MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

05/03/2021

"Miłość prawdziwa" - suplement do tekstu. Wyjaśnienia.

Miłość prawdziwa nie jest "za coś" ani "z powodu"; zjawia się nie wiadomo skąd jak powiew wiatru; to ona dopiero daje wszystkie możliwe powody i "wyciąga" z nas wszystko to co w nas najlepsze. Odrzucenie, bariery, warunki, ograniczenia, separacja, oceny, wymagania wstępne - wydobywają z nas wszystko co najgorsze, poprzez niepotrzebne bezsensowne cierpienie i tak prowadzą donikąd...

Zakochałem się w tobie. W twoim głosie i twoim oddechu. W twoich oczach i twojej obecności. A co to znaczy? Nagle zaczęło mi ciebie bez przerwy brakować. Wiadomo: praca, wyjazdy, różne zajęcia... W naszej znajomości trwającej już od pewnego czasu pojawił się nie wiedzieć kiedy jakiś nieuchwytny, zaskakujący, dodatkowy element, choć często pojawia się on już od pierwszej chwili; mówią na to - "jest chemia", albo że "zaiskrzyło", a mówią tak - by jakoś nazwać to, czego nie da się dostrzec bezpośrednio, zdefiniować, skatalogować i okiełznać. Dostrzec można tylko skutek. To działa, choć nikt nie wie jak i dlaczego.
Działa - jeśli jest.

Nie da się przeanalizować ani wytłumaczyć, dlaczego to widok twojej twarzy jest dla mnie tak miły, wzruszający, choć na świecie jest ponoć ponad 8 miliardów innych twarzy a z tego nieco więcej niż połowa - kobiecych, z tego jedna trzecia "dorosłych" twarzy; i tak daje to co najmniej dwójkę i dziewięć zer... Ale ja lubię twój sposób mówienia, twój uśmiech, mógłbym godzinami przyglądać się tobie nawet nie zdając sobie sprawy z upływu czasu, śledzić każdy ruch, gest, grymas, mimikę jak lustro myśli - przebiegających szybko, jak pierzaste chmurki po błękitnym niebie przy silnym wietrze i odpowiadające im plamy półcienia - szybko przesuwające się po drzewach i łąkach, rozjaśnionych promieniami słonecznymi...
Ty także czasem obrzucasz mnie szybkim tęsknym spojrzeniem, albo uśmiechasz się filuternie, gdy nasze spojrzenia spotkają się. Zauważyłem przypadkiem, że długo przyglądasz mi się, poważnie i z pewną ciekawością - kiedy zasypiam; jakbyś krępowała się robić to "jawnie", gdy mógłbym to dostrzec na co dzień. Czuję i wiem, że odczuwasz podobną przyjemność wynikającą z mojej obecności blisko ciebie i że to jest prawdziwe, naturalne, rzeczywiste i trwałe. Akceptujesz właśnie mnie, mimo że mam wady i świadomie staram się nie do końca je ukrywać - kierując się potrzebą szczerości i autentyczności, wiarygodności bez oszukiwania i udawania.
To jest bardzo miłe... jeśli jest...

Kocham cię, dlatego spontanicznie sam chciałbym dla ciebie jak najlepiej, abyś była szczęśliwa, nie tylko w związku ze mną, ale i w każdej innej dziedzinie życia; wręcz myślę, że ja - jestem tu na ostatnim miejscu ważności. Dlatego chciałbym zrobić wszystko co możliwe, byś realizowała swoje zamierzenia, cele, ambicje, plany rozwoju i twórczości; to przecież oczywiste że dla ukochanej i akceptowanej osoby która to odwzajemnia, zawsze chcemy dać z siebie wszystko - dla jej radości, ale umiemy też przyjąć podobny dar od niej. Z miłości sam wymyślam co mógłbym zrobić dla ciebie; To jest niesamowicie motywujące.
Jeśli jest.

To ona wydobywa z nas niesamowitą energię, radość, pomysłowość, humor, optymizm. Miłość odwzajemniana jest jak... silnik odrzutowy najnowszego myśliwca; daje "kopa" do prędkości naddźwiękowej, odejmuje lat, uzdrawia, uwalnia od lęku, nagradza optymizmem, młodzieńczą inwencją i pomysłowością. To miłość i szczęście daje energię, uzdrawia i odmładza. Powiedzenie "kochałabym cię gdybyś miał więcej energii, był szczęśliwy" - jest absurdalne, bo oczekuje skutku - przed przyczyną. To tak jakby mówić; zatankowałabym samochód gdyby bez paliwa dojechał do stacji benzynowej...

Bo miłość polega na służeniu, dzieleniu się, a służenie - na dawaniu i przyjmowaniu dobra, także na dzieleniu się trudnościami, wątpliwościami, bólem. Kocham cię niezależnie od okoliczności i wiem że jestem kochany, dlatego w moim przyjmowaniu od ciebie daru dobrej woli, szczęścia, dobra, inspiracji, rady, motywacji, pomocy, życzliwości, przyjaźni - nie ma nic z interesu albo wyrachowania. Nie ma - bo to nie był warunek, wymóg wstępny. Bez tego wszystkiego zapewne także odczuwałbym całą tę radość wynikającą z samej miłości. Daję to co mam najlepszego, bo wiem, że osoba obdarowana przyjmie to i także - z tego samego co ja powodu - będzie chciała mnie obdarowywać wszystkim co najlepsze i to jest właśnie miłość, dzielenie się dobrem, nie - wyrachowanie, wstępne oczekiwania, żądania, wydzielanie "siebie" po trochu zależnie od spodziewanych "korzyści", rozsądne "sprzedawanie się" po kawałku, reglamentacja dostępu do siebie, swojego życia, swoich spraw...

16/02/2018

Fatamorgana
(Biorę Ciebie z sobą na noc)


Wchodzę w twoje senne słowa
Mrok mi ciebie podarował
Ciszę sypią wiatry dookoła
Ty mnie w nią znowu wołasz
Chyba się zanosi na noc
Dobranoc, dobranoc...

Kwitnie w twoich włosach ręka
I z pragnienia jesteś cała
Wszystko naokoło czeka
Wszystko nas zapowiedziało
Pewnie się zanosi na noc
Dobranoc, dobranoc...

Ptak powraca do marzenia
Rozsypują się wszystkie słowa
Milczeniem w sen ciebie wołam
I pragnieniem wołam na noc
Biorę ciebie z sobą na noc
Dobranoc, dobranoc...

Mrok powietrze poodsłaniał
I wiewiórki w naszych szeptach
Dla nas się otworzył kamień
Sen się sypie z niego na noc
Sen się sypie z niego na noc
Dobranoc, dobranoc.


Autor tekstu: Bogdan Chorążuk
Muzyka: Tadeusz Woźniak
Tytuł oryginalny: "Zanosi się na noc"

Fatamorgana

09/01/2018

Co jest najważniejsze... ?


... że srebro i złoto
to nic; chodzi o to,
by młodym być i więcej nic,

Nie rozgłos, nie sława,
nie stroje, zabawa,
lecz młodym być i więcej nic.

A jeszcze do tego
mieć kogoś bliskiego
i kochać go i więcej nic,

Najbiedniejszym być,
najskromniejszym być,
ale mieć przed sobą świat,

Zakochanym być
i kochanym być,
i mieć wciąż dwadzieścia lat.

(... )

Refren cudownego tekstu piosenki Emanuela Schlechtera i Jerzego Petersburskiego z 1959 roku. Piosenka doczekała się kilku znanych coverów i była bardzo znana i często odtwarzana co najmniej jeszcze kilkanaście lat...
Podobny wpis: Stare, dobre czasy - czyli coś o uczuciach...

23/11/2017

Kiedy już będę mądrzejszy



... Kiedy cię znowu zobaczę - córeczko
może już będę mądrzejszy:
zostawię wszystko, by być z tobą tylko,
nie stracę nawet godziny.

Będę cię tulił, całował, kołysał,
obdarzę czułą miłością,
powiem ci wszystko, co sam wiem o świecie
byś była silna - mądrością.

I śmiał się będę z twoich opowieści,
choćbym z nich nic nie rozumiał,
chronił cię będę jak skarb mój najdroższy,
oddechem twoim oddychał.

Będę twe włosy uplatał w warkocze,
wstążkami zwiążę je pięknie,
będę ci śpiewał mruczanki urocze,
póki nie zaśniesz spokojnie.

Twej drobnej dłoni cieplutkiej nie puszczę,
nim się do końca nasycę
głosikiem twoim - cudownie dziecinnym,
niebem twych oczu - bezchmurnym...

... kiedy już będę mądrzejszy, córeczko,
może cię znowu zobaczę...


Paweł Baranowski 2005


14/11/2017

I tak to jest, tak to już jest...


W każdym sercu jest takie miejsce,
sanktuarium bezpieczne i potężne,
w którym leczy się rany - od niegdyś kochanych,
zanim pojawi się ktoś następny...

Mówiłem do ciebie - roztropnie.
odpowiadałaś bez udawania i pretensji,
Lecz ciągle czuję, że powiedziałem za dużo;
bo dla mnie obroną - jest raczej moje milczenie.

Zawsze kiedy w dłoniach trzymam różę -
czuję się tak, jakbym trzymał jedynie same kolce.
I tak to jest; tak to już jest...
Podejrzewam więc, że także i ty szybko odejdziesz.

Lecz gdybyś odeszła przez moje milczenie,
byłby to mój największy błąd!
więc będę dzielić z tobą to miejsce w moim sercu,
sercu, które ty możesz posiąść - by je złamać.

