MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą po. Pokaż wszystkie posty

08/07/2017

Rządzi nami banda oszołomów i dorobkiewiczów zapatrzonych w europejską ideologię neoliberalną jak niegdyś komuniści w dzieła Lenina...

17.06.2015.
Gdyby dziś ktokolwiek publicznie stwierdził, że „wyżywienie to dla niego przede wszystkim koszt” – trudno byłoby nie zauważyć fałszywości takiego stwierdzenia. Tłumaczenie niesłuszności tego byłoby czystym truizmem, choćby z powodu powszechnej i empirycznej „znajomości” tego zagadnienia w społeczeństwie i to zupełnie niezależnie od statusu, pozycji towarzyskiej, naukowej czy materialnej, płci, wyznania obywatela itp. Są co prawda podobno ludzie wierzący, iż można odżywiać się światłem słonecznym i wodą, ale obawiam się, że mogłoby to mieć w praktyce charakter co najwyżej fantazji roz-ekologizowanych panienek lub medialnego, celebryckiego i krótkotrwałego eksperymentu a nie normalnej praktyki. My po prostu wiemy, że wyżywienie to celowe, budujące i przede wszystkim absolutnie niezbędne działanie, nastawione na „zysk” a nie na „stratę”, w którym element kosztowy jest inwestycją w zysk a nie stratą. Pożywienie jest niezbędnym „budulcem” z którego tworzone i stale odbudowywane jest ciało, jest źródłem substancji niezbędnych by to ciało prawidłowo funkcjonowało a to z kolei jest niezbędnym elementem całego układu czy otoczenia w którym istnienie życia jest lub staje się niemożliwe.

Dlaczego zasada ta przestaje być dla wielu tak oczywista w odniesieniu do gospodarki, na przykład w przypadku spotykanego ostatnio często stwierdzenia, że „pracownik zatrudniony do pracy – to przede wszystkim koszt”. A przecież absurdalność takiego twierdzenia powinna być równie oczywista co widzenie jedynie „kosztu” w pożywieniu, jak to przedstawiłem powyżej. Mam na myśli postrzeganie tego w taki sposób „co do zasady” a nie analizę obciążeń finansowych wynikających z prawa a związanych z zatrudnieniem pracownika; to zagadnienie wymagające odrębnej analizy.

Bez nadmiernej złośliwości źródła takich przekonań upatrywałbym w „rodowodzie” naszych aktualnych „kapitalistów” z okresu tak zwanej „transformacji”, wyszkolonych na Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie, na bazarach, pod kantorami wymiany walut… po prostu mamy dość podłą „elitę” przedsiębiorców, swoimi wyobrażeniami i przyzwyczajeniami tkwiącą w okresie pańszczyźnianym a co najwyżej dziewiętnastowiecznych początkach kapitalizmu z jego ówczesnymi „niemowlęcymi” chorobami traktowanymi tu i teraz jak standard. Nawet jeśli odwołuje się ona do współczesnego neoliberalizmu to jest to nadal odwołanie do paskudnych tradycji feudalnych. Polska jest szczególnie narażona na złowrogi atak neoliberalizmu z wielu powodów; kompleksu niższości wobec „zachodu”, bliskości źródła tych idei na arenie europejskiej, sporego podporządkowania wywołanego członkostwem w Unii Europejskiej i to na zasadach członka „drugiej kategorii”, słabością własnej władzy i demokracji, dojścia do władzy cynicznej „elity” aroganckich dorobkiewiczów wykorzystujących każdy pretekst i każdą ideę wyłącznie do osobistego wzbogacenia się i zaspokojenia własnych prymitywnych ambicji.

