MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty

27/04/2018

Życie jest...


Życie jest listem.
... czytaj go.

Życie jest światłem.
... zobacz to.

Życie jest prawdą.
... poznaj to.

Życie jest z Boga.
... poczuj to.

W sercu, głęboko...


***

Życie jest listem.
... czytam go.

Życie jest światłem.
... widzę to.

Życie jest prawdą.
... poznaję to.

Życie jest z Boga.
... czuję to.

W sercu, głęboko...


Antonina Krzysztoń.

01/04/2018

Wielka Noc.

(...) Wzięli więc ciało Jezusa i wraz z wonnościami owinęli je w płótna, zgodnie z żydowskim zwyczajem grzebalnym. W miejscu zaś, gdzie został ukrzyżowany, był ogród, a w ogrodzie nowy grobowiec, w którym jeszcze nikt nie był złożony. Tam zatem, ze względu na żydowski Dzień Przygotowania — gdyż blisko był grobowiec — położyli Jezusa. A pierwszego dnia tygodnia, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena przychodzi do grobowca i widzi, że kamień zamykający grobowiec jest odsunięty. Biegnie więc, przychodzi do Szymona Piotra oraz do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i mówi do nich: Wzięli Pana z grobowca i nie wiemy, gdzie Go położyli. Wyszedł więc Piotr oraz ten drugi uczeń i ruszyli do grobu. Biegli zaś razem; jednakże ten drugi uczeń pobiegł przodem, prędzej od Piotra, i pierwszy przybył do grobowca. Gdy się schylił, zobaczył leżące płótna; jednak nie wszedł. Przybył też Szymon Piotr, który podążał za nim, wszedł do grobowca i zobaczył leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale złożoną osobno na jednym miejscu. Wtedy wszedł i ten drugi uczeń, który pierwszy przybiegł do grobowca, zobaczył — i uwierzył. Wciąż bowiem nie rozumieli Pisma, że musi powstać z martwych. Znów zatem uczniowie odeszli do siebie.

Maria tymczasem stała na zewnątrz grobowca i płakała. Płacząc nachyliła się do grobowca i oto widzi dwóch aniołów w bieli, jednego siedzącego u wezgłowia, a drugiego u nóg, [w miejscu], gdzie leżało ciało Jezusa. Ci pytają ją: Kobieto! Dlaczego płaczesz? Ona zaś: Wzięli mojego Pana, a nie wiem, gdzie Go położyli. A gdy to powiedziała, obróciła się za siebie i zobaczyła stojącego Jezusa, ale nie rozpoznała, że to jest Jezus. Wówczas Jezus zwrócił się do niej: Kobieto! Dlaczego płaczesz? Kogo szukasz? Ona [natomiast], w przekonaniu, że to jest ogrodnik, mówi do Niego: Panie! Jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go złożyłeś, a ja Go zabiorę. Jezus przemówił do niej: Mario! Ona [zaś] obróciła się i powiedziała po hebrajsku: Rabbuni! co znaczy: Nauczycielu! Jezus jej na to: Nie trzymaj Mnie już, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca; idź raczej do moich braci i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego. Poszła więc Maria Magdalena i oznajmiła uczniom, że widziała Pana i że jej to powiedział.

Gdy nastał wieczór tego właśnie dnia, pierwszego po szabacie, i — z obawy przed Żydami — drzwi były zamknięte tam, gdzie przebywali uczniowie, zjawił się Jezus, stanął pośrodku i powiedział: Pokój wam! Po tych słowach pokazał im ręce i bok. Uczniowie ucieszyli się, że zobaczyli Pana. (...)

23/03/2018

Jest inny świat


Jest inny świat,
Tak, wiem - gdzieś tu...
Nie za lasami - tam.
Po prostu - on jest tu!
I czuję - płonie światło, tuż obok nas.
Tak czuję.
Światło płonie...
I złoty deszcz,
A tęcza tęcz - nad głową,
Wystarczy tylko spojrzeć...

Mój świat, twój świat
Niechaj spadną łuski z moich oczu.
O! - mój świat, twój świat!
Cała twarz twoja, płomień...

Przyszedł już czas
Wielkiego powrotu
Do odczuwania prawd,
Widzenia ważnych słów.
I czuję - płonie światło!
... tuż obok nas.
Tak czuję: światło płonie!
A złoty deszcz, a tęcza tęcz?
Nad głową.
Wystarczy tylko spojrzeć.

Mój świat, twój świat
Deszczu rękami nie zagarnę...
O! - mój świat, twój świat:
Istnieje to - co kochasz.

To światło -
Jest przestronną bramą,
Pra-lasem wszystkich słów.
Spełniającą się wiarą.
I czuję, płonie światło tuż obok nas.
Tak: - czuję światło.
... Płonie.
I złoty deszcz,
A tęcza tęcz - nad głową.
Wystarczy tylko spojrzeć.


Moje Impresje Nieprzewidziane na temat piosenki Antoniny Krzysztoń pt. "Jest inny świat". https://www.youtube.com/watch?v=hk595D4JyHU
Jest inny świat...





13/11/2017

Wpadła plamka na kawę…


Kiedy zachciało mi się coś uczynić – zasiadłem do pisania, aż tu nagle wpadł do mnie promyk złoty.
Przez okno wpadł zamknięte, jak to promyki zawsze praktykują od kiedy Słońce jest i świeci, korzystając iż przesłonięte dokładnie nie było grubą moją brokatową zasłoną.
Wrzucił on cieplutką i wibrującą jaskrawo plamę kolorową, milutką i radosną na szary mój stół i na beżową na nim serwetę.
Tak więc owa plamka – na kawę wpadła właśnie zaparzoną, na papier do pisania jeszcze całkiem biały, bo nie zasłonięty pismem i na moje padła zimne od starości ręce…
Chciałem już pisać, ale szkoda mi było i nie śmiałem rąk cofnąć od ciepła i jasności cudownej przechadzającej się wolno po stole; rad bardzo byłem i jasności tak niespodziewanej w tej szarości mojej codziennej i tego pocałunku ciepłego odczuwanego przez dłonie i tak trwałem cierpliwie z przymkniętymi oczyma, bez ruchu czekając, tak długo aż się plamka sama zsunie z rąk moich…
Że mi radość uczyniła to oczywiste, ale pomyślałem niespodziewanie: cóż tam ja; może to jej potrzeba trochę szarości tego najzwyklejszego stołu mojego – w oszałamiających, tęczowych kolorach jej świata, może to raczej jej potrzeba nieco goryczy tej zwykłej kawy mojej – w otaczającej ją przesłodkiej jasności, może to ona właśnie tak bardzo pragnie nieco chłodu rąk moich, tak jak ja – jej ciepła i tak – nawzajem radość odczuwamy z tego samego…
Dlatego właśnie nie cofnę rąk, nie dosunę zasłony, i tak czekać będę cierpliwie, aż się plamka ta złota nasyci tym wszystkim, czego jej potrzeba a i ja przecie przy okazji rozkoszować się będę w duchu jej cudowną jasnością, ciepłem i słodyczą – w tym samym czasie.
Czasie którego przecie nie szkoda, który żadną miarą zmarnowany nie będzie...

18/10/2017

Listy zagubione.

SZCZECIN 16.10.2011.
Miła Moja.


Chyba źle zrobiłem, że się zapatrzyłem w Twoje oczy, chociaż masz dobre oczy, bo w nich pełno dobra, często patrzysz w bok albo przed siebie i bardzo trudno jest napotkać Twoje spojrzenie... Odblaski światła w Twoich cudownych, lśniących włosach też mnie olśniły, a może nawet zahipnotyzowały i teraz już myślę tylko o Tobie, nie zważając na nikogo innego... Ale jestem daleko i dlatego mogę sobie jedynie wyobrażać wszystko to, co Ciebie dotyczy. Czuję się jakbym siedział na Księżycu, bo znalazłem się w dziwnym miejscu; bliskim lecz odległym, skąd mogę patrzeć na Ciebie, ale nie mogę Cię znaleźć ani zrozumieć, gdy nas rozdziela niewidzialna, ale realna przepaść. Przepaść czasu? Przepaść przeszłości? Przepaść życia... I głos Twój mógłbym słyszeć, ale mój głos nie dociera do Ciebie, bo często nie odpowiadasz, ważysz i oszczędzasz słowa, nawet wtedy gdy wszystko od nich zależy. Jesteś bardzo tajemnicza i zamknięta, więc to czego jestem ciekaw - muszę sobie jedynie wyobrażać, a to czego wiedzieć nie chcę – to wiem na pewno. Ciekaw jestem jak wyglądasz na tym swoim ulubionym tapczaniku, jak się nocą przeciągasz w koszulce, jak się uśmiechasz i wzdychasz przez sen taka cieplutka i pachnąca, ale pewno: mogę to sobie tylko wyobrażać na Księżycu! Całe szczęście, że jestem daleko i siedzę sobie na Księżycu, bo jak bym był blisko ciebie to umarłbym z niewyspania: tak bym się całą noc przyglądał gdy śpisz, głaskał delikatnie twoje włosy rozsypane błyszczącą, bezładną falą na poduszce, obserwował twoje sny, jak przelatują i jak złe - przeganiał: „a kysz; poszedł ty w cholerę – paskudny” a jak miłe - przepuszczał: „proszę bardzo, wejdź mój milutki” i bym patrzył jak się uśmiechasz przez sen i muskał delikatnie ustami twoje dłonie, ale tak żeby Cię nie obudzić... I wszystkie złe wspomnienia też bym odganiał gdyby powracały z przeszłości: „a wynocha wy wredne, poszły w zapomnienie wieczyste”, a przygodnych chujów, byłych mężów i złe i podstępne duszyska bym prześwięcił krzyżykiem i tylko – już wtedy sam, bym się mógł przytulić do Ciebie, tak na chwilkę, tak leciutko i delikatnie żeby tylko poczuć twój mięciutki dotyk, posłuchać twojego oddechu i bicia serca, ale żeby Cię nie zbudzić, i bym zawsze był tylko dla Ciebie, byłbym takim twoim ochroniarzem niewidzialnym... I też bym ci zawsze rozczesywał i szczotkował włosy - jednocześnie sam delektując się ich pięknem, miękkością i zapachem, i stopki bym ci balsamem nacierał zmęczone wieczorem - ciesząc się, że to ci przynosi ulgę, a plecy bym ci masował delikatną gąbeczką w ciepłej wodzie i potem bym cię całą nasmarował wonnymi olejkami łagodnymi, i mi też by było tak miło - bo byśmy byli przecież jednym ciałem i odezwij się do cholery, bo coś we mnie buzuje jakbym wino gazowane „Sowieckoje Igristoje” całe sam wypił za pięć pięćdziesiąt...
 (........... Niestety tu się urywa a może i nawet niestety kończy ten list zagubiony a odnaleziony przypadkowo akurat przeze mnie, zawiany wiatrem do kałuży na Jasnych Błoniach, lecz jakie były dalsze losy jego autora a zwłaszcza adresatki - nie wiem, bo odpowiedzi niestety jeszcze nie odnalazłem... )

Wersja na nowo przetłumaczona z oryginału, ale nadal aktualna 18.10.2017.

23/09/2017

Przytulenie.

Pisałem niedawno w moim felietonie pt. „To – co najważniejsze” o funkcjonowaniu pewnej intymności w kontaktach pomiędzy ludźmi, zwłaszcza pomiędzy kobietą a mężczyzną. Wyrażając się precyzyjniej – o możliwości funkcjonowania takiej intymności – bo w życiu niczego takiego najczęściej nie doświadczamy lub zdarza się to bardzo, bardzo rzadko. Lecz cóż; także nie doświadczamy często nawet i przez całe życie np. stanu nieważkości, ale wiemy przecież, że nieważkość bez wątpienia jest, istnieje...
Intymność - to dar.
Nie sądzę, aby był to "dar" otrzymywany nagle; to raczej efekt "predyspozycji" będących efektem świadomego rozwoju oraz efektem włożonego wysiłku, pracy nad tym. Po prostu: - tego można (i trzeba) się nauczyć. Osiągniemy każdy cel, gdy tylko jest on dla nas dość wart. Jeśli miałaby ona – czy to nieważkość czy intymność czy jeszcze coś innego - być naszym celem, wiedza o niej i wiara w jej istnienie jest do osiągnięcia tego celu wprost niezbędna. Dlatego też piszę o tym publicznie...

