MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Platforma Obywatelska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Platforma Obywatelska. Pokaż wszystkie posty

12/04/2014

Gdzie ci politycy, prawdziwi tacy…

W wyborach prezydenckich jakie odbędą się w Ukrainie w maju, obywatele mają w sposób demokratyczny wybrać przywódcę, który „na fali Majdanu” uporządkuje państwo i wprowadzi je na drogę zasadniczych reform, mających zbliżyć Ukrainę do europejskich standardów.
Nie jest wykluczone, że część obywateli zupełnie inaczej widzi tam rolę prezydenta i kierunek zmian.
Chodzi mi jednak o to, że do wyborów stanęło tam 46 kandydatów na prezydenta, zarejestrowanych przez Komisję Wyborczą. Trzeba przyznać, że jak na polskie warunki jest to liczba szokująco wysoka. Jeszcze bardziej szokuje ona, gdy wziąć pod uwagę, że aby zostać oficjalnym kandydatem na prezydenta, trzeba w odpowiednim terminie dostarczyć do Komisji Wyborczej komplet wymaganych dokumentów a także wpłacić na konto Komisji odpowiednią kaucję pieniężną, wynoszącą obecnie dwa miliony (2.000.000,00) hrywien, co obecnie odpowiada mniej więcej 250.000 USD. Nie sądzę, by mogły to w tym akurat przypadku być tzw. „brudne” pieniądze, a więc każdy z rejestrujących się kandydatów musiał być zdolny do wykazania legalnego źródła pochodzenia tej kwoty. W Ukrainie nastąpiło zresztą coś w rodzaju „weryfikacji” czy „lustracji” osób bogatych, oligarchów i np. obecnie kandydujący Petro Poroszenko czy Julia Tymoszenko – przeszli ją pozytywnie.

Nasuwa się tu samoczynnie refleksja dotycząca wielu kandydatów do naszego Sejmu, Senatu czy nawet Parlamentu Europejskiego, dla których „pensja” parlamentarzysty PE wynosząca kilka tysięcy euro miesięcznie przez kadencję trwającą pięć lat – jest wystarczającym i jedynym tak naprawdę celem, jedyną motywacją pchającą ich do tego kandydowania. Mamy tam do czynienia jak się wydaje zbyt często ze specyficznym negatywnym kluczem wyboru kandydatów; mają się nie wtrącać, nie znać na polityce, głosować jak każe klub i „zajmować miejsce” – stąd praktyka desygnowania celebrytów, aktorów, ludzi kompletnie spoza polityki, ekonomii i administracji, których prestiż i pensja parlamentarzysty sama w sobie w pełni zadowala, więc by to uzyskać – politykom „nie przeszkadzają”.

Oczywiście wcale nie uważam, że dobrym systemem jest taki system wyborczy który preferuje głównie osoby majętne, bogaczy; może na stanowisko prezydenta kraju – tak, ale w parlamencie nie byłoby to korzystne. Skład Parlamentu powinien chyba odpowiadać przekrojowi społeczeństwa, jeśli poważnie traktować służebną rolę posła wobec środowiska jego wyborców ale i wobec całości; oczywiście służebną co do idei, postawy politycznej i społecznej, a nie – rozumianą dosłownie i bezpośrednio – jak to było za tzw. „słusznie minionych” czasów. Poseł nie ma być przecież jakimś „super-urzędnikiem” – załatwiającym konkretne, jednostkowe i banalne w skali kraju problemy obywatela, zamiast odpowiedzialnych za to urzędów i urzędników. Przypomina mi się zapamiętana w dzieciństwie opowieść, jak to towarzysz Lenin załatwił raz jednym telefonem – wóz węgla na zimę pewnemu biednemu a dzieciatemu kolejarzowi, który go prosił o pomoc, gdyż urzędnicy od aprowizacji odsyłali go ciągle z „kwitkiem”. Niestety wielu polskich polityków prezentuje podobną mentalność, choć urodzili się w czasach, gdy takich „bajek” dzieciom już nie opowiadano…

Gdy pomyśleć o polskim politycznym podwórku – od lat nasuwa to nam bardzo niedobry obraz. Wielu ludzi, zbyt wielu ludzi w Polsce musiałoby przyznać, że tak naprawdę nikt ich nigdy nie reprezentował w Parlamencie i odwrotnie; że sami nigdy nie mogli się w pełni utożsamić z żadną z istniejących sił politycznych a co za tym idzie – nie mieli na kogo głosować w wyborach powszechnych. Jeśli nawet czasem głosowali – to przeciw tym których uważali za skrajnych przeciwników swoich poglądów politycznych czy wręcz interesów a nie – by poprzeć w pełni akceptowaną kandydaturę, opcję, linię programową, ideologię itp.
Zastanawia mnie – gdzie się podziewają coroczni absolwenci politologii w tym kraju. Wiadomo, że w ubiegłym roku nieco ponad 3700 z nich zarejestrowanych było jako bezrobotni, w Powiatowych Urzędach Pracy. Wykształcenie wyższe w kierunku politologii jest dziś skrajnie „odległe” od tak zwanego „rynku pracy”, który żadnym rynkiem przecież nie jest. Jednocześnie bezpośrednio w naszym „życiu politycznym” widzimy w zasadzie stały, stosunkowo niewielki jak na prawie czterdziestomilionowy naród „zestaw” przewijających się przed kamerami ludzi, przynajmniej wyglądem nieraz jedynie zbliżonych do homo sapiens. Tak jak i w PRL, za rządów PO polityka jako zajęcie objęta jest jakimś odium nieuczciwości, cynizmu, chciwości, zakłamania, draństwa, sprzedajności i sobiepaństwa. Dlaczego wykształceni politolodzy często bywają bezrobotni lub jeśli pracują – to w sklepach warzywnych lub na zmywakach w KFC – natomiast komentowaniem wydarzeń politycznych w „mediach” czyli działalnością opiniotwórczą zajmują się bardzo młodzi ludzie o „dziwnie znanych” nazwiskach, czasem po policealnym studium dziennikarstwa a czasem i nie, dla których największy problem w pracy, to nie – zrozumieć i wyjaśnić czytelnikom i słuchaczom zawiłości, przyczyny i skutki wydarzeń politycznych a – trzymać się faktów i zmieścić się w ramach podstawowej poprawności gramatycznej i ortograficznej.

Trudno mi sobie wyobrazić, by większość młodych ludzi wybierała studia politologiczne bez zamiaru zajęcia się działalnością polityczną w przyszłości, po prostu na tej zasadzie, że skoro stale brak reprezentacji pewnych opcji politycznych w życiu tego kraju – to należy je stworzyć dla siebie i obywateli i wyborców tego szukających; życie podobno nie zna próżni i jeśli powstaje wyraźna „luka” – powinna być zapełniona… Powinna. Któż miałby to zrobić jeśli nie politolodzy. Dlaczego więc nie robią tego a zostają bezrobotnymi…
W Polsce powinno tętnić intensywne życie polityczne, aktywizujące społeczeństwo i poszukujące najlepszych rozwiązań, ktoś powinien czegoś chcieć, do czegoś dążyć i proponować to innym… Tymczasem obserwujemy stale od lat tę samą menażerię stu czy dwustu obmierzłych gęb, drańskich mord, chłystków zgranych jak ruska talia kart, buców „niewyobrażalnie wprost chamskich”, oszustów uwikłanych w afery i aferki, nawzajem się obrażających i przepraszających, udających „niezależność” ale kurczowo trzymających się koryta. Przecież nie da się w pełni zaakceptować ani „Platformy Obywatelskiej” ani „Prawa I Sprawiedliwości”, normalność jest gdzieś pośrodku. Parafrazując ryżego „klasyka” można śmiało powiedzieć, że „polityka polska to jest dla nas jakaś narzucona nam nienormalność”.