Wracając jednak do porównania: zatrudnianie jest jak wyżywienie. Jest niezbędne, bo nie da się – szczególnie w przemyśle – prowadzić istotnej gospodarczo działalności bez zatrudniania pracowników. W firmie funkcjonującej – to pracownicy najemni wytwarzają cały przychód finansowy. „Buraczany” przedsiębiorca uważa ów przychód za „swoje pieniądze” i jakby ignorując elementarną zasadę stanowiącą, że zysk wynika z pomniejszenia przychodu o koszty – traktuje przychód za dochód, bardzo się oburzając faktem istnienia kosztów. W ten sposób to co jest normalnym kosztem – dla niego jest już stratą. A koszty uzyskania przychodu to na przykład koszt energii zużytej do osiągnięcia przychodu, zużytych materiałów i zakupionej pracy ludzkiej. Jeśli mówimy o „rynku pracy” to musimy pracę uznać za „towar” za który trzeba zapłacić. Wydawałoby się to oczywiste, ale dla wielu przedsiębiorców to oczywiste nie jest. Jeśli ktoś powie że „wyżywienie jest dla mnie jedynie kosztem” uznamy go za głupca, ale gdy słyszymy, że „pracownik jest dla mnie jedynie kosztem” – powinniśmy przecież zareagować tak samo. To pracownicy wytwarzają przecież cały przychód firmy i robią to za wynagrodzenie. Nie mają oni żadnego innego prawa do owego przychodu oprócz prawa do umówionego wcześniej wynagrodzenia. Od tego przychodu należy odjąć więc to wynagrodzenie, koszty materiałów, energii, podatek należny wynikający z obowiązującego prawa itp. I dopiero to co pozostaje – jest zyskiem inwestora, właściciela, przedsiębiorcy. Dopiero to są „jego pieniądze”. Wynagrodzenia za pracę nie wypłaca się przecież z kapitału założycielskiego firmy jako majątku własnego przedsiębiorcy, kapitału który jest w zasadzie nienaruszalny a właśnie z efektu pracy samych pracowników, czyli – to oni wytwarzają niejako dla siebie swoje własne wynagrodzenia (no i ma się rozumieć – sporo więcej). Przedsiębiorca nie ponosi tu żadnej straty, bo gdyby nie zatrudniał to by żaden przychód nie powstał i takie rozważania byłyby bezprzedmiotowe.

To jaka jest proporcja pomiędzy przychodem, a dochodem czy dalej – zyskiem przedsiębiorcy, zależy od „konstrukcji” samego przedsięwzięcia gospodarczego czyli od biznesplanu a więc od przedsiębiorcy, oraz od warunków prowadzenia działalności gospodarczej, między innymi od prawa, czyli w istocie – od polityki. Z całą pewnością nie zależy to od pracowników najemnych; nie bardziej niż ich wpływ ogólny wynikający z samego aktu wyborczego. Z drugiej strony – wynik działalności a więc relacja przychodu do zysku i jego wielkość bezwzględna zależy od zasobów firmy i umiejętności ich użycia. Zasób to technologia (prawa autorskie, patenty, innowacja), maszyny i urządzenia oraz pracownicy umiejący posłużyć się tym wszystkim dla wypracowania maksymalnych przychodów. W tej sytuacji tendencja do poprawy efektywności poprzez redukcję płac, angażowanie najtańszych, przypadkowych i niekompetentnych pracowników pracujących „za półdarmo” – ma charakter „samobójczy” dla przedsiębiorcy. I być może można by to uznać za jego sprawę prywatną, gdyby nie społeczny aspekt pracy.

Wydawałoby się, że obiektywne uporządkowanie tego wszystkiego byłoby w interesie wszystkich, jednak nie będzie ono możliwe dopóki ster władzy trzyma banda oszołomów i dorobkiewiczów zapatrzonych w ideologię neoliberalną jak komuniści w dzieła Lenina, lub cynicznie szermujących hasełkami „liberalnymi” by uzasadnić swoje prawo do zdobywania własnego bogactwa za wszelką cenę.


Paweł Baranowski 17.06.2015.

09/08/2014

Niezbędność idei politycznej; jest ona warunkiem istnienia państwa.

Trzeba powrócić do sprawy tak zwanych założeń podstawowych. Założeń ideowych państwa.

Nie jest trudno dziś być w opozycji do polityków Platformy Obywatelskiej, gdy partia ta spada właśnie na przysłowiowy pysk z piedestału, na który sama się wywindowała, popychana przez bezideowych klakierów, gdy traci poparcie już w stopniu wyrażanym liczbą dwucyfrową – w stosunku do poparcia aktualnej opozycji. Jakaś ideologia jest niezbędna a najbardziej – to ta „właściwa” ideologia. Właściwa jest ideologia odnosząca się także do sprawy losu „zwyczajnych” ludzi i roli w tym państwa. O tym trzeba mówić, trzeba do tego ciągle wracać i przypominać przynajmniej istnienie takiego problemu. 

