MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

13/11/2017

Wpadła plamka na kawę…


Kiedy zachciało mi się coś uczynić – zasiadłem do pisania, aż tu nagle wpadł do mnie promyk złoty.
Przez okno wpadł zamknięte, jak to promyki zawsze praktykują od kiedy Słońce jest i świeci, korzystając iż przesłonięte dokładnie nie było grubą moją brokatową zasłoną.
Wrzucił on cieplutką i wibrującą jaskrawo plamę kolorową, milutką i radosną na szary mój stół i na beżową na nim serwetę.
Tak więc owa plamka – na kawę wpadła właśnie zaparzoną, na papier do pisania jeszcze całkiem biały, bo nie zasłonięty pismem i na moje padła zimne od starości ręce…
Chciałem już pisać, ale szkoda mi było i nie śmiałem rąk cofnąć od ciepła i jasności cudownej przechadzającej się wolno po stole; rad bardzo byłem i jasności tak niespodziewanej w tej szarości mojej codziennej i tego pocałunku ciepłego odczuwanego przez dłonie i tak trwałem cierpliwie z przymkniętymi oczyma, bez ruchu czekając, tak długo aż się plamka sama zsunie z rąk moich…
Że mi radość uczyniła to oczywiste, ale pomyślałem niespodziewanie: cóż tam ja; może to jej potrzeba trochę szarości tego najzwyklejszego stołu mojego – w oszałamiających, tęczowych kolorach jej świata, może to raczej jej potrzeba nieco goryczy tej zwykłej kawy mojej – w otaczającej ją przesłodkiej jasności, może to ona właśnie tak bardzo pragnie nieco chłodu rąk moich, tak jak ja – jej ciepła i tak – nawzajem radość odczuwamy z tego samego…
Dlatego właśnie nie cofnę rąk, nie dosunę zasłony, i tak czekać będę cierpliwie, aż się plamka ta złota nasyci tym wszystkim, czego jej potrzeba a i ja przecie przy okazji rozkoszować się będę w duchu jej cudowną jasnością, ciepłem i słodyczą – w tym samym czasie.
Czasie którego przecie nie szkoda, który żadną miarą zmarnowany nie będzie...

08/07/2017

Rządzi nami banda oszołomów i dorobkiewiczów zapatrzonych w europejską ideologię neoliberalną jak niegdyś komuniści w dzieła Lenina...

17.06.2015.
Gdyby dziś ktokolwiek publicznie stwierdził, że „wyżywienie to dla niego przede wszystkim koszt” – trudno byłoby nie zauważyć fałszywości takiego stwierdzenia. Tłumaczenie niesłuszności tego byłoby czystym truizmem, choćby z powodu powszechnej i empirycznej „znajomości” tego zagadnienia w społeczeństwie i to zupełnie niezależnie od statusu, pozycji towarzyskiej, naukowej czy materialnej, płci, wyznania obywatela itp. Są co prawda podobno ludzie wierzący, iż można odżywiać się światłem słonecznym i wodą, ale obawiam się, że mogłoby to mieć w praktyce charakter co najwyżej fantazji roz-ekologizowanych panienek lub medialnego, celebryckiego i krótkotrwałego eksperymentu a nie normalnej praktyki. My po prostu wiemy, że wyżywienie to celowe, budujące i przede wszystkim absolutnie niezbędne działanie, nastawione na „zysk” a nie na „stratę”, w którym element kosztowy jest inwestycją w zysk a nie stratą. Pożywienie jest niezbędnym „budulcem” z którego tworzone i stale odbudowywane jest ciało, jest źródłem substancji niezbędnych by to ciało prawidłowo funkcjonowało a to z kolei jest niezbędnym elementem całego układu czy otoczenia w którym istnienie życia jest lub staje się niemożliwe.

Dlaczego zasada ta przestaje być dla wielu tak oczywista w odniesieniu do gospodarki, na przykład w przypadku spotykanego ostatnio często stwierdzenia, że „pracownik zatrudniony do pracy – to przede wszystkim koszt”. A przecież absurdalność takiego twierdzenia powinna być równie oczywista co widzenie jedynie „kosztu” w pożywieniu, jak to przedstawiłem powyżej. Mam na myśli postrzeganie tego w taki sposób „co do zasady” a nie analizę obciążeń finansowych wynikających z prawa a związanych z zatrudnieniem pracownika; to zagadnienie wymagające odrębnej analizy.

Bez nadmiernej złośliwości źródła takich przekonań upatrywałbym w „rodowodzie” naszych aktualnych „kapitalistów” z okresu tak zwanej „transformacji”, wyszkolonych na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, na bazarach, pod kantorami wymiany walut… po prostu mamy dość podłą „elitę” przedsiębiorców, swoimi wyobrażeniami i przyzwyczajeniami tkwiącą w okresie pańszczyźnianym a co najwyżej dziewiętnastowiecznych początkach kapitalizmu z jego ówczesnymi „niemowlęcymi” chorobami traktowanymi tu i teraz jak standard. Nawet jeśli odwołuje się ona do współczesnego neoliberalizmu to jest to nadal odwołanie do paskudnych tradycji feudalnych. Polska jest szczególnie narażona na złowrogi atak neoliberalizmu z wielu powodów; kompleksu niższości wobec „zachodu”, bliskości źródła tych idei na arenie europejskiej, sporego podporządkowania wywołanego członkostwem w Unii Europejskiej i to na zasadach członka „drugiej kategorii”, słabością własnej władzy i demokracji, dojścia do władzy cynicznej „elity” aroganckich dorobkiewiczów wykorzystujących każdy pretekst i każdą ideę wyłącznie do osobistego wzbogacenia się i zaspokojenia własnych prymitywnych ambicji.

Wracając jednak do porównania: zatrudnianie jest jak wyżywienie. Jest niezbędne, bo nie da się – szczególnie w przemyśle – prowadzić istotnej gospodarczo działalności bez zatrudniania pracowników. W firmie funkcjonującej – to pracownicy najemni wytwarzają cały przychód finansowy. „Buraczany” przedsiębiorca uważa ów przychód za „swoje pieniądze” i jakby ignorując elementarną zasadę stanowiącą, że zysk wynika z pomniejszenia przychodu o koszty – traktuje przychód za dochód, bardzo się oburzając faktem istnienia kosztów. W ten sposób to co jest normalnym kosztem – dla niego jest już stratą. A koszty uzyskania przychodu to na przykład koszt energii zużytej do osiągnięcia przychodu, zużytych materiałów i zakupionej pracy ludzkiej. Jeśli mówimy o „rynku pracy” to musimy pracę uznać za „towar” za który trzeba zapłacić. Wydawałoby się to oczywiste, ale dla wielu przedsiębiorców to oczywiste nie jest. Jeśli ktoś powie że „wyżywienie jest dla mnie jedynie kosztem” uznamy go za głupca, ale gdy słyszymy, że „pracownik jest dla mnie jedynie kosztem” – powinniśmy przecież zareagować tak samo. To pracownicy wytwarzają przecież cały przychód firmy i robią to za wynagrodzenie. Nie mają oni żadnego innego prawa do owego przychodu oprócz prawa do umówionego wcześniej wynagrodzenia. Od tego przychodu należy odjąć więc to wynagrodzenie, koszty materiałów, energii, podatek należny wynikający z obowiązującego prawa itp. I dopiero to co pozostaje – jest zyskiem inwestora, właściciela, przedsiębiorcy. Dopiero to są „jego pieniądze”. Wynagrodzenia za pracę nie wypłaca się przecież z kapitału założycielskiego firmy jako majątku własnego przedsiębiorcy, kapitału który jest w zasadzie nienaruszalny a właśnie z efektu pracy samych pracowników, czyli – to oni wytwarzają niejako dla siebie swoje własne wynagrodzenia (no i ma się rozumieć – sporo więcej). Przedsiębiorca nie ponosi tu żadnej straty, bo gdyby nie zatrudniał to by żaden przychód nie powstał i takie rozważania byłyby bezprzedmiotowe.

To jaka jest proporcja pomiędzy przychodem, a dochodem czy dalej – zyskiem przedsiębiorcy, zależy od „konstrukcji” samego przedsięwzięcia gospodarczego czyli od biznesplanu a więc od przedsiębiorcy, oraz od warunków prowadzenia działalności gospodarczej, między innymi od prawa, czyli w istocie – od polityki. Z całą pewnością nie zależy to od pracowników najemnych; nie bardziej niż ich wpływ ogólny wynikający z samego aktu wyborczego. Z drugiej strony – wynik działalności a więc relacja przychodu do zysku i jego wielkość bezwzględna zależy od zasobów firmy i umiejętności ich użycia. Zasób to technologia (prawa autorskie, patenty, innowacja), maszyny i urządzenia oraz pracownicy umiejący posłużyć się tym wszystkim dla wypracowania maksymalnych przychodów. W tej sytuacji tendencja do poprawy efektywności poprzez redukcję płac, angażowanie najtańszych, przypadkowych i niekompetentnych pracowników pracujących „za półdarmo” – ma charakter „samobójczy” dla przedsiębiorcy. I być może można by to uznać za jego sprawę prywatną, gdyby nie społeczny aspekt pracy.

Wydawałoby się, że obiektywne uporządkowanie tego wszystkiego byłoby w interesie wszystkich, jednak nie będzie ono możliwe dopóki ster władzy trzyma banda oszołomów i dorobkiewiczów zapatrzonych w ideologię neoliberalną jak komuniści w dzieła Lenina, lub cynicznie szermujących hasełkami „liberalnymi” by uzasadnić swoje prawo do zdobywania własnego bogactwa za wszelką cenę.


Paweł Baranowski 17.06.2015.

26/07/2014

Jarosław Kaczyński.
„Założenia czysto moralne” a bogactwo.

Świat jest z natury niejako miejscem niezliczonych, codziennych wyborów moralnych. Są one jak powietrze; tak samo powszechne i tak samo niezbędne a także - z innego punktu widzenia – podobnie na co dzień niezauważalne. Tak jak nie myślimy o powietrzu – oddychając nim, tak i nie zastanawiamy się nad względnością wszystkiego, co dotyczy człowieka i jego relacji z innymi. Gdybyśmy się zastanowili nad sprawą rozpowszechnienia dóbr, praw, zdolności, możliwości – nie sposób nie zauważyć, że wszystko to jest w bardzo różnym stopniu dostępne w różnych miejscach ziemi, w rożnych kulturach, religiach, strefach gospodarczych itp. Natomiast nie mamy zazwyczaj wątpliwości, że pewne prawa powinny być, muszą wręcz być – powszechne, bo wynikają z podstaw człowieczeństwa. Tu jednak dostępność praw podstawowych uzależniona jest od tak wielu okoliczności, na które sam uprawniony nie ma wpływu, przynajmniej nie w każdym czasie i nie w pełnym zakresie. My z kolei tłumaczymy sobie, że nie mamy wpływu na tę sytuację nierówności. Na przykład – dziecko. Mały człowiek – ale posiadający pełnię praw podstawowych z racji przynależności do gatunku ludzkiego. Owszem; pewne prawa cywilizacja uzależnia np. od wieku, lub innego „atrybutu dorosłości”, ale są prawa podstawowe, jak prawo do pożywienia, wody, opieki, schronienia, bezpieczeństwa, prawo do pełnej podmiotowości, godności, do rozwoju… prawo do życia… które nie powinny być od niczego uzależniane, co najwyżej od „praw natury” i naturalnych zdarzeń nieprzewidywalnych lub nieuchronnych.

Przeróżne „dobra” rozmieszczone są na Ziemi w sposób radykalnie nierównomierny, ale prawa podstawowe dotyczą w równym stopniu wszystkich ludzi. Prowadzi to do ogromnego konfliktu i do drastycznego niezaspokajania podstawowych praw części ludzkości, drastycznej nierówności – z punktu widzenia konkretnej, pojedynczej istoty ludzkiej – niczym nie usprawiedliwionej.
Nierówność, jako nierówność dostępu do dóbr, surowców naturalnych – ma też swoje geograficzne rozmieszczenie; w uproszczeniu mówi się o „bogatej północy” i „biednym południu”. Przykładem może być susza i głód w Afryce. Oczywiście na kontynencie występują różne warunki środowiskowe, polityczne, ekonomiczne itp. a to - ma związek z dostępem do podstawowych praw. Często nierówności te nakładają się na warunki fizyczne, klimatyczne, środowiskowe, prowadząc do głodu; braku wody i pożywienia. Zazwyczaj jest to zjawisko co do przyczyn bardzo skomplikowane, niewątpliwie ludzie tam żyjący i ich postawy też mają na to wpływ. Jaki to jednak miałoby mieć związek z prawem dziecka, noworodka, oseska – do życia, do wody i pożywienia, do ciepła, bezpieczeństwa, ochrony, opieki. Czy ktokolwiek odważyłby się powiedzieć dziecku umierającemu z głodu wyłącznie z tego powodu, że urodziło się w takim a nie innym kraju, na takim a nie innym kontynencie – trudno, taki twój los, sam jesteś sobie winien… ?