Politycy polscy to najczęściej ludzie starsi, prezentujący też z tego powodu specyficzną i społecznie niebezpieczną „mentalność starucha”; młodzi – to durni gamonie, dorobkiewicze bez charakteru i poglądów, za to umiejący świetnie liczyć bez kalkulatora – jeszcze bardziej niebezpieczni bo nieobliczalni w swojej zachłannej głupocie; poza tym różne „dziwadła” w stylu „Sztukmistrza z Lublina”, albo cyniczni krętacze ogłupiający z natury skłonną do kontestacji wszystkiego młodzież swoimi „monarchistycznymi” teoryjkami i złotymi myślami no i całkiem nieźle z tego sobie żyjący (zamiast uczciwie pracować) – jak ten znany pajac z muszką i kapelusikiem, pozujący na „arystokrację herbową” … Ta cała cholerna ferajna; czasem współpracująca, albo „zakiwana na śmierć” we wzajemnych „dryblingach” i podchodach harcerskich, wygodnie sobie żyjąca na koszt społeczeństwa pomimo własnych, często niemałych już majątków – ulokowanych na wszelki wypadek za granicą.
Czy nie czas tę „stajnię Augiasza” przewietrzyć?!

Dziś wielu Polaków patrzy protekcjonalnie, z góry – na Ukraińców, co najwyżej jak na ubogich krewnych z prowincji. Obawiam się jednak, że gdy tak dalej będzie i nic się tu nie zmieni – że to oni właśnie pod przywództwem Prezydent Julii Tymoszenko i partii „Ojczyzna” bardzo szybko zreformują i unowocześnią swój kraj, korzystając efektywnie z pomocy UE i z własnych zasobów materialnych i ludzkich, także i z krytycznej analizy tych błędów jakie myśmy popełnili w czasie naszej „reformy ustrojowej” i później. Ukraina ma spory problem, jak wyjść z systemu oligarchicznego i z azjatyckiej kulturowości a my przecież dopiero ten „system oligarchiczny” tworzymy – dzięki „ideologii chciwości” Platformy Obywatelskiej, ze sporymi sukcesami dla jej „elity”. Ministrowie budują sobie pałace z organami w salonie, posiadłości na wielohektarowych działkach, choć do ukraińskich oligarchów im jeszcze dość daleko…

Polska powinna zacząć pilnie i rzetelnie w sposób świadomy kształcić swoich przyszłych polityków, kandydatów na przyszłych parlamentarzystów i wyższych urzędników państwa. Praktyka wskazuje, że kierunek politologii powinien zostać w tym celu zreformowany w ten sposób – by go połączyć z ekonomią (ekonomia polityczna) oraz z kierunkiem administracji państwa, by uczelnie takie kładły nacisk również na kulturę ogólną, na rzetelną znajomość historii i „głównych” języków obcych, oraz by wolność polityczna mogła być praktycznie realizowana. Nikt w tym kraju nie powinien móc twierdzić, że „nie ma na kogo głosować” – jak dziś mówi prawie połowa obywateli.

Jak to kiedyś śpiewała Danuta Rinn: „… gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, … orły, sokoły, bażanty; gdzie ci mężczyźni, na miarę czasów: gdzie te franty – gdzie…”
Ja bym to dziś odniósł najbardziej do mężczyzn – polityków.

30/11/2013

Nazwa „Solidarność” – zobowiązuje do solidarności. Solidarności silnych ze słabymi.

Jak było wtedy z tą solidarnością – dowiadujemy się dopiero teraz.
Nawet ja – będąc członkiem Związku od początku, dopiero dziś dowiaduję się ze współczesnych opowieści osób organizujących pierwszy strajk w Stoczni i strajki „solidarnościowe” w innych zakładach, że „Solidarność” – tej prawdziwej solidarności musiała się wówczas dopiero z trudem uczyć. I to uczyć się na błędach. Dotyczy to szczególnie Wałęsy, ale przecież nie tylko jego…
Nazwa związku nawiązywała do takiego sposobu działania i współpracy pomiędzy organizacjami zakładowymi, gdy wielkie zakłady pracy, mające bardzo liczne załogi – działają jawnie i czynnie, wysuwając żądania pracownicze wobec władzy, również dotyczące pracowników innych, mniejszych zakładów lub nawet generalnie – pracowników w ogóle, a te małe zakłady – które nie byłyby w stanie strajkować skutecznie – zapewniają poparcie tym wielkim, biorą udział w manifestacjach, w działaniach informacyjnych, tworząc tę „masę” wsparcia społecznego – z którą każda władza będzie musiała się liczyć i wręcz – od której każda władza zależy.

Początkowo być może tak to funkcjonowało na fali wielkiego zrywu społecznego, dzięki temu „Solidarność” powstała jako oficjalna, legalna dziesięciomilionowa organizacja i odniosła wielki sukces. Stan wojenny wiele jednak zmienił, związek odbudowany ku wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu dawnych czołowych działaczy ledwie wówczas wypuszczonych z miejsc internowania, reaktywowany nagle i niespodziewanie podczas załamywania się władzy PZPR, gdy osłabione zostały już rygory stanu wojennego – nie był tym samym związkiem ani personalnie, ani ideowo. Późniejsze przemiany gospodarcze dowiodły, że poszczególnym organizacjom zakładowym trudno już się nieraz dogadać, wręcz mnożyły się przypadki konfliktu pomiędzy „Solidarnością” w jednym zakładzie pracy czy branży a „Solidarnością” w innych zakładach lub branżach; wąsko pojmowane interesy załóg lub grup zawodowych okazywały się ważniejsze niż wspólna solidarna walka o wspólne dobro. To zresztą było nieuniknione w coraz bardziej komplikującym się świecie gospodarki rynkowej – w porównaniu z – pod tym względem prostszym – zunifikowanym światem centralnie planowanej gospodarki państwowej.

Wszystko wskazuje więc na to, że związek „Solidarność” musi uczyć się solidarności nadal.
Dziś Solidarność programowo działa w interesie pracowników. Zajmuje się głównie warunkami pracy, prawem pracy itp. a więc sprawami dotyczącymi osób aktualnie pracujących, zrzeszonych w zakładowych organizacjach związkowych. Jedną z form działania był udział reprezentacji związkowej w pracach tak zwanej Komisji Trójstronnej której przewodniczy Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak Kamysz. Komisja zajmuje się debatą nad propozycjami rządowych zmian np. projektem ustawy o zmianie ustawy Kodeks Pracy – dotyczących tzw. „elastycznego czasu pracy” oraz wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy. Zmiany te zostały wprowadzone pomimo wielu zastrzeżeń związkowych, gdyż opinie ZZ nie są dla władzy zobowiązujące. Wszystko wskazuje na to, że dla władzy a konkretnie dla Ministra Kosiniak Kamysza atrapa komisji trójstronnej była jedynie platformą propagowania rozwiązań rządowych, miejscem gdzie próbowano przekonać związkowców do proponowanych zmian, na zasadzie nie dialogu a pewnej zorganizowanej „promocji” projektów rządowych, które wprowadzano niezależnie od stanowiska związkowego, co najwyżej uznając, że promocja się nie powiodła i związkowcy do rozwiązań rządowych nie dali się przekonać, Ale władza tak czy inaczej – wprowadziłaby te zmiany, realizując swoją założoną wcześniej politykę; politykę służenia biznesowi w ramach wzajemnej solidarności. Bo po tamtej stronie mamy też „Solidarność”: solidarność polityki i biznesu.