Oczywiście miałem tu na myśli nie „intymność” w tym znaczeniu obiegowym, potocznym, prozaicznie zredukowanym do znaczenia odpowiadającego na przykład określeniu "bez świadków"; raczej - najbardziej pełne znaczenie „zaawansowane” tego określenia; zaawansowane - czyli dotyczące osób zaawansowanych w rozwoju uczuciowym, rozwoju duchowym.
Chodzi o bardzo liczny zbiór cech i trudnych do opisania zjawisk zachodzących pomiędzy dwojgiem ludzi - jak na przykład sposobu rozmawiania, charakteryzującego się zarówno pewną szczerością jak i delikatnością jednocześnie; stopnia zaangażowania naszej uwagi skupionej stale na tej drugiej osobie; pełnego kontaktu niewerbalnego wspomagającego zrozumienie; zaufania do dobrych intencji; pewnej szczególnej „lojalności”, naturalnej „dyskretności” dzięki której nie boimy się „odsłonić” i być sobą; przyjemności z odczuwania wzajemnej obecności, która nigdy nie staje się nudna; chodzi o łaknienie przyjemności z przebywania w tej samej przestrzeni w tym samym czasie; nieustanny zachwyt drugą osobą, jej urodą, osobowością, tembrem jej głosu, każdym szczegółem; wzajemnej życzliwości objawiającej się w odrzuceniu podejrzeń, w zaufaniu, wyzbyciu się dystansu – jakby w przyjemności oddychania tym samym powietrzem; to niewidzialna siła wzajemnego „przyciągania” kreująca odpowiednie zdarzenia fizyczne tak, by stworzyć, nawiązać i utrzymać taki kontakt i bliskość; intymność to cecha bezwarunkowej akceptacji - likwidującej potrzebę angażowania wzajemnej tolerancji. Intymność - to pewna odpowiedzialna szczerość, autentyczność, prawdziwość, otwartość, być może nawet – wzajemne zamiłowanie do siebie; wzajemne - bo pewne jego odwzajemniania.
W przytuleniu o którym piszę - objawić się mogą pełne cechy miłości idealnej - tak jak je opisał Apostoł Paweł w swym słynnym psalmie o miłości i jej wyższości nad wiarą i nadzieją - ale nie sięgając już nawet do ideałów; w tak rozumianym przytuleniu po prostu objawia się miłość...

Napisany przeze mnie w 2010 roku wiersz pt. „Dzień pocałunków” niejako to wszystko wręcz ilustruje. Ilustruje on, czy też opisuje wprost - właśnie takie „przytulenie w pełnej intymności". Wiersz, poezja... – to nie jest przepis na życie..., ale w tym przypadku można się tam doczytać przynajmniej... przepisu na przytulenie. Przytulenie jakby łączy, czy raczej jednoczy w sobie - wszystkie cechy ducha; miłość, nadzieję, wiarę, akceptację i intymność, nic też dziwnego, że stało się uznaną przez medycynę metodą leczenia. Przytulaniem się leczy i to nie tylko ludzi ale i zwierzęta "domowe". Ma ono też swoją namiastkę „towarzyską” w postaci „takiego sobie” miłego gestu, ale jednak tylko gestu – polegającego na „skróceniu dystansu” do kogoś dla osiągnięcia „rozładowania atmosfery” towarzyskiej, ośmielenia kogoś - skrępowanego w nieznanym sobie towarzystwie, rozładowania napięcia pomiędzy ludźmi, nadania ich wspólnemu przebywaniu w tej samej przestrzeni bardziej swobodnego i mniej stresującego, przyjaznego charakteru.

Oczywiście nie jest to przypadkowe, ma związek z naszymi doświadczeniami z dzieciństwa, gdy rozbite kolano czy potłuczona po upadku na ziemię pupa szybko przestawała boleć gdy tylko zostaliśmy odpowiednio „utuleni” przez mamę; przytulanie uwalnia w organizmie hormon zwany oksytocyną, który obniża poziom bólu, wzmacnia układ odpornościowy, wyraźnie i błyskawicznie redukuje stres, poprawiając nastrój, dlatego też oksytocyna nazywana jest popularnie „hormonem miłości”.

Przytulenie ma też swoje nieodłączne aspekty psychologiczne, a przecież wzajemne oddziaływania psychiczne i fizjologiczne są dziś dla nauki oczywistością. Przytulenie zwiększa i wzmacnia zaufanie do drugiej osoby, która postrzegana jest wówczas jak bardzo sympatyczna, troskliwa, przyjazna. Redukcja stresu i inne elementy oddziaływania – powodują zmniejszenie ciśnienia krwi, uspokojenie emocji, wrażenie "bycia akceptowanym", lubianym, tonizuje cały system nerwowy. Działa nie tylko na poziomie ducha, ale i na poziomie somatycznym.

Potrzeba przytulenia i bycia przytulanym zjawia się nagle, jakby „znikąd” i pozornie bez rozpoznawalnego powodu; - to bardzo dziwne uczucie, pojawiające się gdzieś „wewnątrz” nas, choć bynajmniej nie odczuwane jako „myśl” - chęć lub wola; być może mogą tu być spore różnice w sposobie odczuwania „źródła”, ale bardziej przypomina to jakąś siłę, rodzaj przyciągania, coś czemu w odróżnieniu od „myśli” – bez sprzeciwu nadalibyśmy wyraźny charakter wektorowy, fizyczny. Wskazuje to moim zdaniem na atawistyczny charakter tej potrzeby. Jakiś impuls wewnętrzny nasuwający nam pragnienie przytulenia się, częściej przytulenia innej osoby. Dla wielu osób o rozwiniętej duchowości może to być nawet czymś w rodzaju rytuału niezbędnego do życia. Już samo odczuwanie kontaktu fizycznego z "tą"a nie inną, jakąkolwiek, osobą jest przyjemnością, spełnieniem marzenia, pragnienia - bo przecież przytulają się zazwyczaj nie osoby sobie obojętne a bardzo tego pragnące i to czułe delikatne obejmowanie w przytuleniu pozwala usłyszeć oddech, wyczuć tętno, usłyszeć bicie serca, odczuć ciepło i wilgotność delikatnie dotykających się policzków. Przytulenie nie ma charakteru stricte seksualnego, więc czynnikiem je inicjującym, wywołującym w sposób spontaniczny taką potrzebę, także wcale nie musi być impuls kojarzący się seksualnie; na przykład kilka dni temu - taką niezwykle intensywną potrzebę przytulenia pewnej bliskiej mi osoby odczułem nagle i niespodziewanie, gdy spojrzałem na jej dłonie; piękne, szczuplutkie, drobne - (jak to zwykle kobiece), delikatne, gładkie, niemalże dziecięce dłonie... to coś bardzo wzruszającego, ale trudno byłoby doszukiwać się tu jakichś konotacji seksualnych o ile oczywiście nie przywołujemy tu "dzieł" niejakiego Freuda (który taką konotację przypisywał chyba wszystkiemu...). W gruncie rzeczy przytulenie jest dużo bardziej wyrafinowane i subtelne niż akt seksualny, bo może zawierać jednocześnie wiele subtelnych elementów uczucia, erotyki - a nie ma jego wad.
W przytuleniu, na skutek informacji generowanej w mózgu poprzez myśli, emocje - dzieją się zaskakujące reakcje; np. usta nabierają nagle niesamowitej wrażliwości dotykowej, jakby ktoś nagle receptory dotyku przełączył w tryb "turbo" i podniósł tym ich czułość tysiąc razy, przez co pocałunek a nawet choćby najdelikatniejsze muśnięcie ustami daje trudną do wyrażenia przyjemność. Przytulenie akceptowane, „chciane” - stanowi przede wszystkim naturalny kanał przepływu ogromnych ilości informacji, to jakby połączenie portali komunikacyjnych o ogromnej, niewyobrażalnej przepustowości przesyłu danych; tą drogą płynie rzeka informacji prawdziwej i szczerej nie podlegającej manipulacjom. To porozumienie ponad ograniczeniami fizyki, prawdziwa jedność, porozumienie jaźni (przyjaźń).
Jest to dla nas jednak także jakiś rodzaj cudu...
_____________________________________________
„To co najważniejsze” http://impresjenatemat.blogspot.com/2016/11/to-co-najwazniejsze.html


19/06/2017

Miłość Jezusowa.

Jezus – jak to przekazali ewangeliści – stawiał dzieci za wzór tych cech jakie są pożądane w Królestwie Bożym. Nie tylko pożądane; wręcz konieczne. Mówił; kto z was się nie stanie jak dziecię – nie wejdzie do Królestwa Bożego, a mówił to przecież do dorosłych, doświadczonych mężczyzn, nieraz wręcz starców, mających za sobą wiedzę i doświadczenie życia.
Czytamy o tym w Ewangelii Mateusza, Marka i Łukasza:

(Łk) "... Przynosili Mu również dziecięta, aby mógł się ich dotknąć. Uczniowie widząc to, karcili ich. Wtedy Jezus przywołał je i powiedział: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie zabraniajcie im, gdyż takich [jak one] jest Królestwo Boże. Zapewniam was, kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, na pewno nie wejdzie do niego."

(Mt) "... W tym czasie uczniowie podeszli do Jezusa i zapytali: Kto zatem jest większy w Królestwie Niebios? I przywołał dziecko, postawił je pośród nich i powiedział: Zapewniam was, że jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, na pewno nie wejdziecie do Królestwa Niebios. Kto więc uniży się jak to dziecko, ten jest większy w Królestwie Niebios. I kto przyjmie jedno takie dziecko w moje imię, Mnie przyjmuje. Kto natomiast zrazi jednego z tych małych, wierzących we Mnie, korzystniej byłoby dla niego, aby mu u szyi zawieszono ośli kamień młyński i utopiono w głębi morza. (...)
Potem przyniesiono Mu dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się; lecz uczniowie zganili ich. Jezus natomiast powiedział: Zostawcie dzieci i nie zabraniajcie im do Mnie przychodzić, ponieważ takich jest Królestwo Niebios. I włożył na nie ręce, po czym odszedł stamtąd."


(Mk) Przynosili też do Niego dzieci, aby się ich dotknął, ale uczniowie zganili ich. Gdy Jezus to spostrzegł, oburzył się i powiedział im: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie zabraniajcie im, takich bowiem jest Królestwo Boże. Zapewniam was, kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, nie wejdzie do niego. Po czym brał je w ramiona i błogosławił, kładąc na nie ręce."

Czym więc dzieci tak bardzo różnią się od dorosłych, że Jezus stawiał je za wzór? Wzór czy może raczej standard szczególnie związany ze środowiskiem w którym nie ma być już zła, a co za tym idzie i wszelkich dualizmów naszego świata. Otóż myślę, że chodzi o miłość, szczerość i otwartość serca, czyli w istocie - o wszystko.

Dziecko kocha czystą miłością „za nic”, nie wymagającą uzasadnienia, nie uzasadnianą żadnym interesem. Jest bezpośrednie, szczere, nie ma w nim egoizmu. Dziecko – dopóki nasza kultura, nasza cywilizacja nie oduczy je tego – kocha tak, jakby nie było zła. Potrafi tak samo mocno kochać osoby, przedmioty, miejsca, widoki, inne żywe istoty, istoty wymyślone istniejące w wyobraźni…
Dopiero wychowanie osadzone w pewnej tradycji kulturowej oraz "realiach" mówi mu, że taka prawdziwa miłość jest "niedojrzałością" a więc jest oceniana jako „gorsza”, dziecinna właśnie czyli śmieszna. Wmawia się dziecku i uczy go też „praktycznie” na każdym kroku jego aktywności – że "dorosła" miłość musi być „za coś”; za wygląd (urodę), za odwagę, za majętność... itp. Że miłością się niejako handluje. Że trzeba na nią "zasłużyć" bądź się na nią nie zasługuje. Wmawia się dziecku, że tylko matka kochała je „za nic” czyli tak jak ono – ją, a od pewnego momentu, wieku - musi już włączyć się w „dorosły” system „uzasadniania” miłości. Oczywiście nie wspomina się dziecku wówczas o zjawisku prostytucji, która z definicji jest właśnie „za coś” (za jakąś nagrodę, albo wręcz trywialne wynagrodzenie).

Przypomnijmy co napisał Św. Paweł w jednym ze swoich listów „apostolskich” do Koryntian, w słynnym psalmie o miłości.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce...”.

Uważał, że gdy nadejdzie Królestwo Boże prawdziwa zdolność do miłości zostanie mu niejako automatycznie przywrócona - tylko dzięki temu. Uważał, że miłość jest cechą Królestwa Bożego, emanuje z niego na ludzi.