Trudno nam sobie jeszcze wyobrazić, bo „system Tuska” zbyt krótko jeszcze działa, ale niewątpliwie jak tak dalej pójdzie może stać się kiedyś naszym udziałem – i takie ludzkie doświadczenie, w którym całe długie życie człowieka upływa mu na borykaniu się z biedą, z niepewnością jutra, na walce o przeżycie do jutra, do rana, do wiosny, do żniw… To wszystko decyduje o możliwości skorzystania z teoretycznie przysługujących praw. Skrajna bieda odbiera wolność. Nadmierna bieda i bezwzględne zasady życia odbierają człowiekowi część jego podstawowych praw. Życie człowieka to przecież nie tylko podstawowa wegetacja. Trudno powiedzieć, ilu geniuszy, ilu Chopinów czy Einsteinów nigdy nie wymknie się przez całe swoje życie ze swoistej pułapki, w jakiej się bez swojej woli i winy znaleźli; „pułapki” walki o swoją egzystencję, o miskę zupy i dach nad głową – zaprzepaszczając w tych okolicznościach swoje genialne talenty z tak banalnego powodu. Karmi się głupich ludzi „amerykańskim mitem” – pucybuta, który stał się milionerem, mitem konieczności twardej konkurencji, ale w życiu tak po prostu się nie dzieje, jakieś „cudowne” przypadki tylko potwierdzają niszczycielską zasadę.
Ktoś powie – przeznaczenie? los?… W krajach skandynawskich wystarczy, że czterech znudzonych chłopaków z bogatych rodzin bąknie, że chcą założyć zespół muzyczny, natychmiast gmina czy parafia kupuje im sprzęt, instrumenty, zapewnia salę i nauczyciela… bo liczy się rozwój kultury, wspieranie zainteresowań i talentu młodego człowieka, indywidualny niedostatek materialny nie jest tu dostatecznym powodem zahamowania rozwoju czy odebrania możliwości.

Problem bezrobocia w swojej istocie polega na braku zapotrzebowania na pracę pewnej liczby ludzi, ale z drugiej strony praca sprzedawana jako „towar” jest podstawowym sposobem zdobywania pieniędzy niezbędnych do życia tam, gdzie wszystko jest związane z kosztami właśnie finansowymi, z płaceniem rachunków. Pewna część populacji, w Polsce obecnie około dwa miliony osób (nie licząc 2 mln. emigrantów) nie ma możliwości sprzedania swojej pracy i zarobienia w ten sposób na zaspokojenie swoich potrzeb właśnie takich jak jedzenie czy mieszkanie. Dużo większa jednak część – pracuje, otrzymuje często środki finansowe w ilości dużo wyższej niż niezbędna. Dla człowieka świadomego może i powinno stanowić to źródło pewnego dylematu moralnego, który wyciszają oni przeważnie „dorabianiem ideologii” do tej jaskrawej niesprawiedliwości; że są bardziej wartościowi, że zasłużyli sobie na swój status materialny, że ci biedni bezrobotni – to jakiś "margines społeczny", pijacy, lenie itp. Bezpośrednia obserwacja wydaje się często potwierdzać takie egoistyczne teorie, dające alibi nieuzasadnionej nierówności, bo bezrobocie faktycznie szybko spycha na margines społeczny, staje się powodem "ucieczki" w alkoholizm. Jest to jednak skutek a nie przyczyna bezrobocia.
Życie zmusza nas, ludzi świadomych tego do paktowania na cod dzień z własnym sumieniem, z własnym poczuciem sprawiedliwości, moralności…

Trudno dziś powiedzieć, czy nie mniej ludzi umiera dziś śmiercią głodową – niż na skutek obżarstwa, nadmiaru wszystkiego, otyłości, nieopanowania, nieumiarkowania w dostępie do różnych dóbr w innych miejscach niedostępnych nawet w skali minimalnej.

Jestem pewien, że śmierć malutkiego, niczemu nie winnego dziecka z powodu głodu i suszy – nie jest i nigdy nie będzie niczym usprawiedliwiona, aż do końca świata, i to nie tylko z jego punktu widzenia – co oczywiste, ale i z naszego punktu widzenia. W szczególności - gdy sami żyjemy w dostatku. Dla małego człowieka skala barbarzyństwa i bezduszności związana z jego głodową śmiercią nie jest zrozumiała; być może jego los nie dziwi go tak bardzo z powodu braku możliwości porównania; bieda, głód i susza – działa ogólnie w jakimś rejonie bywając po prostu codziennością.

Co naprawdę myślą ludzie biedni, walczący o przetrwanie?
Co myśli ten, kto ma wszystkiego pod dostatkiem. Musi przecież wiedzieć, że w innym miejscu w tym samym czasie ludzie cierpią głód i pragnienie, cierpią z braku bezpieczeństwa, braku pomocy lekarskiej itp. Jak ktoś taki usprawiedliwia sam przed sobą swój stan posiadania. Zapracowałem sobie? Bo miałem pracę, bo miałem dobry zawód, dostęp do szkół, często bezpłatnych, bo miałem właściwą opiekę i zagwarantowano mi właściwe odżywianie w niemowlęctwie i dzieciństwie, dzięki czemu jestem zdolny, sprawny, zdrowy, wykształcony, samodzielny… Jak uzasadnia sam przed sobą to, że inni nie mieli nawet takiej szansy bez żadnej swojej winy, dlatego cierpią dziś głód i tak będą wegetowali do końca swoich dni.
Jak się usprawiedliwia, gdy jest wychowany w tradycji chrześcijańskiej.
Ludzie wierzący, szczególnie na przykład norwescy, niemieccy ewangelicy lub anglikanie – to generalnie ludzie zamożni. Wierzą w Jezusa i w Ewangelię, ale w tejże Ewangelii Jezus nakazuje: sprzedaj wszystko co masz i rozdaj ubogim a będziesz miał skarb w niebie a potem przyjdź i chodź za mną (słuchaj i naśladuj mnie)… Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Czyńcie innym tak, jak chcielibyście aby wam czyniono. Do tego jednak raczej mało jest chętnych. Czasem – tradycyjna publiczna dobroczynność, bardziej dla własnego pożytku, samozadowolenia niż z bezinteresownej potrzeby moralnej.
Czy możemy jednak my sami komuś z tego czynić zarzut? Mając możliwości zdobycia pieniędzy, można służyć nimi, nie tylko sobie i swoim zachciankom ale i tym, co nie mają takich możliwości ani szans. Jezus przecież doskonale to rozumiał, dlatego namawiał w przypowieściach, by ludzie tę „mamonę nieprawości” wykorzystywali w dobrych celach a nie – by nie chcieli z nią mieć do czynienia, bo jest niemoralna. Uratuj swoimi pieniędzmi choć jedno dziecko umierające z głodu a usprawiedliwisz tym swoje pieniądze, którymi zaspokajasz też swoje własne potrzeby, oraz zdobędziesz w tym uratowanym dziecku „przyjaciela” – który zaświadczy za tobą w dniu sądu.

Niewielu ludzi zastanawia się nad tym na co dzień. Swój stan posiadania uważają za naturalny a często wręcz – za „zasłużony”. Równie łatwo przechodzą do porządku nad niedostatkiem u innych, także utwierdzając się w przekonaniu, że jest on „zasłużony”. Każdy jest kowalem własnego losu; – czyżby…? Przed dylematem moralnym związanym z biedą – chronią się w niewiedzę, w brak refleksji, albo wręcz przeciwnie; w dorabianie ideologii do czyjejś nędzy, cierpienia, śmierci głodowej, lub dorabianiem ideologii do swojego bogactwa.

Jednak spróbuję tu zadać następujące pytanie: jak w jednym zdaniu moglibyśmy nazwać zarysowany powyżej problem? Jak opisać przedstawione tu okoliczności zasadniczego wyboru etycznego. Jak to ująć syntetycznie?
Proponuję następujące zdanie:

… Ostatecznie, gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to nic nigdy byśmy nie mieli…”.

Gdyby przyjąć założenia czysto moralne, to musielibyśmy postąpić tak, jak polecił Jezus.
Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to tak jak dyktuje nam sumienie powinniśmy oddać swoje pieniądze na ratowanie życia dzieci w Afryce, umierających w wielkim cierpieniu z głodu i pragnienia w Nepalu i innych miejscach. A w konsekwencji – oddając je – „nic byśmy nie mieli”, w każdym razie nic ponad to, co nam niezbędne, ponad minimum.
Kto tak robi?
Tak przecież ma obowiązek postąpić każdy chrześcijanin!

To jednak rodzaj odwagi przyznać się, że się widzi i rozumie ten problem. W pewnym stanie świadomości – posiadanie wielu dóbr wymaga usprawiedliwienia, usprawiedliwienia moralnego, choćby przed sobą. Byli jednak i są ludzie bardzo zamożni, wykorzystujący tę swoją pozycję dla dobra wielu innych. Powtórzę jednak, iż nie jest zasługą „nic nie mieć”, czyli być w takim samym opłakanym stanie, jak ludzie potrzebujący pomocy; by pomagać, trzeba „mieć” i dobrze to wykorzystywać. Jest to sprawa pewnego indywidualnego wyboru, przyjęcia osobistej postawy moralnej a co za tym idzie i pewnej osobistej odpowiedzialności moralnej.

Zdanie powyższe, zacytowane i wyróżnione kolorem czerwonym, jest wyrwane z kontekstu długiej wypowiedzi. Wypowiedział je kiedyś prezes PIS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”. Było to raczej stwierdzenie marginalne, bo nie dotyczyło zasadniczego tematu rozmowy. Zdanie jest logiczne i słuszne. Jak już stwierdziłem – jest w pewnym sensie odważne.
Opisuje obiektywną rzeczywistość, oczywistość. Jest to stwierdzenie oczywistości...


Mądrość, uczciwość, inteligencja – jest także niestety jak się okazało dobrem rozłożonym dość nierównomiernie w naszym świecie. Natychmiast po tym wywiadzie rzuciła się na to internetowa hołota, robiąc z tego jakąś „ikonę antykaczyzmu”, traktując jako szydercze motto wielu wypowiedzi krytycznych. Dlaczego? Zrozumieli to „jakoś inaczej”? Nie potrafię tych napaści zrozumieć, ani tym bardziej wyjaśnić – czymkolwiek innym, niż szajba, oszołomstwo, zwyrodnienie społeczne, „mowa nienawiści” albo po prostu czysta nienawiść wyrażająca się także i w mowie, mania prześladowcza, nerwica lękowa, podłość, złośliwość, zawziętość, agresywność, zaślepienie ideologiczne… Jak fala z przepełnionego szamba – rozlały się w różnych mediach i kontekstach idiotyczne cytaty tego zdania, choćby w blogu Renaty Rudeckiej Kalinowskiej z miejsca zwanego w Internecie żartobliwie „Salonem”, cytaty traktujące je – nie wiem doprawdy: jako nieprawdziwe, czy może niesłuszne? Cytat ten – widocznie kompletnie przez ludzi prymitywnych niezrozumiany – stał się mottem jadowitych wypowiedzi osób najwyraźniej cierpiących na jakiś poważny uraz psychiczny, wywołujący osobistą i nieuzasadnioną nienawiść do jej autora – Jarosława Kaczyńskiego.
A może odwrotnie; cytat doskonale rozumiany jest dowodem jego „przestępstwa” polegającego na publicznym nazwaniu tego, co było dotychczas publicznie skrywane, objęte zmową milczenia tych wszystkich co „mają”…?

Może „wina” Kaczyńskiego polega tu ich zdaniem na „zdradzeniu tajemnicy” egoizmu ludzkiego – będącej jednak przecież banalną „tajemnicą poliszynela”… Skoro polska rzeczywistość podzielona została na dwa światy; elitę wierną Tuskowi-zawsze zwycięzcy, lojalną wobec niego za przywileje i korzystającą z tego bez żadnych skrupułów, oraz dużo większą „resztę” która ma „jakoś sama sobie poradzić” – elita nie życzy sobie podnoszenia tak dla niej niewygodnej kwestii moralnej?
Nie ma to przecież tym bardziej charakteru własnej deklaracji ideologiczne lub „życiowej” autora a – zwykłego stwierdzenia faktu, marginalnej uwagi o czymś oczywistym…

Pan Jarosław Kaczyński nazwał tu jednak uczciwie i trafnie problem po imieniu; posiadanie wielu dóbr wymaga rozwikłania konkretnego konfliktu moralnego; często ludzie po prostu oszukują sami siebie by nie odczuwać dyskomfortu. Jak to czuje Donald Tusk lub jego ministrowie paląc najdroższe cygara sprowadzane dla niego przez ambasadę z Kuby za pieniądze podatników, albo pijąc wino, którego jedna butelka kosztuje tyle, co miesięczna pensja polskiego robotnika – tego nie wiem. Generalnie nie uważam, by w gronie osób prywatnych ktokolwiek miał prawo oceniać czy napiętnować kogokolwiek innego niż siebie pod tym względem, bo chodzi właśnie o dylemat moralny; dylemat każdego, kto posiada cokolwiek i jest świadomy moralnie.
Wiara z wszystkimi jej dylematami rozgrywa się przecież także w ciszy, indywidualnie pomiędzy człowiekiem a Panem i Nauczycielem.

03/06/2014

Człowiecze naszych czasów!

Modlitwa Jana Pawła II. 

Człowiecze naszych czasów!
Człowiecze; ty, który żyjesz zanurzony w świecie, wierząc że jesteś jego panem, gdy być może jesteś jego ofiarą.
Chrystus uwolni cię od wszelkiej niewoli, byś mógł wyruszyć na podbój samego siebie, w konstruktywnej miłości nakierowanej na dobro; miłości wymagającej, która czyni z ciebie budowniczego, nie niszczyciela twojego jutra, twojej rodziny, twojego środowiska, całego społeczeństwa.

Człowiecze naszych czasów!
Jedynie Chrystus zmartwychwstały może w pełni zaspokoić twoje niemożliwe do stłumienia dążenie ku wolności.
Po okrucieństwach dwóch wojen światowych i tych wszystkich wojen, które w ciągu tych pięćdziesięciu lat, często w imię ideologii ateistycznych zebrały żniwo śmierci i siały nienawiść wśród wielu narodów; po latach dyktatur które pozbawiały człowieka jego podstawowych swobód, ponownie odkryto wymiary prawdziwej duchowości, te które zawsze głosił Kościół, ukazując w Chrystusie prawdziwą postawę człowieka.
Także powstanie wielu demokracji prowadzi dzisiaj do dialogu i zaufania między narodami a świat ponownie rozumie, że człowiek nie może żyć bez Boga.
Bez prawdy, która – obecna w nim – czyni go wolnym.