Odnosi się od dawna wrażenie, że już sama nazwa „komisja trójstronna” jest mylącym nadużyciem, gdyż w komisji tej spotykały się w istocie dwie strony: wspólna reprezentacja dużych central związkowych jako jedna strona – z syndykatem polityczno – biznesowym zwanym „rząd i stowarzyszenia pracodawców” – jako stroną drugą. W takim układzie – strona związkowa nie miała wiele do powiedzenia. Działalność takiego ciała – stała się farsą demokracji i kpiną z dialogu; zapewne głównie z tego powodu – związki zawodowe zrezygnowały z udziału w pracach Komisji Trójstronnej. Była to forma protestu. Jednak ten sztafaż jak się okazuje był bardzo potrzebny syndykatowi polityczno – biznesowemu.
Widać to w kolejnej sprawie – płacy brutto ustawowo określanej jako minimalna w odniesieniu do umów o pracę w pełnym wymiarze czasu pracy. Jeszcze nie umilkły na dobre echa żądań skandowanych przez ogromne tłumy pracowników podczas sobotniej warszawskiej manifestacji (14.09.2013) pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”, a minister Kosiniak Kamysz już ponownie zaprasza związkowców, apeluje o powrót do udziału w pracach „Komisji Trójstronnej” – by nadal udawać „porozumienie społeczne” i przy tym dzielić się ze związkami odpowiedzialnością za zmiany tak naprawdę przeprowadzane wyłącznie przez władzę. Widać tu wielkie podobieństwa do sposobów działania władzy „ludowej” za czasów PRL. Generalnie widać, jak wiele obecna władza z Platformy Obywatelskiej nauczyła się od władzy PRL-u.
Zbyt wiele.
Prawdopodobnie też i dlatego tak samo skończy…

Wracając jednak do solidarności.
Potrzeba dziś wielkiej solidarności. Solidarności ze słabymi, nie mogącymi strajkować, nie mającymi czym straszyć władzy.
Prócz pracowników wykonujących swoje zawody i zarabiających więcej lub mniej poprzez pracę, jest wielka grupa pracowników – którzy zostali pozbawieni pracy i często wypchnięci z rynku pracy totalną, bezwzględną i bezzasadną odmową zatrudnienia. Odmową przede wszystkim bezprawną, łamiącą zasady prawa. Mam na myśli tak zwanych bezrobotnych. Tych rzeczywistych bezrobotnych. To po prostu często pracownicy obecnie niezatrudnieni, gotowi natychmiast podjąć pracę nawet często za wspomniane wynagrodzenie minimalne. To ludzie z trudnością walczący o przetrwanie każdego dnia i tygodnia, pozbawieni zasiłku dla bezrobotnych a zbyt dumni by razem z ofiarami różnych patologii społecznych ubiegać się o pomoc państwa w ośrodkach pomocy społecznej. To pracownicy z długim nieraz stażem, których zwolniono podczas upadłości zakładów pracy, przy prywatyzacji, redukcji zatrudnienia, restrukturyzacji przedsiębiorstw lub zwolniono (pozbyto się) wbrew prawu ze względu na wiek i teraz również wbrew obowiązującemu prawu odmawia się im zatrudnienia – pod różnymi pozorami lecz w rzeczywistości także ze względu na wiek. mam na myśli pracowników, dziś bezrobotnych w wieku po 50 roku życia.
Jeśli mamy nadal mówić o solidarności pracowniczej – NSZZ „Solidarność” musi ich także objąć swoimi działaniami. Dość lekceważenia bezrobotnych 50 plus!

Nie było, nie ma i nigdy nie będzie zgody na poświęcanie kilkudziesięciu tysięcy czy kilkuset tysięcy ludzi na poniewierkę, cierpienie fizyczne i psychiczne i wreszcie na śmierć na przysłowiowych lub rzeczywistych śmietnikach! To hańba Donalda Tuska i jego rządu Platformy Obywatelskiej! Przy dalszej bezczynności może to być także hańba „Solidarności”!

Nic nie wskazuje na to, by władza sama chciała rozwiązać ten problem; władza jest zresztą po części zakładnikiem lobby biznesowego a ono nie widzi w tym żadnego problemu. Niestety podobnie nie można liczyć na ewentualny rząd powstały z innych ugrupowań politycznych, chwalących liberalizm nawet wówczas gdy odebrał on kilkuset tysiącom ludzi ich wszystkie prawa, bo przecież odmowa prawa do pracy jest równoznaczna praktycznie z odmową wszelkich innych praw, z powodów finansowych i innych wywodzących się z następującej przez to nędzy.
Szczególnie i przewodząca dziś w sondażach poparcia społecznego partia Jarosława Kaczyńskiego nie wykazuje żadnego zainteresowania tym problemem, prawdopodobnie dlatego, że podporządkowana jest osobiście samemu Prezesowi PIS – całkowicie wyobcowanemu społecznie, nie mającemu pojęcia o realiach i kosztach codziennego życia, normalnych potrzebach człowieka czy rodziny, sprawiającego wrażenie – że zajmuje się wyłącznie „robieniem polityki” a ktoś inny mu wszystko kupuje, gotuje, sprząta, pierze, płaci rachunki za prąd, gaz czy ogrzewanie i dlatego Pan Prezes Kaczyński nie ma świadomości, że wszystko to wymaga PŁACENIA a to płacenie wymaga ZAROBIENIA a zarabia się w większości przypadków w pracy najemnej… czyli, że człowiek pozbawiony pracy – JEST POZBAWIONY WSZYSTKIEGO!
Jest pozbawiony przez społeczeństwo wszelkich praw w imię „liberalizmu”.

Dowód na trafność takich wniosków Pan Prezes dał sam, wybierając się kiedyś „oficjalnie” w towarzystwie kamer i współpracowników do „sklepu osiedlowego” (podobno chodziło o „Biedronkę”) – by udowodnić, jaka w kraju jest drożyzna a zapominając przy tym zabrać pieniędzy na te zakupy oraz nie mając świadomości, że „Biedronka” jest wielką siecią sklepów najtańszych…

Nie ma innych sił zainteresowanych, dlatego jeśli NSZZ „Solidarność” nie podejmie natychmiast tematu bezrobocia pracowników wieku 50+ moim zdaniem przestanie być godna swojej nazwy i swojego rodowodu! Starsi pracownicy pozbawiani pracy są najsłabszym podmiotem w społeczeństwie. Konieczne jest włączenie problemu bezrobotnych z tej grupy do zainteresowania Związków Zawodowych w imię solidarności pracowniczej.

Najbardziej istotne w tej sprawie jest to, że chodzi tu o pracowników pozbawionych pracy, których spotyka z niewiadomych powodów odmowa zatrudnienia. To nie są jacyś „inni ludzie” albo zwierzątka a pracownicy ze stażem ponad 25 lat, których nagle zwolniono a następnie zaczęto odmawiać im zatrudnienia oraz realnej pomocy ze strony Urzędu Pracy. Dlatego należy traktować ich jak pracowników czasowo niezatrudnionych i objąć ich potrzebną pomocą w ramach solidarności pracowniczej, pomocą sprowadzającą się do wystąpienia silnych organizacji do władz z żądaniami natychmiastowego rozwiązania tego problemu. W innym wypadku – NSZZ „Solidarność” – zajmując się tylko interesami tych co już pracują, są członkami związku i płacą stosowne składki – okryje się hańbą tak samo jak władza, która doprowadziła do takiej tragicznej sytuacji.

18/08/2013

Ofiary z ludzi – składane bożkowi - „Liberalizmowi” przez barbarzyńców - na śmietnikach.

Przyczyną bezrobocia są dawne i obecne decyzje władzy, na które tak zwany „zwykły” obywatel nie miał i nie ma wpływu. A to właśnie on – „zwykły” obywatel staje się z reguły bezrobotny. Pewną rolę odgrywają tu także przemiany odbywające się poza tym krajem a więc poza zasięgiem decyzyjnym władzy krajowej, zmiany o zasięgu globalnym, ale nie można tego nadużywać jako usprawiedliwienia; po władzę sięga się z pełną świadomością i z pełną odpowiedzialnością za skutek tego.
Bezpośrednią przyczyną bezrobocia, czyli niedoboru popytu na pracę oraz niedostosowania kwalifikacji tych, którzy swoją pracę oferują – są decyzje dotyczące gospodarki a więc decyzje władzy. Z jednej strony wynikają one z braku wizji drogi rozwoju gospodarki czyli „znajomości reguł”; To coś jak gra – w nie wiadomo jaką grę. Zarówno inwestorzy jak i potencjalni obecni oraz przyszli pracownicy mogą i wręcz powinni opierać swoje plany na wiedzy o tym, jak władza ma zamiar gospodarować. Chodzi o spójną, sięgającą w przyszłość wizję działań organizatorskich, na przykład – jak ma się rozwijać energetyka, które gałęzie przemysłu będą rozwijane na rynku krajowym na potrzeby wewnętrzne ale także z nastawieniem na walkę o rynki eksportowe, a które zostaną oparte o import dobrych wyrobów, przy braku aktualnie możliwości konkurencji z obcym przemysłem pod tym względem czy braku dostatecznych przewidywalnych środków inwestycyjnych. Władza ma mieć taką wizję, taki plan – uwzględniający przy tym liczbę obywateli zdolnych do pracy, specyfikę rozkładu podaży kwalifikacji w poszczególnych segmentach oraz prosty fakt, że praca jest zasadniczym źródłem dochodu obywateli niezbędnym do ich samodzielnego egzystowania, jest także zasadniczym elementem funkcjonowania ekonomii.