Pisał: „… Gdy przyjdzie to co jest doskonałe, zniknie to co jest tylko częściowe”…

Sądził wiec, że to Bóg uczyni go (i jemu podobnych) niejako automatycznie zdatnym do Królestwa. Że to sprawa łaski czy daru otrzymywanego w odpowiedniej chwili.
Ale Jezus - nauczając mówił przecież, że to człowiek swoim wysiłkiem ma powrócić do utraconej dziecięcej wrażliwości, szczerości, do dziecięcej miłość – i że to ma się stać zanim nadejdzie Królestwo Boże, bo gdy wówczas nie będzie ponownie „jak dziecko” - Królestwo nie stanie się jego udziałem. Zdaniem Św. Pawła miłość nadaje wartość wszelkim dobrym uczynkom i działaniom, dobroczynności, wiedzy, wierze.

Jaka ma być ta "prawdziwa" miłość? Pisze Św. Paweł w swoim liście apostolskim:
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma...”

Określenia te o charakterze przymiotnikowym są nam znane i całkowicie dla nas zrozumiale. Oto są niejako wytyczne dla ludzi – jak kochać a więc jak żyć, by spełnić standard Królestwa Bożego. Miłość taka jest elementem przemiany wewnętrznej, wznoszącej człowieka na wyższy poziom rozwoju niezbędny w dalszym istnieniu. Jeśli poddamy się przemianie - cechy te rozwijają się w nas, wewnątrz nas niejako automatycznie. Warto zauważyć - i dlatego właśnie na wstępie wspomniałem o destrukcyjnym wpływie wychowania – że oczekiwania te jednoznacznie zaprzeczają temu wszystkiemu, co się wtłacza dziecku do umysłu w procesie „przekształcania w dorosłego” poza środowiskiem religijnym. Stanowią coś dokładnie odwrotnego - niż nauczał Jezus.
To potężny i szczelny system indoktrynacji zaprzeczający nauce Jezusa. Bastion rozdziału wiary od życia codziennego. Jedyna możliwość ucieczki od tego, poza świadomą religijną rodziną – to świadomy wysiłek własny człowieka zmierzający do powrotu do tych odebranych mu wraz z dzieciństwem cech.
Św. Paweł nieprzypadkowo wspominał w swoim liście także o wierze i nadziei jakie towarzyszą miłości. Pójście z wiarą i nadzieją we właściwą stronę w tej walce „o miłość” - niewątpliwie wygeneruje także i pomoc, wsparcie, ochronę. Nie zastąpią one własnego wysiłku człowieka, ale niejako „wychodzą mu naprzeciw” kiedy człowiek podąża we właściwym kierunku.
... Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość...”

Nie czekajmy więc aż nadejdzie Królestwo Boże i wyzwoli w nas dobrą zmianę, przywróci nam właściwe rozumienie wszystkiego i zdolność do prawdziwej miłości.
Odwrotnie.
Wyzwólmy sami w sobie dobrą zmianę z pomocą Jezusa a wtedy ujawni się wewnątrz nas Królestwo Boże, które – jak mówił Jezus – zawsze było i od początku jest - w nas.

17/06/2017

Czy Bóg rzeczywiście powołuje wilki na pasterzy swojego stada?

Wszystko co złe w Kościele dzieje się za sprawą ludzi.

Działalność Pocieszyciela i Ducha Prawdy którego Jezus obiecał przysłać po swoim powrocie do Ojca, jeśli ma miejsce - nie może przecież zlikwidować zła, powszechnego dualizmu i konieczności dokonywania wyborów przez ludzi; wyborów pomiędzy dobrem a złem opartych o ich wolną wolę, własne decyzje, siłę ich wiary i ich własnego charakteru. To tymi codziennymi wyborami człowiek ma kształtować swoją istotę, dopóki zło nie zostanie ostatecznie pokonane po powtórnym przyjściu Jezusa, jak to zapowiedział swoim uczniom przed ukrzyżowaniem i jak to ujrzał Apostoł Jan w swojej wizji.

Wielkim problemem wiary jest dogmat o nieomylności Papieża (w sprawach wiary i kościoła) oraz dogmat o „Bożych powołaniach” jeśli tak można skrótowo określić problem związany z powołaniem do duchowieństwa.
Historia papiestwa ma w sobie wiele zła; cynizmu, chciwości, ignorancji, nawet zbrodni… A Przecież dogmat głosi, że Papieża spośród kardynałów zebranych na Konklawe wskazuje Bóg. Wskazuje najlepszego spośród kandydatów mimo że wybór odbywa się metodą głosowania przez ludzi. Jeśli więc jeden z Papieży wybrany dzięki „woli Bożej” chwali publicznie „… tę wspaniałą legendę o Jezusie, dzięki której jego dwór się może tak bardzo bogacić...” oznacza to iż Papieżem został człowiek niewierzący w Jezusa czyli w Boga.
Czy Bóg mógł wskazać takiego kandydata, powołać na Papieża człowieka niewierzącego…?

Dogmat katolicki ustanowiony przez papieży głosi, iż Papież jest nieomylny jak sam Bóg, jego decyzje nie podlegają więc ocenie; czy decyzje Papieża niewierzącego – mogą być nieomylne, prowadzą do Królestwa Bożego czy raczej do piekła? A przecież to właśnie szok spowodowany porównaniem tego co w Ewangelii z tym „co w Rzymie” wywołał sprzeciw religijny, rozłam w Kościele przez ludzi którzy pod przewodnictwem Martina Lutra postanowili pozostać wierni Ewangelii i Jezusowi.
Ten sam dylemat można oczywiście przenieść niżej; na poziom kardynałów, biskupów (episkopów), księży (prezbiterów) i zakonników. Kościół katolicki ustanawiając człowieka prezbiterem mówi o jego „powołaniu kapłańskim” a więc akcie wynikającym z woli Bożej, przez Boga spowodowanym lub co najmniej akceptowanym. Jednak „osoby duchowne” w nazbyt dużym procencie okazują się potem zupełnie nie duchowne, tkwiące w jak najbardziej przyziemnych ludzkich słabościach, emocjach, wadach... Nie mają w sobie nic z cech charakteru i zachowania polecanych przez Jezusa jego uczniom, apostołom będącym pierwo-wzorem dzisiejszego episkopa czy prezbitera.

Przeciętni ludzie, świadomi swoich słabości, chcą w prezbiterze czyli tzw. księdzu widzieć potwierdzenie, iż można być takim jak to zalecał Jezus oraz apostołowie w swoich listach i Dobrej Nowinie; potwierdzenie że to w ogóle jest możliwe i dlatego jest sens „starać się”, walczyć o siebie – ze sobą samym, czy też może z Synem Zatracenia – panem i gospodarzem, tego świata – jak go nazywał Jezus. Jeśli widzą w księdzu chciwca, oszusta, obłudnika, mąciciela wywołującego konflikty, pijaka, dziwkarza, hazardzistę ulegającego zachciankom i uciechom tego świata, lenia korzystającego ze swojego statusu w celu zapewnienia sobie łatwego i sytego życia na koszt parafian… jeśli widzą takiego księdza – gorszą się. Czują się oszukani, odchodzą z kościoła lub unikają udziału w życiu parafii i często nawet w obrządkach religijnych. Każdy ksiądz, biskup, kardynał lub papież – zachowujący się skandalicznie – gorszy „maluczkich” i oddala ich od Boga zamiast ich do Niego przybliżać.
Gdyby Kościół to natychmiast oceniał, ujawniał i potępiał – dążąc do zachowania standardów ustanowionych przez Jezusa wobec jego uczniów, takie przypadki stałyby się sporadyczne. Ale Kościół postępuje inaczej; ukrywa takie fakty, odmawia reakcji lub zwleka z nią latami gdy ukrywanie się nie powiedzie, ale przede wszystkim co najgorsze – zamiast stanowczo wymagać utrzymania standardu – zmniejsza wymagania, usprawiedliwia odstępstwa od nauki Jezusa, bojąc się spadku liczby „powołań” bardziej niż spadku liczby chrztów i liczby wierzących systematycznie uczestniczących w życiu religijnym. To też liczba osób uczestniczących w życiu parafii stale spada, często jest to ledwie kilka procent parafian, kościoły stoją opuszczone, są burzone, zamieniana jest ich przynależność wyznaniowa lub nawet przeznaczenie budowli...

Taka jest prawdopodobnie jedna z przyczyn kryzysu wiary i kryzysu Kościoła Katolickiego na zachodzie, a jak wiadomo „życie nie znosi próżni” i wypełnia ją czymś innym.
Jak można dziwić się a tym bardziej mieć pretensje do owiec, że się rozproszyły – podczas gdy to pasterze prowadzący stada zabłądzili, zaprzestali wykonywania swoich obowiązków, a być może nawet zawarli „kontrakt” z wilkami…

Jezus wiedział o tym zanim powstał i ukształtował się Kościół w dzisiejszym rozumieniu. Wyraził to w swoim słynnym trzykrotnie powtórzonym pytaniu skierowanym do Kefasa, najbardziej zaufanego z wybranych – ucznia; Czy miłujesz mnie bardziej niźli Ci (pozostali z obecnych w tym miejscu uczniów)…? Rzeczywiste znaczenie tego pytania zadanego Piotrowi już po ukrzyżowaniu Jezusa, podczas gdy ukazał się on uczniom nad brzegiem Jeziora Genezaret – zostało w Ewangelii moim zdaniem zatarte dużo później zredagowanym dopiskiem – o czym pisałem w tekście:

Szymonie, synu Jonasza; miłujesz mnie?
oraz
Dlaczego ludzie odwracają się od Kościoła?

05/02/2017

Dwa Światy

Jeden - zanurzony w ciszy i w nienaturalnym cieniu, choć oświetlony słońcem, ukrywający się za mirażem przepięknych widoków, obrazów malowanych światłem i mgłą. Świat, w którym czas odpoczywa po codziennej nerwowej bieganinie. Tu wszystko lub cokolwiek; nic nie ma już takiego znaczenia; liczy się jedynie miłość. Zdolność do miłości jest wyróżnikiem i kwalifikacją. Wszystko przecież jest względne, lecz uczucie tli się wiecznie, nigdy nie gasnącą iskierką, by kiedy przyjdzie pora - dołączyć do wielkiego płomienia. Echo tu się snuje w ciszy, leniwie, niczym pasma wieczornej mgły nad torfowiskami, przywołując dawne szepty i westchnienia, słowa, fragmenty zdań niegdyś wypowiedzianych lub jedynie pomyślanych. Powietrze gęstnieje od tych myśli, emocji, trosk, rozczarowań; wszystkiego tego co straciło swoje znaczenie, ale nie przestało istnieć i snuje się tak w powietrzu niczym babie lato na ścierniskach. Miejsce półmroku rozświetlanego jedynie migającymi tu i ówdzie płomykami pamięci. Świat zawiedzionych nadziei, uśpionych lub porzuconych planów, co się stały niewykonalne, nierealne, albo wręcz - przerwane nagle niespodziewaną przemianą. Plany, nadzieje, zamierzenia, przedsięwzięcia, dążenia, cele... dziś - jak szelest suchych liści przegarnianych podmuchami wiatru to w tę, to w tę, w jedynie Jemu znanym celu, a wszystko to przez tę chwilę, weryfikującą ich szczerość i prawdziwość. Świat smutku i pamięci, z rzadka zakłócany wtargnięciem intruzów, którzy jednak szybko odchodzą, z poczuciem ulgi i własnej obcości.

Owi intruzi przychodzą tu z całkiem innego, odrębnego, swojego właściwego świata, niejako znajdującego się w sąsiedztwie; o kilka kroków, o jedną szczerą myśl. To świat szalonych emocji bezsensownych, wszechobecnego bełkotu, pośpiechu i bezmyślności. To miejsce niesamowitego hałasu, jazgotu, paplaniny bezmyślnej i bezsensownej, traktowanej z prawdziwą powagą a w rzeczywistości - będącej bez znaczenia. Odwrotnie niż tam - liczy się tu wszystko – oprócz miłości, która nie jest tu znana. To królestwo obłudy, zakłamania, dwulicowości, pozy, fałszu i bufonady. Egoistycznego zaspokajania potrzeb przykrytego pozorami altruizmu, humanizmu, duchowości. Wielki bal maskowy, karnawał przebierańców nieustający, w ferii sztucznych świateł, sztucznego blasku. Świat egoistów walczących o swoje, gdzie posiadanie jest wartością samą w sobie a własny interes jedyną zrozumiałą motywacją. Piękna fatamorgana zachwycająca swoim wyglądem z daleka a w najlepszym przypadku rozpływająca się w nicości przy bliższym poznaniu; próbie poznania, zbadania lub choćby dokładnego obejrzenia z bliska. W najlepszym przypadku - bo czasem okazująca się potworem, bestią, gadziną, bydlęciem agresywnym i okrutnym. Oferta niespełnionych obietnic, niekorzystnych wyborów; rozczarowujących - lecz już niestety bez prawa do reklamacji. Świat pośpiechu donikąd, bylejakości, pozorów, obłudy i lęku. Lęku - wywoływanego przez tamten, obcy świat.