I dlatego właśnie - mam zamknięte oczy;
już nie patrzę,
Lecz tak jest dobrze - bo widziałem wszystko.
I tak to jest, tak to już jest...
a Ty - jesteś jedyną, która o tym wie.

Dlatego wolałbym być z Tobą
W sytuacji - gdybym mógł wybierać,
ale teraz - Ty także możesz o tym decydować
i wziąć to moje serce - aby je złamać.

I tak to jest, tak to już jest.
A Ty - jesteś jedyną, która o tym wie...


Billy Joel "And So It Goes"



13/11/2017

Wpadła plamka na kawę…


Kiedy zachciało mi się coś uczynić – zasiadłem do pisania, aż tu nagle wpadł do mnie promyk złoty.
Przez okno wpadł zamknięte, jak to promyki zawsze praktykują od kiedy Słońce jest i świeci, korzystając iż przesłonięte dokładnie nie było grubą moją brokatową zasłoną.
Wrzucił on cieplutką i wibrującą jaskrawo plamę kolorową, milutką i radosną na szary mój stół i na beżową na nim serwetę.
Tak więc owa plamka – na kawę wpadła właśnie zaparzoną, na papier do pisania jeszcze całkiem biały, bo nie zasłonięty pismem i na moje padła zimne od starości ręce…
Chciałem już pisać, ale szkoda mi było i nie śmiałem rąk cofnąć od ciepła i jasności cudownej przechadzającej się wolno po stole; rad bardzo byłem i jasności tak niespodziewanej w tej szarości mojej codziennej i tego pocałunku ciepłego odczuwanego przez dłonie i tak trwałem cierpliwie z przymkniętymi oczyma, bez ruchu czekając, tak długo aż się plamka sama zsunie z rąk moich…
Że mi radość uczyniła to oczywiste, ale pomyślałem niespodziewanie: cóż tam ja; może to jej potrzeba trochę szarości tego najzwyklejszego stołu mojego – w oszałamiających, tęczowych kolorach jej świata, może to raczej jej potrzeba nieco goryczy tej zwykłej kawy mojej – w otaczającej ją przesłodkiej jasności, może to ona właśnie tak bardzo pragnie nieco chłodu rąk moich, tak jak ja – jej ciepła i tak – nawzajem radość odczuwamy z tego samego…
Dlatego właśnie nie cofnę rąk, nie dosunę zasłony, i tak czekać będę cierpliwie, aż się plamka ta złota nasyci tym wszystkim, czego jej potrzeba a i ja przecie przy okazji rozkoszować się będę w duchu jej cudowną jasnością, ciepłem i słodyczą – w tym samym czasie.
Czasie którego przecie nie szkoda, który żadną miarą zmarnowany nie będzie...

02/11/2017

Asertywność – niezbędna umiejętność wyuczona.

Asertywność to cecha zachowania wywodząca się z psychiki. Uważa się ją za niezbędną do normalnego życia, ale jednocześnie nie jest to cecha wrodzona. Oznacza to, że nie rozwija się ona samoczynnie w procesie dojrzewania psychicznego czy emocjonalnego człowieka a powinna zostać wypracowana w procesie celowej i świadomej edukacji (wychowania).

Niestety – dotychczasowy najpowszechniejszy model wychowania pomija potrzebę asertywności. Człowiek wychowywany w rodzinie najczęściej doznaje jakichś szkód, gdyż i jego „wychowawcy” sami nie są idealni, sami też wychowani w toksycznych mniej lub bardziej rodzinach. Błędy wychowawcze są w pewnym sensie „dziedziczne”. Ludzie dorośli w niekorzystnych warunkach w rodzinie lub poza nią, bardzo często są „pokaleczeni” psychicznie poprzez niewłaściwe warunki oddziałujące na nich w dzieciństwie. Szkody te, leżące w obszarze psychiki są często bardzo rozległe i bardzo trwałe, mocno utrwalone. Śmiało można powiedzieć, bardzo to uogólniając i traktując całościowo – że jest to zjawisko powszechne. Przykładowo i najczęściej takim czynnikiem okaleczającym może być zbytnia apodyktyczność rodziców lub jednego z nich – promieniująca na całą rodzinę toksycznie. Człowiek wychowany w takich warunkach bardzo często jest jakby rozdwojony; wewnętrznie nieśmiały, niepewny, „wycofany”, przekonany o swojej małej wartości, niekompetencji, braku jakichkolwiek praw, ustępujący na każdym kroku tym silniejszym, przebojowym i pewnym siebie. Szczególnie uciążliwe jest przekonanie o braku prawa do bycia sobą. Przekonanie o obowiązku ulegania innym, silniejszym fizycznie lub psychicznie. To jest powiązane z ogromnie niskim poczuciem własnej wartości.

Jednak psychika ludzka nigdy się całkowicie nie poddaje takiej manipulacji lub nieświadomemu toksycznemu oddziaływaniu z zewnątrz. Człowiek pozbawiony asertywności jest pasywny, podporządkowuje się często machinalnie, ale nigdy do końca; gdzieś tam zawsze tkwi w nim jakieś wrażenie krzywdy, jakieś nie do końca uświadomione poczucie stłamszenia, zniewolenia, niewygody. Czasem jest to bardzo przykra i wyczerpująca walka wewnętrzna własnej świadomości z narzuconymi obcymi uwarunkowaniami psychicznymi, uzależnieniem od innych. Pasywność – wewnętrzny sprzeciw na narzucone schematy myślowe – powodują narastanie dyskomfortu, agresji, złości, buntu. Nieraz ten sprzeciw ma początkowo charakter nieuświadomiony (co do przyczyn). Trzeba tu też wyraźnie zaznaczyć, że ci którzy powodują swoim zachowaniem te problemy, także najczęściej działają nieświadomie, są – jacy są, działają w dobrej wierze, nie są świadomi sytuacji i właśnie z powodu braku asertywności – poznają dopiero skutek, gdy już jest zbyt późno zapobiegać wybuchowi czy konsekwencjom. Brak asertywności jednej strony współpracuje tu niejako z brakiem wyczucia czy autorefleksji drugiej.

Złe emocje, tłumiony sprzeciw, wymuszone zachowania „grzeczne” mino że sprzeczne ze stanem emocji – nie mogą się kumulować w czasie nieograniczonym, w nieskończoność. Prędzej czy później musi dojść i dochodzi do „wybuchu”, do eksplozji zła, krzywdy, żalu, pretensji – nieraz już bez możliwości wskazania – dokładnie i konkretnie o co. Często też jednak wybuchowi towarzyszy właśnie chwila pełnego uświadomienia sobie – co jest jego przyczyną. Obawiam się, że to historia milionów zniszczonych związków uczuciowych, milionów rozpadłych małżeństw, skłóconych rodzin, dzieci nie odzywających się do rodziców, nie rozmawiających ze sobą „aż do śmierci” krewnych i przyjaciół… Bo słów wypowiedzianych (najczęściej jednak – wykrzyczanych) w takim momencie – nieraz nie można już nijak cofnąć…
Asertywności trzeba się nauczyć, przełamując przy tym najczęściej także właśnie takie „okaleczenia” z dzieciństwa czy młodości. Ale i poza tym; poczucie własnej wartości i zrozumienie swoich praw jest niezbędne w kontaktach z innymi ludźmi. Ludzie mają przecież najprzeróżniejsze poglądy, wyznają różne wartości lub nie wyznają żadnej i osoba pasywna, nieasertywna – odruchowo poddaje się ich wpływom, odczuwając narastający dyskomfort. Ale jednocześnie – ludzie przebojowi o dość wysokim mniemaniu o sobie i wyrazistych poglądach są przecież także normalni, mają prawo takimi być, są bardziej otwarci, szczersi, pewni siebie. To nie jest wina; to po prostu jedna z możliwych cech. Mają oni przecież także prawo do własnej asertywności.

Na drugim biegunie zachowań ludzkich jest chorobliwa potrzeba uzasadniania wszystkiego, oczekiwanie bezdyskusyjnego dowodu, obiektywnej zawsze racji, niepodważalnej argumentacji – jaka cechuje wiele osób – także jest to dowodem okaleczenia psychicznego (nerwicy, fobii). Można to także rozumieć jako próbę desperackiej obrony psychicznej przed otaczającą rzeczywistą głupotą świata, nielogicznością – naturalnie cechującą życie i zachowania człowieka. Ludzie tacy całkowicie odrzucają argumentację uczuciową, intuicyjną, są aroganccy i napastliwi w tej „samoobronie” przed brakiem logiki czy uporządkowania – domagając się zawsze i żądając od innych dowodu, encyklopedycznej wiedzy, argumentu i logiki – tam, gdzie tego po prostu nie ma i być nie musi.
Nie są oni problemem dla osób asertywnych; są za to ogromnie toksyczni dla tej znakomitej większości – mniej lub bardziej pozbawionej cech asertywności.
Asertywność więc – to uświadomienie sobie kim i jaki jestem oraz – jakie mam prawa. Po uświadomieniu sobie tego, trzeba jeszcze oczywiście nauczyć się stosować te swoje prawa w praktyce, w swoim życiu. Zadziwiające jest dla takiej osoby, że inni – dotychczas widziani jako agresywni – natychmiast dostosowują się do sytuacji i zmieniają swoje podejście. Są też przypadki – że tak się nie staje: są ludzie nieumiejący dostosować się do respektowania praw innych, nawet gdy budzi to konflikt… a jego rozwiązanie to już sprawa indywidualnego przypadku, ale czasem rozwiązania polubownego po prostu nie ma.