Niestety takiej wizji i takiego planu od wielu lat nie ma. To nie przez przypadek.
Władza w postaci grupki niedouczonych absolwentów politologii, zaćpanych pokątną „maryhą” i niedopilnowanych przez rodziców, postanowiła założyć partię „obywatelską” – bo to tak ładnie brzmi, wdrażającą w tym kraju wolność. Naczytawszy się amerykańskich lub francuskich teoretyków, odpowiedników Marksa lub naszego Magika-Cynika we fraczku i cylinderku, jeżdżącego po kraju z idiotycznymi „wykładami” i mieszającego młodym zapaleńcom w i tak nie do końca już uporządkowanych zwojach mózgowych – postanowili zaprowadzić tu „liberalizm”. A co to jest liberalizm? No to przecież każdy wie: liberalizm to znaczy, że „wszystko wolno”. Jeśli zaś wszystko wolno – to jakiekolwiek planowanie czy analizowanie nie ma już żadnego sensu; niewidzialna ręka rynku sama wszystko zorganizuje i ustali, przedsiębiorcy będą robili wszystko z korzyścią dla siebie a jeśli czegoś robić nie zechcą, to znaczy że tego robić nie trzeba…

To pewnie dość złośliwe, ale tak sobie wyobrażam moment powstania PO i jej założycieli; Tuska i Bieleckiego, Liberadzkiego i innych. Władza zastąpiła zarządzanie gospodarką – przyglądaniem się „co zrobią przedsiębiorcy, jak zareaguje rynek” oraz ślepą wiarą w „samoregulację” i „niewidzialną rękę rynku” itp. i to właśnie jest źródłem dzisiejszego nieszczęścia. Donald Tusk jest szefem partii tworzącej rząd oraz jednocześnie Prezesem Rady Ministrów – więc to on bierze na siebie całą odpowiedzialność.

Można to stwierdzić trafnie i jednocześnie dość lapidarnie: to wina Tuska. Takie sformułowanie - totalnie ośmieszane przez przydupasów władzy - jest po prostu trafne i owo usilne ośmieszanie tylko to potwierdza.

Bezrobocie jest ogromnym nieszczęściem dla co najmniej dwóch milionów obywateli w tym kraju. Bezrobocie – to głównie brak popytu na pracę lub odmowa zatrudnienia. Może ona mieć różne przyczyny.
Brak kwalifikacji poszukiwanych przez pracodawców; zjawisko dość częste a wynikające także bezpośrednio ze wspomnianego wcześniej braku reguł, braku planowania gospodarczego. Istnieją też miejsca pracy – niezbędnej, ale nie wymagającej szczególnych kwalifikacji. Widocznie jednak liczba takich osób jest większa niż liczba takich miejsc pracy, dlatego część z nich pozostaje bez zatrudnienia. Pytanie – z czego żyją – powoduje zazwyczaj wzruszenie ramion i to nie tylko u władzy ale i u sporej części społeczeństwa.
W wielu zapewne przypadkach dostosowanie kwalifikacji tych osób do potrzeb byłoby realne, dość łatwe i opłacalne – biorąc pod uwagę koszty pomocy społecznej sięgające kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie. Wydaje się to oczywiste i nawet dziecko w wieku szkolnym odpowiedziałoby: trzeba się zorientować czego brak poszczególnym osobom do spełnienia konkretnych oczekiwań pracodawców i pomóc im uzupełnić ten brak. Cwaniacy zwietrzyli w tym znakomity interes i tak też zrobili: stworzyli wspaniały biznes organizowania „szkoleń dla bezrobotnych” z ogromnym dofinansowaniem z funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego. Wydano, nazwijmy to wprost: zmarnowano i „sprywatyzowano” zarazem ogromne kwoty, a skutek okazał się marginalny. Niewiele to dało, bo też i nie miało wiele dać; chodziło o pretekst do transferu ogromnych pieniędzy z funduszy unijnych do prywatnych kieszeni, ale jednocześnie w taki sposób, by nie popsuć „platformy biznesowej” jaką była, jest i ma nadal być tak zwana „pomoc dla bezrobotnych”.

Znaczne ograniczenie bezrobocia jest z punktu widzenia biznesowego po prostu nieopłacalne a koszty „ludzkie” czy „społeczne” nikogo z „liberałów” przecież nie obchodzą. Tym bardziej nie robi na nich wrażenia to, że bezrobocie powstałe głównie na fali „liberalizmu gospodarczego” – odbiera wolność a nawet prawo do życia dwóm czy trzem milionom ludzi w tym kraju.
Liberalizm – odbierający wolność?

Na fali krytyki i powoli następującej ewaluacji dotychczasowych działań – władza zrobiła coś jeszcze głupszego i podlejszego: całkowicie wyeliminowała szkolenia dla bezrobotnych jako formę przekwalifikowania czy uzupełnienia kwalifikacji wykorzystującą przeznaczone na ten cel pieniądze z EFS. Wiąże się to zapewne i ze świadomością, iż „brak kwalifikacji” był dla pracodawców często jedynie pretekstem odmowy zatrudnienia a poza tym – niezależnie już od kwalifikacji – brak ogromnej ilości miejsc pracy w ogóle, rozpatrując to liczbowo. Wynika to z dewastacji krajowej gospodarki na przełomie wieków, likwidacji wielu lokalnych przedsiębiorstw a nawet całych gałęzi gospodarki – z przejściem na import wyrobów gotowych produkowanych przez światowe koncerny. Skoro miejsc pracy jest zbyt mało (o milion) to żadne szkolenia nie zmniejszą bezrobocia a mogą jedynie spowodować jakieś ruchy kadrowe, np. zastępowanie starszych pracowników równie wykwalifikowanymi młodszymi.

Tak jak system polityczny oparty na marksizmie i zaplanowany przez Lenina nazywano dyktaturą proletariatu – tak obecnie nie mniej ideologicznie hermetyczny system zbudowany przez Platformę Obywatelską i Donalda Tuska śmiało można by nazwać „dyktaturą biznesu”, systemem Tuska czy wręcz po prostu „juntą biznesowo-polityczną”, tyle że podczas gdy dawniej proletariat w rzeczywistości nie miał nic do powiedzenia a jeśli już – to wyłącznie do „powiedzenia” (pogadaj sobie i dalej rób co ci kazano), tak współczesna dyktatura jest o tyle groźniejsza, że jest rzeczywista, jest autentyczna, wspierana nie tylko przez władzę ale i przez tych co na niej dzięki władzy żerują. Zadbano o to, by ofiary dyktatury nie stanowiły większości a więc by nie miały dużych możliwości obrony, przez brak poparcia. Nie można zmienić systemu, gdy w wyniku tej zmiany "większość" miałaby gorzej niż wcześniej – oto cała perfidia PO. O tyle więc nie można spodziewać się spektakularnego sukcesu najbliższych protestów związkowych 11 września.

Nim społeczeństwo dojrzeje do powrotu na drogę normalnego, zrównoważonego rozwoju, szacunku dla życia innych ludzi – zabije na swoich śmietnikach bardzo wielu swoich współobywateli, wyrzuconych na margines i potraktowanych jak śmieci. Ale nie martwmy się tym: Historia, Ekonomia, Politologia i Kościół – znajdzie na to wystarczające, ludzkie usprawiedliwienie. A Bóg…

30/12/2012

Pomożecie?

Cytat 1: „…no to jak, Towarzysze; Pomożecie?”.

***

Cytat 2: „…Przede wszystkim chciałbym, Towarzysze, abyście byli przekonani, że ja zawsze chciałem dobrze!”.