To dziś niestety bardziej budzi niepokój niż cieszy; cieszy za to przynajmniej sama perspektywa zmiany; jakiejkolwiek zmiany byle wyjść z zastoju, z sitwy, z bezduszności i z milczenia, co najwyżej zastępowanego kłamliwym bełkotem polityków i kłamliwym potakiwaniem dziennikarzy.
Musi się coś zmienić, choćby początkowo nawet i na gorsze; nie może już być tak, jak jest… a Platforma Obywatelska z pewnością już nie zmieni się, co najwyżej będzie próbowała znów oszukać wszystkich pozorami zmian, hasełkami medialnymi, przefarbowaniem rudego na szatyna a siwego (Jarosława Kaczyńskiego) – na szatana…
Nie pora jednak na takie zabawy, na dowcipy, bale kostiumowe i mordobicie na Wiejskiej, jakby tam była wiejska karczma a nie Sejm Najjaśniejszej Rzeczypospolitej…

Być może rzeczywiście w pewnym momencie historycznym pojęcie „ideologii” kojarzone mogło być jedynie i konkretnie z ideologią PZPR czy ideologią partii proletariackiej (robotniczej) w ogóle, władzy ludowej, komunistycznej itp, stąd pomysł jego późniejszego odrzucenia wraz z wszystkim co PRL-owskie. Ideologiczne – znaczyło złe. To oczywiście prostacka próba pójścia „na łatwiznę” przez ówczesnych „polityków z właściwym rodowodem S”. Ale można próbować wytłumaczyć wspomniane zjawisko tym właśnie powiązaniem myślowym, kalką „PZPR – ideologia” czy „komunizm – ideologia”.
Tak zwany kapitalizm jednak także ma u podstaw określoną ideologię.

Pojęcie ideologii ma znaczenie ogólne. To po prostu pewien określony zespół założeń początkowych, schemat, plan ogólny, zespół definicji, lista priorytetów – zespół poglądów posługujący się wartościowaniem zjawisk przy ich ocenie. Pisząc „wartościowanie zjawisk” mam na myśli to, że obserwowane lub nawet jedynie teoretycznie przewidywane zjawiska są oceniane, jako dobre lub złe (przydatne, korzystne, moralne – lub nie) według konkretnej „miary” jaką jest właśnie zespół wstępnie przyjętych poglądów czy norm zwanych ideologią. Ideologię można też szczególnie powiązać ze sposobem wartościowania zadań czy celów, to znaczy – co uznajemy za bezwzględnie społecznie konieczne, co za dopuszczalne a co za niedopuszczalne, niekorzystne, negatywne. Co jest społecznie ważniejsze a co mniej, co ma pierwszeństwo realizacji i finansowania a co jest ustawione w dalszej kolejności lub nawet wykluczone z punktu widzenia katalogu zadań państwa.
Platforma Obywatelska została stworzona właśnie jako organizacja planowo nie-ideologiczna (bo mam poważne wątpliwości, czy można tu użyć określenia „partia” w sensie klasycznym, które już samo w sobie ma skojarzenie z jakąś ideologią). Może anty-ideologiczna, choć to sugerowałoby niesłusznie jakieś przeciwstawienie. Poniekąd – Prawo i Sprawiedliwość niewątpliwie stara się opierać na konkretnych założeniach podstawowych, w związku z czym ma co najmniej od trzech kadencji Sejmu obszerny i jawny program polityczny w formie pisanej i powszechnie dostępnej, więc można by tu dostrzec jakieś przeciwstawienie, gdyż PO ujawniała tylko szczątkowe informacje o ewentualnych zamiarach a jedynym „programem” była i jest ulotna i ogólnikowa „gadanina” Donalda Tuska np. w formie „expose”, czyli wystąpień już po wyborach ("gadka-szmatka").

Mamy tu więc nowe i zadziwiające zjawisko głosowania na partię „w ciemno”; na partię która nie ogłasza dokładnie swoich zamiarów, stanowisk w poszczególnych kluczowych kwestiach, jedynym jasnym przesłaniem jest „ciepła woda w kranach” obiecana „wiernym i biernym” oraz zaślepiona i zaślepiająca nienawiść do opozycji, doprowadzająca nawet do aktów zbrodni, morderstwa na tle politycznym, deklaracji Ministra Spraw Zagranicznych dotyczących potrzeby „dorżnięcia tej (PIS)watahy” polityków opozycyjnych. To oczywiście nie jest jakaś „nowa ideologia” a raczej próby zapełnienia pustki z braku ideologii. Powstanie takiej „partii wodzowskiej” było oczywistym zamachem na istotę państwa i demokracji, w dodatku wymusiło niejako dostosowanie struktury i funkcjonowania innych partii do tego modelu.
Jak PO wygrywała wybory? Wyborcy niestety zostali odzwyczajeni od analizy programu partii i porównywania go ze swoim własnym interesem. Przyzwyczajono ludzi do modelu partii „wodzowskich” personifikowanych przez osoby przywódców. Głosowano - "na Tuska" a zwyciężała - PO. Programy polityczne zastąpiła wzajemna pyskówa liderów, wspomagana przez „przydupnych” giermków i szczekaczy. Walkę na argumenty w imię utożsamienia się z interesem jakiejś grupy wyborców, zastąpiło ogólne „naparzanie się maczugami”, złośliwości, cyrk z „Sabą” lub piciem „małpek” przed kamerami… happeningi, oryginalne autorskie demonstracje ofert sklepów erotycznych, nieustający spektakl teatralny wzajemnego obrażania się i ostentacyjnego przepraszania lub ostentacyjnej odmowy itp; I oczywiście „straszenie” opozycją, do czego wspaniałe preteksty ta opozycja umiała stwarzać niekompetencją i brakiem doświadczenia swoich funkcjonariuszy.