Człowiecze naszych czasów!
Chrystus uwalnia cię od egoizmu i wzywa do dzielenia się, oraz chętnej i radosnej pracy na rzecz innych.
Człowiecze dnia dzisiejszego! Bogate narody dostatniej cywilizacji! Nie bądźcie obojętne na liczne tragedie świata, coraz bardziej uświadamiajcie sobie potrzebę niesienia pomocy tym narodom, które dzień po dniu walczą o przetrwanie.
Uwierzcie, że nie ma wolności tam, gdzie utrzymuje się nędza.
Niech ludzka i chrześcijańska solidarność stanowi wyzwanie, które stymuluje wasze sumienie, aby ta pustynia przyczyniała się do podnoszenia ludzkiej godności i sprawiała, że chleb nabiera kształtu, aby przywrócić uśmiech, pracę, nadzieję, postęp.
Ale dzięki Bogu widziałem także pojedynczych ludzi, stowarzyszenia, instytucje, księży, zakonników, ludzi świeckich różnych zawodów, którzy dobrowolnie zobowiązują się i poświęcają dla dobra swoich osamotnionych i cierpiących braci i sióstr. Dziękuję im w imię Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego!

Człowiecze naszych czasów!
Chrystus wyzwala cię, bo cię kocha, ponieważ oddał za ciebie swoje życie, ponieważ zwyciężył dla ciebie i dla wszystkich ludzi. Chrystus przywróci świat i ciebie – Bogu. Przywróci Boga – tobie i światu. Na zawsze.
Miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat! (J 16,33).
 
Jan Paweł II Papież, 15 kwietnia 1990 roku.

22/05/2014

Pilne zadanie ludzkości; nowa ekonomia humanistyczna.

Zasadniczym problemem świata staje się problem drastycznego zmniejszania się popytu na pracę ludzką. Właśnie nie na pracę „w ogóle” a na pracę ludzką.

Problem narasta stopniowo od dawna, zwłaszcza od początku wielkiej rewolucji naukowo-technicznej zapoczątkowanej wielkimi wynalazkami technicznymi i naukowymi szybko ingerującymi w realne rozwiązania techniczne. Rozwój techniki stał się narzędziem mechanizacji i automatyzacji produkcji a co za tym idzie – zastępowania pracy ludzi – pracą maszyn. W ten sposób ubywało miejsc pracy bez żadnych ograniczeń produkcji a więc i bez strat inwestorów i przedsiębiorców tę produkcję organizujących. Nie tylko bez strat, ale i nawet z większym zyskiem finansowym, gdyż linie produkcyjne odpowiednio wyposażone dawały większą wydajność niż wyższe zatrudnienie przy wcześniejszej produkcji typu manufakturowego.

Ogromne przyspieszenie rozwoju naukowego i wynalazków znajdujących szybko swoje zastosowania w praktyce gospodarczej, w szeroko rozumianej technice spowodowało iż praktycznie produkcja w wielu dziedzinach techniki może odbywać się przy udziale niewielkiej liczby pracowników, bardziej zaangażowanych w programowanie, nadzorowanie i serwisowanie automatycznych linii produkcyjnych, niż w samą produkcję. Wszystko to staje się przyczyną narastania światowego napięcia w relacjach pomiędzy pracodawcami a pracownikami i ich reprezentacjami. Powstające w ten sposób bezrobocie rozumiane jako brak popytu na pracę ludzką powoduje protesty organizujących się pracowników tworzących związki zawodowe i ich porozumienia, grupujące nieraz bardzo wiele członków spośród pracowników aktywnych i zagrożonych utratą zatrudnienia. Powtarzają się cyklicznie protesty, z bardzo burzliwym nieraz przebiegiem, związane ze starciami z siłami porządkowymi starającymi się zapobiec im siłą – tłumacząc to „dobrem społecznym” i ochroną porządku publicznego oraz mienia. Protestujący pracownicy także powołują się na „dobro społeczne”.

Podstawą problemu – który niewątpliwie jest problemem społecznym – jest powszechna ekwiwalentność pracy i pieniądza. Każdy człowiek, by zaspokoić swoje potrzeby życiowe musi posiadać pieniądze. Źródłem tych pieniędzy jest zapłata za jego pracę; Człowiek sprzedaje swoją pracę a więc tym samym sprzedaje jakby „część siebie”, część swojego ograniczonego czasu czyli swojego życia oraz zdrowia i za to otrzymuje zapłatę, którą przeznacza na zaspokojenie swoich potrzeb – w których nie jest samowystarczalny. Zaspokajając swoje potrzeby korzysta z wyników pracy innych ludzi, którym płaci tymi właśnie przez siebie zarobionymi pieniędzmi, czyli korzysta z ich pracy a staje się dla nich źródłem ich dochodu potrzebnego im do zaspokojenia ich potrzeb. Człowiek nieustannie sprzedaje swoją pracę i kupuje pracę innych, dlatego zasada ekwiwalentności pracy i pieniądza jest powszechna i jest podstawą ekonomii. Oczywiście przedstawiam to w uproszczonym, wycinkowym stopniu przybliżenia, gdyż chodzi właśnie o ukazanie zasady ogólnej a nie szczegółów które by tu jedynie zaciemniały ten ogólny obraz.

Brak zapotrzebowania na pracę ludzką zaburza drastycznie ten mechanizm współzależności. Powoduje on narastające bezrobocie, czyli narastający brak popytu na pracę ludzką na rynku pracy. Ludzie nie mają jak zdobyć środków na zaspokojenie swoich potrzeb, gdyż nikt nie chce zapłacić za ich pracę, bo staje się ona niepotrzebna. W efekcie nie są oni zdolni kupować usług i efektów pracy innych ludzi, bo nie mają na to środków pieniężnych i to staje się powodem następczego narastania bezrobocia oraz problemów społecznych. Przedsiębiorca i inwestor który zainwestował swoje zasoby w automatyzację produkcji by zwiększyć jej wydajność a zmniejszyć koszty – między innymi poprzez zmniejszenie kosztów zatrudniania poprzez zastępowanie ludzi – maszynami czy robotami przemysłowymi – z jednej strony z łatwością osiąga swój cel doraźny, ale jednocześnie zwiększa liczbę tych, którzy w żadnym wypadku nie zakupią jego produktów, właśnie z powodu braku środków wywołanego brakiem zapotrzebowania na ich pracę, braku - który między innymi i on właśnie wywołał. Nie wystarczy przecież produkcja dla produkcji, gdy wyroby stoją w magazynach fabrycznych. Produkcja ma wartość dopiero po jej sprzedaniu. Rośnie produkcja ale przez to maleje potencjalny zbyt (zapotrzebowanie), co grozi załamaniem sprzedaży i plajtą. Oczywiście to schemat i uproszczenie, chodzi mi jedynie o ukazanie zależności. Mechanizmy te nie działają szybko i równomiernie dlatego w praktyce trudniej je zauważyć, jest to rozłożone w czasie.

Generalnie jednak wiadomo, że problem ten będzie narastał i ujawniał się z coraz większym nasileniem. Sytuacja taka w konsekwencji „budzi demony” rewolucji robotniczej, zasila ideologie nacjonalistyczne i sprzyja wszelkim radykalnym ruchom obiecującym przywrócenie „sprawiedliwości i równości”, co zazwyczaj kończy się jeszcze większą niesprawiedliwością i nierównością oraz wielkimi ofiarami ludzkimi i materialnymi.
Cóż więc można na to poradzić.

Należałoby raczej zapytać czy w ogóle można.

Wypada zauważyć, że siłą napędową procesu likwidacji miejsc pracy jest w tej początkowej fazie ludzka chciwość, zachłanność, żądza władzy i nieograniczonego bogactwa; to chyba popycha prywatnych przedsiębiorców nie tylko do wyzysku, łamania prawa pracy, oszustw podatkowych i ubezpieczeniowych, ale i do wdrażania nowych rozwiązań technicznych i automatyzacji (robotyzacji), by eliminować „czynnik ludzki”, czyli pracownika najemnego z jego potrzebami i prawami.

Obawiam się, że prywatnemu inwestorowi i przedsiębiorcy nie da się nic „nakazać” ani narzucić mu obowiązku zatrudniania. Można próbować wpłynąć na opłacalność zatrudniania takimi metodami, jak to zrobiono w ustawie o PFRON, ale to są rozwiązania możliwe do zaakceptowania jedynie w tak szczególnym przypadku w jakich je zastosowano a nie powszechnie.
Nadzieja w tym, że nie wszystko jeszcze da się produkować przemysłowo i wielkoseryjnie, poza tym jest dość obszerna sfera usług między innymi naprawczych.

Czynnikiem który jest powołany dla złagodzenia wspomnianej rozbieżności interesu doraźnego przedsiębiorcy i pracownika – jest państwo. To państwo ma stwarzać „otoczenie prawne” w którym prowadzona jest działalność gospodarcza, w tym i wielki przemysł produkcyjny i to właśnie ono ma łagodzić wspomniany konflikt. Państwo ma przy tym planować działania tak, by uwzględnić interes społeczny i skutek społeczny a nie tylko interes finansowy i gospodarczy biznesu. By tak było, państwo musi być niezależne od sfer biznesu i wielkich finansów prywatnych; musi być w równym stopniu przyjazne biznesowi jak i społeczeństwu, w szczególności jego części uzależnionej materialnie od dochodów z pracy najemnej. Państwo ma łagodzić naturalną rozbieżność interesów w tej sprawie.

Generalnie – można sobie wyobrazić dwie tendencje: sztuczne utrzymywanie potrzebnej liczby miejsc pracy, na przykład kosztem hamowania postępu technicznego nie wpływającego na jakość a wyłącznie na ilość.
Druga możliwa przynajmniej teoretycznie tendencja – to zaspokajanie podstawowych potrzeb materialnych osób pozbawionych zatrudnienia przez środki z funduszy publicznych. W tym wypadku państwo nie ingerowałoby w politykę zatrudnieniową przedsiębiorstw a jedynie zbierało od nich takie środki, by utrzymać na podstawowym poziomie osoby których przedsiębiorcy pozbawili zatrudnienia, wykorzystując do tego środki pobrane od przedsiębiorców czy to w formie podatku czy celowej składki na ten cel. Prowadzi to do destrukcji.
Trzecia ewentualność – to jest to co w wydaniu koalicji Platformy Obywatelskiej widzimy obecnie a co jest już coraz powszechniej dostrzegane i ganione: „romans z dwoma jednocześnie”, czyli udawanie walki z bezrobociem, udawanie pomocy społecznej, udawanie wolności gospodarczej i udawanie rynku pracy – a jednocześnie obok tego dyskretne gromadzenie własnych osobistych i całkiem nie udawanych majątków.

Teoretycznie można sobie na skalę globalną wyobrazić i inne „rozwiązania”; na przykład – pozostawienie ludzi pozbawionych pracy na pastwę losu i udawanie że oni nie istnieją – co napędzi z pewnością rozwój świata kryminalnego, organizacji przestępczych i wszelkiej nędzy ludzkiej, organizacji terrorystycznych i rewolucyjnych itp. – co już obserwujemy globalnie, albo też zlikwidowanie bezrobocia poprzez zlikwidowanie całej „bezużytecznej” nadwyżki populacji ludzkiej, tak by pozostałym żyło się długo i przyjemnie (depopulacja). A to można osiągnąć poprzez wywołanie ograniczonej wojny nastawionej głównie na „straty ludzkie” a nie na straty materialne, poprzez użycie broni biologicznej, chemicznej lub neutronowej. Są tacy którzy twierdzą, jakoby to właśnie już się zaczęło… pod postacią rzekomego „planu globalnej depopulacji”.
Jedno jest pewne: przed ludzkością stoi wielki problem do rozwiązania: problem ekwiwalentności pracy i pieniądza.
Nauka, w szczególności ekonomia jako nauka społeczna powinny pilnie szukać tu rozwiązania, zanim nie jest jeszcze zbyt późno…

15/02/2014

Młodzi Polacy nie znają normalności np. w sprawach pracy.

Od dawna zadziwia mnie zachowanie ludzi młodych w związku z sytuacją na – tak teraz zwanym „rynku pracy”, czyli – w związku z zatrudnieniem.
Całkiem też niedawno dopiero dotarło do mojej świadomości, że oto mamy nowe pokolenie urodzone już po umownej dacie 1989 roku, poszukujące dziś zatrudnienia; pokolenie ludzi już dorosłych, którzy nigdy nie widzieli i nie odczuwali normalności w sprawach pracy zarobkowej.
A cóż to jest normalność…

Zdaję sobie sprawę że wchodzimy tu w obszary dziś dyskusyjne, bynajmniej nie tak oczywiste. Mało tego; rozumiem, że czasy i realia w sposób naturalny zmieniają się i muszą się zmieniać, dlatego nie odnoszę tego sformułowania do jakichś dawnych szczegółów a raczej do ogólnych zasad które uważam za uniwersalne i w tym znaczeniu ponadczasowe, niezależne od upływu czasu.
Ludzie ci – od kiedy stali się świadomi, zwłaszcza od kiedy w ich świadomości pojawiła się informacja, iż rodzice czy opiekunowie tylko czasowo zapewniają im utrzymanie i przyjdzie taki moment, gdy trzeba będzie stać się samodzielnym finansowo, do czego potrzebna jest zazwyczaj jakaś własna praca zarobkowa – widzieli tylko to co widzimy teraz; sferę zatrudnienia zdominowaną niepodzielnie przez pracodawców ustalających zasady i łamiących bezkarnie obowiązujące prawa; zamiast rzeczywistego rynku pracy – swoisty targ „niewolników” bez prawa głosu i alternatywy; totalne bezprawie z pełnym błogosławieństwem władzy, nastawionej na służenie wyłącznie przedsiębiorcom w jakimś szalonym syndykacie biznesowo-politycznym pod parasolem ochronnym Platformy Obywatelskiej; ogromną jak na warunki lokalne sferę gospodarki nielegalnej, nieujawnionej, uchylającej się od wszelkich obowiązków finansowych wobec państwa i wobec ludzi zatrudnianych – i to wyłącznie w imię maksymalizacji własnego zysku oszusta udającego w ten sposób przedsiębiorcę.