Dwa światy, oddzielone pozornie jedynie łatwym do pokonania płotem i drogą graniczną. Lecz faktycznie rozgraniczone nienaruszalną magiczną barierą. Po jednej jak i po drugiej stronie - po trzysta tysięcy bytów, jaźni, istnień, osobowości, indywidualności. Obok siebie lecz zupełnie niepodobne, nieprzystające do siebie nawzajem. Miasto umarłych, którzy żyją i miasto żywych - co umarli. Ja i ty.


08/01/2017

Boże! Jak ten świat się zmienił. Ale czy ja też – z nim… ?

Łokcie zawsze podobno były przydatne. Do tak zwanego „robienia łokciami”; określenie pochodzi zapewne o robienie sobie przejścia przy przepychaniu się do przodu, przed innych… To ważna sprawność społeczna. To jednak chyba tylko takie obrazowe określenie, synonim. Praktycznie podobno przecież nikt tak nie robi. Nie wiem… staram się sobie tylko wyobrazić…
Konkurencja, rywalizacja, za wszelką cenę, choć nie jest warta żadnej ceny. To działania chyba niesamowicie różnorodne, ogromna gama technik, bo i ogromna gama sytuacji. No i - jeśli to tak można delikatnie nazwać – różne natężenie motywacji. Czy szalona ambicja – prowadzi do szaleństwa? Czy do zwycięstwa.
A może zwycięstwo - jest szaleństwem?

Może to tak zwana zaradność. Energia: w końcu trzeba coś zrobić…. samo nic nie przychodzi. Zresztą ludzie są głupi i nic nie rozumieją. Rozsądek podpowiada, by im po prostu "pomóc zauważyć", co jest rzeczywiście dobre a co mniej. A co dobre? Wiadomo: zawsze przecież JA!
Co mniej dobre? – inni.
No przecież nigdy nie powiem; On jest dobry. Ona jest niezła, dobrze pisze… nie… Choć to właśnie by najbardziej wyróżniło, mówienie „nie ja” – skoro wszyscy mówią „ja”. Ostatni – będą pierwszymi a pierwsi – ostatnimi.
Właściwa, najkrótsza i przy okazji najprzyzwoitsza droga do sukcesu jest zbyt prosta, by kogoś zainteresowało pójście nią. Kuszą zakręty, stromizny, bagienka… Żeby coś osiągnąć, to trzeba oryginalnie, twardo, sposobem. No i walczyć. Nie z samym sobą; z innymi. Co nie wywalczone – wcale nie cieszy… Trup się liczy najbardziej jako stopień do kariery…

Zasada jest znana; trzeba się wyróżnić z tłumu. W jakikolwiek sposób. Desperaci biegają w "stroju Adama" po boiskach piłkarskich. Człowiek potrafi zrobić z siebie wszystko, najgorszą świnkę lub kretynkę – byle dać się zauważyć, wyróżnić się z tłumu to warunek podstawowy zaspokojenia ambicji.
Trzeba wskazać kogoś "gorszego" i zapytać: dlaczego to on jest na tym miejscu a nie ja?
A co?
Ty chcesz być gorszy?
… dla swoich następców?

Tupet, tupet graniczący z bezczelnością – bardzo pomaga. Granica bezczelności jest dość gruba, by na niej móc swobodnie balansować. My umiemy być wzorowo bezczelni. Bo tu trzeba nieco psychologii w takim napadzie na decydenta. Bo żeby zmienić stan spraw, trzeba napaść na tego, kto decyduje o ich układzie. Nie; wcale nie po to by zająć jego miejsce, bo to niemożliwe i zazwyczaj nieopłacalne. Po to by go wpędzić w kompleksy, albo wywołać zmieszanie, może zastraszyć lekko… Zasada: naskoczyć na kogoś „z mordą” a potem – „auto-lans” do oporu. A oporu nie przewiduje się. Najlepiej straszyć „opinią społeczną”. Najlepiej mieć jakieś wsparcie „od wewnątrz”, czyli równie bezczelnego sługusa, tworzącego „opinię społeczną”, prostaka który sam jest już spalony i mu nie zależy, ale będzie gadał i przytakiwał atakowi. Bo atak musi być dobrze przyjęty przez kogoś, kto już "tam" jest, wtedy największe szanse na zbicie decydenta z pantałyku. Pozory „opinii społecznej” zazwyczaj skutkują. Chodzi o wstrząs z zaskoczenia, nie zapominając, iż to tylko środek do celu. Decydent jak kiepski drink; ma być i wstrząśnięty i zmieszany…
Decydent pomyśli sobie oczywiście swoje „co za bezczelna baba" albo „co za bezczelny gej" ale jednocześnie zacznie mieć wątpliwości; ... a może ja rzeczywiście nie doceniam lub przeceniam, może nie jestem sprawiedliwa, może faktycznie należałoby dać szansę, uwzględnić, pozwolić… no też i nie oszukujmy się; trochę dla własnego spokoju i to wcale nie sumienia a prozaicznej zawracanej dupy.

Cóż jednak zrobić, gdy chodzi o miejsce szczególne; to nie jest miejsce prezentacji artystycznych tylko miejsce na sprawnie i ciekawie wyrażoną opinię na aktualne tematy, oczywiście aktualne w mediach, w mainstream’ ie. A dziś tematy aktualne – to zbliżająca się szybkimi krokami wojna, Ukraina, Putin, sankcje, bezrobocie, gospodarka, wybory, kościół, walka ideologiczna i ideologia gender, islam, terroryzm, Europa, nie migawki wspomnieniowe z dzieciństwa, odłamki, okruchy, obrazeczki – jak wycinki z komiksu…

Boże, może to po prostu na tym polega? Może tak to celowo wymyśliłeś. Ale to takie płaskie, podłe… Ach! więc to sprawdzian człowieczeństwa. Nie; mnie to osobiście przecież nie przeszkadza; ja i tak we wszystkim zależę od Ciebie...
Przyglądam się temu cicho, ze zdziwieniem, ze smutkiem - ale bez nienawiści, bez odrazy. Wzruszam ramionami. Jak ten Twój świat się zmienił… Jest coraz mniej Twój… odwrotnie niż ja.

02/12/2016

Czemu.

Nie wiem czemu – O, Mój Panie
Ocaliłeś mnie z topieli,
Chociaż jeszcze nie wiedziałem
Że mam Ciebie o to prosić...
I wyrwałeś z rąk bandytów,
Ochroniłeś przed chorobą,
Zginąć mi nie dałeś w ogniu –
Chociaż jeszcze Cię nie znałem...

Czemu mnie – Panie – ocalasz
Codziennie, w każdej godzinie
Od tak wielu niebezpieczeństw
O których nawet nic nie wiem?
Mnie, tak bardzo niegodnego,
Tak słabego, leniwego,
Ulegającego zachciankom –
Jak tylko potrafi człowiek.

Do czego mnie przeznaczyłeś
W nieomylnych swoich planach!
Cóż takiego mam uczynić,
By wypełnić Twoją wolę!
… Tak bardzo pragnę poznać
Twe nieodgadnione zamiary.
Chcę im się podporządkować,
Chociaż mam tak mało wiary,

Choć się coraz bardziej boję,
Że znów nie zdam egzaminu
Z mej miłości i nadziei,
Posłuszeństwa i pokory.

O Panie, proszę – pomóż mi!



Paweł Baranowski 2012

11/11/2016

„… Bo czyż zbierają winogrona - z ciernia,
albo z ostu – figi?”

Jeżeli napotkasz kiedyś - przechodzącą obok ciebie - jasną, cudowną istotę w przepięknych świetlistych szatach, z pięknymi skrzydłami u ramion i promieniejącą złotem aureolą nad głową; postać o pięknych oczach i łagodnym spojrzeniu pełnym mądrości i zrozumienia; o postawie wyrażającej dobroć i miłość – w żadnym wypadku nie idź za nią! To bardzo niebezpieczne! Pójdź wtedy raczej w kierunku przeciwnym; w tę stronę – z której ta istota przybyła, skąd nadeszła. Jeśli tam napotkasz wielu ludzi bardzo smutnych, strapionych, cierpiących; wielu ludzi o oczach pełnych łez; osamotnionych, ludzi pozbawionych nadziei, bardzo biednych, nieszczęśliwych, samot-nych, zdradzonych, rozczarowanych, opuszczonych  – bądź pewna, że tą mijającą cię istotą - nie był Anioł. Wręcz przeciwnie. Choćby nie wiem jak bardzo piękne były jego szaty, łagodne jego spojrzenie i urocze skrzydła – to z pewnością nie był Anioł. Spróbuj wtedy naprawiać zło, które ona wyrządziła. Jeśli natomiast spotkasz tam ludzi szczęśliwych, radosnych i pełnych miłości – zawsze zdążysz zawrócić, by jeszcze dogonić tę cudowną istotę. A gdyby nawet nie udało ci się jej już odnaleźć – pozostań na tym miejscu i bądź jej wdzięczna za wskazanie ci tamtego miejsca szczęśliwego życia, które to ona stworzyła samą swoją obecnością.
Ten, kto pozostawia za sobą płacz, łzy, wielki smutek i niesłuszne oskarżenia - mimo stwarzanych pozorów piękna i szlachetności z pewnością nie służy dobru.

"List niewysłany" do E.

31/07/2014

Dlaczego ludzie odwracają się od Kościoła?


Trzeba wreszcie przyznać, że muszą być jakieś przyczyny, tkwiące w samym kościele – jako instytucji. Pomijając więc wspomnianą kwestię "interesu osobistego" niektórych ludzi w tym, by kościół istniał jako instytucja, jako instytucja kreująca sama siebie na organizatora i kierownika zboru, również gospodarującego nieruchomościami i majątkiem oraz jako rzekomo koniecznego pośrednika pomiędzy Bogiem a "ludem", należałoby uwzględnić, że czasy przymusowego pośrednictwa po prostu kończą się nieodwołalnie.

Dotychczas każda społeczność wierzących odłączająca się od instytucji kościoła rzymskiego była potępiana, nazywana "sektą", wewnątrz kościoła przedstawiana jako sprzeciw wobec Boga lub odrzucenie go. Kapłani rzymskokatoliccy przypisywali sobie wyłączność w "prawdziwej" wierze. Wyznacznikiem tego co jest prawdziwą wiarą jest jednak dla chrześcijan Ewangelia. Odchodzenie kościoła rzymskiego od Ewangelii spycha dziś ten kościół na pozycje sekty; ludzie wierzący po prostu zaczynają to rozumieć.

- Jezus w Ewangelii zwraca się do każdego "odbiorcy" jego słów indywidualnie; uwierzenie w Boga i w niego jako syna bożego przedstawia jako osobiste zadanie czy wyzwanie dla tego, to się zetknął z informacją. Już sama możliwość czy podatność na "uwierzenie" jest dla niego wyróżnieniem człowieka. Wiara i wierność przykazaniom Jezusa nie może więc być "na pokaz", być motywowana "naciskiem grupy", zwyczajem publicznym, publicznie praktykowanym, bo staje się wtedy odwrotnością wiary. Jezus stanowczo sprzeciwiał się "wierzeniu na pokaz".
Kościół jako pewna społeczność ludzi traktujących się "jak bliźni", miłujących się, skłonnych do bezinteresownej pomocy niejako "przed oczyma Boga" - jest ważną ideą, ale realizacji jej - o ile uznać ją za możliwą - nie da się wymusić, natomiast udawanie jej jako forma dwulicowości, zakłamania, pewnego "teatrzyku" dla innych - jest przeciwieństwem wiary o której mówił Jezus.


