisach kodeksu pracy - to idące w kierunku ograniczenia uprawnień pracowniczych, rozmycia obowiązków, a jeśli nie następują zmiany w tym kierunku, to i tak jest „ciche przyzwolenie” i „parasol ochronny” nad pracodawcami w ich ignorowaniu prawa, może poza drastycznymi błędami dotyczącymi bezpieczeństwa pracy ludzi, w których PIP jeszcze jako-tako interweniuje, szczególnie w budownictwie, a to wyłącznie z powodu ogromnej liczby poważnych wypadków na budowach.

Obawiam się niestety, że to może być plan polityczny Donalda Tuska i rządu PO - tak rozumianej - na sposób dziewiętnastowieczny - „budowy kapitalizmu” właśnie poprzez rozbicie i stłamszenie związków zawodowych, ograniczenie aktywności Inspekcji Pracy, zmian w prawie a szczególnie w praktyce jego stosowania w sądach – likwidujących kolejne ograniczenia "naturalnego" dla "buraczanych" polskich kapitalistów bezprawia i wyzysku, ale szczególnie poprzez celowe stworzenie tak ogromnego bezrobocia, by ludzie dochodzili do takich wniosków jak Daria Pawlicka: płaca nie jest najważniejsza, czas pracy też nie jest ważny, żeby tylko w ogóle jakąkolwiek pracę znaleźć za jakiekolwiek pieniądze, choćby w sklepie albo hipermarkecie… Żeby tylko dali żyć! Nawet kosztem zapieprzania dwanaście godzin na dobę, w poniżeniu i upokorzeniu, na umowę „śmieciową”… Po prostu: "mentalność niewolnika". Postawy ludzi zajmujących się biznesem i zatrudniających ludzi, przemiana jaka następuje w człowieku z pracownika najemnego stającym się pracodawcą - to ciekawy temat na obszerną analizę psychologiczną czy socjologiczną.

I o to chodziło władzy! Pełny sukces Tuska i jego "zdziczałych" ministrów. Mało mnie pociesza fakt, że przy innym potoczeniu się spraw mógłbym w poprzednim zdaniu napisać: i o to chodziło władzy; pełny sukces Kaczyńskiego i jego "zdziczałych" ministrów. Albo jeszcze w innej wersji, z innym nazwiskiem. Ważne jest życie a nie Tusk.
Po to przecież stworzono takie bezrobocie i po to zamiast z nim walczyć – Urzędy Pracy robią wszystko aby ono nie zmalało. Po to wymyślono pracę tymczasową, umowy śmieciowe; przecież ktoś musi wypracować te kapitały i majątki osobiste „klasy wyższej” a dobrowolnie nikt by tego nie chciał zrobić... Jakiś czas też potrwa, zanim wypracowane w takich warunkach kapitały przedsiębiorców zaczną być inwestowane w rozwój, w poprawę warunków pracy, w kadry. Tymczasem jak dotychczas wszystko co można wyciągnąć z takiego traktowania biznesu i pracowników - idzie na "konsumpcję" właścicieli; ich "poziom życia, widzialny luksus, domy i samochody "do chwalenia się", wyjazdy zagraniczne. Że to prymitywne czy prostackie, czyli takie "buraczane" właśnie - o to mniejsza, ale słaba w tym nadzieja tych skazanych na pracę najemną.
Ironia losu polega na tym, że to wszystko się zrodziło w głowach kolegów po fachu Darii Pawlickiej; politologów z wcześniejszych roczników studiów, którzy dziś „robią za polityków” w tym "kraju durniów", czy jak mówią na Zachodzie - "kraju ludzi bez głowy".

