Kupił od człowieka likwidującego swoje mienie z powodu wyjazdu za granicę, który miał nastąpić już nazajutrz. Fortepian piękny, w doskonałym stanie, tani na skutek okoliczności w jakich musiał być odsprzedany, z jedną tylko wadą; musiał być odebrany jeszcze tego samego dnia – co jest oczywiste w związku z kontekstem sytuacyjnym. A w takim terminie transportu profesjonalnego się nie załatwi.
Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że fortepian jest przeważnie dość spory, ma też dwie nawzajem jakby sprzeczne cechy: jest niezmiernie delikatny a jednocześnie – waży przeciętnie nieco ponad 400 kg. Można go nieco przysposobić do transportu ale największą część nierozbieralną w zasadzie nosi się w rękach, ewentualnie na twardej i gładkiej i poziomej powierzchni można się posłużyć specjalnym wózeczkiem.
Piszę to by uświadomić czytelnikowi, że metoda podzielenia na małe kawałki i transportowania ich oddzielnie tu nie może mieć zastosowania.
Oczywiście do noszenia takiego fortepianu potrzeba odpowiednią liczbę osób mniej więcej o jednakowej sile „w ręcach” no i oczywiście wyposażonych o odpowiednie do tego pasy parciane, bo fortepian rączek do uchwycenia za nie w ilości 10 szt. nie posiada. Potrzeba jest 8 do 10 mężczyzn do wykonania tej trudnej operacji.
Wracając po tych wyjaśnieniach do naszego bohatera, trzeba stwierdzić, że znalazł się on w dość trudnej sytuacji; dokonał „interesu życia” kupując za bezcen wspaniały instrument, ale jak teraz „skonsumować” ten sukces, czyli odebrać fortepian i przewieźć go do siebie. A mieszkał niezbyt daleko, „zaledwie” jakieś kilkaset metrów dalej, przy tej samej ulicy.
Przypomniał sobie o znajomym ze szkoły, działającym tam nadal w charakterze druha drużynowego miejscowej drużyny harcerskiej; opowiadał mu kiedyś ów znajomy, że stworzył z harcerzy „brygadę natychmiastowej pomocy” interweniującą w razie potrzeby dla pomocy okolicznym mieszkańcom oraz ma się rozumieć, dla Ojczyzny, efektu pedagogicznego i chwały ZHP.
Zadzwonił.
Sukces: ależ oczywiście drogi kolego, zaraz tam będziemy z chłopakami i pomożemy. Faktycznie; harcerze wydawali się zachwyceni już samym faktem, że będzie okazja coś zrobić, wykazać się siłą i wytrzymałością. Wynieśli fortepian z mieszkania sprzedawcy, znieśli z piętra na ulicę, tu zrobili sobie zdjęcia „na pamiątkę akcji”, poprosili o wpis pamiątkowy do księgi drużyny. Ośmiu niosło fortepian na pasach w pozycji „na boku”, trzech następnych niosło nogi fortepianu, każdy po jednej, dwóch kolejnych – skrzydło oddzielone od reszty by tym ośmiu było lżej a druh drużynowy filmował wszystko kamerką na promocję do „You Tube” oraz rozdawał mijającym ich przechodniom wizytówki i zaproszenia do dofinansowania jego drużyny pomocowej – pomagającej jak widać…
Tak przebyli kolejne 150 metrów w kierunku docelowym, czyli mieszkania nowego właściciela.
Nagle druh rozkazał postawić ładunek i zarządził pilny odwrót; zapomniał że drużyna zobowiązała się o tej godzinie pomóc w przeprowadzce pary staruszków do domu opieki. Tak więc postawili fortepian, pożegnali się, zasalutowali, czuj czuj czuwaaaj i poszli spiesznie dalej świadczyć „bezinteresowną” pomoc innym potrzebującym.
Właściciel fortepianu zbaraniał; cóż miał powiedzieć na taki nagły i zaskakujący rozwój wypadków. Powinien przecież być wdzięczny za pomoc a jednocześnie został nagle sam na sam z fortepianem na ulicy, nadal dość daleko od domu, choć jednak trochę bliżej niż początkowo… Zmierzchało się już, na dodatek zanosiło się na deszcz a jak wiadomo fortepiany niczego tak źle nie tolerują, jak nadmiaru wody i nadmiaru utworów niejakiego Franza Lista…
Historia ta nasunęła mi pytanie, nasuwające się zresztą niejako automatycznie: czy mu pomogli? Czy mu rzeczywiście pomogli?
Może to dziwne, ale nie da się powiedzieć, że nie.
Ani też jednocześnie mówienie, że pomogli – nie wydaje się w pełni uzasadnione.
To sprawa niejednoznaczna, jak większość spraw w życiu. Ocena tego zależy od perspektywy, i nic na to nie poradzę prymitywnym osobnikom, którzy już od dawna mają wyrobiony jednoznaczny pogląd na wszystko; jak wiara – to dogmat, jak bezrobocie – to „każdemu micha zupy i cześć” i tak dalej…
Może i przybliżyli oni nabywcę fortepianu nieco do sukcesu w postaci dotachania fortepianu do domu, ale przecież nic to nie dało, niczego nie zmieniło, nie zmniejszyło zagrożenia czyhającego na ten instrument ani też nie umniejszyło niepokoju i kłopotu właściciela. Fortepian znalazł się bliżej miejsca docelowego ale nadal zbyt daleko by to pozwoliło odpowiednio go zabezpieczyć. Żeby nie wiem jak się wysilał – sam nie da rady. Nie można twierdzić, że niczego nie zrobili, ale jednocześnie – mimo że coś robili nie dało to sensownego wyniku, nie zmieniło istoty problemu. Nie zmieniło sytuacji.
Jedyne co można powiedzieć z całą pewnością, to że owa drużyna sama dla siebie odniosła sukces, produkując materiał reklamowy, rozsiewając wokół własny „dobry PR”, promując się i zyskując dla siebie nowych sponsorów. Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że druhowi od początku tylko o to chodziło. Że z wyrachowaniem od początku pozorował pomoc tylko dla urządzenia sobie odpowiedniego planu dla filmiku reklamowego. Krótko mówiąc – że od początku miał tego swojego kolegę wraz z jego fortepianem-problemem w przysłowiowej głębokiej dupie, traktując go wyłącznie jako pretekst do osiągnięcia własnych korzyści.
A co do naszego bohatera: podobno pomogli mu… bezrobotni. Za darmo. I w ogóle doskonale go rozumieli i potraktowali go jak swego; z pełnym zrozumieniem sytuacji… jakby spotykali się z taką sytuacją na co dzień.
Nie wiem dlaczego…
A Ty – szanowny czytelniku: wiesz?
Tekst ten dedykuję Ministrowi Pracy i Spraw Społecznych Władysławowi Kosiniak Kamyszowi i jego naukowo utytułowanym przydupasom..