Jak zachowuje się osoba asertywna:
Wyraża się jasno i otwarcie, w sposób szczery i zrozumiały, zgodny z jej aktualnymi uczuciami.
Wie że ma prawo posiadać swoje poglądy, głosić je, ma prawo czuć to co naprawdę czuje i okazywać to co czuje.
Również z tego samego powodu – stara się nie kłamać, nie udawać kogoś innego, bo wie że ma prawo być tym kim jest, robić błędy, mylić się i uczyć na swoich i cudzych błędach.
Jeśli jest atakowana – wie, że ma prawo się bronić adekwatnymi środkami, nie pozwala na naruszanie swojej nietykalności, godności, strefy bezpieczeństwa osobistego.
Nigdy nie przeprasza jeśli nie czuje się winna.
Działa zgodnie z własnym odczuciem a nie „konwenansami” (co nie stoi w sprzeczności z przyjętymi zasadami kultury).
Nie tłumaczy się ani nie usprawiedliwia bardziej niż wynika to z konkretnej sytuacji.
Jeśli nie rozumie – pyta.
Jeśli nie jest rozumiana – wyjaśnia.
Ma własne cele i realizuje je świadomie i konsekwentnie.
Nie jest agresywna wobec innych.
Przyznaje innym te same prawa, które uważa, że jej samej przysługują.
Szanuje siebie tak samo jak i innych i oczekuje w tym wzajemności.

Asertywność można też przedstawić jako zbiór praw jakie przysługują każdemu. Prawa te są także wskazówką do właściwego postępowania.


Najważniejsze z nich to:
- Prawo do własnego zdania, własnych uczuć i emocji i odpowiedniego ich wyrażania.
- Prawo do podejmowania własnych decyzji, czerpania z nich własnego doświadczenia i radzenia sobie ze skutkami tych decyzji.
- Prawo do wypowiadania opinii, które nie mają logicznej podstawy i których nie da się logicznie czy naukowo uzasadnić (prawo do intuicji, wiary, przeczucia).
- Prawo do niewiedzenia lub nierozumienia czegoś.
- Prawo do popełnienia błędu i poniesienia konsekwencji.
- Prawo do uczenia się, doskonalenia się i zmieniania zdania w dowolnej sprawie.
- Prawo do obszaru spraw prywatnych i intymnych, do których absolutnie nikt nie ma prawa wymagać dostępu.
- Prawo do bycia asertywnym,
- Prawo do zmieniania się.
- Prawo do bycia samotnym, niezależnym, samodzielnym.
- Prawo do własnych sukcesów, awansu, nagród, uznania, szacunku, sympatii.
- Prawo do nieangażowania się w cudze problemy.
- Prawo do oczekiwania i domagania się tego – do czego dąży.
- Prawo do odmawiania , mówienia „nie” bez uczucia winy, w sposób zdecydowany lecz nie raniący innych.
- Prawo do elastyczności, dostosowania zachowania do okoliczności.
- Prawo do empatii.

Wbrew pozorom, zachowania asertywne, ale nie wyzywające – łagodzą sytuację, dobrze wpływają na stosunki międzyludzkie, wzbudzają szacunek, ustalają prawidłowe relacje pomiędzy ludźmi. Pozwalają unikać wielkich nieporozumień, zaskakujących wybuchów emocjonalnych.

Asertywność połączona z dużym współczynnikiem empatii – to cecha którą nazywa się inteligencją emocjonalną.



01/11/2017

Pamięć i wyrozumiałość.

Dzień 2 listopada jest w tradycji religijnej szczególnym dniem modlitwy i zadumy poświęconej zmarłym.
Nie zmarłym – tak ogólnie, ale jak najbardziej konkretnie; naszym bliskim zmarłym. W sferze „oficjalnej” mówi się w Kościele o "wszystkich świętych" albo o „wszystkich duszach w czyśćcu cierpiących”, ale to pozostaje raczej w sferze oficjalnej, w rzeczywistości ludzie często „klepią” wyuczone na pamięć formułki, ale rzeczywiście związani czują się jedynie ze swoimi bliskimi, z pamięcią o nich. Wszystko to wiąże się z benedyktyńską koncepcją tak zwanego „czyśćca”, która jest jednak moim zdaniem mało istotna dla osób rozumiejących, co znaczy: „miłosierdzia chcę a nie ofiary”… A niestety nie zawsze to rozumieją nasi biskupi, to też i parafianie nie zawsze rozumieją, choć często rozumieją więcej…

To dzień w którym przeważnie już nie chodzi się na cmentarze z myślą o śmierci, grobach, pogrzebach a raczej w domu, w ciszy i spokoju wspólnie wspomina się zmarłych krewnych abstrahując niejako od faktu ich nieobecności i okoliczności jak do tego doszło. To czas właściwy, by spokojnie usiąść w ciepłym, przytulnym domu przy dobrej kawie lub aromatycznej herbacie, przeglądać albumy ze zdjęciami, pamiątki, listy, przywoływać w pamięci osoby, słowa i obrazy z przeszłości, wspominać zdarzenia koncentrując się oczywiście na tych dobrych, ważnych, zabawnych, miłych, pouczających. To czas dobroci, wybaczania, miłości. To pewien „rytuał” społeczny, nie wiem czy mający znaczenie dla zmarłych, ale z pewnością mający znaczenie dla nas, dla naszego poczucia tożsamości, poczucia godności, ciągłości pokoleń, tradycji, historii.

Dziś jak się wydaje wielu chciałoby to zniszczyć, mając w tym jakieś swoje interesy, ale tak bardzo nie trzeba się tym przejmować; po prostu kontynuujmy tradycję bo jest ona miła a przy okazji korzystna dla nas, być może nie tylko dla nas…
Wiele wskazuje na to, że może istnieć jakaś więź pomiędzy żywymi a zmarłymi, w pewnym sensie istniejącymi nadal w świecie niematerialnym. Wielu ludzi uważa, że posiada taki kontakt, a „nośnikiem informacji” jest tu prawdopodobnie myśl, natężone rzeczywiste uczucie, czyli coś równie niematerialnego. Uczucie może być „nośnikiem” informacji. Jest w istocie czymś niematerialnym więc swobodnie przekracza granice materii.
Nazywam to tak ogólnie i ostrożnie przez chęć unikania postaw konfrontacyjnych i twierdzeń skrajnie dyskusyjnych, choć sam nie mam wątpliwości, że to realnie istnieje, bo tego doświadczyłem. Nie ma to nic wspólnego z idiotycznym „spirytyzmem” – durną, mieszczańską, modną choć bardzo niebezpieczną zabawą „salonową”. Raczej bardziej – z miłością.

Opowieści rodzinne o bliskich są bardzo ważne. W mojej rodzinie opowiada się o Babci Broni, że miała taki kontakt ze swoim ojcem Józefem. Pracowała ciężko od roku 44 w Zakładach Tytoniowych, co powodowało konieczność bardzo wczesnego wstawania, by po wypełnieniu codziennych obowiązków zdążyć – pieszo oczywiście – dojść na czas do fabryki. O posiadaniu budzika wówczas nie było mowy… Babcia więc miała w zwyczaju prosić swojego nieżyjącego już wówczas ojca o obudzenie na czas; po odmówieniu wieczornej modlitwy mówiła; tato, proszę obudź mnie koniecznie za dziesięć piąta… Nie wiem jak to się odbywało, grunt że skutkowało, ale faktycznie nigdy się nie spóźniła do pracy a za wzorową postawę i wypełnianie zadań ponad normalne obowiązki została odznaczona Krzyżem Zasługi.

W Szczecinie żyją obecnie rodziny mniej lub bardziej zadomowione już na Pomorzu, ale o tradycjach wywodzących się ze wschodu; Lubelszczyzny, Zamojszczyzny, Ziemi Nadbużańskiej i tzw. „Kresów” (Polski po drugiej stronie Bugu), zagarniętych przez Związek Radziecki 17 września 1939 roku pod pozorem „wyzwolenia” (oswobożdienja) zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi, co po wojnie zostało utrwalone przy ustalaniu linii granicy zachodniej Związku Radzieckiego w oparciu o zmodyfikowaną tzw. Linię Curzona. „Ziemie Zachodnie” są więc ciekawą mieszanką zwyczajów, tradycji, osadzoną na dodatek w otoczeniu dawnego Księstwa Pomorskiego a potem Niemiec (III Rzeszy), zdominowanego przez zupełnie obcą tradycję i religię…

Wojna a następnie długa i trudna (niebezpieczna) podróż przesiedleńców zwanych „repatriantami” na zachód też siała często spustoszenie w mieniu, w tym i dokumentach rodzinnych, pamiątkach i tym wszystkim co na co dzień daje poczucie łączności, ciągłości i tradycji – tak potrzebne każdemu człowiekowi.

Dlatego być może zwyczaj kultywowania „Dnia Zadusznego”, szczególnie w tym jego domowym, ludzkim aspekcie jest tu tak istotny.
Czasem zdarza się, że staje nam przed oczami twarz bliskiej zmarłej osoby, jej charakterystyczny gest, uśmiechnięte oczy, charakterystyczna mina, przypominamy sobie tembr głosu… i tak jest dobrze. Nie wiem, czy im jest potrzebna do czegoś nasza sympatia, pamięć czy współczucie, ale może to nam jest to wszystko potrzebne, by łatwiej znosić rozstanie. By nie hodować w sobie żalu, urazy, pretensji, a raczej pamiętać tylko to co dobre, sądzenie cedując na tego jedynego, nieomylnego i sprawiedliwego…
Tak czy inaczej warto raz w roku zanurzyć się w rzece życia, rzece czasu i popłynąć swobodnie do źródeł jak i do ujścia, by łatwiej było nam samym żyć.

Paweł Antoni Baranowski

18/10/2017

Listy zagubione.