To jednak szokujące spostrzeżenie, że wszystko to co dla osób starszych jest ewidentnym i oczywistym złamaniem prawa, wypaczeniem, antyspołecznym egoizmem, oczywistą nienormalnością – dla wspomnianych osób młodych jest jedynym światem im znanym. Jedynym i z tego powodu – normalnym, choć dość trudnym, mało przyjaznym. By rozpoznać nienormalność trzeba przecież mieć świadomość jakiejś alternatywy; tak jak zło jest definiowalne jedynie jako przeciwieństwo dobra i odwrotnie, tak i nienormalność jest możliwa do zrozumienia gdy istnieje wiedza o normalności. Co więcej – być może to właśnie jest prawdziwym i tak skrzętnie ukrywanym przez pracodawców powodem gremialnego odmawiania zatrudnienia ludziom starszym, z grupy wiekowej określanej jako „50+”; pracodawcy zgodnie i od początku odmawiają podania przyczyny „niezatrudniania z zasady” ludzi starszych a powodem być może jest właśnie to, że ci starsi znają i pamiętają normalność w zatrudnieniu, dlatego wpędzają współczesnych wyzyskiwaczy w poczucie niepewności i winy; dużo łatwiej jest przecież cynicznie oszukiwać i wykorzystywać tego, kto sobie ze swojej straty nie zdaje sprawy, bo „od zawsze” tak samo był traktowany…

Skoro ludziom młodym brak wiedzy o istocie tego wypaczenia – jedyną dla nich alternatywą staje się ucieczka choćby do nieco lepszego świata, czyli emigracja zarobkowa lub nawet wynarodowienie. By z wypaczeniem walczyć, trzeba sobie z niego zdać sprawę a to oznacza widzenie alternatywy, co jest przeciwstawne rezygnacji, ucieczce, emigracji.
Może to właśnie jest kluczem do dzisiejszego milczenia ludzi młodych, braku ich sprzeciwu; powodem zadziwiającej wstrzemięźliwości i ugodowości ludzi młodych wobec tego stanu i postępującego bezprawia w sprawach zatrudnienia.
Pisałem o tym już niejednokrotnie, np. w felietonie pt. Dlaczego baran nie beczy…?

A przecież przyczyna jest tu dość banalna i możliwa do usunięcia; trzeba tylko odsunąć od władzy tę opcję polityczną i odrzucić jej ideologię, choćby w najbliższych wyborach parlamentarnych.  
Jednak ludziom młodym wtłoczono też do głów absolutnie błędne przekonanie, że współczesne rządy nie są już polityczne, ideologiczne; że wszelka ideologia polityczna skończyła się na upadku PZPR i „wyprowadzeniu sztandaru” a dziś działaniami rządu kieruje już nauka, wiedza, bezwzględne zasady ekonomii, które nie podlegają polityce i muszą być takie jakie muszą być… nawet wręcz; że to rząd podporządkowuje się dziś zasadom naukowym a nie wstępnym założeniom ideologicznym.

To oczywista bzdura gdyż ekonomia jest za natury nauką polityczną a więc założenia pewnej ideologii zawsze są u podstaw stosowanych rozwiązań ekonomicznych, z całym szacunkiem dla ich naukowych zasad i wartości. Inaczej – ekonomia daje naukowe narzędzia do zrobienia prawie wszystkiego co się chce, do tego lub owego a to co będzie wybrane do wykonania, do czego owe narzędzia zostaną użyte – zależy od politycznego założenia wstępnego czyli od ideologii danej władzy. Oczywiście w ramach jakiejś poprawności naukowej eksperymentalnie czy historycznie potwierdzonej.

I my, osoby starsze doskonale to rozumiemy; my wiemy że Polska nie musi być taka jak teraz, że może być inna; wcale nie ułomna, nie gorsza a po prostu inna, na przykład – bardziej ludzka, bardziej sprawiedliwa, praworządna i pozwalająca żyć w niej każdemu na miarę jego możliwości fizycznych czy intelektualnych. Zależy to tylko od działających tu sił politycznych czyli od ludzi aktywnych, posiadających wiedzę i motywację a ostatecznie realizuje się – w wyborach parlamentarnych.
Polska polityka – ograniczona przez wspomniane wyżej bariery swoistego „totalitaryzmu” PO udającego prawa ekonomii – jest jednak zredukowana do pewnej stałej grupy, od lat nie zmieniającej się (jeśli nie liczyć prorokowanego przez ministra Sikorskiego „dorżnięcia watahy”).

Z tego celowego ideologicznego zacieśnienia horyzontów wywodzi się i znana „wojna polsko – polska” i promocja „mowy nienawiści” zapoczątkowana przez PO w czasach PIS-PO w obronie nienaruszalności „tajemnicy” swojej ideologii a nawet faktu jej istnienia, i zabetonowanie sceny politycznej w absurdalnej wojence między PO a PIS, wojence na słowa, na prowokacje, na wybryki ludzi – a nie na programy polityczne i pomysły ekonomiczne; skoro ideologia PO jest nienaruszalna i utajniona – politycy mogą się tylko walić po ryjach, kopać po kostkach, obrażać i przepraszać – bo tylko to nie narusza „generalnej linii partii” – PO, która zastąpiła w tym totalitarnym „klinczu” dawną PZPR.

Sytuacja na „rynku pracy” może się zmienić, gdy tylko zmieni się ideologia władzy, ale PO nie jest w stanie zmienić swojej ideologii no i wcale tego nie chce, dlatego młodzi ludzie, w tym te tysiące młodych bezrobotnych politologów muszą przedstawić jakąś alternatywę dla ideologii PO, w ramach PO albo poza nią. W innym wypadku – będzie po prostu kontynuacja; emigracja, degradacja, dalsza segregacja na „elitę” i „śmieci”…

O wspomnianej „normalności w zatrudnieniu” napiszę oddzielnie, gdyż jest to obszerny temat.
Skłania mnie do tego przegląd nieporadnych pytań i haseł wpisywanych przez ludzi w okienko wyszukiwarki Google, świadczących o całkowitym ich zagubieniu w obecnej rzeczywistości pracy; powodem jest tu oczywiście wspomniany właśnie brak wiedzy o normalności, generalne niezrozumienie wynikające z powszechnej dziś rozbieżności pomiędzy prawem a rzeczywistością.

19/01/2014

Taka gra...

Jest taka zabawa towarzyska, polegająca na tym, że ustawia się w okręgu jakąś ilość krzeseł a do środka tak utworzonego koła wchodzi o jedną osobę więcej niż liczba tychże krzeseł. Dajmy na to – 10 krzeseł i 11 osób. Na dany sygnał każda z osób ma za zadanie jak najszybciej zająć miejsce na którymkolwiek z krzeseł, najczęściej chodzi o to w danej chwili najbliższe. Oczywiście dla jednej z nich – zabraknie miejsca.
Zabraknie – bo go nie ma, ono nie istnieje (bo krzeseł jest tylko dziesięć).

Otóż - to jest niezły model bezrobocia.
Model uproszczony, ale oddający istotę problemu.


Żeby nie wiem co kombinować, dla jednej (w tym przypadku) osoby musi zabraknąć i zabraknie „miejsca” bo jest ich zbyt mało. Zupełnie nie jest tu ważne – dla której; będzie to osoba najmniej skoncentrowana, najmniej zwinna (np. otyła), albo po prostu osoba mająca pecha, bo przypadkowo - w chwili gdy wszyscy rzucili się do krzeseł, ona nie była dość blisko żadnego z nich…
Przyglądanie się tej zabawie dowodzi, że nigdy to nie „wypada” stale na tę samą osobę, czyli zależy głównie od przypadku, szczęścia, zbiegu okoliczności a mniej od cech osób biorących w niej udział...
Z drugiej strony - są osoby które nigdy nie spotkają się z sytuacją, by miały pozostać na środku, bez miejsca do siedzenia. Prawdopodobnie są one cały czas skupione jedynie na tym by zawsze "być zabezpieczonym" przed takim przypadkiem; cały czas analizują sytuację i "mają na uwadze" jakieś najbliższe krzesło, by go "dopaść" gdy tylko usłyszą sygnał.
Ktoś więc tu zaraz powie: to dlaczego inni nie wkładają w to tyle uwagi, dlaczego się nie zabezpieczą przed "brakiem krzesła"? Jeśli ktoś nie uważa, nie ma refleksu i planu tylko tak sobie "bryka" bezmyślnie - to sam sobie potem winien...
Otóż nie, to bzdura: nie zapominajmy - że tego krzesła rzeczywiście NIE MA! To okoliczność bezdyskusyjna i ostra jak brzytwa. Nawet genialne skoncentrowanie wszystkich i napięta uwaga nie zabezpieczy jednej (w tym przykładzie) osoby przed pozostaniem na środku bez krzesła. Ktoś tu MUSI przegrać.
W przypadku zabawy - to śmiech, konfuzja, obciach.
W przypadku bezrobocia - to bezdomność i śmierć.

Wnioski z tego są następujące: żadna walka z bezrobociem, nie polegająca na dostawieniu tego brakującego krzesła – nic nie da i Minister Pracy Władysław Kosiniak Kamysz oraz jego pracownicy doskonale to przecież rozumie, ale... nie on te krzesła produkuje i nie on decyduje o ich liczbie. Wszelkie "manewry" polegające na zapewnieniu każdemu miejsca, rady dla grających jak nie zostać bez miejsca  - nie powiodą się i wręcz nie mogą się powieść, bo nie da się usadzić 11 osób na 10 krzesłach. Takie działania tylko kosztują, marnotrawią publiczne pieniądze a nie prowadzą do sukcesu.

Drugi natomiast ważny wniosek, to ten, że osoba która pozostała bez krzesła, jest najczęściej osobą przypadkową, a jeśli nawet nie – to trudno mieć o to do niej zasadnicze pretensje, bo przecież "ktoś musiał". Sprawnością przepychania się, bezwzględnością w odpychaniu innych - nie da się zniwelować braku jednego krzesła. To nie jest powód do jakichś zasadniczych restrykcji grożących osobie stojącej śmiercią. A rzeczywiste bezrobocie – to nie jest zabawa i tu upadek, stoczenie się do poziomu kloszarda, bezdomność, załamanie i śmierć – są także rzeczywiste.

Bezrobotny nie oczekuje pomocy tylko miejsca pracy. Zadaniem państwa jednoznacznie określonym w Konstytucji jest niedopuszczanie do nadmiernego bezrobocia. Jeśli już jest – państwo ma obowiązek łagodzić jego skutki dla jednostek. Konstytucja nakazuje jednoznacznie zapewnić odpowiednie „zabezpieczenie społeczne” osobom które nie pracują bez swojej woli, to także jest podstawowym obowiązkiem państwa. Dlatego pisałem we wcześniejszych tekstach o konieczności wypłacania wszystkim osobom bezrobotnym odszkodowania za brak zatrudnienia a nie jakiegoś "zasiłku" z łaski i tylko dla nielicznych.

Niechże państwo więc zacznie wykonywać swoje obowiązki konstytucyjne a nie „pomagać” tym, których skrzywdziło swoją polityką gospodarczą a zwłaszcza - jej brakiem.

Gdy piszę o bezrobotnych – mam na myśli – po prostu bezrobotnych sensu stricte.
Nie biednych – bo bieda bywa nie tylko skutkiem bezrobocia, braku możliwości pracy zarobkowej.

Nie chorych, niepełnosprawnych oraz niezdolnych do wykonywania żadnej pracy zarobkowej z innych powodów – bo oni nie są bezrobotni – mając na uwadze definicję ustawową.

Nie ludzi „wykolejonych”, którym np. alkoholizm lub narkomania nie daje możliwości utrzymania się w pracy najemnej – bo oni nie są bezrobotni. Są niezdolni do pracy, często nie bez swojej winy.

Nie osoby niepracujące „tak w ogóle”, tych co pracować nie chcą lub nie muszą, socjopatów nastawionych wyłącznie na korzystanie z dobroczynności i pomocy publicznej – bo oni nie spełniają wymogów statusu bezrobotnego, gdyż pracować nie chcą.