To chyba właśnie „głosowanie w ciemno”, czyli na partię „naszych”, mimo iż nie wiadomo co mającą zamiar robić – dało pretekst do ukucia porównania głosujących z lemingami, na podstawie znanego mitu o zachowaniu tych zwierzątek.
PO miała być pragmatyczną partią, a więc opierać się na osiągnięciach nauki, np. ekonomii – jako nauki, bez ich politycznego wartościowania. Miała rezygnować z planowania i koordynacji, zwłaszcza planowania długofalowego, odżegnywała się od wszelkich „wizji” założeń wstępnych rozwoju, czy zmian. „Kto ma wizje – niech się pospiesznie uda do psychiatry” – mówił „naczelny buc” PO, jako poseł delegowany do chamstwa, „obszczekujący jak kundel” wszystkie poczynania opozycji, bredzący o szczawiu i mirabelkach.
Tak też jest postrzegany ten Rząd, jako bezideowy, bezplanowy, pozbawiony wizji celu, do którego dąży; prowadzący przez to działania cząstkowe i nieskoordynowane; opanowany przez dorobkiewiczów, cyników, korzystających ze zbyt szerokiej swobody działania poszczególnych ministrów i ich resortów, bardzo słabo się ze sobą komunikujących. Rząd improwizacji, bałaganu, łatania dziur, niewidzialnej (dla prokuratury) ręki i cudu samoregulacji.
Tyle, że ekonomia jest z natury nauką polityczną, to znaczy opiera się na naukowych (matematycznych) zasadach, ale też ten naukowy aparat jest stosowany do realizacji tego, co najpierw zostało przyjęte za założenia wstępne, założenia natury politycznej.

Można to chyba dość dobrze porównać do biura projektowego, które ma pierwotną wizję architekta przekształcić w plany realizacji technicznej tej wizji, stosując do tego cały dostępny aparat naukowy, techniczny, informatyczny itp. Najpierw jest wizja – odpowiadająca założeniu ideologicznemu a po niej cały proces realizacji projektu odpowiadający organizacji i regulacji państwa. Narzędzia, jakie daje nauka – nie są wizją (założeniem, planem) i jej nie są w stanie zastąpić.
To dziwne, skąd taki pomysł twórców PO; można zastanawiać się poważnie, czy jest to pomysł „w dobrej wierze” czy może maskowane działania nie nastawione na służenie nikomu prócz sobie. Rząd nie miał, nie opracowywał i nie ujawniał programu, planu długofalowego, dotyczącego co najmniej jednej kadencji. Oczywiście współgrały z tym pewne założenia „liberalne” wyczytane przez Tuska i Bieleckiego w programowych pracach „klasyków”; świadome powstrzymanie się od kierowania gospodarką, przekazanie wszelkiej inicjatywy samym przedsiębiorcom, ograniczenie się państwa do obserwowania, „co zrobią przedsiębiorcy”, „jak zareaguje gospodarka” itp.