- Jezus posługiwał się często podobieństwem do pasterza i stada owiec. Owce znają swojego pasterza i rozpoznają jego głos, mają do niego zaufanie i dlatego idą za nim, znajdują pastwisko a kiedy trzeba - znów idąc za nim powracają bezpiecznie do swojej zagrody. Owce wiedzą, że ich pasterz nie zawiedzie, że gotów poszukiwać zaginionej choćby jednej owcy ze stu a nawet i życie oddać za jej ocalenie, broniąc jej przed wilkami. Powiedzmy – że to odpowiada pojęciu prawdziwego kościoła. Cóż jednak, gdy owce słyszą jakiś obcy głos, widzą osobę im obcą a jej zachowanie nie wzbudza ufności i poczucia bezpieczeństwa? Jeśli widzą chciwca łasego na wszelkie dobra materialne, kolekcjonującego drogie meble, prowadzącego zakład produkcyjny, nieczułego na wszelkie problemy ludzi. Jeśli widzą "księdza-urzędnika" odwalającego swoją "robotę" w kościele, ale w "godzinach pracy" a następnie zamykającego się w swoim mieszkaniu, oglądającego w TV mecze i kryminały, prowadzącego "życie towarzyskie"? Jeśli widzą w księdzu człowieka nieczułego, na każdym kroku i w każdej sprawie postępującego odwrotnie, niż polecał swoim uczniom Jezus - o czym możemy się dowiedzieć z Ewangelii. Czy można kogoś takiego uznać za dobrego pasterza?

- Jezus stawia swoim uczniom większe wymagania niż innym, niż "ludowi" – jako "dobrym pasterzom" mającym konkretną odpowiedzialność a to dlatego, że mieli większy dostęp do informacji. Jeśli przyjąć, co automatycznie się narzuca, że kapłani, szczególnie właśnie na wyższych stanowiskach kościelnych; prezbiterzy, episkopi – są dla ludzi wierzących odpowiednikami uczniów Jezusa, trudno doprawdy nie zauważyć powszechnego ich odstępstwa od nakazów i pouczeń Pana i Nauczyciela. Papież Franciszek co prawda zaczął przeciwstawiać się skrajnym wypaczeniom wśród tych właśnie – którzy mieli być przykładem; ganić objawy chciwości materialnej kardynałów, ich zamiłowaniu do luksusu, oczekując samooczyszczenia kościoła z nadużyć i błędów.
W związku z tym odwracanie się ludu od kościoła - jako zbiorowości pozostającej pod przywództwem i kierownictwem ludzi zachowujących się skandalicznie i postępujących w sposób skrajnie sprzeczny z nauczaniem Jezusa – jest wyrazem wiary i jej dowodem a nie negacją wiary czy jej upadkiem. Owce nie chcą iść za "pasterzem", który sprawia wrażenie wilka przebranego w owczą skórę.
 
Kryzys nie dotyczy dziś wiary a przede wszystkim "instytucji" kościoła rzymskokatolickiego i funkcji kapłana. Niestety wielu "maluczkich" nie odróżnia kościoła od wiary a biskupa czy kardynała - od Boga, dlatego gotowi są zwątpić w Boga i przestać ufać Jezusowi - gdy widzą wokół tolerowane wypaczenia.

29/07/2014

Papież często mówi to, co musi… mówić Papież.

Papież to funkcja w sensie organizacyjnym – przywódcy konkretnego kościoła, a to zobowiązuje do dbałości o ten kościół, jako całość. To zrozumiałe. Rozpatruję to w konwencji nastawienia na pozytywne odbieranie przekazu płynącego do papieża, choć przy nastawieniu krytycznym należałoby uwzględnić i taką możliwość, że jego wypowiedzi są po prostu głosem strony zainteresowanej, głosem przedstawiciela „grupy interesu”, za jaką można uznać generalnie wszystkich kapłanów w stosunku do „ludu”, albo na przykład tylko kapłanów „wyższego szczebla” (od biskupa w górę) hierarchii, dla których kościół jako „instytucja” jest środowiskiem warunkującym ich władzę, znaczenie, przywileje, dochody itp. w tym samym znaczeniu, co armia dla oficerów zawodowych.

Jak jest w rzeczywistości? Prawdopodobnie bywa różnie i należy to rozpatrywać indywidualnie, analitycznie. Sam Papież przecież publicznie krytykował i księdza Prałata Jankowskiego - że mu odstąpi swoją lektykę która stoi nieużywana, i jednego z kardynałów - który odmówił zamieszkania w 120-metrowym mieszkaniu w Domu Świętej Marty - bo uważał je za zbyt małe i mało reprezentacyjne.
Kościół – to inaczej zbór (i dużo bardziej odpowiada mi to określenie), czyli zgromadzenie, w idealnym przypadku pewna wspólnota ludzi podzielających wspólną wiarę. Wspólnota składa się z poszczególnych jednostek, współpracujących w specyficznej synergii, ale pozostających jednak w dużej części nadal indywidualnymi jednostkami. Nie wdając się w rozległe znaczenie słowa „kościół” czy „zbór” trzeba przyznać, że wiąże się z tym duży problem. Zbór powstaje wtedy, gdy wielu ludzi spotyka się dobrowolnie w związku z jakimś celem czy zadaniem. Zjawiskiem jakby pierwotnym jest Jezus i słuchający go człowiek, grupa ludzi spajana właśnie tym słuchaniem - właśnie tego mówcy. Jezus przemawiał do tłumów lub na osobności do grupy swoich uczniów, czasem tylko i z rzadka do osoby indywidualnej z którą chciał rozmawiać, najczęściej – odpowiadając na jej pytanie, ale tłum nie może przecież słuchać jako taki; słuchają osoby, a gdy jest ich wiele w tym miejscu – powstaje pewna zbiorowość przychodzących i słuchających, świadomość że „inni też przyszli”, lecz to dając co prawda jakby poczucie "potwierdzenia słuszności" samego słuchania - zasadniczo nie wpływa na proces słuchania czy rozumienia. To, co mówił Jezus jest niejako „zadane” każdemu odbiorcy indywidualnie – jako wyzwanie, bo „tłum” nie ma zbiorowego rozumu ani zbiorowego serca a ma je raczej każdy pojedynczy osobnik spośród tłumu. Synergia - także jest reakcją jednostek, do której jednostki są niezbędne; nie występuje "sama z siebie". Zbór nie zastępuje jednostek w ich relacji z Jezusem.

Wreszcie reakcja zależy od indywidualnych możliwości, podatności, wrażliwości itp. Uwierzyć można jedynie indywidualnie, nie zbiorowo i dopiero wówczas można poczuć się członkiem pewnej wtórnej zbiorowości „tych, co uwierzyli”, choć ma to charakter pewnej projekcji, bo nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, co tak na prawdę czuje i myśli inny człowiek. Czasem, choć i to nie jest regułą, sami jedynie możemy z trudnością uzmysłowić sobie, co czujemy lub myślimy „w duchu”.

Zbór – to skutek działania i decyzji indywidualnych, skutek poniekąd przypadkowy. Uważam, że jest to twór wtórny w stosunku do jednostki, osoby wierzącej. Jeśli jest miejsce uważane za szczególne, zwane Domem Bożym, do którego przychodzą ludzie wierzący w Boga niejako na spotkanie z nim – to siłą rzeczy spotykają się tam oni także ze sobą nawzajem i o tyle jest to „zbór”.
Papież Franciszek mówił o kościele, jako zbiorowości w czasie ostatniej przed wakacjami audiencji ogólnej na placu Św. Piotra, której wysłuchało około 33 tysiące zgromadzonych tam osób. Mówił o znaczeniu kościoła, jako zboru, wspólnoty.

Przede wszystkim jedna uwaga: jeśli Papież porusza jakąś sprawę podczas audiencji ogólnej – to dowód, że jest to sprawa szczególnie istotna, ważna ze względu na zasadnicze priorytety kościoła Katolickiego. Nie jest więc dobrze w Kościele, gdy zabrał on głos w sprawie roli wspólnoty w wierze, znaczenia jakie ma dla ludzi już sama przynależność do kościoła. Papież zdecydowanie przeciwstawił się ” indywidualnej wierze bez kościoła”. Kościół przeżywa narastający kryzys swojej roli integrującej wierzących, skłaniającej do uczestnictwa we wspólnocie. Widocznie staje się to w kościele światowym dużym problemem, że wierzący odchodzą od kontaktu z instytucją kościoła, pozostając wierzącymi.

Papież postawił kilka tez, które są dla mnie bardzo dyskusyjne. Oczywiście ktoś nastawiony dogmatycznie powie natychmiast, że tezy Papieża z zasady nie mogą być dyskusyjne, ponieważ ma on absolutnie dominującą pozycję w kościele i jest niejako "z zasady" (z dogmatu) - nieomylny. To jeden z dogmatów przyjętych i stworzonych w kościele przez ludzi (nie przez Jezusa). Bo Jezus traktował ten problem inaczej - o czym pisałem w innym tekście. Sprawa nie jest jednak tak prosta.
Nie rozpatruję tego na zasadzie dogmatów a raczej analizy opartej na Ewangelii, przekazującej naukę Jezusa. Pozycja Papieża powinna być dominująca przez wzgląd na wierność nauce Jezusa. Dominować ma ten, kto jest najbardziej wierny Jezusowi. A więc – wierność słowom Ewangelii. Jednym z zasadniczych filarów nauki Jezusa jest natomiast miłość, miłość wzajemna ludzi do siebie nawzajem, czyli do „bliźniego”, do Boga i do jego Syna. To wzajemna miłość, życzliwość, współczucie, solidarność – powinna być tym, co przyciąga ludzi wierzących do wspólnoty, do zboru, czyli do innych podobnie zastawionych jednostek. Nie nakazy organizacyjne, polecenia Papieża, biskupa albo proboszcza. Sens zboru (kościoła) wynika z autentyczności wiary jednostek a nie odwrotnie. To autentycznie wierzące jednostki – przez tę wiarę tworzą kościół (zbór), a nie odwrotnie. Tu uwidacznia się zasadniczy problem; kościół to jest dobrowolne zgromadzenie wierzących jednostek a nie instytucja, bez której owo zgromadzenie a nawet wiara nie jest możliwa – jak twierdzą kapłani, poświadczając tym, iż są po prostu "stroną zainteresowaną" w sprawie.