Określenie „bezrobotny” ma dużo bardziej ograniczony, dużo węższy zakres znaczeniowy niż „niepracujący”; nie każdy niepracujący jest bezrobotnym ale każdy bezrobotny jest niepracujący.
Chodzi o konkretną sytuację osób zdolnych i chętnych do pracy, osób przeważnie od pracy najemnej uzależnionych materialnie. Osoby te przeważnie już mają swoje doświadczenie zawodowe, nieraz 20 – 30-letnie, jednak z jakiegoś powodu pracować przestały i po tym – nie mogą także z jakiegoś powodu uzyskać ponownego zatrudnienia. Mówi się tu umownie o „wyrzuceniu” czy „wypchnięciu z rynku pracy”. Umownie – gdyż rynku pracy w Polsce w rzeczywistości nie ma. Powody przerwania zatrudnienia mogły być różne; upadek zakładu pracy, likwidacja zakładu, całej branży (jak stocznie produkcyjne), redukcja załogi w ramach restrukturyzacji związanej z grożącą pracodawcy lub istniejącą nierentownością, upadłością, wreszcie - utrata z wiekiem zdolności czy uprawnień do wykonywania jakiejś szczególnie obciążającej lub wymagającej pracy – związana z koniecznością przeniesienia pracownika na inne stanowisko, przekwalifikowania itp.; w takiej sytuacji często był on zamiast tego po prostu zwalniany pod byle pretekstem uzasadniającym odmowę odprawy czy odszkodowania.
Trzeba podkreślić, ze są to powody niezawinione i niezależne od tego pracownika. Pracownik ten po zarejestrowaniu się w Urzędzie Pracy po prostu nie znajdował ofert zatrudnienia lub nie był zatrudniany gdy zgłaszał się do pracodawcy ze skierowaniem z Urzędu Pracy. Bo osoby nie znające tego problemu mogą nie wiedzieć, że oferta lub nawet skierowanie - to jeszcze nie wszystko; pracodawca zawsze ma prawo do decyzji w sprawie zatrudnienia i nie musi nikomu wyjaśniać jej powodów, szczególnie powodów odmowy.  

Pisząc o bezrobotnych, mam na myśli zawsze wyłącznie takie osoby; mogące pracować zarobkowo, potrzebujące pracy zarobkowej, chcące pracować i poszukujące takiej pracy którą mogłyby dobrze wykonywać w celu uzyskania środków niezbędnych do życia.

Problem polega na tym, że takiej pracy nie znajdują, to znaczy - spotykają się latami z odmową lub milczeniem pracodawców. Po prostu brakuje miejsc pracy, szczególnie tej niezbyt wysoko kwalifikowanej. 

17/01/2014

Bezrobocie dewastuje psychikę, wyniszcza osobowość, robi z ludzi socjopatów i alkoholików.

Jest po prostu przerażające, że bezrobocie może być wywoływane celowo, dla osiągnięcia jakiegokolwiek efektu ekonomicznego. W wypowiedziach ekonomistów czasem odzywa się taki właśnie instrumentalny stosunek do tego problemu, co jest godne najwyższego potępienia, bo ekonomia powinna przecież być nauką humanistyczną, stale widzącą człowieka z jego uwarunkowaniami i potrzebami, działającą dla jego dobra i służącą mu (co bynajmniej nie oznacza „koncertu spełnionych życzeń”, bo sam człowiek czasem działa wbrew sobie).
Powinno to być karane tak jak ludobójstwo, jak użycie broni masowego rażenia czy innych środków technicznych lub organizacyjnych masowej eksterminacji. Jednak – jakie zagrożenie – taka powinna być i obrona. Zdaniem niektórych - gdyby to było możliwe, wszystkich „banksterów” oraz wypaczonych teoretyków antyhumanistycznych teorii ekonomicznych – igrających z życiem zwykłych ludzi należałoby po prostu bezceremonialnie postawić pod najbliższą ścianą…, jak Rumuni – swojego tyrana w grudniu 1989 roku.
Na szczęście to możliwe nie jest; prawdziwe przyczyny nie dadzą się tu tak łatwo spersonifikować, ale ludzie walczący o swoje życie, doprowadzeni do skrajnej rozpaczy – nie będą się tym tak bardzo przejmować. Zrozpaczeni ludzie są nieprzewidywalni.
„Polityka” (o ile tak to umownie nazwiemy z obrazą prawdziwego znaczenia tego pojęcia) prowadzona dziś przez Donalda Tuska i jego koalicjantów prowadzi wprost do realizacji takiego scenariusza.

Dopóki ludzkość nie wymyśliła innego mechanizmu swojego funkcjonowania, niż traktowanie wartości pracy człowieka jako miernika jego dostępu do środków pozwalających zaspokajać jego potrzeby życiowe, kulturalne itp. – praca, możliwość wykonywania odpłatnej pracy najemnej – jest podstawą egzystencji większości ludzi. Skoro życie wymaga posiadania środków możliwych do zdobycia poprzez pracę, praca MUSI być dostępna dla każdego kto chce lub musi pracować i zarabiać w ten sposób na zaspokojenie swoich potrzeb. Po prostu; ogranicza to w jakimś sensie gospodarkę, ale ograniczenie to nie ma obecnie żadnej alternatywy; alternatywą taką nie jest z pewnością to, by po prostu nie było możliwości zarobienia na przysłowiowy chleb, by nie było pracy lub innej formy legalnego i społecznie akceptowalnego zdobycia pieniędzy „na życie”. Ograniczenie wynika z tego, że praca ludzka autentycznie przestaje być niezbędna w tak powszechnym wymiarze i rozumieniu jak dotychczas, praca jest zastępowana np. rozwojem techniki (automatyki, cybernetyki), ale z drugiej strony popyt na pracę MUSI być utrzymywany – właśnie dla zachowania realizacji wspomnianej zasady ekwiwalentu pieniądza i pracy. Określając to lapidarnie – praca tymczasem jest potrzebna „do zarabiania” a zarabianie – niezbędne do życia.

Można dziś stworzyć ogromne fabryki w takim stopniu zautomatyzowane, że obywające się bez setek czy tysięcy zatrudnionych tam dawniej ludzi wykonujących niegdyś pracę, jaką teraz mogą wykonywać automaty; stawia to jednak pytanie, czym państwo ma zastąpić pracę tych ludzi jaka była dla nich „sposobem na życie” i jednocześnie metodą na zdobycie pieniędzy (zapłaty za pracę) niezbędnych do życia. Otóż dziś brak jeszcze odpowiedzi na pytanie, co miałoby – zamiast pracy – wygenerować ów zarobek, dochód pozwalający ludziom zaspokajać choćby podstawowe swoje potrzeby; niewielu ludzi stawia to pytanie a znakomita większość – udaje konsekwentnie, że takiego problemu nie ma, porzucając niejako osoby pozbawione pracy na pastwę biedy i upadku. Jak wynika z pobieżnej choćby znajomości historii, zawsze prowadzi to i musi prowadzić do wybuchu niepokojów społecznych, zamieszek, protestów, rewolucji, wojny, strat, zniszczeń i ofiar – jednak „autorzy” takiej sytuacji, jednocześnie ci których obowiązkiem było do tego nie dopuścić – zazwyczaj nie ponoszą ujemnych tego skutków. Niczym nie ryzykują, więc nic nie robią…

Niektóre społeczeństwa wysoko cywilizowane wypracowały coś na kształt „zamiennika” popytu na pracę, w postaci rodzaju odszkodowania dla obywateli za brak zatrudnienia – w postaci łatwo dostępnego „zasiłku” dla niepracujących, w wysokości porównywalnej z normalnymi ich dochodami, pozwalającego w miarę normalnie żyć przez okres braku zatrudnienia.
To być może rozwiązuje problem materialny, jednak nie przeciwdziała niszczącemu działaniu braku pracy jako „sensu życia”. W naszym kraju zasiłek dla bezrobotnych jest bardzo trudno dostępny, statystycznie otrzymuje go ok. 15% osób zarejestrowanych jako bezrobotne, jego okres wypłacania niezależnie od powodzenia w „pośrednictwie pracy” nie przekracza w zasadzie sześciu miesięcy a wysokość zasiłku jest po prostu śmieszna w porównaniu z minimalnymi kosztami życia.
Tak zwany „przeciętny człowiek” nie ma jakichś szczególnych zainteresowań lub pasji. Jego życie wypełnia w przeważającej części najpierw nauka a potem praca zarobkowa oraz rola członka rodziny, współmałżonka czy partnera w związku tworzącym wspólne gospodarstwo domowe, rola rodzica wobec własnych lub przysposobionych dzieci. Na inne sprawy nie pozostaje już wiele czasu; w najlepszym wypadku – jakieś małe hobby (kolekcjonerstwo, modelarstwo), kibicowanie jakiejś dziedzinie sportu, odbiór programu telewizyjnego… Egzystencja kogoś takiego wprost i bez reszty zależy od zdolności do zarabiania pieniędzy, gdyż wszystko to co powyżej wymieniłem – związane jest z ponoszeniem kosztów, przynajmniej przez wiele początkowych lat (w przypadku utrzymania i kształcenia swoich dzieci). Zarabianie pieniędzy – w związku z taką charakterystyką osoby „przeciętnej” czyli znakomitej większości ludzi – odbywa się poprzez pracę najemną, sprzedawanie swojej pracy. Brak zatrudnienia powoduje całkowite załamanie całego tego układu, związane często z rozpadem rodziny, rozpadem więzi międzyludzkich, bezdomnością, upadkiem moralnym, ucieczką w „znieczulenie” jakim jest przynajmniej początkowo – alkoholizm.
Człowiek przeciętny bez pracy – traci sens istnienia, istnienia ujętego w ramy powyżej przedstawionej „przeciętności”. Objawia się to załamaniem relacji społecznych, wyobcowaniem, utratą celów w życiu, poczuciem bezsensu – powiązanego często z towarzyszącą bezrobociu depresją, trwałym załamaniem podstawowej samodyscypliny – powodującym utratę możliwości dostosowania się do wymogów pracy najemnej – nawet gdyby była ona dostępna. Osoba długotrwale bezrobotna w sposób trwały traci zdolność do poddania się rygorom pracy, punktualności, terminowej realizacji konkretnych zadań, poddania się zwierzchności pracodawcy i wykonywania jego poleceń itp.
Ludzie bardzo często nie zdają sobie sprawy, w jakim żyją codziennym „kołowrocie” czy „kieracie” i w jakich wzajemnych uwarunkowaniach, dlatego – gdy ich życie przebiega w sposób stały, ustalony – jest to dla nich niezauważalne, jest znośne – bo jest dla nich po prostu „naturalne”, natomiast gdyby miało to być dla nich na co dzień zauważalne – nigdy by przecież na to nie wyrazili swojej zgody. Inaczej; gdyby ludzie rozumieli – jak w rzeczywistości żyją, nigdy by nie chcieli tak żyć. Otóż destrukcyjne działanie bezrobocia objawia się między innymi także i w tym, że pozwala ono w pełni zrozumieć to uwarunkowanie, pozwala spojrzeć na siebie „z boku” – dając krytyczną wiedzę, stawiając wiele pytań egzystencjalnych, ale jednocześnie – nie dając żadnej alternatywy, żadnej odpowiedzi. Bezrobocie to dezintegracja osobowości, w sposób bezlitosny obnażająca wszystkie braki i słabości człowieka. Ale ludzie przecież nie są i wcale nie muszą być „ideałami”. Znakomita większość ludzi po prostu nie ma co robić w życiu, choć często odczuwają pragnienie bycia szczególnie potrzebnym, wartościowym, robienia czegoś ważnego. Czymś takim był dla nich dotychczas „etos pracy” który im odebrano. A praca najemna dla uzyskania środków na swoje potrzeby (w tym i np. potrzeby dzieci) – to ich życie wypełniała i sprawiała im satysfakcję, dawała im poczucie wartości i spełnienia przypisanej im roli.
Człowiek bez pracy traci motywację do wysiłku, także nawet podstawowego wysiłku fizycznego, przez co traci podstawową kondycję fizyczną, zapada na choroby wynikające z braku aktywności fizycznej, np. choroby krążeniowe, nadwagę, utratę masy mięśniowej. To z kolei wywołuje schorzenia ortopedyczne. Medycyna obserwuje to na przykład w środowisku osób kończących aktywność zawodową i przechodzących na emeryturę, bo takich badań w grupie osób pozbawionych zatrudnienia chyba jeszcze nie prowadzi się. Innym problemem jest niewłaściwe odżywianie – spowodowane skrajną biedą wynikającą z długotrwałego bezrobocia, brak wielu podstawowych składników odżywczych i postępujące skutki tego w dłuższym okresie.
Długotrwała depresja sama w sobie powodująca zagrożenie życia poprzez bardzo silne czasem tendencje autodestrukcyjne (uporczywe myśli samobójcze), powoduje zaburzenia pamięci, zaburzenia snu i tzw. zegara biologicznego, utratę zdolności do skupienia uwagi, trwałe ograniczenie zdolności zapamiętywania i przyswajania informacji. Charakterystyczne jest tu także szczególne wyobcowanie społeczne, poczucie napiętnowania zarówno bezrobociem jak i chorobą, zrywanie wszelkich więzi, także emocjonalnych i uczuciowych, jakby wyjałowienie człowieka z jego człowieczeństwa, odrętwienie, ucieczka w osamotnienie – jeszcze bardziej utrudniająca powrót do życia i pracy.