Trzeb tu jednak uwzględnić także fakt wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Niewątpliwie bardzo zmieniało to warunki funkcjonowania państwa na szczeblu narodowym. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że opisane wyżej zjawiska mogły być próbą przygotowania polityków do funkcjonowania w zupełnie innym świecie, w którym wszelkie działania mają znaczenie ponadnarodowe i w gremiach ponadnarodowych muszą być uzgadniane, ustalane, wypracowywane czy wymuszane. Plan założycielski czy ideologia państwa musiała niejako zostać poddana planowi i ideologii Unii w jej działaniu wspólnotowym. Stąd – bezideowy charakter władzy mógł być po prostu wymuszony procesem wstępowania Polski do Unii Europejskiej. Tworzenie wspólnoty – to automatyczna rezygnacja z części samorządności, niepodległości.
Jeśli tak, to interesująco i niepokojąco wyglądają perspektywy zwycięstwa wyborczego partii opozycyjnej, która opiera się na modelu podstawowego założenia ideologicznego państwa i dokładnego programu realizacji tego modelu na szczeblu narodowym, bez odniesienia do Unii, jako wspólnoty. Trudno sobie wyobrazić realizację takiego programu bez zasadniczych konfliktów ze wspólnotą europejską, chyba, że program polityczny partii ubiegającej się o zwycięstwo wyborcze będzie stale uaktualniany z uwzględnieniem wszelkich ograniczeń wynikających z ponadnarodowego charakteru wspólnoty, ograniczającego zasadniczo kompetencje władzy narodowej w wielu zasadniczych sprawach. Wynika z tego zasadnicze pytanie o suwerenność państw Unii w wyborze drogi politycznej określanej założeniami wstępnymi uzyskującymi poparcie społeczeństwa, czyli wyborców.

W wyniku wyborów może się zasadniczo zmienić profil polityczny ekipy obejmującej władzę w państwie członkowskim Unii a co za tym idzie i w zasadzie wszystko, co nie stanowi zobowiązania państwa leżącego u podstaw członkostwa we wspólnocie. W tym sensie państwa Unii chyba nie są tak całkowicie pozbawione suwerenności na rzecz Unii, gdyż zmiana taka – jasno wynikająca z aktu wyborczego – nie byłaby możliwa a możliwa być musi.
Pod tym względem najbliższe wybory parlamentarne będą bardzo ciekawym doświadczeniem. Jednocześnie mamy chyba ostatni moment na próby wpłynięcia na treść programu partii posiadającej dziś znaczną przewagę poparcia społecznego nad konkurencją polityczną, predestynowanej do zwycięstwa i objęcia władzy.

Niezbędność idei politycznej jako podstawowego założenia konstrukcyjnego państwa nie przesądza oczywiście o tym, jaka to miałaby być idea a tu z kolei mamy do czynienia z interesującym zjawiskiem; z jednej strony jest to domeną absolutnej wolności, gdyż rzeczywistość polityczna jest zawsze przecież pewną mieszaniną nurtów politycznych będących „materiałem konstrukcyjnym” państwa w różnych proporcjach i kombinacjach (no może poza skrajnymi przypadkami totalitaryzmu), z drugiej strony mamy do czynienia z „utwardzaniem” podziałów poprzez ich przejaskrawianie i skrajnym szufladkowaniem, świadomą redukcją wolności pod tym względem, dążeniem do jaskrawych podziałów i przeciwstawień zredukowanych do kilku możliwości wybranych z mnogości i na dodatek nigdy kompletnie nie odpowiadających rzeczywistości.

29/07/2014

Wnioski z afery taśmowej: Nadchodzi czas większego niż zwykle oszustwa wyborczego.


Jak wynika z wypowiedzi osób nagranych potajemnie podczas szczerych rozmów przy stole, szczególnie ministra spraw wewnętrznych Sienkiewicza z prezesem NBP Belką – obecna władza, czyli ekipa Donalda Tuska ma zamiar robić wszystko, dosłownie jest gotowa na wszystko – by przeciwstawić się demokracji. Ma zamiar zlekceważyć wolę Polaków i pod żadnym pozorem nie dopuścić do zwycięstwa wyborczego opozycji i najdłużej jak się da utrzymywać władzę.