To dwa cytaty z wypowiedzi towarzysza Edwarda Gierka (I Sekretarza KC PZPR).

Pomiędzy nimi, w miejscu w którym znajdują się trzy gwiazdki – była dekada, która później została nazwana „okresem błędów i wypaczeń”. Zanim się zakończyła, miała swoich zapalonych zwolenników, piewców, wazeliniarzy, koniunkturalistów, wyrachowanych, cynicznych cwaniaków, także nielicznych krytyków i przeciwników, ale przede wszystkim „elitę” wybrańców nieźle na niej korzystających. Powstały wówczas dług skończyliśmy jako społeczeństwo spłacać właśnie w bieżącym miesiącu, czyli po trzydziestu kilku latach od jego powstania.
Problem ten dało się przezwyciężyć dzięki dość rychłemu i dość silnemu protestowi społecznemu narastającemu jeszcze przed 1980 rokiem, dzięki aktywności elity inteligenckiej potrafiącej porozumieć się z reprezentatywnymi pracownikami fizycznymi dużych zakładów pracy.

Otóż mam nieodparte wrażenie, że historia powtarza się teraz w dużym stopniu.
Jestem pewien, że obecny okres rządów PO rozumianych jako poczynania lub zaniechania gabinetu (-ów) Donalda Tuska także będzie powszechnie nazywany okresem błędów i wypaczeń.
Że społeczeństwo w zupełnie innej sytuacji znów znajdzie sposób, by to powstrzymać kosztem kolejnych ofiar.
No i na końcu – jestem pewien, że społeczeństwo w ostatecznym rozrachunki poniesie tego konsekwencje, znów będzie za to płacić, być może kolejne trzydzieści kilka lat.

To dość smutne i demotywujące…

02/12/2012

Cyniczna „pomoc” dość mało pomocna.

Pewien facet kupił okazyjnie fortepian.
Kupił od człowieka likwidującego swoje mienie z powodu wyjazdu za granicę, który miał nastąpić już nazajutrz. Fortepian piękny, w doskonałym stanie, tani na skutek okoliczności w jakich musiał być odsprzedany, z jedną tylko wadą; musiał być odebrany jeszcze tego samego dnia – co jest oczywiste w związku z kontekstem sytuacyjnym. A w takim terminie transportu profesjonalnego się nie załatwi.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że fortepian jest przeważnie dość spory, ma też dwie nawzajem jakby sprzeczne cechy: jest niezmiernie delikatny a jednocześnie – waży przeciętnie nieco ponad 400 kg. Można go nieco przysposobić do transportu ale największą część nierozbieralną w zasadzie nosi się w rękach, ewentualnie na twardej i gładkiej i poziomej powierzchni można się posłużyć specjalnym wózeczkiem.
Piszę to by uświadomić czytelnikowi, że metoda podzielenia na małe kawałki i transportowania ich oddzielnie tu nie może mieć zastosowania.
Oczywiście do noszenia takiego fortepianu potrzeba odpowiednią liczbę osób mniej więcej o jednakowej sile „w ręcach” no i oczywiście wyposażonych o odpowiednie do tego pasy parciane, bo fortepian rączek do uchwycenia za nie w ilości 10 szt. nie posiada. Potrzeba jest 8 do 10 mężczyzn do wykonania tej trudnej operacji.

Wracając po tych wyjaśnieniach do naszego bohatera, trzeba stwierdzić, że znalazł się on w dość trudnej sytuacji; dokonał „interesu życia” kupując za bezcen wspaniały instrument, ale jak teraz „skonsumować” ten sukces, czyli odebrać fortepian i przewieźć go do siebie. A mieszkał niezbyt daleko, „zaledwie” jakieś kilkaset metrów dalej, przy tej samej ulicy.
Przypomniał sobie o znajomym ze szkoły, działającym tam nadal w charakterze druha drużynowego miejscowej drużyny harcerskiej; opowiadał mu kiedyś ów znajomy, że stworzył z harcerzy „brygadę natychmiastowej pomocy” interweniującą w razie potrzeby dla pomocy okolicznym mieszkańcom oraz ma się rozumieć, dla Ojczyzny, efektu pedagogicznego i chwały ZHP.
Zadzwonił.
Sukces: ależ oczywiście drogi kolego, zaraz tam będziemy z chłopakami i pomożemy. Faktycznie; harcerze wydawali się zachwyceni już samym faktem, że będzie okazja coś zrobić, wykazać się siłą i wytrzymałością. Wynieśli fortepian z mieszkania sprzedawcy, znieśli z piętra na ulicę, tu zrobili sobie zdjęcia „na pamiątkę akcji”, poprosili o wpis pamiątkowy do księgi drużyny. Ośmiu niosło fortepian na pasach w pozycji „na boku”, trzech następnych niosło nogi fortepianu, każdy po jednej, dwóch kolejnych – skrzydło oddzielone od reszty by tym ośmiu było lżej a druh drużynowy filmował wszystko kamerką na promocję do „You Tube” oraz rozdawał mijającym ich przechodniom wizytówki i zaproszenia do dofinansowania jego drużyny pomocowej – pomagającej jak widać…
Tak przebyli kolejne 150 metrów w kierunku docelowym, czyli mieszkania nowego właściciela.

Nagle druh rozkazał postawić ładunek i zarządził pilny odwrót; zapomniał że drużyna zobowiązała się o tej godzinie pomóc w przeprowadzce pary staruszków do domu opieki. Tak więc postawili fortepian, pożegnali się, zasalutowali, czuj czuj czuwaaaj i poszli spiesznie dalej świadczyć „bezinteresowną” pomoc innym potrzebującym.
Właściciel fortepianu zbaraniał; cóż miał powiedzieć na taki nagły i zaskakujący rozwój wypadków. Powinien przecież być wdzięczny za pomoc a jednocześnie został nagle sam na sam z fortepianem na ulicy, nadal dość daleko od domu, choć jednak trochę bliżej niż początkowo… Zmierzchało się już, na dodatek zanosiło się na deszcz a jak wiadomo fortepiany niczego tak źle nie tolerują, jak nadmiaru wody i nadmiaru utworów niejakiego Franza Lista…

Historia ta nasunęła mi pytanie, nasuwające się zresztą niejako automatycznie: czy mu pomogli? Czy mu rzeczywiście pomogli?

Może to dziwne, ale nie da się powiedzieć, że nie.

Ani też jednocześnie mówienie, że pomogli – nie wydaje się w pełni uzasadnione.

To sprawa niejednoznaczna, jak większość spraw w życiu. Ocena tego zależy od perspektywy, i nic na to nie poradzę prymitywnym osobnikom, którzy już od dawna mają wyrobiony jednoznaczny pogląd na wszystko; jak wiara – to dogmat, jak bezrobocie – to „każdemu micha zupy i cześć” i tak dalej…
Może i przybliżyli oni nabywcę fortepianu nieco do sukcesu w postaci dotachania fortepianu do domu, ale przecież nic to nie dało, niczego nie zmieniło, nie zmniejszyło zagrożenia czyhającego na ten instrument ani też nie umniejszyło niepokoju i kłopotu właściciela. Fortepian znalazł się bliżej miejsca docelowego ale nadal zbyt daleko by to pozwoliło odpowiednio go zabezpieczyć. Żeby nie wiem jak się wysilał – sam nie da rady. Nie można twierdzić, że niczego nie zrobili, ale jednocześnie – mimo że coś robili nie dało to sensownego wyniku, nie zmieniło istoty problemu. Nie zmieniło sytuacji.

Jedyne co można powiedzieć z całą pewnością, to że owa drużyna sama dla siebie odniosła sukces, produkując materiał reklamowy, rozsiewając wokół własny „dobry PR”, promując się i zyskując dla siebie nowych sponsorów. Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że druhowi od początku tylko o to chodziło. Że z wyrachowaniem od początku pozorował pomoc tylko dla urządzenia sobie odpowiedniego planu dla filmiku reklamowego. Krótko mówiąc – że od początku miał tego swojego kolegę wraz z jego fortepianem-problemem w przysłowiowej głębokiej dupie, traktując go wyłącznie jako pretekst do osiągnięcia własnych korzyści.
A co do naszego bohatera: podobno pomogli mu… bezrobotni. Za darmo. I w ogóle doskonale go rozumieli i potraktowali go jak swego; z pełnym zrozumieniem sytuacji… jakby spotykali się z taką sytuacją na co dzień.
Nie wiem dlaczego…

A Ty – szanowny czytelniku: wiesz?