Rolą władzy demokratycznie postawionej przez społeczeństwo ponad jednostką, jest umożliwić realizację praw każdej jednostki pomimo występujących tu konfliktów; jedynie czynnik stojący ponad prawami jednostki może zapewnić równość w sensie społecznym.
W tej sprawie widzę dwie możliwości: tak sterować gospodarką (polityką gospodarczą) by zachowywać maksymalny popyt na pracę ludzką, utrzymując bezrobocie na takim poziomie przy którym w zasadzie każdy kto chce – może pracować i zarabiać przynajmniej na poziomie określonego ustawowo minimum, lub też – nie oddziaływać w taki sposób na gospodarkę lecz zabezpieczać wystarczające środki z zasobów społecznych na rekompensatę utraconych zarobków wszystkim osobom pozbawionym przez taką „politykę gospodarczą” zatrudnienia i płynących z niego dochodów, umożliwiając im życie na normalnym dla nich poziomie (przy ich zawodzie i typowych związanych z nim zarobkach) – bez pracy.  
Niestety władza nie robi dziś ani tego, ani tamtego; władza po prostu porzuciła cześć społeczeństwa, skazała ją na upadek, spisała na straty, skazała na śmierć, często wcześniej – haniebną wegetację na śmietnikach. To niedopuszczalne i dłużej się tego tolerować nie da: potrzebna jest radykalna zmiana i to możliwie jak najszybciej; mam nadzieję, że odbędzie się ona w sposób przynajmniej cywilizowany…
Trzeba zrobić wszystko, by ludzie od których będzie zależał wybór kolejnej władzy, rozumieli swój interes i swoje potrzeby, stawiając je na właściwym miejscu zamiast ideologicznego zacietrzewienia i zadowalania się pustymi obietnicami.

30/12/2013

Co mówi Papież Franciszek – o pracy i bezrobociu.

Papież Franciszek dobrze zna rzeczywiste znaczenie pojęcia „bezrobocie”; jego wypowiedzi są więc autorytatywne nie z powodu funkcji jaką pełni w kościele rzymsko-katolickim a z powodu osobistego doświadczenia i rozeznania.
Z pewnością też nie wypowiadał żadnych idiotyzmów na temat rzekomego „dobrowolnego bezrobocia”, podobnie jak i nic na ten temat nie pisał w swoich listach apostolskich Apostoł Jezusa – Paweł. Określenie to jest czyimś prywatnym wymysłem, durną zbitką słów pozostających w całkowitej sprzeczności; jeśli już „bezrobocie” to z samego znaczenia tego słowa – nie dobrowolne!
Zamiast więc zastanawiać się nad takim idiotyzmem i doszukiwać się w nim znaczenia którego tam nie ma, przytoczmy kilka – przypadkowych, oderwanych od towarzyszącym im okoliczności wypowiedzi Papieża na temat pracy, bezrobocia i godności ludzkiej. 

Na marginesie dodam, że w pełni zgadzam się z nimi. Jeśli miałbym mieć jakiekolwiek zastrzeżenia, to jedynie takie, iż słowa te są zbyt słabe i zbyt ciche.

Ale przecież nie tylko Papież; za jego przykładem w kościele krzyczeć powinni codziennie wszyscy księża, biskupi i kardynałowie; krzyczeć o krzywdzie, o wyzysku, o upodleniu, o nieludzkim państwie i nieludzkiej władzy pozbawiającej ludzi nie tylko życia, ale i godności.
Dlaczego tego nie robią…?

Papież mówi:

… „Dzisiaj musimy powiedzieć „nie” dla ekonomii wykluczenia i nierówności społecznej! Ta ekonomia zabija! Nie może tak być, że nie staje się wiadomością dnia fakt, iż z wyziębienia umiera człowiek zmuszony, by żyć na ulicy, natomiast staje się nią spadek na giełdzie o dwa punkty. To jest wykluczenie. Nie można dłużej tolerować faktu, że wyrzuca się masowo żywność, podczas gdy są ludzie cierpiący głód. To jest nierówność społeczna. Dzisiaj wszystko poddane jest prawom rywalizacji i prawu silniejszego, gdzie możny pożera słabszego. W następstwie tej sytuacji wielkie masy ludności są wykluczone i marginalizowane: bez pracy, bez perspektyw, bez dróg wyjścia. Samego człowieka uważa się za dobro konsumpcyjne, które można użyć, a potem wyrzucić. Daliśmy początek kulturze odrzucenia, którą wręcz się promuje. Nie chodzi już tylko o zjawisko wyzysku i ucisku, ale o coś nowego: przez wykluczenie zraniona jest w samej swej istocie przynależność do społeczeństwa, w którym człowiek żyje, ponieważ nie jesteśmy w nim nawet na samym dole, na peryferiach czy pozbawieni władzy, ale poza nim. Wykluczeni nie są wyzyskiwani, ale są odrzuceni, są „niepotrzebnymi resztkami”.
… „Nie można określić jako sprawiedliwe takie społeczeństwo, które nie daje wszystkim pracy lub wyzyskuje pracujących”.
… „Wszystkich, którzy odpowiadają za politykę proszę, aby nie zapominali o dwóch rzeczach: godności ludzkiej i dobru wspólnym”.
… „Praca daje nam godność! Ten, kto pracuje, ma szczególną godność, godność osoby: mężczyzna i kobieta pracujący są ludźmi posiadającymi godność. Natomiast ci, którzy nie pracują, pozbawiani są tej godności. Jest jednak tak wiele osób, które chcą pracować, a nie mogą! Obciąża to nasze sumienie, bo kiedy społeczeństwo jest zorganizowane w taki sposób, że nie każdy ma możliwość pracy, żeby być namaszczonymi godnością pracy, to takie społeczeństwo nie funkcjonuje dobrze: nie jest sprawiedliwe! Sprzeciwia się samemu Bogu, który chciał, aby nasza godność od tego się zaczynała”.
… „Jeśli nie płaci się tego, co się należy, jeśli nie daje się pracy, bo patrzy się jedynie na zyski przedsiębiorstwa, na to ile można samemu skorzystać – to działania przeciw Bogu! Ileż razy czytaliśmy o tym na łamach „L’Osservatore Romano” …. Tytuł, który zrobił na mnie wielkie wrażenie w dniu tragedii w Bangladeszu, «Przeżyć za 38 euro miesięcznie» – taka była płaca ludzi, którzy zginęli w owej fabryce. To się nazywa „praca niewolnicza”. Jest dziś w świecie owo niewolnictwo, które czyni się z tego, co jest najpiękniejszym darem Boga dla człowieka: zdolności do tworzenia, do pracy, do kreowania w ten sposób swojej godności. Jak wielu braci i sióstr na całym świecie jest w tej sytuacji, z powodu takich postaw gospodarczych, społecznych, politycznych … „. 
… „Przypomina to nam o godności i znaczeniu pracy. Księga Rodzaju mówi, że Bóg stworzył mężczyznę i kobietę powierzając im zadanie napełnienia ziemi i czynienia jej sobie poddaną. Nie oznacza to jej rabunkowej eksploatacji, ale pielęgnowanie i strzeżenie jej, dbanie o nią swoją własną pracą (por. Rdz 1, 28; 2, 15). Praca jest częścią planu miłości Boga. Jesteśmy powołani do pielęgnowania i strzeżenia wszystkich dóbr stworzenia i w ten sposób uczestniczymy w dziele stworzenia! Praca jest kluczowym elementem godności osoby. By posłużyć się obrazem, praca „namaszcza” nas godnością, napełnia nas godnością; czyni nas podobnymi do Boga, który pracował i pracuje, nieustannie działa (por. J 5,17). Pozwala ona utrzymać siebie, swoją rodzinę, przyczynić się do rozwoju naszej ojczyzny. W tym momencie myślę o trudnościach, na jakie napotyka dziś w różnych krajach świat pracy i przedsiębiorczości. Myślę o ludziach nie tylko młodych, pozbawionych pracy, bardzo często z powodu pewnej ekonomiczno-materialistycznej koncepcji społeczeństwa, dążącej do egoistycznego zysku, poza kryteriami sprawiedliwości społecznej. Pragnę skierować do wszystkich apel o solidarność, a do osób odpowiedzialnych za sprawy publiczne zachętę, by podjęli wszelkie możliwe wysiłki na rzecz pobudzenia na nowo zatrudnienia. Oznacza to troskę o godność osoby. Nade wszystko jednak chciałbym powiedzieć, by nie tracić nadziei. Także św. Józef miał trudne chwile, ale nigdy nie stracił ufności i umiał je przezwyciężyć, będąc pewnym, że Bóg nas nie opuszcza. Chciałbym się też zwrócić szczególnie do was, dzieci i młodzieży: przykładajcie się do waszych codziennych obowiązków, do nauki, pracy, relacji przyjaźni, do pomocy innym ludziom. Wasza przyszłość zależy również od tego, jak potraficie przeżyć te cenne lata życia. Nie lękajcie się wysiłku, poświęcenia i nie patrzcie z lękiem w przyszłość. Podtrzymujcie żywą nadzieję: zawsze jest światło na horyzoncie.
Jeszcze jedno słowo o innej szczególnej sytuacji pracy, która budzi mój niepokój: chodzi mi o to, co możemy określić jako „pracę niewolniczą”, pracę zniewalającą. Jak wiele osób na całym świecie jest ofiarami tego typu zniewolenia, gdzie osoba służy pracy, podczas gdy to praca powinna służyć osobom, aby miały godność. Wzywam braci i siostry w wierze i wszystkich ludzi dobrej woli do podjęcia zdecydowanej działań wymierzonych w handel ludźmi, w czym też mieści się „praca 

niewolnicza”. 
… „Praca to godność, to chleb i miłowanie innych. Tam, gdzie nie ma pracy, brakuje godności”. Zaznaczył, że jest to problem nie tylko Sardynii, choć tu jest on szczególnie silny, i nie tylko Włoch czy niektórych krajów Europy, ale jest następstwem wyboru światowego, systemu gospodarczego, który prowadzi do tej tragedii, systemu, którego ośrodkiem jest bożyszcze, zwane pieniądzem. Bóg chciał, aby w centrum świata był nie jakiś idol, ale mężczyzna i kobieta, aby swoją pracą posuwali naprzód świat. Teraz jednak pośrodku tego systemu bez etyki stoi bożek i świat stał się bałwochwalczy, sławiący tego bożka – pieniądz!” 
… „My musimy mówić: chcemy systemu słusznego, który sprawi, że wszyscy będziemy kroczyć naprzód. Nie chcemy tego zglobalizowanego systemu gospodarczego, który wyrządza tak wiele zła. (…) Dlatego też różne podmioty polityczne, społeczne i gospodarcze są powołane do promowania innego podejścia, opartego na sprawiedliwości i solidarności. Słowom tym grozi dziś wykluczenie ze słownika. «Solidarność» wydaje się niemal słowem brzydkim! Nie! Solidarność jest ważna, ale ten system nie chce za bardzo dobra, woli je wykluczyć. Tę ludzką solidarność gwarantującą wszystkim godną możliwość pracy. Praca jest dobrem wszystkich, dobrem, które powinno być dostępne dla wszystkich!” 
… Papież zacytował średniowiecznego rabina, który swojej żydowskiej wspólnocie opowiadał historię budowy Wieży Babel. „Kiedy cegła, przez pomyłkę, upadła, był straszliwy problem wręcz skandal: „Popatrz, co zrobiłeś!”. Ale jeśli jeden z tych, którzy wznosili wieżę spadł: mówiono „Wieczny odpoczynek…”, i nie troszczono się o człowieka. Ważniejsza była cegła od osoby. Mówił o tym ów średniowieczny rabin i to także dzieje się teraz! Ludzie są mniej ważni niż rzeczy, które dają zysk tym, którzy mają władzę polityczną, społeczną, gospodarczą. W jakim punkcie jesteśmy? Doszliśmy do tego, że nie zdajemy sobie sprawy z tej godność osoby i tej godności pracy. Ale dzisiaj postać św. Józefa, Jezusa, Boga pracującego – będącego naszym wzorem – uczą nas drogi ku godności”.
… Ojciec Święty zaznaczył, że warto dziś posłuchać na nowo głosu Boga skierowanego do Kaina, po zabiciu Abla: „Gdzie jest brat twój”. Zauważył, że dzisiaj natomiast słyszymy głos Boga: „Gdzie jest twój brat, który nie ma pracy!? Gdzie jest twój brat, który zmuszony jest do pracy niewolniczej!?”.

Źródło cytatów:
http://www.niedziela.pl/artykul/9175/Papiez-Franciszek-o-pracy-bezrobociu-i


18/12/2013

W wielkim oczekiwaniu…

W wielkim oczekiwaniu – na narodziny Pana i Nauczyciela.

Adwent – to wielkie oczekiwanie. Radosne przeczucie, że oto stanie się lada moment coś niesamowitego a jednak oczekiwanego, że spełnią się obietnice od wieków wygłaszane przez proroków.
Najpiękniejszy opis istoty Adwentu przedstawił nam Łukasz Ewangelista – opisując przemowy Jana, zwanego Chrzcicielem – do ludu przychodzącego do niego nad Jordan.
Jan, syn Zachariasza i Elżbiety – zwanej „niepłodną” urodził się kilka miesięcy przed Jezusem, jako posłaniec mający przygotować lud na przyjście i publiczne ujawnienie się Pana i Nauczyciela – Jezusa. Lud bardzo interesował się Janem i jego działalnością nad Jordanem właśnie z powodu narastającego przeczucia, że zaczyna się dziać coś najważniejszego w historii świata. Jan wzywał do opamiętania, do publicznego wyznawania swoich grzechów podczas symbolicznego rytuału obmycia się w Jordanie – jako symbolu oczyszczenia się z win i szczerego zamiaru zmiany swojego życia.
Tłumy ludzi przybywały do Jana nad Jordan, by dać się ochrzcić przez niego, a Jan napominał wszystkich by rzeczywiście a nie pozornie zmienili swoje życie. Pytali się wiec – co mają wobec tego robić, jak żyć. Jan namawiał ich do solidarności, dobroczynności, do dzielenia się posiadanymi dobrami, nawet ubiorem i żywnością – z tymi którzy tego nie posiadają. Poborcom ceł dla Cezara (uważanym z racji zajęcia za wielkich grzeszników) radził, by zrezygnowali z wykorzystywania swojego zajęcia do nieuczciwego zarabiania przy tej okazji dla siebie, by pobierali tylko takie opłaty jakie zostały im wyznaczone przez władzę. Pytającym go o właściwe postępowanie żołnierzom radził, by zadowolili się swoim żołdem, nikogo nie bili i nie oskarżali fałszywie dla uzyskania osobistych korzyści.
Jan także w inny sposób napominał wszystkich przychodzących do niego.
Ludzie pamiętali przecież o cudownych i zupełnie niespodziewanych narodzinach Jana przez „bardzo podeszłą w latach” parę, także – i tym bardziej pamiętali o cudownych narodzinach Jezusa w Betlejem w Judei, o powiadomieniu o tym pasterzy pasących swoje stada w okolicach miasta przez świetlistą postać Posłańca Bożego; wieści o takich wydarzeniach zapewne przekazywane były z ust do ust i przyjmowane jako spełnianie się zapowiedzi danych przez proroków, szczególnie Izajasza.
Ludzie ochrzczeni przez Jana w Jordanie, żyjący powszechnym przeczuciem i oczekiwaniem na spełnienie się zapowiedzi przyjścia Mesjasza – zastanawiali się czy nie jest nim Jan, lecz on zaprzeczył otwarcie – wskazując wprost na Jezusa.