Papież Franciszek powiedział:
Nie jesteśmy od siebie odizolowani i nie jesteśmy chrześcijanami jako jednostki, każdy z osobna: naszą tożsamością chrześcijańską jest przynależność! Jesteśmy chrześcijanami, ponieważ należymy do Kościoła. To jak nazwisko: jeśli imię brzmi „jestem chrześcijaninem”, to nazwisko – „należę do Kościoła”. Jakże to pięknie, gdy dostrzegamy, że przynależność ta wyraża się także w imieniu, jakie Bóg przypisuje sobie samemu. Odpowiadając Mojżeszowi we wspaniałym wydarzeniu „płonącego krzewu” (por. Wj 3,15), określa siebie jako Boga ojców – nie przedstawia się jako Wszechmogący – ale jako Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba. W ten sposób objawia się jako Bóg, który zawarł przymierze z ojcami i pozostaje zawsze wierny swemu przymierzu, wzywając nas do wejścia w tę relację, uprzednią wobec nas. Dlatego też nasza myśl biegnie z wdzięcznością przede wszystkim ku tym, którzy nas poprzedzili i przyjęli w Kościele.
Nikt sam nie staje się chrześcijaninem! Czy to jest jasne? Nikt sam nie staje się chrześcijaninem! Chrześcijan nie wytwarza się w laboratorium. Chrześcijanin należy do ludu, który przybywa z daleka. Chrześcijanin należy do ludu, który nazywa się Kościołem. Ten Kościół czyni go chrześcijaninem w dniu Chrztu św. a następnie w trakcie katechezy i wielu innych działań. Ale nikt, żadna osoba nie staje się chrześcijaninem sama z siebie. Jeśli wierzymy, jeśli umiemy się modlić, jeśli znamy Pana i możemy słuchać Jego Słowa, jeśli czujemy, że jest On blisko nas i rozpoznajemy Go w braciach, to dlatego, że inni przed nami żyli wiarą, a następnie ją przekazali. Wiarę otrzymaliśmy, od naszych ojców, od naszych przodków a oni jej nas nauczyli. Jeśli dobrze się zastanowimy, któż wie, ile w tej chwili drogich twarzy przychodzi nam na myśl: może to być oblicze naszych rodziców, którzy w naszym imieniu prosili o chrzest; naszych dziadków lub któregoś z krewnych, którzy nauczyli nas czynienia znaku krzyża i odmawiania pierwszych modlitw. Zawsze pamiętam twarz zakonnicy, która nauczyła mnie katechizmu. Z pewnością jest w niebie, bo była świętą kobietą, ale zawsze o niej pamiętam i dziękuję Bogu za tę siostrę. Może to też być twarz proboszcza, czy innego kapłana lub zakonnicy, katechety, którzy przekazali nam treści wiary i pomogli nam wzrastać jako chrześcijanie…
Otóż, taki jest Kościół, jest wielką rodziną, w której jesteśmy przyjmowani i uczymy się żyć, jako wierzący i jako uczniowie Pana Jezusa. Tę drogę możemy przebywać nie tylko dzięki innym osobom, ale także wraz z innymi osobami. W Kościele nie ma „zrób to sam”, nie ma „osób nie zrzeszonych”. Ileż razy papież Benedykt XVI określił Kościół, jako kościelne „my”! Czasami można usłyszeć, jak ktoś mówi: „Wierzę w Boga, wierzą w Jezusa, ale Kościół mnie nie obchodzi…”. Ileż razy to słyszymy; to nieprawda. Są ludzie, którzy twierdzą, że mogą mieć osobistą, bezpośrednią, bliską relację z Jezusem Chrystusem poza komunią i pośrednictwem Kościoła. Są to pokusy niebezpieczne i szkodliwe, jak mawiał wielki Paweł VI – dychotomie absurdalne.
To prawda, że wspólne podążanie jest trudne, a czasami może okazać się męczące: może się zdarzyć, że jakiś brat lub siostra stwarza nam problem, albo nas gorszy… Ale Pan powierzył swe orędzie zbawienia ludziom, świadkom; to w naszych braciach i siostrach z ich darami i ograniczeniami wychodzi nam na spotkanie i pozwala się rozpoznać. Oznacza to przynależność do Kościoła. Zapamiętajcie dobrze: być chrześcijaninem to należeć do Kościoła. Imię brzmi chrześcijanin, a nazwisko – „należę do Kościoła”.
Drodzy przyjaciele, prośmy Pana, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła o łaskę, byśmy nigdy nie popadli w pokusę myślenia, że możemy obyć się bez innych, bez Kościoła, że możemy się zbawić o własnych siłach, być chrześcijanami z laboratorium. Wręcz przeciwnie, nie można kochać Boga, nie kochając naszych braci, nie można kochać Boga poza Kościołem; nie można być w komunii z Bogiem, nie będąc w komunii z Kościołem i nie możemy być dobrymi chrześcijanami, jak tylko razem z tymi wszystkimi, którzy starają się naśladować Pana Jezusa, jako jeden lud, jedno ciało, a jest nim Kościół. Dziękuję.
Nie zapominajmy jednak, że Papież mówi tu o starym przymierzu.
Jezus zawarł z ludźmi w imieniu swego Ojca przymierze nowe, oparte na tym, co mówił, czego nauczał, czego dokonał a także na swojej ofierze, czyli ofierze z samego siebie, jako Baranka Bożego – znoszącego grzech świata. Cała „misja Chrystusa” jest planem Bożym a nie pomysłem Jezusa. Plan ten rozumiemy jednak przede wszystkim poprzez słowa Jezusa. Dlatego zasadnicze znaczenie ma jednak Ewangelia. Podstawą nowego przymierza z Bogiem jest to, co mówił Jezus, czyli będący w nim Ojciec. Nie ma wątpliwości, iż jest to odnowione na nowych warunkach – nowe przymierze z Bogiem, ponieważ Jezus jednoznacznie wyjaśnił, iż to co mówi – nie od siebie mówi, ale mówi przez niego Ojciec; to co robi – nie „sam z siebie” robi, ale to Ojciec, który jest w nim – w ten sposób wykonuje swoje dzieła. Wreszcie mówi do ucznia – Filipa: „Tyle czasu jestem z wami a nie poznałeś mnie – Filipie? Kto widział mnie – widział Ojca! Jakże teraz możesz mówić – „… pokaż nam ojca”…?

Wystąpienie Papieża nasuwa przypuszczenie, że w kościele rzymskim musi narastać już w stopniu znacznym proces odrzucenie wspólnoty na rzecz hedonizmu czy wręcz liberalizmu rozumianego lewicowo a co najmniej - skrajnego indywidualizmu, indywidualnej relacji z Bogiem. Papież przeciwstawia się temu wprost, co dowodzi iż zjawisko musi mieć charakter a przede wszystkim skalę niepokojącą hierarchów, kapłanów.  

Proponuję zastanowić się, jakie to ma znaczenie, oraz jakie mogą być tego przyczyny.


07/06/2014

Sens życia.

Postawiłem niedawno tezę, że być może życie człowieka ma sens polegający głównie na możliwości wyrobienia sobie zdania o Jezusie. To wcale nie oryginalna teza, ale dotyczy być może najważniejszej dla człowieka sprawy.

Jezus jest autorytetem. Oczywiście dla wszystkich, choć też i nie wszyscy to uznają.

Nie może nikt przyjść do mnie, jeśli go nie przyciągnie Ojciec mój – mówił uczniom, burzącym się na jego słowa i cierpiącym w walce z sobą samymi, wiedząc że niektórzy z nich nie są w stanie ani uwierzyć, ani też tym bardziej zrozumieć. Mówił więc chyba celowo „ostro” czy „twardo”, aby im pomóc, zniechęcić tych, którzy chodzili z nim i czuli się uczniami, bardzo chcieli nimi być – mimo iż nie wierzyli w niego, w jego pochodzenie, poselstwo, misję. A czynił to przecież z miłości do ludzi, znając i rozumiejąc ich ograniczenia czy słabość. Mówił im, dając niektórym szansę uporania się z samym sobą, z ich ambicjami i błędnym pojmowaniem sytuacji – jakby widzianej poprzez zamarzniętą szybę – sztywne i przedstawiane im przez „uczonych w Piśmie” jako bezwzględne, bezduszne, skostniałe w swojej nieludzkiej bezwzględności – nakazy i zakazy źle rozumianego Prawa; Ja jestem dobrym pasterzem, owce moje idą za mną gdyż znają mój głos. Tylko ci których mi dał Ojciec mój wejdą do Królestwa Bożego. A wejdą – przeze mnie, gdyż to ja jestem bramą dla owiec…

Skoro Jezus jest autorytetem, to i Ewangelia przedstawiająca jego słowa, jego naukę – także jest autorytatywna. Jest tak, gdy wierzymy, że jest ona w oryginale dziełem natchnionym, słowem spisanym jedynie przez wybranych – uczniów samego Jezusa, lub jak w wypadku Ewangelii Łukasza – przez ucznia Jezusa dyktowanym do spisania z jednoczesnym przetłumaczeniem na grekę koine – „wspólną” mowę plemion hellenistycznych, jakie miały poznać i przyjąć naukę Jezusa chętniej niż Żydzi.
Trudno się dziwić, że szczery chrześcijanin, zakonnik i ksiądz – Martin Luter był zaszokowany stanem wiary w Rzymie, wszystkim co zobaczył i usłyszał w drodze do Rzymu – gdy udał się tam protestować przeciwko handlowi odpuszczaniem grzechów – uprawianym przez papieskich agentów, na wielką skalę, dla uzyskania funduszy na budowę Kaplicy Świętego Piotra. Wszystko to było skrajnie sprzeczne z Ewangelią a więc nie mogło być zgodne z nauką Jezusa, a jednak spotkał go zacięty opór, postawa agresji przypominająca czasy inkwizycji.
Cokolwiek byśmy nie myśleli i nie mówili o postawie Lutra, trzeba przyznać, że przyjmował on postawę osobistej relacji z Jezusem a więc i z Bogiem i osobiście też występował śmiało w obronie wierzących przed oczywistymi błędami czy nawet odstępstwami od Ewangelii, szczególnie Ewangelii Apostoła Jana mówiącej najwięcej o misji Jezusa – Chrystusa Bożego. Bo Jezus zwracał się zawsze do człowieka, mówił do uczniów lub do zgromadzonego tłumu – ale jednocześnie jakby do każdego z nich z osobna. Takie wydają się być drogowskazy na tej drodze: ja, Ewangelia, Jezus, Bóg.
Ewangelia wymaga osobistego stosunku do przekazywanych tam treści. Nie jest to czymś nowym ani odkrywczym. Jezus także pouczał, że Bóg jest duchem i należy mu służyć w duchu i w prawdzie, bo też i takich wyznawców Bóg sobie szuka, którzy by mu tak właśnie służyli: w duchu i w prawdzie. Nie mówił o Kościele czy raczej o Zborze, nie mówił o milionowych zgromadzeniach ludzi na placach lub błoniach, ani o kółkach parafialnych. Nie mówił o ludzkości a raczej o każdym z ludzi zdolnym spełnić standardy stanu ducha i serca zwane Królestwem Bożym. Jezus jako Syn Boży wiedział wszystko o człowieku i jego myślach a uzyskał tę cechę od Ojca. Przeciwstawiał się „uprawianiu pobożności” w miejscach publicznych, na pokaz. Mówił: zamknij się raczej w swoim pokoju i tam módl się tak aby nikt tego nie widział a wtedy Ojciec – który widzi twoje czyny nawet w ciemności i słyszy nawet twoje myśli a nie tylko słowa – wysłucha ciebie. Czczenie Boga „w duchu” tu właśnie oznacza osobistą relację, kontakt na poziomie mentalnym poprzez wykonywanie i wierność poleceniom Jezusa. Czczenie Boga „w prawdzie” oznacza oddanie prawdzie jako znanym sobie faktom i nauce Jezusa, szczerość i autentyczność relacji, poważne i odpowiedzialne jej traktowanie. Przeciwieństwo zakłamania, dwulicowości.

Osobista relacja z Jezusem wynika z uznania, że jest on panem i nauczycielem, wybrańcem Bożym. Miłość do niego – oznacza wierność jego słowom, jego poleceniom przekazywanym przez Ewangelię. Kto mnie miłuje – ten słów moich będzie przestrzegał a kto słów moich nie przestrzega – ten mnie nie miłuje. Jezus stawia to jasno w pytaniu: dlaczego mówicie do mnie Panie, Panie – a nie czynicie tego co wam mówię? Jeśli miłość do Jezusa a więc i do tego który go posłał – objawia się w osobistym posłuszeństwie przykazaniom, to tym bardziej dowodzi iż wiara istnieje wyłącznie w osobistej relacji i tak też jest oceniana.
Życie człowieka daje mu najbardziej precyzyjny z dostępnych wśród stworzeń materialnych aparat do zdobycia wiedzy, zrozumienia jej i zastosowania w praktyce. Jest możliwe, że celem tego wszystkiego jest właśnie zrozumienie poleceń Boga przekazywanych przez Jezusa, odczucie i odwzajemnienie jego miłości i zastosowanie tego do siebie. Trzeba przyznać, że to nadawałoby życiu sens, którego często trudno się doszukać przy innych założeniach wstępnych.
Życie to być może określona ilość czasu na naukę; naukę tego co rzeczywiście ważne dla przyszłości, ważne według Bożej miary. Dlatego może znacznie więcej uwagi należy poświęcać sobie i swojej sytuacji pod tym względem, sposobowi wykorzystania swojego czasu, nie tracąc oczywiście z pola widzenia każdego bliźniego, a mniej zajmować się ideologią zbiorowości, kościołami, religiami… Jezus nauczał: Nie przykładajcie zbyt dużej wagi do swojego życia materialnego, do tego co będziecie jedli i pili oraz w co się będziecie ubierali ale szukajcie raczej Boga i sprawiedliwości jego, drogi do Królestwa Bożego, a wtedy i tamte rzeczy będą wam dodane, bo wie Ojciec, że tego wszystkiego potrzebujecie.
Trzeba samemu poznać i zrozumieć Ewangelię i zawarte w niej nauki Jezusa a przy tym starać się oddzielić to co ważne i autentyczne od dodatków, błędów, naleciałości czy fałszerstw, które tam mogą się znajdować. Samemu – to znaczy osobiście, z osobistym wkładem woli, zainteresowania, pokory i odpowiedzialności. To zadanie odpowiedzialne a odpowiedzialność jest nie tylko na miarę własnej przyszłości. Jednocześnie nie zapominając, że stwierdzenie Jezusa działa jakby w obie strony: Nikt nie przychodzi do Jezusa jeśli go nie przyciągnie Ojciec – Bóg; potrzebne są swoiste inklinacje do wiary, dar możliwości uwierzenia i oddzielenia prawdy od kłamstwa a zatem jeśli Ojciec zechce kogoś do Jezusa przyciągnąć – niczyje działania, ani ludzkie błędy temu nie będą w stanie przeszkodzić.