SZCZECIN 16.10.2011.
Miła Moja.


Chyba źle zrobiłem, że się zapatrzyłem w Twoje oczy, chociaż masz dobre oczy, bo w nich pełno dobra, często patrzysz w bok albo przed siebie i bardzo trudno jest napotkać Twoje spojrzenie... Odblaski światła w Twoich cudownych, lśniących włosach też mnie olśniły, a może nawet zahipnotyzowały i teraz już myślę tylko o Tobie, nie zważając na nikogo innego... Ale jestem daleko i dlatego mogę sobie jedynie wyobrażać wszystko to, co Ciebie dotyczy. Czuję się jakbym siedział na Księżycu, bo znalazłem się w dziwnym miejscu; bliskim lecz odległym, skąd mogę patrzeć na Ciebie, ale nie mogę Cię znaleźć ani zrozumieć, gdy nas rozdziela niewidzialna, ale realna przepaść. Przepaść czasu? Przepaść przeszłości? Przepaść życia... I głos Twój mógłbym słyszeć, ale mój głos nie dociera do Ciebie, bo często nie odpowiadasz, ważysz i oszczędzasz słowa, nawet wtedy gdy wszystko od nich zależy. Jesteś bardzo tajemnicza i zamknięta, więc to czego jestem ciekaw - muszę sobie jedynie wyobrażać, a to czego wiedzieć nie chcę – to wiem na pewno. Ciekaw jestem jak wyglądasz na tym swoim ulubionym tapczaniku, jak się nocą przeciągasz w koszulce, jak się uśmiechasz i wzdychasz przez sen taka cieplutka i pachnąca, ale pewno: mogę to sobie tylko wyobrażać na Księżycu! Całe szczęście, że jestem daleko i siedzę sobie na Księżycu, bo jak bym był blisko ciebie to umarłbym z niewyspania: tak bym się całą noc przyglądał gdy śpisz, głaskał delikatnie twoje włosy rozsypane błyszczącą, bezładną falą na poduszce, obserwował twoje sny, jak przelatują i jak złe - przeganiał: „a kysz; poszedł ty w cholerę – paskudny” a jak miłe - przepuszczał: „proszę bardzo, wejdź mój milutki” i bym patrzył jak się uśmiechasz przez sen i muskał delikatnie ustami twoje dłonie, ale tak żeby Cię nie obudzić... I wszystkie złe wspomnienia też bym odganiał gdyby powracały z przeszłości: „a wynocha wy wredne, poszły w zapomnienie wieczyste”, a przygodnych chujów, byłych mężów i złe i podstępne duszyska bym prześwięcił krzyżykiem i tylko – już wtedy sam, bym się mógł przytulić do Ciebie, tak na chwilkę, tak leciutko i delikatnie żeby tylko poczuć twój mięciutki dotyk, posłuchać twojego oddechu i bicia serca, ale żeby Cię nie zbudzić, i bym zawsze był tylko dla Ciebie, byłbym takim twoim ochroniarzem niewidzialnym... I też bym ci zawsze rozczesywał i szczotkował włosy - jednocześnie sam delektując się ich pięknem, miękkością i zapachem, i stopki bym ci balsamem nacierał zmęczone wieczorem - ciesząc się, że to ci przynosi ulgę, a plecy bym ci masował delikatną gąbeczką w ciepłej wodzie i potem bym cię całą nasmarował wonnymi olejkami łagodnymi, i mi też by było tak miło - bo byśmy byli przecież jednym ciałem i odezwij się do cholery, bo coś we mnie buzuje jakbym wino gazowane „Sowieckoje Igristoje” całe sam wypił za pięć pięćdziesiąt...
 (........... Niestety tu się urywa a może i nawet niestety kończy ten list zagubiony a odnaleziony przypadkowo akurat przeze mnie, zawiany wiatrem do kałuży na Jasnych Błoniach, lecz jakie były dalsze losy jego autora a zwłaszcza adresatki - nie wiem, bo odpowiedzi niestety jeszcze nie odnalazłem... )

Wersja na nowo przetłumaczona z oryginału, ale nadal aktualna 18.10.2017.

15/10/2017

Miłość.



Niech ciemność – słońce okryje,
że w mojej obecności
tak bezczelnie oświetla
twoją twarz!

Susza – niech deszcz pochłonie,
że śmie dotykać twych włosów
swymi brudnymi kroplami –
udając łzy!

Wiatr – niechaj cisza uwięzi,
że głaszcze twoje ciało
pod absurdalnym pretekstem
praw natury!

Niech twa pamięć wyrzuci
obcych, znajomych i krewnych,
abym ja tylko mógł w niej pozostać
choć chwilę.

Bądź przez tę chwilę moja
w cudownym „sam na sam”
milczącej rozmowy spojrzeń,
ponad banałem słów.

Choć przez tę chwilę żyj dla mnie
w uśmiechu z głębi serca,
pokonującym z łatwością
przepaść cierpienia i lat.

Pozwól mi odczuć przez moment,
że jestem – z wielu – jedyny!
będę się cieszył tą myślą
aż do ciemnego świtu.


Paweł Antoni Baranowski 2005

13/10/2017

(***)


Odejdę.
Wybacz, że tak...
Wezmę tylko szalik
Bo będzie coraz zimniej.
Pójdę tam, gdzie obłoki kryją się przed zachodem
Skazane na przegraną.
Rozżarzone pożarem purpurowego blasku
Tam szukają ratunku
Lecz coraz ciemniej... ciemniej...
Płonąca linia przygasa, stygnie, szarzeje
Coraz szybciej, gwałtowniej
I nie ma tam już miejsca
Na odwrót lub kompromis.

Już.
Nadciągają.
Ponure, ciemne chmury, skłębione i groźne
Zwabione klęską światła.
Przyzywają mnie.
Lecz czemu tak wcześnie za wcześnie
Ostatnie promienie
Nie dają już ciepła, ni nadziei.
Mrok zapada
I coraz zimniej... zimniej...

Odejdę tak bardzo samotny
Lecz z daleka ominę ludzi

Dlaczego tak...!


Paweł Antoni Baranowski 2005
 

08/10/2017

Nie wierz, proszę...


Patrzę już bez obawy
Oczyma rozwartymi
W palącą tarczę Słońca.
Mnie - wydaje się blada
Od czasu, gdy ujrzałem
W pierwszym śnie przebudzenia
Twoje radosne oczy
Promieniejące blaskiem,
Światłem jasnym miłości
Do wszystkich i wszystkiego
Cokolwiek Pan nasz stworzył.
Byłaś małym Aniołem
Najmilsza ma córeczko
Choć wtedy ciebie nie znałem -
To nigdy nie wierz, proszę
Jeśli będą mówili,
Że kiedyś Cię nie kochałem.


*


Patrzę już bez zazdrości
W tarczę Księżyca piękną
W otchłań czarnej przepaści
Skrzącą się srebrnym pyłem.
W twych oczach wymarzonych
Kiedyś to zobaczyłem,
Na chwilę przed odejściem
Do świata snów szczęśliwych.
I błysk powabny czaru,
Pytanie nieme o sens,
Łzy kroplę czystą, świętą
Nad całym zła królestwem.
Kochana ma córeczko:
Wszystko to już widziałem!
Więc nigdy nie wierz, proszę
Jeśli będą mówili
Że nigdy Ciebie nie chciałem.

Paweł Antoni Baranowski 2004

23/09/2017

Przytulenie.

Pisałem niedawno w moim felietonie pt. „To – co najważniejsze” o funkcjonowaniu pewnej intymności w kontaktach pomiędzy ludźmi, zwłaszcza pomiędzy kobietą a mężczyzną. Wyrażając się precyzyjniej – o możliwości funkcjonowania takiej intymności – bo w życiu niczego takiego najczęściej nie doświadczamy lub zdarza się to bardzo, bardzo rzadko. Lecz cóż; także nie doświadczamy często nawet i przez całe życie np. stanu nieważkości, ale wiemy przecież, że nieważkość bez wątpienia jest, istnieje...
Intymność - to dar.
Nie sądzę, aby był to "dar" otrzymywany nagle; to raczej efekt "predyspozycji" będących efektem świadomego rozwoju oraz efektem włożonego wysiłku, pracy nad tym. Po prostu: - tego można (i trzeba) się nauczyć. Osiągniemy każdy cel, gdy tylko jest on dla nas dość wart. Jeśli miałaby ona – czy to nieważkość czy intymność czy jeszcze coś innego - być naszym celem, wiedza o niej i wiara w jej istnienie jest do osiągnięcia tego celu wprost niezbędna. Dlatego też piszę o tym publicznie...