Tekst ten dedykuję Ministrowi Pracy i Spraw Społecznych Władysławowi Kosiniak Kamyszowi i jego naukowo utytułowanym przydupasom..

18/08/2012

To nie jest „wolny rynek” ani „naukowa” ekonomia!

Platforma Obywatelska w Polsce realizuje obecnie konkretną ideologię.

Jaka to jest ideologia…?
„Ekonomia mainstreamu” – dbająca o interes wybrańców nie licząc się z kosztem społecznym.
W innym tekście nazwałem to kiedyś „faszyzacją ekonomii”.
To oddzielny temat, delikatnie mówiąc dyskusyjny. Nie mam zamiaru wdawać się tu w tym tekście w takie rozważania a tym bardziej taką dyskusję. Dla mnie jest tu ważne przede wszystkim to, by przekonać mojego czytelnika, że rzeczywistość która go otacza, jego bezrobocie, beznadziejność sytuacji w jakiej został postawiony, jego opłakany stan materialny, jego wszelkie problemy bytowe, brak widzialnych perspektyw – wynikają nie z obiektywnych praw ekonomii jako nauki a z pewnej konkretnej ideologii, która jest realizowana przez władzę – sterując ekonomią na zasadzie „założeń wstępnych”. Przedsiębiorcy robiącemu dziś szybkie i dobre interesy nie muszę tego tłumaczyć, więc i nie tłumaczę… Tłumaczę to zdezorientowanym ofiarom.

W tym wymiarze można to porównać do gospodarowania budżetem domowym; jest w sumie do dyspozycji tyle ile jest (PKB) a ile i na jakie potrzeby wydać, na co to przeznaczyć a jakich potrzeb w tej chwili nie finansować z tych środków – to już jest decyzja gospodarza, jedna z niezliczonej ilości możliwych wersji takiej decyzji. Gospodarz rozsądny będzie oczywiście myślał, co zrobić by następny budżet domowy był wyższy ale poza tym ma nieograniczoną swobodę gospodarowania tym co ma dziś. To – którą z wielu możliwych wersji podziału posiadanych środków się wybiera, zależy od założeń wstępnych, od wyznawanych przez gospodarza priorytetów, czyli od profilu ideologicznego „władzy”. Jeden najpierw kupi 10 flaszek na wszystkie weekendy a potem patrzy – czy mu starczy na mieszkanie, prąd i zeszyty dla dzieciaka do szkoły. Inny najpierw zapłaci rachunki a po tym dopiero patrzy, ile mu pozostało i na co wystarczy. Jeszcze ktoś inny najpierw kupi to co potrzeba dziecku, kupi lekarstwa itp i potem zastanawia się nad wykorzystaniem reszty która mu pozostała. Tych „pięter” decyzji jest dużo więcej, bardzo wiele, decyzji coraz bardziej szczegółowych dotyczących kwoty pozostałej po decyzji wcześniejszej.

Sposób zachowania gospodarza odpowiada działaniu ideologii politycznej władzy. Obecna władza tylko dlatego jest władzą, że przekonała wyborców iż nie ma żadnej ideologii tylko jest „ekonomia naukowa” z którą nie można „dyskutować” a dla lepszego efektu ubezwłasnowolnienia „gospodarza” – są jeszcze „dyrektywy unijne”. Jeśli to zostanie zrozumiane, to powróci też do świadomości ludzi prosta refleksja; skoro ta ideologia daje takie efekty, to inna ideologia mogłaby dać inne efekty, na przykład lepsze dla mnie, dające mi możliwość przetrwania bez marnowania wielu moich lat w nędzy i bezrobociu, ale i bez istotnego szkodzenia innym, więc… Chodzi o to, że można było podjąć inne decyzje dotyczące przeznaczenia dochodu narodowego państwa. Że tych możliwości jest bardzo wiele i one powinny być „otwarte” dla społeczeństwa, dla dobra społeczeństwa, że powinna być wybrana taka wersja, która zapewnia najlepszy efekt jednocześnie przy najmniejszych kosztach społecznych. Tak samo – nieskończenie wiele jest wersji działań w kierunku powiększenia budżetu na przyszłość. Na przykład można się zgodzić na swoją rolę usługową oraz kupowanie gotowych wyrobów od innych (import) co niszczy miejsca pracy, a można też dbać o produkcję własną i jej jak największy eksport (dbałość o miejsca pracy).

Można to odnieść zarówno do tego, co dobre, co jest zdobyczą przemian ale też i do tego co realizowana ideologia uznała za koszt.
A ten koszt – to zmarnowane lata setek tysięcy ludzi balansujących na krawędzi „śmietnika”, to ogromne tarapaty ponad dwóch milionów Polaków z podstawowym utrzymaniem, to miliony dzieciaków właśnie z powodu biedy marnujących swoje zdolności i skrzywiające swój światopogląd…
Koszty tragiczne, ale i zupełnie zbędne.
To koszt TEJ ideologii.

Trzeba to powtarzać aż do skutku. Aż do powszechnego zrozumienia.

27/06/2012

… Czy już zaczyna docierać… ?

Portal gazeta.pl przyniósł dziś interesujący w swojej wymowie artykuł Mileny Orłowskiej. Nie zajmuję się komentowaniem codziennych wiadomości, raczej po prostu „piszę swoje” i teraz też tak będzie, ale ta akurat wiadomość jest niezłym pretekstem do mojej szerszej wypowiedzi. By nie powtarzać albo nie przytaczać długich cytatów, podam link do oryginału (ostatecznie po to przecież wymyślono hiper-text):
Jest pani za stara i... za brzydka.
Autorka pochopnie moim zdaniem doszła do wniosku ostatecznego, że chodzi tu o czyjś głupi a może i nieco okrutny żart. Dziennikarka jak widać zrobiła więcej niż autorzy tego rzekomego „żartu”, by ukryć wszystko co istotne w tej sprawie, zmieniając wszystkie istotne dane. Być może jest to zgodne z dziennikarską praktyką, ale…
Ogólnie sprawa dotyczy nauczycielki, młodej, trzydziestoletniej osoby z wykształceniem pedagogicznym i drugim fakultetem, która odpowiedziała na ogłoszenie o poszukiwaniu pracownika zamieszczone w „jednym z płockich portali ogłoszeniowych”. Ogłoszenie dotyczyło pracy nauczyciela w świetlicy prywatnego, wkrótce otwieranego prywatnego żłobka. Nauczycielka ta, spełniając nawet z nadmiarem podane oczekiwania pracodawcy – z wielka nadzieją wysłała na podany adres poczty elektronicznej swoje CV oraz podanie o pracę (zwane przez niektórych głupio „listem motywacyjnym”) po czym otrzymała odpowiedź od nadawcy oferty pracy:
„Z takim wykształceniem to mogę pani zaproponować kopanie dołów po 4 zł za godz. A ponadto jest pani za stara na to stanowisko. Nie zamieściła pani zdjęcia, myślę, iż dlatego, że nie jest pani zbyt urodziwa. Kategorycznie nie przyjmę pani do pracy! Życzę powodzenia w szukaniu zatrudnienia”.
To, że dziennikarze pochopnie uznali to za – głupi bo głupi, ale żart – to jedno, sprawa ta jednak zwraca a raczej powinna zwrócić uwagę na szerszy aspekt zjawisk dotyczących proponowania i poszukiwania zatrudnienia.
Czy w tym kraju każdy może – ukrywając własną tożsamość – rozpowszechniać ogłoszenia? Bo podstawowym elementem „dyscyplinującym”, czyli zapobiegającym większości takich zdarzeń – powinna być konieczność rejestracji nadawcy weryfikowana w chwili zakładania konta pocztowego.
Patologia jest tu niejako wpisana w podstawy polskiej rzeczywistości, gdy zatrzymano poprzedni system władzy totalitarnej, w którym domyślnie niejako wszystko było zakazane a na zrobienie czegokolwiek musiała być zgoda i podstawa prawna – ogłaszając ludowi, że teraz jest „wolność”. A głupi lud uznał, że skoro wtedy „nic nie było wolno” bo nie było „wolności”, to teraz – skoro jest już wolność – to musi być „wszystko wolno”.
A każdy, kto czytał już choćby wiersz Aleksandra Fredry o Pawle i Gawle, który był niegdyś w „Elementarzu” dla najmłodszych uczniów szkoły podstawowej, gdy ja do niej chodziłem – wie, że gdy „wszystko wolno” to znaczy, że nie da się żyć, następuje rozpad i anarchia.
Nie wyjaśniono ludziom, co to znaczy „wolność”, co przy wrodzonych i od wieków kultywowanych u Polaków skłonnościach do anarchii, pieniactwa, samowoli i nieuczciwości (cwaniactwa) – musiało dać efekt, jaki widzimy.