„Ja wodą chrzczę was, ale idzie za mną mocniejszy ode mnie – któremu nie jestem godzien rozwiązywać i rzemyka u sandałów; ten was będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem.” 

Adwent to taki właśnie stan przeczucia, oczekiwania, radości że oto zaraz z pewnością stanie się coś wspaniałego na co wszyscy od dawna czekali. Ważne są tu właśnie narodziny Jezusa a nie to wszystko co narzuca nam nasza współczesna cywilizacja; powszechnie panująca komercja – udająca i narzucająca rzekome tradycje i „sztuczne” zwyczaje, byle nakłonić kogoś do kupowania, jedzenia ponad miarę, szału zakupu i przygotowań, w których Jezus i jego nauka ulega całkowitemu zmarginalizowaniu i zapomnieniu.
Lecz Jezus, gdy zaczął nauczać, mówił przecież podobnie jak Jan, przygotowujący jego drogę; zwracając się do uczniów, lecz nawiązując już jednak do przyszłego swojego powrotu „z mocą i chwałą” w dniu i godzinie, którą zna jedynie Bóg.

”…Sprzedajcie swoje posiadłości i dajcie jałmużnę. Zróbcie sobie sakiewki, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebiosach, gdzie złodziej nie ma dostępu i mól nie pożera, bo gdzie jest wasz skarb, tam będzie też wasze serce.
Niech wasze biodra będą przepasane i lampy zapalone. Wy zaś [bądźcie] podobni do ludzi oczekujących swego pana aż wróci z wesela, abyście gdy przyjdzie i zakołacze, natychmiast mu otworzyli. Szczęśliwi ci słudzy, których pan po przyjściu zastanie czuwających. Zapewniam was, że się przepasze, ułoży ich przy stole, po czym podejdzie i będzie im usługiwał. Czy przyjdzie o drugiej, czy o trzeciej straży — szczęśliwi oni, jeśli ich tak zastanie! To zaś wiedzcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjdzie złodziej, nie pozwoliłby się włamać do swojego domu. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o godzinie, której się nie domyślacie. (…)”

Adwent nie polega więc na ucztowaniu, wydawaniu pieniędzy na rzeczy zbędne, otaczaniu się przesytem i nadmiarem, tak jak i właściwe życie i korzystanie z bogactwa – nie polega na opływaniu w dostatki.
Adwent to przypomnienie o oczekiwaniu na ponowne przyjście Pana i na ostateczny osąd, to szansa przypomnienia sobie o pouczeniu, by trwać stale w oczekiwaniu, w gotowości. Możliwość wzniesienia się ponad komercyjny zgiełk, ponad ogłupiającą propagandę hedonistyczną, ponad narzucany sprytnie przez cwaniaków obyczaj, tak wygodny i korzystny dla wielu – nie jest dostępna powszechnie, wiąże się z osiągnięciem pewnego poziomu rozwoju osobistego.

Człowiek jest jednak zagubiony i słaby. Czasem widocznie musi stracić wiele albo i nawet wszystko, by zobaczyć to – co jest „na dnie” tego, co jest najważniejsze…
Czasem widocznie tylko obiektywny brak możliwości kupowania, wydawania, całego tego szaleństwa – na przykład z powodu braku zatrudnienia normalnie dającego możliwość zdobycia pieniędzy na to – daje szansę zrozumienia tego co istotne.

To przywilej i dar.

30/11/2013

Nazwa „Solidarność” – zobowiązuje do solidarności. Solidarności silnych ze słabymi.

Jak było wtedy z tą solidarnością – dowiadujemy się dopiero teraz.
Nawet ja – będąc członkiem Związku od początku, dopiero dziś dowiaduję się ze współczesnych opowieści osób organizujących pierwszy strajk w Stoczni i strajki „solidarnościowe” w innych zakładach, że „Solidarność” – tej prawdziwej solidarności musiała się wówczas dopiero z trudem uczyć. I to uczyć się na błędach. Dotyczy to szczególnie Wałęsy, ale przecież nie tylko jego…
Nazwa związku nawiązywała do takiego sposobu działania i współpracy pomiędzy organizacjami zakładowymi, gdy wielkie zakłady pracy, mające bardzo liczne załogi – działają jawnie i czynnie, wysuwając żądania pracownicze wobec władzy, również dotyczące pracowników innych, mniejszych zakładów lub nawet generalnie – pracowników w ogóle, a te małe zakłady – które nie byłyby w stanie strajkować skutecznie – zapewniają poparcie tym wielkim, biorą udział w manifestacjach, w działaniach informacyjnych, tworząc tę „masę” wsparcia społecznego – z którą każda władza będzie musiała się liczyć i wręcz – od której każda władza zależy.

Początkowo być może tak to funkcjonowało na fali wielkiego zrywu społecznego, dzięki temu „Solidarność” powstała jako oficjalna, legalna dziesięciomilionowa organizacja i odniosła wielki sukces. Stan wojenny wiele jednak zmienił, związek odbudowany ku wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu dawnych czołowych działaczy ledwie wówczas wypuszczonych z miejsc internowania, reaktywowany nagle i niespodziewanie podczas załamywania się władzy PZPR, gdy osłabione zostały już rygory stanu wojennego – nie był tym samym związkiem ani personalnie, ani ideowo. Późniejsze przemiany gospodarcze dowiodły, że poszczególnym organizacjom zakładowym trudno już się nieraz dogadać, wręcz mnożyły się przypadki konfliktu pomiędzy „Solidarnością” w jednym zakładzie pracy czy branży a „Solidarnością” w innych zakładach lub branżach; wąsko pojmowane interesy załóg lub grup zawodowych okazywały się ważniejsze niż wspólna solidarna walka o wspólne dobro. To zresztą było nieuniknione w coraz bardziej komplikującym się świecie gospodarki rynkowej – w porównaniu z – pod tym względem prostszym – zunifikowanym światem centralnie planowanej gospodarki państwowej.

Wszystko wskazuje więc na to, że związek „Solidarność” musi uczyć się solidarności nadal.
Dziś Solidarność programowo działa w interesie pracowników. Zajmuje się głównie warunkami pracy, prawem pracy itp. a więc sprawami dotyczącymi osób aktualnie pracujących, zrzeszonych w zakładowych organizacjach związkowych. Jedną z form działania był udział reprezentacji związkowej w pracach tak zwanej Komisji Trójstronnej której przewodniczy Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak Kamysz. Komisja zajmuje się debatą nad propozycjami rządowych zmian np. projektem ustawy o zmianie ustawy Kodeks Pracy – dotyczących tzw. „elastycznego czasu pracy” oraz wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy. Zmiany te zostały wprowadzone pomimo wielu zastrzeżeń związkowych, gdyż opinie ZZ nie są dla władzy zobowiązujące. Wszystko wskazuje na to, że dla władzy a konkretnie dla Ministra Kosiniak Kamysza atrapa komisji trójstronnej była jedynie platformą propagowania rozwiązań rządowych, miejscem gdzie próbowano przekonać związkowców do proponowanych zmian, na zasadzie nie dialogu a pewnej zorganizowanej „promocji” projektów rządowych, które wprowadzano niezależnie od stanowiska związkowego, co najwyżej uznając, że promocja się nie powiodła i związkowcy do rozwiązań rządowych nie dali się przekonać, Ale władza tak czy inaczej – wprowadziłaby te zmiany, realizując swoją założoną wcześniej politykę; politykę służenia biznesowi w ramach wzajemnej solidarności. Bo po tamtej stronie mamy też „Solidarność”: solidarność polityki i biznesu.

Odnosi się od dawna wrażenie, że już sama nazwa „komisja trójstronna” jest mylącym nadużyciem, gdyż w komisji tej spotykały się w istocie dwie strony: wspólna reprezentacja dużych central związkowych jako jedna strona – z syndykatem polityczno – biznesowym zwanym „rząd i stowarzyszenia pracodawców” – jako stroną drugą. W takim układzie – strona związkowa nie miała wiele do powiedzenia. Działalność takiego ciała – stała się farsą demokracji i kpiną z dialogu; zapewne głównie z tego powodu – związki zawodowe zrezygnowały z udziału w pracach Komisji Trójstronnej. Była to forma protestu. Jednak ten sztafaż jak się okazuje był bardzo potrzebny syndykatowi polityczno – biznesowemu.
Widać to w kolejnej sprawie – płacy brutto ustawowo określanej jako minimalna w odniesieniu do umów o pracę w pełnym wymiarze czasu pracy. Jeszcze nie umilkły na dobre echa żądań skandowanych przez ogromne tłumy pracowników podczas sobotniej warszawskiej manifestacji (14.09.2013) pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”, a minister Kosiniak Kamysz już ponownie zaprasza związkowców, apeluje o powrót do udziału w pracach „Komisji Trójstronnej” – by nadal udawać „porozumienie społeczne” i przy tym dzielić się ze związkami odpowiedzialnością za zmiany tak naprawdę przeprowadzane wyłącznie przez władzę. Widać tu wielkie podobieństwa do sposobów działania władzy „ludowej” za czasów PRL. Generalnie widać, jak wiele obecna władza z Platformy Obywatelskiej nauczyła się od władzy PRL-u.
Zbyt wiele.
Prawdopodobnie też i dlatego tak samo skończy…

Wracając jednak do solidarności.
Potrzeba dziś wielkiej solidarności. Solidarności ze słabymi, nie mogącymi strajkować, nie mającymi czym straszyć władzy.
Prócz pracowników wykonujących swoje zawody i zarabiających więcej lub mniej poprzez pracę, jest wielka grupa pracowników – którzy zostali pozbawieni pracy i często wypchnięci z rynku pracy totalną, bezwzględną i bezzasadną odmową zatrudnienia. Odmową przede wszystkim bezprawną, łamiącą zasady prawa. Mam na myśli tak zwanych bezrobotnych. Tych rzeczywistych bezrobotnych. To po prostu często pracownicy obecnie niezatrudnieni, gotowi natychmiast podjąć pracę nawet często za wspomniane wynagrodzenie minimalne. To ludzie z trudnością walczący o przetrwanie każdego dnia i tygodnia, pozbawieni zasiłku dla bezrobotnych a zbyt dumni by razem z ofiarami różnych patologii społecznych ubiegać się o pomoc państwa w ośrodkach pomocy społecznej. To pracownicy z długim nieraz stażem, których zwolniono podczas upadłości zakładów pracy, przy prywatyzacji, redukcji zatrudnienia, restrukturyzacji przedsiębiorstw lub zwolniono (pozbyto się) wbrew prawu ze względu na wiek i teraz również wbrew obowiązującemu prawu odmawia się im zatrudnienia – pod różnymi pozorami lecz w rzeczywistości także ze względu na wiek. mam na myśli pracowników, dziś bezrobotnych w wieku po 50 roku życia.
Jeśli mamy nadal mówić o solidarności pracowniczej – NSZZ „Solidarność” musi ich także objąć swoimi działaniami. Dość lekceważenia bezrobotnych 50 plus!

Nie było, nie ma i nigdy nie będzie zgody na poświęcanie kilkudziesięciu tysięcy czy kilkuset tysięcy ludzi na poniewierkę, cierpienie fizyczne i psychiczne i wreszcie na śmierć na przysłowiowych lub rzeczywistych śmietnikach! To hańba Donalda Tuska i jego rządu Platformy Obywatelskiej! Przy dalszej bezczynności może to być także hańba „Solidarności”!

Nic nie wskazuje na to, by władza sama chciała rozwiązać ten problem; władza jest zresztą po części zakładnikiem lobby biznesowego a ono nie widzi w tym żadnego problemu. Niestety podobnie nie można liczyć na ewentualny rząd powstały z innych ugrupowań politycznych, chwalących liberalizm nawet wówczas gdy odebrał on kilkuset tysiącom ludzi ich wszystkie prawa, bo przecież odmowa prawa do pracy jest równoznaczna praktycznie z odmową wszelkich innych praw, z powodów finansowych i innych wywodzących się z następującej przez to nędzy.
Szczególnie i przewodząca dziś w sondażach poparcia społecznego partia Jarosława Kaczyńskiego nie wykazuje żadnego zainteresowania tym problemem, prawdopodobnie dlatego, że podporządkowana jest osobiście samemu Prezesowi PIS – całkowicie wyobcowanemu społecznie, nie mającemu pojęcia o realiach i kosztach codziennego życia, normalnych potrzebach człowieka czy rodziny, sprawiającego wrażenie – że zajmuje się wyłącznie „robieniem polityki” a ktoś inny mu wszystko kupuje, gotuje, sprząta, pierze, płaci rachunki za prąd, gaz czy ogrzewanie i dlatego Pan Prezes Kaczyński nie ma świadomości, że wszystko to wymaga PŁACENIA a to płacenie wymaga ZAROBIENIA a zarabia się w większości przypadków w pracy najemnej… czyli, że człowiek pozbawiony pracy – JEST POZBAWIONY WSZYSTKIEGO!
Jest pozbawiony przez społeczeństwo wszelkich praw w imię „liberalizmu”.