Oczywiście miałem tu na myśli nie „intymność” w tym znaczeniu obiegowym, potocznym, prozaicznie zredukowanym do znaczenia odpowiadającego na przykład określeniu "bez świadków"; raczej - najbardziej pełne znaczenie „zaawansowane” tego określenia; zaawansowane - czyli dotyczące osób zaawansowanych w rozwoju uczuciowym, rozwoju duchowym.
Chodzi o bardzo liczny zbiór cech i trudnych do opisania zjawisk zachodzących pomiędzy dwojgiem ludzi - jak na przykład sposobu rozmawiania, charakteryzującego się zarówno pewną szczerością jak i delikatnością jednocześnie; stopnia zaangażowania naszej uwagi skupionej stale na tej drugiej osobie; pełnego kontaktu niewerbalnego wspomagającego zrozumienie; zaufania do dobrych intencji; pewnej szczególnej „lojalności”, naturalnej „dyskretności” dzięki której nie boimy się „odsłonić” i być sobą; przyjemności z odczuwania wzajemnej obecności, która nigdy nie staje się nudna; chodzi o łaknienie przyjemności z przebywania w tej samej przestrzeni w tym samym czasie; nieustanny zachwyt drugą osobą, jej urodą, osobowością, tembrem jej głosu, każdym szczegółem; wzajemnej życzliwości objawiającej się w odrzuceniu podejrzeń, w zaufaniu, wyzbyciu się dystansu – jakby w przyjemności oddychania tym samym powietrzem; to niewidzialna siła wzajemnego „przyciągania” kreująca odpowiednie zdarzenia fizyczne tak, by stworzyć, nawiązać i utrzymać taki kontakt i bliskość; intymność to cecha bezwarunkowej akceptacji - likwidującej potrzebę angażowania wzajemnej tolerancji. Intymność - to pewna odpowiedzialna szczerość, autentyczność, prawdziwość, otwartość, być może nawet – wzajemne zamiłowanie do siebie; wzajemne - bo pewne jego odwzajemniania.
W przytuleniu o którym piszę - objawić się mogą pełne cechy miłości idealnej - tak jak je opisał Apostoł Paweł w swym słynnym psalmie o miłości i jej wyższości nad wiarą i nadzieją - ale nie sięgając już nawet do ideałów; w tak rozumianym przytuleniu po prostu objawia się miłość...

Napisany przeze mnie w 2010 roku wiersz pt. „Dzień pocałunków” niejako to wszystko wręcz ilustruje. Ilustruje on, czy też opisuje wprost - właśnie takie „przytulenie w pełnej intymności". Wiersz, poezja... – to nie jest przepis na życie..., ale w tym przypadku można się tam doczytać przynajmniej... przepisu na przytulenie. Przytulenie jakby łączy, czy raczej jednoczy w sobie - wszystkie cechy ducha; miłość, nadzieję, wiarę, akceptację i intymność, nic też dziwnego, że stało się uznaną przez medycynę metodą leczenia. Przytulaniem się leczy i to nie tylko ludzi ale i zwierzęta "domowe". Ma ono też swoją namiastkę „towarzyską” w postaci „takiego sobie” miłego gestu, ale jednak tylko gestu – polegającego na „skróceniu dystansu” do kogoś dla osiągnięcia „rozładowania atmosfery” towarzyskiej, ośmielenia kogoś - skrępowanego w nieznanym sobie towarzystwie, rozładowania napięcia pomiędzy ludźmi, nadania ich wspólnemu przebywaniu w tej samej przestrzeni bardziej swobodnego i mniej stresującego, przyjaznego charakteru.

Oczywiście nie jest to przypadkowe, ma związek z naszymi doświadczeniami z dzieciństwa, gdy rozbite kolano czy potłuczona po upadku na ziemię pupa szybko przestawała boleć gdy tylko zostaliśmy odpowiednio „utuleni” przez mamę; przytulanie uwalnia w organizmie hormon zwany oksytocyną, który obniża poziom bólu, wzmacnia układ odpornościowy, wyraźnie i błyskawicznie redukuje stres, poprawiając nastrój, dlatego też oksytocyna nazywana jest popularnie „hormonem miłości”.

Przytulenie ma też swoje nieodłączne aspekty psychologiczne, a przecież wzajemne oddziaływania psychiczne i fizjologiczne są dziś dla nauki oczywistością. Przytulenie zwiększa i wzmacnia zaufanie do drugiej osoby, która postrzegana jest wówczas jak bardzo sympatyczna, troskliwa, przyjazna. Redukcja stresu i inne elementy oddziaływania – powodują zmniejszenie ciśnienia krwi, uspokojenie emocji, wrażenie "bycia akceptowanym", lubianym, tonizuje cały system nerwowy. Działa nie tylko na poziomie ducha, ale i na poziomie somatycznym.

Potrzeba przytulenia i bycia przytulanym zjawia się nagle, jakby „znikąd” i pozornie bez rozpoznawalnego powodu; - to bardzo dziwne uczucie, pojawiające się gdzieś „wewnątrz” nas, choć bynajmniej nie odczuwane jako „myśl” - chęć lub wola; być może mogą tu być spore różnice w sposobie odczuwania „źródła”, ale bardziej przypomina to jakąś siłę, rodzaj przyciągania, coś czemu w odróżnieniu od „myśli” – bez sprzeciwu nadalibyśmy wyraźny charakter wektorowy, fizyczny. Wskazuje to moim zdaniem na atawistyczny charakter tej potrzeby. Jakiś impuls wewnętrzny nasuwający nam pragnienie przytulenia się, częściej przytulenia innej osoby. Dla wielu osób o rozwiniętej duchowości może to być nawet czymś w rodzaju rytuału niezbędnego do życia. Już samo odczuwanie kontaktu fizycznego z "tą"a nie inną, jakąkolwiek, osobą jest przyjemnością, spełnieniem marzenia, pragnienia - bo przecież przytulają się zazwyczaj nie osoby sobie obojętne a bardzo tego pragnące i to czułe delikatne obejmowanie w przytuleniu pozwala usłyszeć oddech, wyczuć tętno, usłyszeć bicie serca, odczuć ciepło i wilgotność delikatnie dotykających się policzków. Przytulenie nie ma charakteru stricte seksualnego, więc czynnikiem je inicjującym, wywołującym w sposób spontaniczny taką potrzebę, także wcale nie musi być impuls kojarzący się seksualnie; na przykład kilka dni temu - taką niezwykle intensywną potrzebę przytulenia pewnej bliskiej mi osoby odczułem nagle i niespodziewanie, gdy spojrzałem na jej dłonie; piękne, szczuplutkie, drobne - (jak to zwykle kobiece), delikatne, gładkie, niemalże dziecięce dłonie... to coś bardzo wzruszającego, ale trudno byłoby doszukiwać się tu jakichś konotacji seksualnych o ile oczywiście nie przywołujemy tu "dzieł" niejakiego Freuda (który taką konotację przypisywał chyba wszystkiemu...). W gruncie rzeczy przytulenie jest dużo bardziej wyrafinowane i subtelne niż akt seksualny, bo może zawierać jednocześnie wiele subtelnych elementów uczucia, erotyki - a nie ma jego wad.
W przytuleniu, na skutek informacji generowanej w mózgu poprzez myśli, emocje - dzieją się zaskakujące reakcje; np. usta nabierają nagle niesamowitej wrażliwości dotykowej, jakby ktoś nagle receptory dotyku przełączył w tryb "turbo" i podniósł tym ich czułość tysiąc razy, przez co pocałunek a nawet choćby najdelikatniejsze muśnięcie ustami daje trudną do wyrażenia przyjemność. Przytulenie akceptowane, „chciane” - stanowi przede wszystkim naturalny kanał przepływu ogromnych ilości informacji, to jakby połączenie portali komunikacyjnych o ogromnej, niewyobrażalnej przepustowości przesyłu danych; tą drogą płynie rzeka informacji prawdziwej i szczerej nie podlegającej manipulacjom. To porozumienie ponad ograniczeniami fizyki, prawdziwa jedność, porozumienie jaźni (przyjaźń).
Jest to dla nas jednak także jakiś rodzaj cudu...
_____________________________________________
„To co najważniejsze” http://impresjenatemat.blogspot.com/2016/11/to-co-najwazniejsze.html


10/09/2017

To - co najważniejsze.

Co jest dla człowieka najważniejsze? Cóż; to ciekawe pytanie, jest jednak zbyt ogólne a więc liczba możliwych odpowiedzi prawdopodobnie mogłaby być nieskończona. Odpowiedź zależałaby od tak wielu czynników, że takie zapytanie traci sens jako źródło jakichkolwiek uogólnień, uniwersalnych wniosków.
A zadając takie pytanie - poszukujemy przecież odpowiedzi uogólniającej, uniwersalnej, jakby ogólnoludzkiej; nie chodzi o to, by dogłębnie i "naukowo" analizując temat - utonąć wówczas w przywołanych szczegółach i niuansach, jak to mają w zwyczaju niektórzy filozofowie…

Kiedyś – zastanawiając się nad sensem życia w ogóle, doszedłem do doraźnego wniosku, że to być może doskonałość w miłości bliźniego, miłości wszechogarniającej – jest sensem a więc i jest najważniejsza. Stwierdziłem tam, że celem życia może być wyrobienie sobie poglądu o Jezusie i to obojętnie nawet – jakiego poglądu. Życie może być po to, by na podstawie wszystkiego co się w nim wydarza i obserwuje – przyjąć wiarę w Jezusa i jego przesłanie, albo odrzucić je. Lecz wiara ta - mogłaby wynikać tylko z miłości a miłość jest postawą naśladowania. Sensem a więc czymś najważniejszym – byłoby rozwinąć w sobie zdolność do miłości bezwarunkowej, dziecięcej, miłości "za nic", takiej – jak została ona opisana przez Pawła z Tarsu w pierwszym jego liście do Koryntian:


„… Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i miał tak wielką wiarę, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie. Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne. Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany. Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich [jednak] jest miłość.”
(1 Kor 13, 1-13)

Gdy Jezus mówił swoim uczniom w innym miejscu, iż powinni stać się jak dzieci i że kto nie będzie „jak dziecko” – nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego – miał na myśli prawdopodobnie to, że to dzieci właśnie umieją kochać czystą, bezwarunkową i wielką miłością „za nic”; umieją kochać czystym sercem a nie rozumem.