Inni durnie piszą w swoich ogłoszeniach, że poszukują kobietę do pracy - choć już samo to też jest złamaniem prawa, albo co gorsze - nie tylko "kobietę", ale nawet panienkę i to pod warunkiem, że złoży oświadczenie, że w ciągu najbliższych kilku lat nie ma zamiaru wychodzić za mąż i rodzić dzieci. To nic, że prawo pracy zabrania nawet pytać kandydata do pracy o jego stan cywilny, albo o plany rodzinne, ustala konkretny i zamknięty katalog okoliczności o które wolno pytać kandydata; pracodawcy mają to w dupie i co najgorsze – mogą bezkarnie mieć to w dupie!

Jest przecież oddzielny ustalony przez Ustawę i obowiązujący wzór wzór kwestionariusza osobowego dla kandydatów (na czas prowadzenia naboru do pracy) i nie zawiera on pytania o stan cywilny, plany rodzinne ani inne informacje wymienione w ustawie jako mogące być przedmiotem nierównego traktowania, co przecież jest przestępstwem.
Pracodawca może bezkarnie łamać prawo, bo z natury czuje się poza jakimikolwiek ograniczeniami, jak "szlachcic na zagrodzie - równy wojewodzie", a w przypadku pretensji – mówi że on „nie wiedział” i bardzo się oburza, że prawo go w czymkolwiek ogranicza. Przecież łaskawca "daje pracę"...
Sprawie mentalności typowego polskiego "biznesmena" także chciałbym poświęcić odrębny tekst.

Urzędy Pracy poradziły sobie z problemem "bezprawnych ogłoszeń" w ten sposób, że odmawiają przyjmowania od pracodawców ofert zatrudnienia, zawierających jakiekolwiek sformułowania łamiące prawo. I nic dziwnego; jeszcze tego by brakowało, by instytucja samorządowa za publiczne pieniądze współdziałała w łamaniu prawa! Dlatego właśnie w PUP jest tak mało ofert, czasem tylko kilka dziennie.

Portal „Infoludek.pl” nie musi mieć tych skrupułów, zrzucając całą winę na ogłoszeniodawcę w swoim regulaminie publikowania ogłoszeń, dlatego duża część z nich jest pozaprawna.

Państwowa Inspekcja Pracy powinna mieć obowiązek z "urzędu" karać autorów ogłoszenia najwyższym mandatem albo kierować „z urzędu” takie firmy do sądu, ale wtedy podniósłby się wrzask, jak to się w Polsce gnębi przedsiębiorców, szykanuje pracodawców, jakie tu panuje „roszczeniowe myślenie” itp. Bo PIP - obawiam się - ma nałożony „polityczny kaganiec” by umożliwiał drogą łamania prawa stworzenie kapitalizmu w Polsce. Stworzenie III Rzeczypospolitej opartej o bezrobocie, cierpienie fizyczne i psychiczne, łamanie prawa, dręczenie bezrobotnych i bezdomnych brakiem szans na wyrwanie się z pułapki bezrobocia, organizowanie taniej siły roboczej poprzez celowe i świadome nakręcanie bezrobocia i stworzenie dwumilionowej grupy ludzi gotowych na każdą pracę w każdych warunkach, byle móc przeżyć.

Ale to jest właśnie ten powód, z którego Donald Tusk i jego rząd powinien stanąć przed Trybunałem Stanu, bo Rząd nie ma upoważnienia do tego; takie działania są całkowicie sprzeczne z Konstytucją, a łamanie Konstytucji jest zdradą stanu!. Wynik wyborów nie upoważnił zwycięzców do zmiany konstytucji, co oznacza że nie upoważnił ich też do jej lekceważenia, pomijania, nie zwolnił z jej wykonywania. W takim ujęciu bardzo wiele z działań PO nie mieści się w założeniach Konstytucji. Tworzone są dziesiątki ustaw z góry nastawionych na złamanie Konstytucji, z nadzieją że nikt ich nie zaskarży do TK. Ale tu Platforma Obywatelska w niczym się nie różni od komunistycznych zbrodniarzy PRL-u: Konstytucja Rzeczpospolitej - swoje, a oni - swoje... tak jakby Konstytucji nie było...