Nagrana i opublikowana przynajmniej w 50% rozmowa wyżej wspomnianych właśnie tego dotyczyła, choć jak można wnioskować nie była pierwszą ani ostatnią rozmową tych osób na ten temat. Pada tam stwierdzenie, że w Polsce jest bardzo poważny kryzys finansów (deficytu budżetowego), że rząd z powodów wyborczych nie chce w tym czasie przerzucać większych obciążeń na społeczeństwo – domagając się od społeczeństwa większych wyrzeczeń i ograniczeń, gdyż to spowoduje dalszy spadek poparcia a i tak poparcie dla opozycji (PIS) wynosi już 43% w sondażach CBOS (dotyczy lipca 2013). Z tego powodu rząd oczekuje pomocy od niezależnej politycznie instytucji jaką jest NBP w czasowym sfinansowaniu działań władzy zmierzających do oszukania społeczeństwa w sprawie faktycznej sytuacji finansowej państwa, sfinansowania działań dla poprawy nastrojów społeczeństwa i niedopuszczenia dzięki temu do zwycięstwa PIS Jarosława Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych.
Prezes Belka w odpowiedzi przedstawił swoje warunki takiej współpracy, między innymi wymianę obsady stanowiska ministra finansów poprzez zastąpienie J.V.Rostowskiego – ministrem „technicznym” – „osobą możliwą do zaakceptowania” przez NBP oraz wprowadzenie do ustaw konkretnych, podyktowanych przez NBP zmian (nowelizacji) koniecznych do realizacji uzgodnionego planu pomocy rządowi PO – zmierzającego po prostu w konsekwencji do zachowania rządów Platformy Obywatelskiej. Umowa ta najwyraźniej weszła w życie i jest najwyraźniej realizowana; minister Rostowski został zdymisjonowany i zastąpiony nikomu wcześniej nie znanym Szczurkiem, oczekiwana nowelizacja ustaw weszła właśnie w życie a rząd przejął właśnie kontrolę nad mennicą polską (drukiem banknotów i obligacji).

Jeśli więc rozpatrywany i głosowany w najbliższym czasie w Sejmie wniosek o wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska i powołanie rządu technicznego do czasu wyborów – nie zostanie przyjęty, gabinet Tuska będzie kontynuował swoją działalność – zobaczymy prawdziwy festiwal „prezentów” od władzy dla społeczeństwa, mających przekonać wszystkich, że jest dobrze, że rząd Tuska – pomimo zasadzek stawianych przez „rosyjskich agentów i kelnerów” – bardzo dobrze się sprawdza, ma dobre wyniki, że „jest dobrze a będzie jeszcze lepiej” – pod warunkiem wszakże, że do władzy nie zostanie dopuszczony PIS, że większość obywateli zagłosuje na widoczne już teraz i przyszłe sukcesy Tuska.

Oczywiście nikt tego nie będzie dokładniej wyjaśniał społeczeństwu, co napisano powyżej; że to społeczeństwo samo sfinansuje te prezenty, poprzez dodruk pustego pieniądza, wykup własnych obligacji przez państwo, kreatywną księgowość, wszelkie możliwe „cyrkowe” działania prawno-finansowe zmierzające do stworzenia mirażu sukcesu Tuska i zapowiedzi szybkiego dobrobytu po wyborach.
Nikt nie powie biednym ludziom, że to fikcja na ich koszt aby za wszelką cenę skłonić ich do niegłosowania na PIS, a po wyborach – gdy Tusk i jego drużyna znów otrzyma prawo rządzenia na kolejne cztery lata – to „teraz to benzyna może być kurwa i po 7 złotych” – jak ponoć komentował Tusk na wieść o wyniku poprzednich wyborów dających mu władzę. Bo Tuska i jego „elitę” po prostu stać na benzynę po 7 a nawet i po 17 złotych za litr… przecież kupują ją „za niczyje” czyli na koszt społeczeństwa.
Chodzi więc o to, że ta władza zyskała na czas wyborów czyli na najbliższe półtorej roku niezłe źródełko dodatkowych pieniędzy, co prawda zadłużających państwo jeszcze bardziej ale pozwalających na finansowanie działań oszukańczych, mających „przeciągnąć” w oszukańczy sposób poparcie społeczne i głosy wyborcze na stronę Platformy Obywatelskiej. Społeczeństwo musi zdawać sobie sprawę, że to oszustwo nastawione wyłącznie na niedopuszczenie do utraty władzy przez PO.

Ta gra pozorów może się objawiać w różny sposób.
Prawo i Sprawiedliwość już dawno ogłosiło swój program wyborczy, który jest dostępny publicznie … (patrz http://www.pis.org.pl/dokumenty.php)
Jak wiadomo był on przed wyborami do Parlamentu Europejskiego dokładnie analizowany przez polityków Platformy a więc niewątpliwie może następować próba przejęcia niektórych planowanych działań by „przypodobać się” potencjalnym wyborcom PIS. To oczywiście tylko pozornie, bo natychmiast po wyborach, gdyby zwycięstwo odniosła PO, działania te zostaną porzucone. Platforma nie posiada i dlatego też nie ogłosiła swojego programu wyborczego sformułowanego w tym sensie, co program PIS – stanowiący spójną całość i opis priorytetów polityki, funkcjonowania państwa, stosunku władzy do kluczowych problemów wewnętrznych i międzynarodowych.