Jeśli więc uznać, że celem życia jest nauczyć się prawdziwej miłości i rozwinąć ją najbardziej jak potrafimy, musielibyśmy przyznać, że to miłość jest dla człowieka najważniejsza.  Że może ona być niejako ważnymn ale i trudnym „progiem rozwoju”, który trzeba pokonać, by móc – już na tej nowej a koniecznej „platformie istnienia” – przejść do dalszego etapu rozwoju. 
To oczywiste, że gdy pytamy o sens, zakładamy istnienie ciągłości „egzystencji” jednostki, wiecznej i niezniszczalnej żywej istoty. Bez tego założenia - mówienie o sensie jest bezprzedmiotowe. 

No dobrze; ale miłość taka jak ją opisał Apostoł Paweł zdaje się absolutnym ideałem, czymś praktycznie niezwykle trudnym do osiągnięcia w ciągu jednego życia, zawsze zbyt krótkiego i zbyt obciążonego przeróżnymi trudnościami…

Otóż przyszło mi na myśl, że drogą do takiej miłości – jest głównie akceptacja. Wbrew pozorom w życiu jest o nią bardzo trudno. Warunki zewnętrzne z pewnością jej nie ułatwiają; świat żyje w pośpiechu, żyje różnicowaniem i konkurencją, wszystko nastawione jest na walkę, zmaganie się, zdobywanie, konkurowanie, indywidualizm. Szczególnie konkurencja i indywidualizm są „znakiem czasu” nie tylko w Europie, ale i na innych kontynentach. Akceptacja zależy od dobrej woli, z czegoś wynika, ale można jej też dopomóc a kluczem do tego jest jak się wydaje określona „intymność” jakiejś świadomie „chcianej” relacji z innym człowiekiem, wzajemnego kontaktu (oczywiście nie mam tu na myśli w tym rozważaniu kontaktu seksualnego czy erotycznego a wyłącznie emocjonalny, choć należy przecież przyznać, że w praktyce kontaktu osób różnej płci – element „seksualności” należący do sfery erotyki w jej jak najbardziej subtelnych objawach jest po prostu nie do oddzielenia od innych cech).
Tego typu relacja  rozciąga się nie tylko na innych ludzi a wręcz – na wszystko i nie jest ograniczona nawet banalnym faktem „istnienia” bądź „nieistnienia”. Zaryzykowałbym nawet  twierdzenie, iż ona wręcz nie potrzebuje w ogóle dla siebie przedmiotu…

Codzienne życie jest potencjalnym polem funkcjonowania intymności, która może dotyczyć wszystkiego; sposobu rozmawiania, zaangażowania uwagi skupionej na drugiej osobie, kontaktu niewerbalnego a więc pewnych gestów, obecności, bycia. Zdobycie (bo o to trzeba usilnie zadbać) odpowiedniego natężenia intymności w relacji z drugim człowiekiem, na czym powinno zależeć i w sposób naturalny zależy w równym stopniu obu stronom – jest wstępem miłości, ale także i z uczucia wypływa, tam ma swój początek. To powinno harmonijnie się łączyć. Intymność – to między innymi zaufanie, wzajemna lojalność, właściwy stopień natężeniu uwagi w stosunku do wszystkiego co dotyczy innej osoby, umiejętność słuchania, autentyczne zaangażowanie, to podobne łaknienie czerpania przyjemności z wzajemnej obecności, która nigdy się nie nudzi; przyjemności z bycia w tym samym czasie i przestrzeni, przyjemności z tolerancji, wybaczania, życzliwości…

Odczuwanie akceptacji – wzbudza akceptację wzajemną i sprawia przyjemność. Po latach przemyśleń mogę dziś postawić tezę, że może to właśnie akceptacja jest dla człowieka najważniejsza.  Akceptacja w sensie czynnym i biernym; akceptowanie i bycie akceptowanym. Akceptacja to życzliwość, to "łaskawość" dla kogoś, to wszystko.
Przypuszczam też, że to brak akceptacji może być w wielu przypadkach praprzyczyną zmian chemicznych podświadomie „sterowanych” psychicznie, które prowadzą do nierównowagi hormonalnej w postaci zaburzenia pracy mózgu w formie depresji lub nerwicy.  Jeśli nie zawsze tak jest, to z pewnością doznana od kogoś akceptacja jest najlepszym lekiem na te zaburzenia, lekiem niejako „psychicznym” a nie chemicznym – mającym jednak swoje oddziaływanie na reakcje chemiczną, podobnie jak w przypadku przyczyny. Prawdziwy „lek psychiczny” oddziałuje na przyczynę psychiczną a nie jedynie łagodzi skutek zmian „biochemicznych” jak w przypadku farmaceutyków.
Wzajemne oddziaływania psychiczno-chemiczne są już dziś oczywistością dla nauki.
Intymność – to szczerość odpowiedzialna, wzajemna otwartość, może nawet – wzajemne zamiłowanie do siebie.
Akceptacja jaka człowieka spotyka ze strony innego człowieka wyzwala w nim wszystko co najlepsze i to – absolutnie naturalnie, „bezinwazyjnie”. Być może właśnie dlatego także Jezus urodził się jako człowiek.

Wynikałoby z tego, że pojęcia akceptacja, intymność i miłość – są w pewnym sensie synonimami tego samego, są jednoznaczne. Kogoś, kto się spotkał z taką akceptacją należałoby mieć za szczęśliwego, bo to nie zdarza się na co dzień.
Skrajnym przykładem akceptacji można uznać postawę Jezusa, który „umiłował do końca” wszystkich ludzi „co byli na świecie”, także i tych złych, niesprawiedliwych i niewdzięcznych, chciwych, był niezmiennie wyrozumiały, łagodny, życzliwy, opanowany, umiarkowany, wreszcie uczynił z siebie ofiarę za nich a przecież – „większej miłości nikt nie ma nad tę, gdy ktoś życie swoje kładzie za przyjaciół swoich”.

Ale akceptacja w wymiarze ludzkim - także bywa spotykana i dostępna wśród ludzi, zdarza się pomiędzy ludźmi, mimo że to nie jest pospolite. To wielkie szczęście i dar.
Stwierdzenie więc, że to właśnie akceptacja jest najważniejsza w życiu człowieka wydaje się w pełni uzasadnione.

19/07/2017

Noc oczekiwania.


Noc przed dniem umówionym
mojego z tobą spotkania;
dziwnie długa i trudna
przytłacza mnie bezsennością,
nieznaną konsekwencją niewiadomego słowa,
ciężarem nieuchronnym niemego pożegnania.

I słyszę czasu drżenie
wibrujące w atomach
napędzające zegara wskazówki i trybiki
w nieubłaganym ich ruchu.
I rozpływam się w ciszy,
bezwiednie obserwując plamki świateł ulicy –
jak płyną jednostajnie,
szlakiem skośnym po ścianie,
od okna… do sufitu…
I znikam i powracam,
niezmiernie zaskoczony
czarną plamą obawy
w ciemnym kącie, za szafą

Lecz – aureola mglista nadziei i miłości
falująca poświatą wokół zgasłej żarówki:
- jest tylko przywidzeniem?
i wszystko już wiadome?
i nie ma drogi wstecz?
Więc pytam siebie: po co!
i myślę wciąż: dlaczego!
starając się nie patrzeć
w przerażające oblicze
tak wielu lat straconych
odbitych w tafli lustra
potępiającym spojrzeniem...

Lecz przecież – to nie ja!
przecież tego nie chciałem!
więc szybko odwracam głowę i wtulam ją w poduszkę,
czując – zapamiętany dotyk ciepłego ciała,
pachnący i aksamitny,
w pamięci zakamarkach na zawsze zapisany
smak truskawkowych ust…

Lecz tak podobno nie wolno!
bo nie wypada i grzech!
Więc – może jednak już lepiej
Nie przychodź… ?
...lub nie odchodź...!



Wiersz – Paweł Antoni Baranowski – 2003;
Grafika komputerowa 2003 – Paweł Antoni Baranowski (wykorzystano fragmenty wizerunku fotograficznego ołtarza głównego kościoła pw. Miłosierdzia Bożego na Osiedlu Książąt Pomorskich w Szczecinie)

19/06/2017

Miłość Jezusowa.

Jezus – jak to przekazali ewangeliści – stawiał dzieci za wzór tych cech jakie są pożądane w Królestwie Bożym. Nie tylko pożądane; wręcz konieczne. Mówił; kto z was się nie stanie jak dziecię – nie wejdzie do Królestwa Bożego, a mówił to przecież do dorosłych, doświadczonych mężczyzn, nieraz wręcz starców, mających za sobą wiedzę i doświadczenie życia.
Czytamy o tym w Ewangelii Mateusza, Marka i Łukasza:

(Łk) "... Przynosili Mu również dziecięta, aby mógł się ich dotknąć. Uczniowie widząc to, karcili ich. Wtedy Jezus przywołał je i powiedział: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie zabraniajcie im, gdyż takich [jak one] jest Królestwo Boże. Zapewniam was, kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, na pewno nie wejdzie do niego."

(Mt) "... W tym czasie uczniowie podeszli do Jezusa i zapytali: Kto zatem jest większy w Królestwie Niebios? I przywołał dziecko, postawił je pośród nich i powiedział: Zapewniam was, że jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, na pewno nie wejdziecie do Królestwa Niebios. Kto więc uniży się jak to dziecko, ten jest większy w Królestwie Niebios. I kto przyjmie jedno takie dziecko w moje imię, Mnie przyjmuje. Kto natomiast zrazi jednego z tych małych, wierzących we Mnie, korzystniej byłoby dla niego, aby mu u szyi zawieszono ośli kamień młyński i utopiono w głębi morza. (...)
Potem przyniesiono Mu dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się; lecz uczniowie zganili ich. Jezus natomiast powiedział: Zostawcie dzieci i nie zabraniajcie im do Mnie przychodzić, ponieważ takich jest Królestwo Niebios. I włożył na nie ręce, po czym odszedł stamtąd."