Trzeciego dnia - zmartwychwstał, jak oznajmia Pismo...

16/04/2014

Bić – albo nie być? Oto jest pytanie!

Tytułowa parafraza Hamletowskiego pytania sygnalizuje problem który nabiera dla nas coraz większego znaczenia. Sytuacje jakiejś agresji, napięcia pomiędzy państwami, grupami etnicznymi albo religijnymi ciągle występują wokół nas, ciągle niepokoją, oburzają albo zmuszają do reakcji i w ten sposób ciągle odnawiają w nas pytania między innymi – o właściwe postępowanie, zachowanie czy postawę w takich przypadkach. Odnoszę się tu do takich zjawisk jako skutku, nie wnikając w ich przyczyny, ale też każdy tzw. „przeciętny człowiek” zazwyczaj musi się zmierzyć głównie ze skutkiem, na jego przyczyny doraźnie nie mając bezpośredniego wpływu. Z drugiej jednak strony – przyczyny, okoliczności – mają wpływ na naszą ocenę jakiegoś konfliktu jako skutku; odnosimy się do zjawiska poprzez ocenę wynikającą z naszej wiedzy o jego przyczynach, bo nasz pogląd powinien mieć przecież jakieś podstawy właśnie w wiedzy o źródle. Od tego z kolei zależy nasza postawa; poglądy determinują zachowania, na przykład reakcję na coś co uważamy za zło.

Mam tu na myśli pewien konflikt wewnętrzny dotyczący człowieka, konflikt pomiędzy religią katolicką, czy nawet w ogóle – chrześcijaństwem a postawą społeczną, osobistą postawą człowieka warunkowaną kulturowo ale zwłaszcza – gatunkowo. Mam na myśli ujęcie antropologiczne w sensie kulturowym oraz z drugiej strony – w sensie religijnym.
Nieprzypadkowo wspomniałem tu o chrześcijaństwie, ponieważ ono wprowadziło poważne zaburzenie w dawniejszej równowadze pomiędzy tym co „naturalne” a normami postępowania; oczywiście zaburzenie niejako twórcze, zmierzające do zwrócenia uwagi na właściwy kierunek komuś kto zboczył z właściwej drogi.
W tym przecież sensie Jezus mówił o swojej misji nie polegającej na przyniesieniu światu pokoju ale właśnie odwrotnie; na uczynieniu rozłamu, rzuceniu wyzwania które było od początku, jest obecnie i zawsze będzie bardzo niepokojące dla osoby świadomej siebie. Rozłamu który docelowo zmierza ku pokojowi, ale doraźnie niepokoi, bo nakazuje wybrać spośród możliwości całkowicie sobie przeciwstawnych.
Chrześcijaństwo jest jednak jedynie chwilą w porównaniu z historią człowieka jako gatunku. Z tego punktu widzenia jest powszechnie zrozumiałe, że warunki rozwoju wykształciły w człowieku pewne konkretne cechy. Zarówno chodzi tu o cechy dotyczące samego człowieka jako jednostki, ale i zachowania społeczne wynikające ze wspólnych cech osobniczych, później pojawiające się pod postacią konkretnych praw niepisanych, zwyczaju, obyczaju, jeszcze później – prawa. Zasada prymatu siły jaka obserwujemy w przyrodzie musiała dotyczyć także i człowieka; siły fizycznej i jej widzialnych symptomów, potem całego zespołu cech przywódczych w których siła fizyczna była tylko jednym i coraz mniej ważnym czynnikiem. Siła była narzędziem do wymuszania zachowań, do sprawowania władzy, do potwierdzania przywództwa.
Przywódca miał przekonać sobie podporządkowanych do swoich decyzji a w przypadku niepowodzenia tego, wymusić podporządkowanie. Bardziej lub mniej bezpośredni przymus stał się czymś powszechnym. Prawo nakazywało pewne zachowania, innych z kolei zabraniało, stanowiło zasady „sprawiedliwości” jak na przykład zasady prawa mojżeszowego (oko – za oko, ząb – za ząb). Jest dla nas absolutnie oczywiste nasze prawo do posiadania „terytorium” – od własnej strefy bezpieczeństwa osobistego – do państwa, oraz bronienia go także siłą (czyli właśnie „bić albo nie być”), prawo do posiadania własnego języka i posługiwania się nim, prawo do stanowienia prawa i stosowania go w formie bezpośredniego przymusu w celu karania za czynienie tego co my uznaliśmy za winę, egzekwowania odpowiedzialności za naruszenie prawa. Praktycznie jest dla nas oczywiste nasze prawo do „zemsty”, odwetu, odpłaty – widziane nawet i bez związku z prawem stanowionym w postaci przepisów, kodeksów itp. W wielu społecznościach jest ono nadal ważniejsze niż prawo „pisane” stanowione przez tę społeczność. Współcześnie absolutnie oczywiste – tak, że aż nie podlegające dyskusji – jest na przykład prawo do nietykalności cielesnej a więc także i prawo do obrony przed atakiem, agresją; prawo do samoobrony. To, że w wielu miejscach i sytuacjach nie jest ono przestrzegane, tego prawa nie unieważnia a wręcz przeciwnie; dodatkowo je potwierdza.
Nikt nie byłby skłonny negować zasady karania winnych, egzekwowania odpowiedzialności za śmierć, za krzywdę, za stratę materialną – czyli za winy które w powszechnym odczuciu muszą spotkać się z odpowiednią karą, bo na tym polega poczucie sprawiedliwości; ludzkiej sprawiedliwości.

Z naciskiem podkreśliłem to, że piszę o sprawiedliwości ludzkiej, dlatego że sprawiedliwość Boża jest przecież inna. W historii człowieka niezliczoną ilość razy próbował się on posiłkować w swoich działaniach argumentem propagandowym, albo nawet czasem nawet i autentycznym przekonaniem, że Bóg jest stronnikiem jego interesu, że wspiera jego „słuszne” działania, nawet gdy były to działania w każdym punkcie diametralnie sprzeczne z przekazem uważanym za „słowo Boże”. Sprzeczność ta nigdy nie odstręczała ludzi od ogłaszania Boga ich protektorem, obrońcą lub władcą, oczywiście na zasadzie: „Bóg jest z nami (Gott mit uns) więc będzie nam służył i pomoże nam zdobyć to, co my chcemy uzyskać”.

Jezus w ramach swojej misji zawarcia z ludźmi nowego przymierza, zmienił te wszystkie „naturalne” zasady kierujące zachowaniami ludzi, powstałe w wyniku ich rozwoju w konkretnych warunkach, środowisku czy otoczeniu, ale także zmienił interpretacje praw wcześniej nadanych „ludowi wybranemu” – przez Mojżesza. To czego nauczał Jezus a więc to – co polecił mu przekazać ludziom jego Ojciec, Bóg – jest zaprzeczeniem nie tylko praw i zasad ustalanych szczegółowo przez samego człowieka w wyniku jego rozwoju, ale nawet i odruchów absolutnie podstawowych, kardynalnych, takich jak prawo do własnego życia (jego obrony), realizowane nie tylko w związku z napaścią innych ludzi lub zwierząt, ale też w formie „organizowania” otoczenia (celowe budownictwo), przewidywania przyszłych potrzeb (gromadzenie zapasów) czy ustalania hierarchii społecznej w celu sprawnego zarządzania.

Jezus nauczał by zwrócić uwagę na to co przyszłe a nie tylko na „dziś”. By nie przywiązywać zbytniej uwagi do tego co chwilowe, nietrwałe, wadliwe a starać się zyskać udział w przyszłym życiu. By nie przywiązywać zbyt dużej wagi do swojego życia teraz, wykorzystując je do zyskania życia przyszłego w warunkach nie mających obecnych wad. Świat materialny jest czymś nietrwałym, skazanym na nieuniknioną zagładę a wówczas czyny i stan świadomości każdego człowieka zostanie indywidualnie oceniony pod kątem jego przydatności do wejścia do szczęśliwego Królestwa Bożego, dlatego warto zadbać teraz o wynik tej oceny.
Życie materialne jest właśnie miejscem współistnienia i ścierania się dobra i zła, jasności i ciemności, w którym trzeba dokonać wyboru – by „opowiedzieć” się za jednym lub drugim, a kryteria tejże oceny – co jest dobrem a co złem – zostały ostatecznie ukazane przez Chrystusa. Są one zupełnie inne, niż te jakie wynikają w wspomnianego wcześniej „materialnego” rozwoju człowieka; wręcz przeciwstawne.
To zasada nie tylko powstrzymania się od zabijania, ale też unikania wszelkich konfrontacji, dążenie do zgody i pojednania zawsze i ze wszystkimi. Zasada zaprowadzania pokoju, kierowania się miłosierdziem (współczuciem, litością, miłością bliźniego), pokory, prostoty i umiarkowania, dbałości o czyste sumienie. Mówił o konieczności zdecydowanej powściągliwości we wszystkim prócz przestrzegania prawa (zakonu), unikania sytuacji wystawiających na próbę, panowania nad zmysłami. Powściągliwość zalecał także nawet w wypowiadaniu się.
Pouczał by okazywać miłość i współczucie każdemu, także agresorom, by nie sprzeciwiać się złu inaczej, niż własną dobrocią. Chodziło tu o przerwanie łańcucha przyczynowo skutkowego w którym agresja spotyka się z odwetem a odwet uznawany za agresję rodzi kolejną agresję, co znów wywołuje zemstę itd. „Złotą zasadą” Jezus ustanowił taki sposób postępowania, by postępować z innymi tak – jak chcielibyśmy by wobec nas postępowano. Przestrzegał by nie sądzić i nie potępiać innych bo musi to być niesprawiedliwe, subiektywne; raczej zdać się na przyszły sprawiedliwy osąd obiektywnego autorytetu. Radził by nie gromadzić sobie skarbów tu, w świecie materialnym gdzie nie dają one szczęścia a są nietrwałe, nie zabiegać o swoje życie lecz by wykorzystać swoje życie na zapewnienie sobie miejsca w Królestwie Bożym, gdzie nie będzie zła. By starać się osiągnąć doskonałość dla przyszłego życia a nie korzystać w pełni z walorów życia materialnego. Jezus stawia wręcz konieczność radykalnego wyboru: albo dbać o „tu i teraz” wraz z wszystkimi wadami tego świata i kosztami takiej postawy, albo postawienie na przyszłe prawdziwe szczęście w świecie doskonałym dzięki wyrzeczeniu się złudnego szczęścia teraz.

Patrząc na historię ludzi, narodów, kontynentów, państw – nawet tę historię już nowej ery – po przyjściu Jezusa i po wypełnieniu przez niego Chrystusowej misji – widzimy diametralną sprzeczność tych pouczeń z rzeczywistością. Ludzkość a nawet choćby i sam Naród Wybrany – nigdy nie kierował się nauką Jezusa i to wcale nie dlatego, że w swojej większości Jezusa nie poznał i nie uznał. Jezus zdawał sobie sprawę z warunków rozwoju człowieka więc wiedział, że polecane przez niego zachowania czy postawy mogą być dla człowieka po prostu nieatrakcyjne, bo przywykł on do życia „tu i teraz” i oceniania jego sensowności po doraźnie widzianych i odczuwanych symptomach szczęścia, takich jak bogactwo materialne, przepych, poczucie bezpieczeństwa, władza, złudne poczucie niezależności od praw materialnych. I gdyby się komuś miało wydawać, że wiele traci stosując się do proponowanych przez Jezusa zasad. Jezus mówi: możecie odebrać swoją nagrodę tu i teraz, ale to nie da wam prawdziwego szczęścia. Lepiej czyńcie dobro nie oczekując tu nagrody a otrzymacie dużo więcej w przyszłym doskonałym świecie, do którego przepustką waszą staną się wasze dobre uczynki i dobre świadectwo o was tych, którzy od was doznali dobra. Aby to było możliwe, trzeba tylko uwierzyć…

Spotykamy się z agresją. Na przykład agresją militarną zaborczego państwa sąsiedniego. Albo tylko jakichś uzbrojonych niezidentyfikowanych grup. Agresor czyni wiele strat, wiele krzywd, odbiera wolność, mienie, prawa, krzywdzi, zabija.