Pytam tu retorycznie o nadawców ogłoszeń, dlatego że tak jak w przypadku ogłoszeń dotyczących pracy czy innych, na które może następować duża reakcja związana z podawaniem danych osobowych – wynikiem takich ogłoszeń jest stworzenie bazy danych osobowych i adresowych.
Mamy przecież Ustawę o ochronie danych osobowych, lecz jak jest z jej działaniem, skutecznością? W przypadku osób bezrobotnych nie maja one innego wyjścia, jak rozsyłać masowo swoje życiorysy w setkach egzemplarzy na podane w ogłoszeniach o zatrudnieniu adresy e-mailowe, bez możliwości sprawdzenia kto i co się za nimi kryje. Warunkiem przyjęcia zgłoszenia takiego kandydata do pracy jest wysłanie przez niego podpisanego oświadczenia o wyrażeniu zgody na „przetwarzanie danych osobowych” – i to także jest warunek bezwzględny, nie ma tu dobrowolności, bo i praca zarobkowa nie jest w jakimś sensie dobrowolna, gdy jest najpowszechniejszym, podstawowym sposobem zdobycia środków na zaspokojenie najpowszechniejszych, podstawowych potrzeb życiowych. Osoby bezrobotne są więc niejako skazane na rozpowszechnianie swoich danych osobowych bez żadnej kontroli nad nimi – i to państwo ma obowiązek oraz możliwości zabezpieczyć praworządność ich wykorzystania. Nie tylko poprzez stworzenie prawa na papierze, ale i skuteczne wykonywanie go.
Okazuje się, że każdy dureń może stworzyć sobie fikcyjną firmę i darmowy, nieweryfikowany przez dostawcę poczty adres e-mailowy, po czym publikować na portalach ogłoszeniowych „oferty pracy” – tworząc w ten sposób ogromne bazy danych osobowych i adresowych, które potem można z wielkim zyskiem odsprzedać firmom rozsyłającym reklamy, spam, wykorzystać w bardzo różny, czasem nawet sprzeczny z prawem sposób.
Ustawa o ochronie danych osobowych ogromnie utrudnia życia samym zainteresowanym obywatelom, ale w niczym nie chroni ich danych osobowych ani ich bezpieczeństwa. Za to – wspomaga rozwój „polskiego kapitalizmu” – i to jest wielkim osiągnięciem rządu Donalda Tuska.
Wspomniany w artykule „płocki portal ogłoszeniowy” – nie jest tu jakimś ewenementem. Większość miast i miasteczek ma swoje portale lokalnych ogłoszeń. Panuje tam totalne bezprawie – zresztą jak w całej Polsce pod rządami PO. Właściciele i administratorzy takich portali usiłują przerzucić wszelką odpowiedzialność na samych użytkowników; zazwyczaj w jakimś wewnętrznym regulaminie umieszcza się ogólne warunki korzystania, ale brak woli i możliwości rzetelnego kontrolowania, czy są one przestrzegane. Konto użytkownika (dawcy ogłoszeń) takiego portalu może być fikcyjne (choć jest to zabronione) a nadanie ogłoszenia o pracy kosztuje np. 2 zł, za to wartość zebranych za jego pomocą kompletnych danych osobowych jest wielokrotnie wyższa; – w zależności od sprytu i zdolności piszącego ogłoszenie może to być 1000 czy nawet 2000 osób zgłaszających się z CV z nadzieją na pracę. Ogłoszeniodawcy korzystają z prawa do zastrzeżenia sobie, że nie będą odpowiadać na wszystkie oferty podjęcia pracy, więc praktycznie nie muszą odpowiedzieć na żadną. A więc – przykładowo – za 200 zł można zdobyć bazę danych teleadresowych i innych, np. marketingowych aż na przykład 200.000 osób. Zakazy stosowane przez właścicieli czy administratorów takich serwisów ogłoszeniowych mają oczywiście służyć tylko i wyłącznie ich własnemu bezpieczeństwu prawnemu; wystarczy napisać w regulaminie, że czegoś „nie wolno” i to już pozwala zawsze „jakby co” – przerzucić odpowiedzialność za robienie tego – na użytkownika ogłoszeniodawcę.
Zdarzało mi się otrzymywać imiennie do mnie zaadresowane reklamy kompletnie nie zamawianych usług lub produktów. Raz zadałem sobie trud napisania do nadawcy – firmy XX pisma z kategorycznym zapytaniem – w jaki sposób weszli w posiadanie mojego adresu zamieszkania i na jakiej podstawie przypuszczają, że jestem zainteresowany ich ofertą (a faktycznie – byłem, czyli że to nie była przypadkowa oferta!) Po długim czasie otrzymałem odpowiedź, że moje dane „pochodzą z bazy danych klientów odkupionej od firmy YY”. Z firmą YY także nigdy się wcześniej nie kontaktowałem w żadnej sprawie, więc wysłałem do niej podobne zapytanie, skąd posiadają moje dane odsprzedane firmie XX, podczas gdy nie mieli prawa ich posiadać. Zmów po długim czasie odpowiedziano mi, że moje dane „pochodzą z baz danych klientów odkupionych od firm ZZ, TT lub VV, ale bazy te uległy kiedyś połączeniu w związku z czym nie potrafią mi podać od której konkretnie z tych firm odkupili moje dane. Ale jeśli sobie nie życzę, to mogę do nich napisać żądanie usunięcia moich danych z ich bazy danych”. Ale wszelkie reklamy przestały nagle przychodzić – już bez mojego „żądania” …
Cały ten system, całe to bezprawie, fikcyjność nieudolnych ustaw niemożliwych do wyegzekwowania nie jest przypadkowa, jest elementem celowej polskiej rzeczywistości politycznej, nastawionej na „budowę kapitalizmu” tak jak to sobie wyobrażają prymitywni i prostaccy, chciwi ludzie „bez kręgosłupów” i zahamowań moralnych – jacy narzucają od dwudziestu lat kształt polskiej rzeczywistości, ukrywany pod „sztuczną mgłą” propagandy sukcesu „fajnej Polski”. Dla nich „budowa kapitalizmu” to znaczy „budowa ich osobistych fortun” bez liczenia się z niczym a z pewnością nie z takimi „bzdurami” jak prawo, moralność czy uczciwość.
Przy okazji tego incydentu, warto wspomnieć o samych ogłoszeniach.
Powszechne jest łamanie prawa obowiązującego, polegające nie tylko na zatrudnianiu nielegalnym, nierejestrowanym, okradającym system podatkowy i ubezpieczeniowy. Polega też ono także na ukrywaniu faktycznego zatrudnienia na podstawie kodeksu pracy – pod pozorem umów cywilnych opartych na kodeksie cywilnym, których postanowienia kodeksu pracy nie dotyczą. Jest to wszystko zadziwiające, bo to jakby „bezprawie w całym majestacie prawa”; wszystkim doskonale wiadome, ale od dziesięcioleci w najlepsze funkcjonujące. Ostatnio już nawet widziałem próby zatrudnienia sprzątaczki na umowę agencyjną… Niby ma to kontrolować Państwowa Inspekcja Pracy, ale ta ma najwyraźniej ZAKAZ skutecznego kontrolowania tego, żeby się krzywda nie stała naszym kochanym kapitalistom, żeby się nie obrazili i nie zlikwidowali miejsc pracy…
To nie jest prawda, że państwo jest tu BEZRADNE; w rzeczywistości cała ta sytuacja jest moim zdaniem wynikiem świadomej i celowej polityki państwa – wynikającej z realizacji OBOWIĄZUJĄCEJ IDEOLOGII – jak o tym wspominałem wielokrotnie wcześniej w swoich felietonach.