(Mk) Przynosili też do Niego dzieci, aby się ich dotknął, ale uczniowie zganili ich. Gdy Jezus to spostrzegł, oburzył się i powiedział im: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie zabraniajcie im, takich bowiem jest Królestwo Boże. Zapewniam was, kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, nie wejdzie do niego. Po czym brał je w ramiona i błogosławił, kładąc na nie ręce."

Czym więc dzieci tak bardzo różnią się od dorosłych, że Jezus stawiał je za wzór? Wzór czy może raczej standard szczególnie związany ze środowiskiem w którym nie ma być już zła, a co za tym idzie i wszelkich dualizmów naszego świata. Otóż myślę, że chodzi o miłość, szczerość i otwartość serca, czyli w istocie - o wszystko.

Dziecko kocha czystą miłością „za nic”, nie wymagającą uzasadnienia, nie uzasadnianą żadnym interesem. Jest bezpośrednie, szczere, nie ma w nim egoizmu. Dziecko – dopóki nasza kultura, nasza cywilizacja nie oduczy je tego – kocha tak, jakby nie było zła. Potrafi tak samo mocno kochać osoby, przedmioty, miejsca, widoki, inne żywe istoty, istoty wymyślone istniejące w wyobraźni…
Dopiero wychowanie osadzone w pewnej tradycji kulturowej oraz "realiach" mówi mu, że taka prawdziwa miłość jest "niedojrzałością" a więc jest oceniana jako „gorsza”, dziecinna właśnie czyli śmieszna. Wmawia się dziecku i uczy go też „praktycznie” na każdym kroku jego aktywności – że "dorosła" miłość musi być „za coś”; za wygląd (urodę), za odwagę, za majętność... itp. Że miłością się niejako handluje. Że trzeba na nią "zasłużyć" bądź się na nią nie zasługuje. Wmawia się dziecku, że tylko matka kochała je „za nic” czyli tak jak ono – ją, a od pewnego momentu, wieku - musi już włączyć się w „dorosły” system „uzasadniania” miłości. Oczywiście nie wspomina się dziecku wówczas o zjawisku prostytucji, która z definicji jest właśnie „za coś” (za jakąś nagrodę, albo wręcz trywialne wynagrodzenie).

Przypomnijmy co napisał Św. Paweł w jednym ze swoich listów „apostolskich” do Koryntian, w słynnym psalmie o miłości.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce...”.

Uważał, że gdy nadejdzie Królestwo Boże prawdziwa zdolność do miłości zostanie mu niejako automatycznie przywrócona - tylko dzięki temu. Uważał, że miłość jest cechą Królestwa Bożego, emanuje z niego na ludzi.

Pisał: „… Gdy przyjdzie to co jest doskonałe, zniknie to co jest tylko częściowe”…

Sądził wiec, że to Bóg uczyni go (i jemu podobnych) niejako automatycznie zdatnym do Królestwa. Że to sprawa łaski czy daru otrzymywanego w odpowiedniej chwili.
Ale Jezus - nauczając mówił przecież, że to człowiek swoim wysiłkiem ma powrócić do utraconej dziecięcej wrażliwości, szczerości, do dziecięcej miłość – i że to ma się stać zanim nadejdzie Królestwo Boże, bo gdy wówczas nie będzie ponownie „jak dziecko” - Królestwo nie stanie się jego udziałem. Zdaniem Św. Pawła miłość nadaje wartość wszelkim dobrym uczynkom i działaniom, dobroczynności, wiedzy, wierze.

Jaka ma być ta "prawdziwa" miłość? Pisze Św. Paweł w swoim liście apostolskim:
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma...”

Określenia te o charakterze przymiotnikowym są nam znane i całkowicie dla nas zrozumiale. Oto są niejako wytyczne dla ludzi – jak kochać a więc jak żyć, by spełnić standard Królestwa Bożego. Miłość taka jest elementem przemiany wewnętrznej, wznoszącej człowieka na wyższy poziom rozwoju niezbędny w dalszym istnieniu. Jeśli poddamy się przemianie - cechy te rozwijają się w nas, wewnątrz nas niejako automatycznie. Warto zauważyć - i dlatego właśnie na wstępie wspomniałem o destrukcyjnym wpływie wychowania – że oczekiwania te jednoznacznie zaprzeczają temu wszystkiemu, co się wtłacza dziecku do umysłu w procesie „przekształcania w dorosłego” poza środowiskiem religijnym. Stanowią coś dokładnie odwrotnego - niż nauczał Jezus.
To potężny i szczelny system indoktrynacji zaprzeczający nauce Jezusa. Bastion rozdziału wiary od życia codziennego. Jedyna możliwość ucieczki od tego, poza świadomą religijną rodziną – to świadomy wysiłek własny człowieka zmierzający do powrotu do tych odebranych mu wraz z dzieciństwem cech.
Św. Paweł nieprzypadkowo wspominał w swoim liście także o wierze i nadziei jakie towarzyszą miłości. Pójście z wiarą i nadzieją we właściwą stronę w tej walce „o miłość” - niewątpliwie wygeneruje także i pomoc, wsparcie, ochronę. Nie zastąpią one własnego wysiłku człowieka, ale niejako „wychodzą mu naprzeciw” kiedy człowiek podąża we właściwym kierunku.
... Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość...”

Nie czekajmy więc aż nadejdzie Królestwo Boże i wyzwoli w nas dobrą zmianę, przywróci nam właściwe rozumienie wszystkiego i zdolność do prawdziwej miłości.
Odwrotnie.
Wyzwólmy sami w sobie dobrą zmianę z pomocą Jezusa a wtedy ujawni się wewnątrz nas Królestwo Boże, które – jak mówił Jezus – zawsze było i od początku jest - w nas.

05/02/2017

Dwa Światy

Jeden - zanurzony w ciszy i w nienaturalnym cieniu, choć oświetlony słońcem, ukrywający się za mirażem przepięknych widoków, obrazów malowanych światłem i mgłą. Świat, w którym czas odpoczywa po codziennej nerwowej bieganinie. Tu wszystko lub cokolwiek; nic nie ma już takiego znaczenia; liczy się jedynie miłość. Zdolność do miłości jest wyróżnikiem i kwalifikacją. Wszystko przecież jest względne, lecz uczucie tli się wiecznie, nigdy nie gasnącą iskierką, by kiedy przyjdzie pora - dołączyć do wielkiego płomienia. Echo tu się snuje w ciszy, leniwie, niczym pasma wieczornej mgły nad torfowiskami, przywołując dawne szepty i westchnienia, słowa, fragmenty zdań niegdyś wypowiedzianych lub jedynie pomyślanych. Powietrze gęstnieje od tych myśli, emocji, trosk, rozczarowań; wszystkiego tego co straciło swoje znaczenie, ale nie przestało istnieć i snuje się tak w powietrzu niczym babie lato na ścierniskach. Miejsce półmroku rozświetlanego jedynie migającymi tu i ówdzie płomykami pamięci. Świat zawiedzionych nadziei, uśpionych lub porzuconych planów, co się stały niewykonalne, nierealne, albo wręcz - przerwane nagle niespodziewaną przemianą. Plany, nadzieje, zamierzenia, przedsięwzięcia, dążenia, cele... dziś - jak szelest suchych liści przegarnianych podmuchami wiatru to w tę, to w tę, w jedynie Jemu znanym celu, a wszystko to przez tę chwilę, weryfikującą ich szczerość i prawdziwość. Świat smutku i pamięci, z rzadka zakłócany wtargnięciem intruzów, którzy jednak szybko odchodzą, z poczuciem ulgi i własnej obcości.

Owi intruzi przychodzą tu z całkiem innego, odrębnego, swojego właściwego świata, niejako znajdującego się w sąsiedztwie; o kilka kroków, o jedną szczerą myśl. To świat szalonych emocji bezsensownych, wszechobecnego bełkotu, pośpiechu i bezmyślności. To miejsce niesamowitego hałasu, jazgotu, paplaniny bezmyślnej i bezsensownej, traktowanej z prawdziwą powagą a w rzeczywistości - będącej bez znaczenia. Odwrotnie niż tam - liczy się tu wszystko – oprócz miłości, która nie jest tu znana. To królestwo obłudy, zakłamania, dwulicowości, pozy, fałszu i bufonady. Egoistycznego zaspokajania potrzeb przykrytego pozorami altruizmu, humanizmu, duchowości. Wielki bal maskowy, karnawał przebierańców nieustający, w ferii sztucznych świateł, sztucznego blasku. Świat egoistów walczących o swoje, gdzie posiadanie jest wartością samą w sobie a własny interes jedyną zrozumiałą motywacją. Piękna fatamorgana zachwycająca swoim wyglądem z daleka a w najlepszym przypadku rozpływająca się w nicości przy bliższym poznaniu; próbie poznania, zbadania lub choćby dokładnego obejrzenia z bliska. W najlepszym przypadku - bo czasem okazująca się potworem, bestią, gadziną, bydlęciem agresywnym i okrutnym. Oferta niespełnionych obietnic, niekorzystnych wyborów; rozczarowujących - lecz już niestety bez prawa do reklamacji. Świat pośpiechu donikąd, bylejakości, pozorów, obłudy i lęku. Lęku - wywoływanego przez tamten, obcy świat.

Dwa światy, oddzielone pozornie jedynie łatwym do pokonania płotem i drogą graniczną. Lecz faktycznie rozgraniczone nienaruszalną magiczną barierą. Po jednej jak i po drugiej stronie - po trzysta tysięcy bytów, jaźni, istnień, osobowości, indywidualności. Obok siebie lecz zupełnie niepodobne, nieprzystające do siebie nawzajem. Miasto umarłych, którzy żyją i miasto żywych - co umarli. Ja i ty.