Dowód na trafność takich wniosków Pan Prezes dał sam, wybierając się kiedyś „oficjalnie” w towarzystwie kamer i współpracowników do „sklepu osiedlowego” (podobno chodziło o „Biedronkę”) – by udowodnić, jaka w kraju jest drożyzna a zapominając przy tym zabrać pieniędzy na te zakupy oraz nie mając świadomości, że „Biedronka” jest wielką siecią sklepów najtańszych…

Nie ma innych sił zainteresowanych, dlatego jeśli NSZZ „Solidarność” nie podejmie natychmiast tematu bezrobocia pracowników wieku 50+ moim zdaniem przestanie być godna swojej nazwy i swojego rodowodu! Starsi pracownicy pozbawiani pracy są najsłabszym podmiotem w społeczeństwie. Konieczne jest włączenie problemu bezrobotnych z tej grupy do zainteresowania Związków Zawodowych w imię solidarności pracowniczej.

Najbardziej istotne w tej sprawie jest to, że chodzi tu o pracowników pozbawionych pracy, których spotyka z niewiadomych powodów odmowa zatrudnienia. To nie są jacyś „inni ludzie” albo zwierzątka a pracownicy ze stażem ponad 25 lat, których nagle zwolniono a następnie zaczęto odmawiać im zatrudnienia oraz realnej pomocy ze strony Urzędu Pracy. Dlatego należy traktować ich jak pracowników czasowo niezatrudnionych i objąć ich potrzebną pomocą w ramach solidarności pracowniczej, pomocą sprowadzającą się do wystąpienia silnych organizacji do władz z żądaniami natychmiastowego rozwiązania tego problemu. W innym wypadku – NSZZ „Solidarność” – zajmując się tylko interesami tych co już pracują, są członkami związku i płacą stosowne składki – okryje się hańbą tak samo jak władza, która doprowadziła do takiej tragicznej sytuacji.

10/11/2013

Modlitwa bezrobotnego.

(wg. „Psalterz Dawidow” – Jana Kochanowskiego z Czarnolasu)
PSALM 86.


Nakłoń, o Panie, uszu swoich
A nie zarzucaj modlitw moich;
Jestem człowiekiem utrapionym,
Od wszego świata opuszczonym.

Sam stróżem mego bądź żywota.
Wszakżeć nie tajna moja cnota.
Wspomóż mię, Panie, w mej ciężkości;
Nadzieja wszytka w Twej litości.

Smiłuj się, smiłuj! Twej pomocy
Od rana wołam aż do nocy.
Uwesel duszę zasmuconą,
W Twoje opiekę poruczoną.

Skłońże, o Panie, uszy swoje
Na uniżone prośby moje;
Zawżdym Cię wzywał w swym frasunku,
A Tyś dodawał mnie ratunku.

Ciebie ja, Boże niestworzony,
Wyznawać będę na wsze strony;
Imienia Twego nie przestanę
Wielbić, aż kiedy sam ustanę.

Lecz oto znowu na mię wstali
Swawolni ludzie i zuchwali,
Chcąc mię pozbawić dusze mojej,
A tam bojaźni nie masz Twojej.

Ty wejźrzy na mię a w trudności
Dodaj mi serca i stałości.
Pomóż mi, Panie, słudze swemu,
Niewolnikowi pomóż Twemu!

Włóż na mię jawny znak swej chęci,
Na który patrząc, niech przeklęci
Ludzie się gryzą, żeś ratował
I mnie tyraństwa ich zachował.

25/10/2013

„… Za to, żeście nadzy, za to żeśmy winni, obojeście umrzeć powinni…”

Dotarło do mojej świadomości zadziwiające zjawisko, z tych które da się dostrzec i zrozumieć jedynie z pozycji osoby bezpośrednio zaangażowanej…
Ostatecznie to naturalne, że rozwijamy się poprzez doświadczenia życiowe i ten proces rozwoju, jak wznoszenie się w górę, poszerza nasze pole widzenia czy przestrzeń odczucia, jakby coraz odleglejszy horyzont. Nie dość jednak, że są ludzie na to odporni, to jeszcze na dodatek wcale nie działa to tak automatycznie; rozwój często nie jest dość równomierny, by umożliwił efekt wznoszenia się na wyższy poziom, poszerzenia granic, doskonalenia człowieczeństwa. Mam na myśli równowagę bądź jej brak – pomiędzy rozwojem wiedzy a rozwojem człowieczeństwa. Bo wbrew temu co głoszą skrajni materialiści – wiedza (w znaczeniu oficjalnie naukowym) nie jest człowieczeństwem. Podobnie i uczucie, intuicja, współczucie – bez wiedzy są jedynie częścią tego, co nazywamy człowieczeństwem.

Niestety wiele wskazuje na to, a w szczególności obserwacja własnego życia, że człowiek może w pełni zrozumieć jedynie to – co leży z obszarze jego bezpośredniego doświadczenia. Doświadczenie daje wiedzę a jednocześnie może otwierać człowieka w pełni na współczucie – dając w wyniku cechę zwaną empatią.
Uważam, że jedynie wzrost empatii – jest rozwojem człowieczeństwa.
Sama wiedza – nie wystarczy. Empatia to umiejętność zrozumienia uczuć innego człowieka, jego odczuć, motywacji, postaw, decyzji – które nigdy przecież w praktyce nie wynikają wyłącznie z obiektywnej wiedzy naukowej. Często nie są obiektywne ani optymalne, ale nie mogą być inne, bo są kształtowane także przez jego przeżycia, własne doświadczenia i wyciągnięte z nich niegdyś wnioski, poziom samooceny, stopień ambicji i stopień ich realizacji, charakter, cechy charakterologiczne związane z płcią, doraźną sytuacją materialną i rodzinną i tak dalej.

Empatia – to w rzeczywistości miłość.
Miłość do człowieka, do ludzi. I nie tylko do ludzi. Oczywiście nie mam na myśli miłości „erotycznej” a raczej to, co kierowało czynami wielu dobroczyńców posługujących innym ludziom potrzebującym pomocy – z humanistycznej miłości, przy okazji często i nieprzypadkowo nacechowanej wartościami chrześcijańskimi.
Przykład – Matka Teresa z Kalkuty opiekująca się trędowatymi, przekonana że w ten sposób „pomaga Jezusowi” i namawiająca wszystkich spotykanych ludzi do tego samego. Potrafiła dość przypadkowych ludzi, przyjezdnych, naukowców ekspertów od epidemii przybyłych z USA i rozmawiających ze sobą o sposobach pomocy potrzebującym – zaangażować do pędzla i wapna, mówiąc: możecie gadać, ale jednocześnie pobielcie mi wapnem tę izbę dla trędowatych, pomóżcie Jezusowi…
Można zrozumieć drugiego człowieka tylko przez miłość, posługującą się także sprawdzoną wiedzą. To spostrzeżenie bardzo ogólne…

W praktyce człowiek rozumie to, co sam przeżył. I poprzez odwrócenie tego twierdzenia – nie jest w stanie zrozumieć tego, czego nie przeżył, z czym się osobiście i bezpośrednio wprost nie zetknął.
Tak tylko chyba można wyjaśnić wspomniane na wstępie, zadziwiające zjawisko jakie stało się udziałem wielu ludzi w tym kraju: NIENAWIŚĆ DO BIEDNYCH.
Nienawiść, zniecierpliwienie, wyższość, lęk…
Szukając źródła tego, rozważałem historię PRL; bezrobocie było marginalne, bo praca była obowiązkiem każdego obywatela zdolnego do pracy. Osoby uchylające się od podjęcia pracy były napiętnowane jako wrogowie ideowi, ale i wrogowie porządku publicznego. Osoba nie posiadająca w Dowodzie Osobistym adnotacji o miejscu pracy lub meldunku była automatycznie podejrzana w sensie kryminalnym. Bezrobotni, zwłaszcza długotrwale bezrobotni – wywodzili się z tzw. marginesu społecznego, alkoholików, kombinatorów wszelkiej maści albo ze środowiska skonfliktowanego z prawem lub z władzą (np. opozycji politycznej) – gdyż pozbawienie pracy było formą represji politycznej. W obu przypadkach – osoby bezrobotne były napiętnowane przez propagandę we wszelki możliwy sposób i to nie mogło pozostać bez wpływu na dzisiejszy stosunek ludzi do bezrobotnych. Kilkadziesiąt lat indoktrynacji społeczeństwa, wmawiania że bezrobotny to wróg publiczny, nierób, pijak i potencjalny przestępca – może się i dziś odzywać w formie negatywnego stereotypu powtarzanego ze „świętym przekonaniem” przez osoby prymitywne, niesamodzielnie umysłowo, prostackie, mało dociekliwe, skłonne do przyjmowania stereotypów albo nawet nie zdające sobie sprawy z tego, że ich „poglądy” są jedynie powtarzaniem narzuconych im stereotypów.
Czy to mogłoby być wystarczającym wyjaśnieniem wspomnianej postawy?

Nie sposób nie zauważyć, że okoliczności bezrobocia diametralnie się dziś zmieniły. Bogu ducha winni starsi ludzie są nagle zwalniani z wieloletniej pracy po czym latami odmawia im się jakiegokolwiek zatrudnienia, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia powodu. Tym powodem jest ich wiek a dokładniej jakiś stereotyp panujący wśród pracodawców na temat znaczenia wieku pracownika, idiotyczna moda na „młode, dynamiczne zespoły”; stereotyp któremu nie przeszkadza nawet to, że prowadzi bezpośrednio do bezprawia (łamania prawa pracy a w nim – zakazu nierównego traktowania kandydatów do pracy i pracowników pod jakimkolwiek względem).
Dziś bezrobotny nie pochodzi z „marginesu społecznego” a raczej to właśnie długotrwałe bezrobocie spycha go na tenże margines. Bezrobotny to ofiara kulawego „rynku pracy”,ofiara idiotycznego eksperymentu "liberalnego", nieudanej akcji szkoleń – przekwalifikowań, która zaowocowała marnotrawstwem miliardów euro pomocy unijnej a dała marginalny efekt pomocowy dla bezrobotnych (za to wielu przedsiębiorców bardzo się wzbogaciło).

Nadal jednak, jeśli ktoś sam nie znalazł się w takiej sytuacji, nie był bezrobotny, jeśli choć nie otarł się o realne zagrożenie całkowitą utratą środków niezbędnych do życia – widzi w bezrobotnych jak za PRL – ludzi którzy pracować nie chcą. Może efekt ten; efekt kilkudziesięcioletniej propagandy – dałoby się złagodzić odpowiednimi działaniami władzy, lecz władza przeważnie milczy, albo przedstawia bezrobocie jako coś nad czym nie ma kontroli, z powodu tak zwanego „kryzysu” oraz z przyczyn ideologicznych Platformy Obywatelskiej.

Powiem szczerze: wydaje się, że ta wersja z PRL – to znaczy traktowanie bezrobotnych jak marginesu społecznego – jest wygodna, bo daje oceniającym samousprawiedliwienie.
Tu nasuwa mi się jeszcze inne wyjaśnienie wspomnianego zjawiska: ludzie nienawidzą bezrobotnych z powodu… własnej bezradności.
W rzeczywistości nie mogą im pomóc – sami nie biedniejąc lub nie wchodząc w konflikt z władzą, ale przecież jakoś to muszą sklasyfikować na potrzeby swojej równowagi wewnętrznej; uczuciowej, emocjonalnej… Muszą nadać temu jakieś wyjaśnienie, usprawiedliwienie – by nie tkwić w psychicznym rozdarciu, ale tego się wyjaśnić ani usprawiedliwić nie da. Stąd efekt niechęci czy wręcz nienawiści do OFIAR, nie do sprawców – staje się jedynym psychologicznie dostępnym wyjściem. Efekt chyba podobny, jaki dotyczy ofiar gwałtu, ofiar przemocy domowej itp. To niechęć do nierozwiązywalnego dla nich problemu, który ich niepokoi, wprawia w dyskomfort, rozterkę.
Mam na myśli oczywiście osoby postronne, bo aparat urzędniczy związany z bezrobociem – od ministra pracy do pośrednika pracy w powiatowym urzędzie, uodpornił się na ten dylemat moralny w sposób doskonały, chowając się jak za tarczą – za przepisami, językiem (żargonem) urzędniczym, procedurami, swoim poczuciem wyższości oraz… zainteresowaniem jak najwyższą stopą bezrobocia, dającą im pracę (interesem).
Wydaje się oczywiste, że państwo Tuska nie spełnia tu swojej zasadniczej roli, roli pośrednika pomiędzy interesem społecznym a interesem biznesu. Wręcz – państwo to biznes. Władza – to syndykat biznesowo-polityczny ponad społeczeństwem czy może obok niego….

Taka „ucieczka w nienawiść” jest także bez wątpienia skrajnie niekatolicka w tym podobno katolickim społeczeństwie, co dowodzi pozorności tej wiary.

___________________________________________________
Tytuł – to fragment przejmującego wiersza Władysława Broniewskiego „Ballady i romanse”. Wiersz dotyczy wojny i holokaustu, ale czy nie ma tu pewnej analogii?