Wracając do wspomnianego na wstępie incydentu; w rzeczywistości polskiej nie widzę niczego dziwnego w opisanym zdarzeniu, nawet gdyby traktować je jako poważną próbę zatrudnienia pracownika. Ja zresztą jestem przekonany, że to BYŁA próba poważnego zatrudnienia pracownika. Takie są pojęcia prywatnych przedsiębiorców, choć przeważnie wiedzą oni o tym, że nie wolno im się z tymi pojęciami ujawniać, bo są bezprawne. Wiedzą, że nie wolno ich ujawniać, ale też i nie mają najmniejszego zamiaru ich zmieniać; to trochę taka „gra” z państwem – kto kogo przetrzyma, kto na kim wymusi ustępstwa…
Przepisy prawa powinny wymuszać by stosowano choć minimalny katalog jednolitych danych które muszą się znaleźć w ofercie zatrudnienia, niestety tak nie jest co sprzyja bezprawiu. Oferta powinna na wstępie zawierać informację o rodzaju zatrudnienia, co by natychmiast wyjaśniało – jakie przepisy czy zasady należy do niej stosować już nawet przy jej wstępnym czytaniu, jakim konkretnym przepisom podlega. Zapewne to by bardzo zdziwiło wielu ogłoszeniodawców, że ich oferta podlega jakimś przepisom, to znaczy także i ograniczeniom – bo wielu z nich na skutek wspomnianej polityki państwa – tkwi de facto w anarchii! W przekonaniu, że to oni stanowią przepisy i prawo dotyczące swojej działalności gospodarczej. Wielu prywatnych przedsiębiorców uważa, że Kodeks Pracy ich NIE DOTYCZY, bo kto miałby im prawo narzucać cokolwiek w ich „prywatnej zagrodzie” … A jeśli to wiedzą, to tak udają że nie wiedzą – by wymuszać uległość instytucji państwa.
Pomijam tu już sprawę proponowanego zawężenia katalogu rodzajów umów w odniesieniu do pracy, w skrajnych propozycjach – wprowadzenia jednego typu uniwersalnej umowy o pracę i jednolitych zasad jej funkcjonowania. To świetny pomysł. Świetny – znaczy – nie przejdzie.
Ale co do stosunku pracy, czyli zatrudnienia opartego o ustawę Kodeks Pracy, przepisy ustawy dostosowane do wymogów unijnego prawa wspólnotowego (bo sami byśmy tak tkwili w tym naszym „bajzlu” prawnym z lubością jeszcze długo, jak świnie w bajorze) kładą szczególny nacisk na zakaz nierównego traktowania, dyskryminowania nie tylko pracownika ale i kandydata do pracy, na etapie właśnie ogłoszenia o chęci zatrudnienia, oraz przyjmowania i rozpatrywania nadesłanych zgłoszeń.
Prawo Pracy w sposób precyzyjny wymienia na przykład, jakich danych pracodawca lub rekruter działający w jego imieniu może żądać od kandydatów na etapie rekrutacji. Dane te wymienia obowiązujący powszechnie Art. 22-1 par.1 Ustawy Kodeks Pracy.
Poszukujący pracownika – w sprawach danych osobowych ma prawo pytać kandydata o:
- imię i nazwisko;
- imiona rodziców;
- datę urodzenia;
- miejsce (adres) zamieszkania i adres do korespondencji;
- wykształcenie;
- przebieg dotychczasowego zatrudnienia.
I to wszystko – co do kandydatów. Katalog jest skończony i zamknięty.
Co to oznacza: że nie wolno pytać kandydata do pracy o jego religię, stan cywilny, stan potomstwa i plany w tej sprawie na przyszłość – jak to się często spotyka, preferowanie części lub całego etatu, o przynależność do związków zawodowych i partii politycznych itp. Nie wolno! Nie wolno o to pytać, gdyż nie wolno od odpowiedzi na takie pytanie lub nawet od jej braku – uzależniać decyzji o zatrudnieniu! Każde takie pytanie – jest złamaniem prawa.
Ja wiem, że może to kogoś zdziwić – bo przecież powszechna praktyka jest inna, ale… prawo jest takie jak napisałem. I obowiązuje. Powszechne są pytania w ankietach dla kandydatów o płeć, pesel, nip, stan cywilny, obecne zatrudnienie, miejsce aktualnej nauki, czas pozostawania bez zatrudnienia, ilość i wiek dzieci itp. Ale to jest bezpośrednie wykroczenie przeciwko prawu. Nawet od płci kandydata nie wolno uzależniać decyzji o zatrudnieniu, chyba że istnieją w danej pracy powszechnie funkcjonujące i uzasadnione charakterem obowiązków preferencje co do płci pracownika a pracodawca jest gotów je uzasadnić przed sądem jeśliby został oskarżony o dyskryminowanie ze względu na płeć – co reguluje Art. 18 Kodeksu Pracy. Takie samo zastrzeżenie można zastosować do każdego właściwie czynnika wymienionego w ustawie jako źródło dyskryminacji, dlatego przepisy prawa są w tej sprawie optymalnie elastyczne w sytuacjach uzasadnionych. Nikt więc nie musi zatrudnić kobiety tam, gdzie kobieta nie może być zatrudniona, ani nie ma obowiązku zatrudnić katolika tam, gdzie obiektywne warunki na to nie pozwalają, ze względu na dobro samego zatrudnionego. Ale powszechnie widzimy: panią zatrudnię…, panią bezdzietną w wieku do lat 35 – zatrudnię…; Poszukuję pracownika (tylko mężczyźni)…; opiekunkę w wieku po 45 roku życia, wierzącą i praktykującą zatrudnię do opieki nad starszą osobą… itp.
Prawo jest tu bardzo elastyczne i może być w pełni przestrzegane; przyczyną że tak się nie dzieje jest rozpad państwa i konkretna ideologia realizowana przez władzę.
Co widzimy w życiu? Państwo Platformy Obywatelskiej istniejące jakby w dwóch równoległych, całkowicie sprzecznych rzeczywistościach: tej oficjalnej, propagandowej, zgodnej z prawem, oraz tej prawdziwej, faktycznej i funkcjonującej.
Państwo bezprawia, pozorów, propagandowej zadymy w której „można wszystko”.
Państwo w którym można po prostu mieć całe prawo w dupie. Państwo w którym istnieje strefa normalna i strefa „szara” – wszystkim znana strefa poza prawem i państwem, o której wszyscy wiedzą i która nikomu nie przeszkadza choć rujnuje to prawdziwe państwo. Mamy państwo w którym istnieją zasady prawa podatkowego ale także i równolegle można działać „na czarno” – poza prawem, poza systemem podatkowym, poza wszelką kontrolą i to także jest wszystkim wiadome i nikomu nie przeszkadza choć niszczy system fiskalny i socjalny państwa kosztem uczciwych obywateli. Mamy państwo które buduje „kapitalizm” na bezprawiu, kosztem uczciwych obywateli spychanych na margines i do śmietników…
Więc narzuca się samoczynnie niejako proste pytanie: kto stoi na czele „budowniczych” takiego państwa? Kto stoi na czele i w czyim interesie działa?
Z pewnością nie jest to społeczeństwo, co by oznaczało, że Polska przestała być republiką demokratyczną (Rzeczpospolitą)…
Trudno się dziwić szokowi takiej spokojnej, zwyczajnej jakbyśmy powiedzieli osoby, nauczycielki z Opola, która po prostu ma coś do zaproponowania i szuka uczciwej pracy, gdy nagle styka się z drobnym przejawem istniejącej sytuacji ogólnej.
Trzeba wreszcie zacząć kojarzyć skutek z przyczyną…