02/12/2016

Czemu.

Nie wiem czemu – O, Mój Panie
Ocaliłeś mnie z topieli,
Chociaż jeszcze nie wiedziałem
Że mam Ciebie o to prosić...
I wyrwałeś z rąk bandytów,
Ochroniłeś przed chorobą,
Zginąć mi nie dałeś w ogniu –
Chociaż jeszcze Cię nie znałem...

Czemu mnie – Panie – ocalasz
Codziennie, w każdej godzinie
Od tak wielu niebezpieczeństw
O których nawet nic nie wiem?
Mnie, tak bardzo niegodnego,
Tak słabego, leniwego,
Ulegającego zachciankom –
Jak tylko potrafi człowiek.

Do czego mnie przeznaczyłeś
W nieomylnych swoich planach!
Cóż takiego mam uczynić,
By wypełnić Twoją wolę!
… Tak bardzo pragnę poznać
Twe nieodgadnione zamiary.
Chcę im się podporządkować,
Chociaż mam tak mało wiary,

Choć się coraz bardziej boję,
Że znów nie zdam egzaminu
Z mej miłości i nadziei,
Posłuszeństwa i pokory.

O Panie, proszę – pomóż mi!



Paweł Baranowski 2012

18/11/2016

Czy warto…

(refleksje na temat wiersza)

Pewnie jest wiele pesymizmu, może nawet pewnej zgorzkniałości wynikłej z doświadczenia życiowego – w myśli, że skoro zwiędnięcie, uschnięcie i zgnicie lilii jest już wpisane w ich – a więc i naszą – historię jeszcze zanim się je posadzi, to – może nie warto tego robić.

Może nie warto – dla jednej, zbyt krótkiej chwili zachwytu, bo po niej trzeba będzie – właśnie z powodu takiej naszej snobistycznej zachcianki – wziąć udział i w dalszym spektaklu ich usychania, „umierania”… bo to jest nierozdzielne. Nie można sobie wybrać tylko dobra, wziąć „tylko rodzynki” z tego ciasta…
Można to pytanie, ten dylemat roztoczyć na wszystko, absolutnie wszystko; lilie to tylko poetycki przykład.

Może zbyt łatwo szafujemy swoimi zachciankami, jak krnąbrne dziecko, które „chce i musi” koniecznie teraz zjeść całą paczkę ptysiów na raz – choćby nawet wiedziało, że potem będzie mu niedobrze, będzie bolał brzuszek, będą wymioty i głodówka lub przymusowa niesmaczna dieta następnego dnia…
Dziecko jest niedoświadczone, ale czyż my jako dorośli nie postępujemy tak właśnie… Może nie każdy, a nie podejmę się określania w tej sprawie jakichś relacji ilościowych – dokonując wyboru, decydując się na zrobienie czegokolwiek – zastanawia się nad tą „otoczką” integralnych konsekwencji, nad przyszłością.
W tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym „nadużyciem” a więc przekroczeniem granicy rozsądku w jedzeniu słodyczy, nadużyciem do którego dziecko ma prawo co najmniej raz, właśnie po to by mogło skorzystać ze swojego niezaprzeczalnego prawa do posiadania osobistego doświadczenia i opierania się na nim.

Może to bezrefleksyjność, brak umiejętności dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych, albo po prostu prozaiczna niechęć do myślenia, zastanawiania się, przewidywania skutków, tendencji zmian, z podstawowym założeniem tymczasowości i przemijalności. Założeniem wynikającym przecież z doświadczenia życiowego; jeśli nie osobistego (w sensie własnych doznań i przeżyć) to – wynikającym z obserwacji, ze znajomości życia na podstawie jego obserwacji i analizy dokonywanej „z dystansu”.

Jednak w tym rozważaniu nie chodzi mi o nadużycia, wręcz przeciwnie.
Posadzenie lilii i ich właściwe pielęgnowanie dla tej małej chwilowej naszej radości wynikającej z wykonywania tych czynności i ich skutku w postaci przepięknych kwiatów, o których mówił Jezus, że „… nawet Salomon w całej swojej chwale nie był tak ubrany, jak jedna z nich…” – jest czynnością bynajmniej nie zawierającą w sobie żadnego elementu „nadużycia” a jednak faktem jest, że kto sadzi lilie i pielęgnuje je czerpiąc z tego radość, musi przyjąć i nieodłączny fakt ich nieuniknionego  przekwitnięcia, zwiędnięcia i zgnicia – co już nie jest piękne; brzydota śmierci i spustoszenia nie budzi radości…
Podobnie i ze wszystkim; istotami nam bliskimi, z naszymi uczuciami, ulubionymi przedmiotami, bliskimi miejscami…

Można więc zapytać: może nie warto sadzić lilii, jeśli to jedyny sposób, by nie patrzeć na ich nieuniknioną śmierć.
Może nie warto dopuszczać do siebie uczucia, gdyby to miał być jedyny sposób na uniknięcie jego „śmierci”; zawodu, rozczarowania, zdrady, znudzenia, rozpadu, rozstania…
Jeśli cierpienie będące dalszą konsekwencją przemijania miłości przesłania jej wcześniejsze piękno i dobro – to może faktycznie „nie warto”. Tu problem mogą mieć ci, którzy nie przyjmują do wiadomości duchowej strony istnienia, odrzucają nawet możliwość „czegoś poza” materią fizyczną i „czegoś dalej” – po ustaniu życia fizycznego na skutek działania praw fizyki w świecie materialnym.

Niektórzy uważają, że życie materialne jest tylko etapem rozwoju, że kontakt z materią i jej nieubłaganymi prawami przemijania jest rodzajem szkoły czy może „poligonu”, na którym uczymy się kochać, tolerować, pomagać, współczuć, rozpoznawać rzeczywiste wartości i odróżniać je od pozornych. Uczymy się – na potrzeby dalszego istnienia w świecie duchowym, co nadaje sens temu wszystkiemu; w przeciwnym wypadku ta nauka byłaby bezsensowna. W takim ujęciu każde doświadczenie nam przypisane ma nam służyć, jest nam dedykowane celowo i należy nauczyć się to dostrzegać i przyjmować. Ludzie tak nastawieni mają nawyk zastanawiać się; po co mi to trudne doświadczenie zesłał mój Pan i Nauczyciel; co mam zrozumieć, czego mam się z tego nauczyć, czego dowiedzieć.

Ostatecznie – nawet pobieżna obserwacja życia przekonuje nas, że można na tej drodze rozwoju osiągnąć sukces wpływający dodatnio na obecne życie. Rzadko – ale spotyka się ludzi sterujących mądrze swoimi decyzjami i postępowaniem, nie narażających się głupio na zawody, dramaty, cierpienie – wynikające z zachłanności, nieopanowania czy chciwości.

Trzeba przyznać, że Ewangelia zawiera nieprzebrane pokłady wiedzy, nauki o tym – jak żyć właściwie – właściwie w powyżej rozpatrywanym rozumieniu. Jeśli się z niej powszechnie nie korzysta, to dlatego, że jest ona „ogniem rzuconym na Ziemię”, jest w centrum walki dobra ze złem. Ponadto – ludzie zawsze poszukiwali porad(ników), które by im niczego nie zabraniały a raczej potwierdzały ich własne, najczęściej samolubne, egoistyczne przekonanie.

Takim poradnikiem „na życzenie” Ewangelia nie jest i nigdy nim prawdopodobnie być nie miała.
Przeciwnie: prawdopodobnie miała być „ciasną bramą” o której wspominał Jezus; bramą wiodącą do "prawdziwego" szczęścia i sukcesu.

11/11/2016

„… Bo czyż zbierają winogrona - z ciernia,
albo z ostu – figi?”

Jeżeli napotkasz kiedyś - przechodzącą obok ciebie - jasną, cudowną istotę w przepięknych świetlistych szatach, z pięknymi skrzydłami u ramion i promieniejącą złotem aureolą nad głową; postać o pięknych oczach i łagodnym spojrzeniu pełnym mądrości i zrozumienia; o postawie wyrażającej dobroć i miłość – w żadnym wypadku nie idź za nią! To bardzo niebezpieczne! Pójdź wtedy raczej w kierunku przeciwnym; w tę stronę – z której ta istota przybyła, skąd nadeszła. Jeśli tam napotkasz wielu ludzi bardzo smutnych, strapionych, cierpiących; wielu ludzi o oczach pełnych łez; osamotnionych, ludzi pozbawionych nadziei, bardzo biednych, nieszczęśliwych, samot-nych, zdradzonych, rozczarowanych, opuszczonych  – bądź pewna, że tą mijającą cię istotą - nie był Anioł. Wręcz przeciwnie. Choćby nie wiem jak bardzo piękne były jego szaty, łagodne jego spojrzenie i urocze skrzydła – to z pewnością nie był Anioł. Spróbuj wtedy naprawiać zło, które ona wyrządziła. Jeśli natomiast spotkasz tam ludzi szczęśliwych, radosnych i pełnych miłości – zawsze zdążysz zawrócić, by jeszcze dogonić tę cudowną istotę. A gdyby nawet nie udało ci się jej już odnaleźć – pozostań na tym miejscu i bądź jej wdzięczna za wskazanie ci tamtego miejsca szczęśliwego życia, które to ona stworzyła samą swoją obecnością.
Ten, kto pozostawia za sobą płacz, łzy, wielki smutek i niesłuszne oskarżenia - mimo stwarzanych pozorów piękna i szlachetności z pewnością nie służy dobru.

"List niewysłany" do E.