Jezus jednak mówi:
Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. Ja wam natomiast mówię: Nie odwzajemniajcie się złu, lecz temu, kto cię uderzy w twój prawy policzek, odwróć mu i drugi. A temu, kto chce cię pozwać do sądu i wziąć twą koszulę, zostaw mu także płaszcz. Kto by cię zmuszał, abyś niósł jego ciężar jedną milę, idź z nim dwie. Temu, kto cię prosi, daj, i nie odwracaj się od tego, kto chce od ciebie pożyczyć. Słyszeliście, że powiedziano wam: „Będziesz kochał swego bliźniego i będziesz nienawidził swego nieprzyjaciela”. Ja wam natomiast mówię: Kochajcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się w ten sposób stali synami Ojca waszego, który jest w niebie, gdyż Jego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, i spuszcza deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeślibyście okazali miłość tym, którzy was kochają, jaką macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeśli pozdrawialibyście tylko swoich braci, cóż nadzwyczajnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy więc doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski.

Nie tylko mówi; On przecież sam tak postępował – jak o tym opowiada Ewangelia w opisach jego prześladowania, pojmania i ukrzyżowania przez Żydów. Czy możemy jednak wyobrazić sobie nagle zastosowanie tych poleceń przez całe społeczeństwa, narody narażone na agresję, podbój, zniewolenie? Czy w myśl nauk Jezusa obie armie; najeźdźców i obrońców stojących naprzeciwko siebie i – strzelających do siebie, są tak samo winne?

Jezus zawsze zwracał się do pojedynczego człowieka; nawet mówiąc do tłumu – mówił jakby do każdego oddzielnie. Społeczności to coś więcej niż zbiór jednostek, jednak to ludzie tworzą społeczeństwa i narody a więc ich świadomość i postawa każdego z nich decyduje o całości. Być może chodziło o to, że gdyby ludzie zrozumieli i przyjęli to zalecenie, nie byłoby agresji czyli również decyzja o nieprzeciwstawianiu się jej na skalę społeczeństw nie byłaby potrzebna. Czy więc oddanie uderzenia w policzek napastnikowi jest równie złe co jego atak? Pytanie postawione przeze mnie w tytule można traktować wprost i dosłownie: albo się bronisz, albo przestajesz istnieć. Czy obrona przed najazdem agresora jest równie zła co ten jego napad? Polega przecież na tym samym i skutek daje ten sam. Jezusowi chodzi o to, by człowiek za wszelką cenę nie poddawał się złu „w samym sobie” a nie „na zewnątrz” (np. nie łamał przykazania „nie będziesz zabijał”), gdyż cena oddania ciosu jest wyższa niż cena powstrzymania się od tego i scedowania sprawiedliwości na Sprawiedliwego Sędziego, wszechwiedzącego i wszechmogącego. Przebaczenie agresorowi i wstawienie się o przebaczenie dla niego u Boga miałoby być sposobem na przeciwstawienie się złu, ale jedynie złu w sobie samym a nie temu stosowanemu wobec nas, co dowodzi właśnie, że przesłanie Jezusa jest skierowane indywidualnie do każdego, nie do społeczeństw, ludów, narodów czy ich wspólnot.

To co można sobie jeszcze wyobrazić w odniesieniu do indywidualnych osób na podstawie znanych przykładów, nie da się odnieść do skali społeczeństw, narodów czy świata w ogóle w sposób bezpośredni. Jedynym wyjaśnieniem więc jest to, że nauka Jezusa ma zmienić człowieka a dopiero poprzez tę zmianę – wpłynąć na sytuację ogólną całego świata.

Pierwotnie opublikowano 08.03.2014.
__________________________________________________________________
Patrz też inspirowany artykuł w Newsweeku:
Piotr Milewski:”Dylemat Obamy; Bić Rosję – albo nie być”.

07/02/2014

Jezus z Betlejem – Miasta Dawidowego.

Jeśli Ewangelia jest dla nas autorytatywna, to sprawa samej istoty osoby Jezusa nie jest niczym niejasnym ani zagmatwanym; trudny do zrozumienia jest raczej związek Jezusa z Ojcem w sensie „współistnienia” o którym mówił sam Jezus do swoich uczniów – tak jak to nam przekazali Apostołowie – Ewangeliści, przede wszystkim Jan.
Najwięcej informacji przekazał nam na ten temat właśnie Jan – ten który jest szczególnie autorytatywny jako szczególnie umiłowany i zaufany uczeń Jezusa – wraz z Szymonem zwanym przez Jezusa – Kefas (po grecku Petrus) oraz swoim bratem – Jakubem stanowiący „ciało” nazwane przez Jezusa „Syn Gromu”. Jan był szczególnie związany z Panem i Nauczycielem; jak przekazuje to Ewangelia często siadywał przytulony do Jezusa jako „ten którego Jezus szczególnie miłował”, był też do końca – jako jedyny uczeń – pod krzyżem, gdzie Jezus powierzył mu opiekę nad swoją matką a matce – wskazał go jako „przybranego” syna – zamiast siebie.
Być może właśnie z powodu tej bliskości i uwagi jaką Jan darzył każde słowo Jezusa, przekazał on w swojej Dobrej Nowinie najwięcej informacji dotyczących wypowiedzi Jezusa, jego nauczania o Ojcu i o jego siedzibie; jego Ewangelia wyraźnie różni się od pozostałych relacji kanonicznych tzw. synoptycznych – nastawieniem nie tylko na opis zdarzeń, relację o czynach Nauczyciela, ale także w równej mierze na te jego słowa – kierowane do uczniów wybranych do tego by poznać „tajemnice Królestwa Bożego” – tłumaczące istotę Chrystusowej misji i jej źródła – woli Ojca i Jego polecenia.

Zapowiedź przyjścia Mesjasza – naznaczonego przez Boga odkupiciela pojawiała się w wielu wypowiedziach Proroków na setki lat przed Jezusem, dlatego Żydzi – znając pisma prorockie – oczekiwali ich wypełnienia, widząc w tym także i obiektywny miernik autentyczności czy też wiarygodności tego co widzą i słyszą; autentyczności i wiarygodności wynikającej z wcześniejszych zapowiedzi w Pismach. Wiele tekstów prorockich potwierdza istnienie Chrystusa wraz z Ojcem przed przyjściem do ludzi, musiał więc on istnieć w Domu Ojca w formie pozamaterialnej, duchowej – tak jak Bóg. Jezus jednoznacznie stwierdzał, że był w domu Ojca, następnie został wysłany do ludzi by wykonać misję powierzoną mu przez Ojca po czym ma powrócić do Domu Ojca jako swojej właściwej i oryginalnej siedziby (patrz – przypisy). Jednak Jezus powiedział także uczniom, że jego Ojciec – Bóg – jest duchem (Jana 4/24-26) i że to on; Jezus – jest Mesjaszem [Chrystusem]. Mówiąc „duch” mamy na myśli mało znaną nam niematerialną formę istnienia, w zasadzie nawet ponad-materialną, bo pozbawioną materialnych ograniczeń fizycznych, czasowych itp. Jeśli tak – to i jego siedziba czyli Królestwo Boże – nie jest materialne. Jeśli więc Jezus jako Chrystus był w domu Ojca skąd został wysłany do ludzi, musiał tam istnieć w formie duchowej; także i aby powrócić do Ojca musiał powrócić do swojej oryginalnej duchowej formy – opuszczając ciało ludzkie, czyli z ludzkiego punktu widzenia – umrzeć, co się stało po jego ukrzyżowaniu w miejscu zwanym Golgota (patrz:15).
Jezus potwierdził to też Poncjuszowi Piłatowi, mówiąc: moje królestwo nie jest z tego świata (Jan 18/36) a także Żydom w Jeruzalem (Jan 8/23).

Oryginalną formą istnienia Jezusa jako Chrystusa jest więc forma duchowa w duchowym (pozamaterialnym) królestwie jego Ojca, jak stwierdził sam Jezus – istniał on w takiej formie nawet jeszcze przez narodzeniem Abrahama (patrz: 11), także przed stworzeniem świata (patrz: 16). By wypełnić swoją misję – Chrystus przyszedł na świat rodząc się w Betlejem jako Jo-szua (po grecku - Jezus), Syn Marii, by wypełnić misję poleconą mu przez Ojca, po czym powrócił do domu Ojca.
Imię Jezus jest więc jakby imieniem „ziemskim” Chrystusa – Syna Bożego, lecz jest to ta sama osoba.
Bóg nie stworzył swojego syna jako człowieka, Jezusa urodzonego przez Marię w Betlejem; stworzył go o wiele wcześniej w swojej duchowej siedzibie, jako duchową osobę tego Chrystusa - Posłańca, którego zadaniem było przybrać materialne ciało poprzez narodzenie z Marii i wypełnić Bożą misję rozmawiając z ludźmi jako „jeden z nich” pod imieniem Jezus, lecz i nie przestając być doskonałym Synem Bożym pozostającym w ciągłym i trwałym związku z Ojcem.
Jezus wiele wyjaśniał swoim mało wierzącym i zadziwiająco mało pojętnym uczniom o tym, co mu polecił przekazać Ojciec, ustanowił nowe przymierze z Bogiem oparte o polecenia i przykazania jakie podał i wyjaśnił swoim uczniom by nauczali „wszystkie narody”, po czym powrócił w swojej duchowej postaci do Domu Ojca.
Pojęcie „wcielenia” oznacza nadanie ciała materialnego istocie z natury niematerialnej, duchowej. W tym sensie narodzenie Jezusa w Betlejem było „narodzeniem” tylko w sensie ludzkim, materialnym, tak jak każde narodzenie jest „powstaniem ciała materialnego” , ale jednocześnie było także i „wcieleniem” w sensie nadania ciała materialnego wcześniej istniejącej istocie duchowej, niematerialnej jaką był Chrystus – Syn Boży, pierwotnie „narodzony” przez Boga jeszcze przed stworzeniem materii.
Dlatego dziś czasem stosuje się imię Jezus Chrystus co nie jest przecież „imieniem i nazwiskiem” osoby a oznacza tożsamość osoby Jezusa z osobą Chrystusa, tyle że mówiąc Jezus mamy bardziej najczęściej na myśli jego formę „materialną” i „osobę fizyczną” a mówiąc Chrystus – jego oryginalną formę duchową i jego misję „odkupieńczą”. Mówi się czasem wręcz potocznie, że Jezus to imię a „Chrystus” – to funkcja, tak bardzo osoba Syna Bożego łączona jest z jej misją wśród ludzi.

Czasem określa się też Jezusa jako „słowo które stało się ciałem i mieszkało między nami” – jak to przedstawia piękna pieśń bożonarodzeniowa. Nie chodzi tu jednak bynajmniej o to, że Chrystus był jedynie słowem, czy też istniał jedynie w „planie”; zamierzeniu Bożym, w naszym ludzkim rozumieniu. W planie Bożym było jedynie to, że istniejąca i odwieczna w Domu Ojca osoba Chrystusa, jedynego Syna Bożego, ma się „wcielić” czyli urodzić w świecie materialnym jako Jezus – cudownie narodzony Syn Marii – będącej wówczas dziewicą, panną przyrzeczoną Józefowi – potomkowi Króla Dawida. Wydarzenie to było zapowiadane nawet na setki lat wcześniej przez Proroków – zanim się spełniło. Możliwe jest, że Jan pisząc o „Słowie” w pierwszych zdaniach swojej Ewangelii – miał na myśli „słowo” pism prorockich jako natchnionych przez Boga, będących w tym znaczeniu „Słowem Bożym” w sensie jak najbardziej dosłownym, zapowiadające Boży plan na wieki przed jego realizacją.

Cudowność tego narodzenia polegała na tym, że to Bóg będący stwórcą Chrystusa, był także Ojcem jego „wcielenia” materialnego – czyli syna Marii – Panny. Trudno by było inaczej, skoro chodzi o jedną i tę sama istotę, osobę umiłowanego i jednorodzonego Syna Bożego. „Słowem” o którym wspomina Jan rozpoczynając swoją Dobrą Nowinę – była tu więc zapowiedź istnienia Chrystusa w planie Bożym, podawanym wieki wcześniej natchnionymi przez Boga słowami przez Proroków (w szczególności Izajasza) a nie osoba odwiecznego duchowego Syna Bożego. Możliwe zresztą, że pomiędzy Bożym zamysłem a jego realizacją nie ma tak istotnej różnicy, jaką my znamy z naszego ludzkiego doświadczenia; w tym sensie Boże słowo, myśl czy „spojrzenie” może być wystarczającym powodem zaistnienia, czymś tożsamym ze znanym nam istnieniem.

Innym problemem jest tożsamość samego Jezusa i jego związek z Ojcem w czasie bezpośredniej działalności wśród ludzi; to oddzielne zagadnienie wymagające odrębnego omówienia.