Sprawa pracy a więc bezrobocia jest jednym z bardzo czułych punktów mających wpływ na nastroje. To oczywiste, bo praca jest dobrem podstawowym i czymś niezbędnym warunkującym możliwość i sens istnienia. Minister Pracy Władysław Kosiniak Kamysz – nieodrodne dziecko ekipy Tuska, wraz ze swoim wiceministrem-teoretykiem dr hab. Męciną – już od dawna nasilił kampanię propagandową sukcesu, czyli dezinformacji co do rzeczywistego stanu bezrobocia. Dziedzina ta także może stać się polem do wydawania „lewych” pieniędzy – jedynie w celach kampanii wyborczej. Celem będzie stworzenie zwodniczego wrażenia poprawy sytuacji „na rynku pracy”, zaszczepienie kolejny raz nadziei, że sytuacja będzie się szybko i radykalnie poprawiała – gdy tylko PO pozostanie u władzy i będzie miała szansę kontynuować swoje rzekome sukcesy.
Bezrobocie polega na zaniku miejsc pracy a ten, wynika z polityki gospodarczej PO oddawania całych gałęzi gospodarki innym krajom, likwidacji własnego przemysłu w wielu dziedzinach i zastępowanie własnej produkcji zakupem obcych wyrobów gotowych. To jest podobno ceną wejścia Polski do Unii Europejskiej, ale efektu tego nie da się usunąć żądnymi pozorowanymi działaniami uprawianymi z zapałem przez ministra pracy.
Propaganda rządowa bazuje na wskaźniku bezrobocia rejestrowanego, bo na ten wskaźnik ma bezpośredni wpływ, ale nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistym bezrobociem a więc i rzeczywistą sytuacją ekonomiczną kilku milionów obywateli. Czyli – bazuje na liczbie bezrobotnych zarejestrowanych w Powiatowych Urzędach Pracy. Tą liczbą można łatwo w sposób administracyjny manipulować.
Tragiczna jest sytuacja szczególnie osób w wieku po pięćdziesiątym roku życia – którym się z zasady odmawia wszelkiego zatrudnienia a jeśli już, to wyłącznie na zasadach dotowanych z Funduszu Pracy i na czas określony – dokąd jest przekazywana dotacja. Od początku roku stale zwiększa się kwoty przeznaczane na dotowanie zatrudnienia czasowego osób bezrobotnych, ale to nie zmienia niczego w sytuacji bezrobocia a tylko transferuje pieniądze z Funduszu Pracy lub Skarbu państwa – do kieszeni pracodawców, oraz daje możliwość przetrwania tym bezrobotnym przez kilka miesięcy na warunkach pracy za najniższą płacę ustaloną ustawowo (prace interwencyjne) lub za równowartość zasiłku dla bezrobotnych (staże).
Walka z bezrobociem realizowana jest obecnie jedynie poprzez przeznaczanie coraz większych sum na dotowanie czasowego zatrudnienia lub staży i ta tendencja może się jeszcze bardzo nasilić w okresie wyborczym, właśnie dla poprawy wskaźnika bezrobocia rejestrowanego. To marnotrawstwo środków publicznych, bo niczego w sposób trwały nie zmienia a zasila jedynie kieszenie pracodawców. To oszustwo, gdyż bezrobotny wysłany na staż jest na czas stażu wykreślany z rejestru bezrobotnych – co faktycznie poprawia statystyki, ale pewne jest że po upłynięciu okresu stażu (wstrzymaniu dotacji) z całą pewnością powróci do rejestru bezrobotnych. Działania takie nie odnoszą więc trwałego skutku a służą wyłącznie poprawie wskaźników statystycznych oraz propagandzie sukcesu władzy.
Poza tym ministerstwo pracy dąży do zniechęcenia do rejestrowania się w urzędach pracy osób pracujących nielegalnie (tzw. „szara strefa”) i uchylających się od podatków i ZUS. W tym celu stworzono możliwość uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego gwarantowanego przez Konstytucję, bez rejestracji w urzędzie pracy a więc – ułatwienie dla oszustów podatkowych zarabiających w „szarej strefie”, ale trzeba też wiedzieć, że „szara strefa” jest odzwierciedleniem rzeczywistego bezrobocia które z „rejestrowanego” w ten sposób stanie się „nierejestrowane” – natomiast niewątpliwie poprawi to dane statystyczne tej władzy, niczego nie załatwiając i nie rozwiązując żadnych problemów.

Całkowita bierność, znieczulica, kompletny brak rzeczywistej i skutecznej pomocy ze strony pracowników PUP, bezradność z powodu ograniczeń prawnych, biurokratyczne uzależnienie od treści głupiej ustawy – powoduje narastającą falę dobrowolnych rezygnacji z „usług” urzędów pracy, tym bardziej, że zasiłek dla bezrobotnych przysługuje w myśl obowiązujących przepisów nie więcej jak statystycznie co siódmemu zarejestrowanemu. Nie wiem czy można to zaliczyć do działań celowych, ale to także w konsekwencji poprawia statystyki – co skwapliwie wykorzystuje minister pracy w swoich propagandowych wypowiedziach na stronie MPiPS oraz wpisach na „Twitterze”, przypisując zasługę działaniu rządu, swojego ministerstwa i urzędom pracy.

Obawiam się więc, że wiele środków „dodatkowych”, uzyskanych przez rząd w wyniku porozumienia z Prezesem NBP – które najwyraźniej wchodzi pomimo „wpadki” w życie – może posłużyć takim działaniom pozornym, fałszującym a nie poprawiającym sytuację na „rynku pracy” który przecież nie jest rynkiem pracy a raczej targiem niewolników.

Ujawnienie nagrań oraz ewentualne nowe taśmy ujawniane w czasie kampanii wyborczej wskazują, że trzeba bacznie analizować każdy wybryk wyborczy PO pod względem źródeł jego finansowania.
No chyba, że w najbliższym głosowaniu większość parlamentarna przegłosuje wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska.

26/07/2014

Jarosław Kaczyński.
„Założenia czysto moralne” a bogactwo.

Świat jest z natury niejako miejscem niezliczonych, codziennych wyborów moralnych. Są one jak powietrze; tak samo powszechne i tak samo niezbędne a także - z innego punktu widzenia – podobnie na co dzień niezauważalne. Tak jak nie myślimy o powietrzu – oddychając nim, tak i nie zastanawiamy się nad względnością wszystkiego, co dotyczy człowieka i jego relacji z innymi. Gdybyśmy się zastanowili nad sprawą rozpowszechnienia dóbr, praw, zdolności, możliwości – nie sposób nie zauważyć, że wszystko to jest w bardzo różnym stopniu dostępne w różnych miejscach ziemi, w rożnych kulturach, religiach, strefach gospodarczych itp. Natomiast nie mamy zazwyczaj wątpliwości, że pewne prawa powinny być, muszą wręcz być – powszechne, bo wynikają z podstaw człowieczeństwa. Tu jednak dostępność praw podstawowych uzależniona jest od tak wielu okoliczności, na które sam uprawniony nie ma wpływu, przynajmniej nie w każdym czasie i nie w pełnym zakresie. My z kolei tłumaczymy sobie, że nie mamy wpływu na tę sytuację nierówności. Na przykład – dziecko. Mały człowiek – ale posiadający pełnię praw podstawowych z racji przynależności do gatunku ludzkiego. Owszem; pewne prawa cywilizacja uzależnia np. od wieku, lub innego „atrybutu dorosłości”, ale są prawa podstawowe, jak prawo do pożywienia, wody, opieki, schronienia, bezpieczeństwa, prawo do pełnej podmiotowości, godności, do rozwoju… prawo do życia… które nie powinny być od niczego uzależniane, co najwyżej od „praw natury” i naturalnych zdarzeń nieprzewidywalnych lub nieuchronnych.

Przeróżne „dobra” rozmieszczone są na Ziemi w sposób radykalnie nierównomierny, ale prawa podstawowe dotyczą w równym stopniu wszystkich ludzi. Prowadzi to do ogromnego konfliktu i do drastycznego niezaspokajania podstawowych praw części ludzkości, drastycznej nierówności – z punktu widzenia konkretnej, pojedynczej istoty ludzkiej – niczym nie usprawiedliwionej.
Nierówność, jako nierówność dostępu do dóbr, surowców naturalnych – ma też swoje geograficzne rozmieszczenie; w uproszczeniu mówi się o „bogatej północy” i „biednym południu”. Przykładem może być susza i głód w Afryce. Oczywiście na kontynencie występują różne warunki środowiskowe, polityczne, ekonomiczne itp. a to - ma związek z dostępem do podstawowych praw. Często nierówności te nakładają się na warunki fizyczne, klimatyczne, środowiskowe, prowadząc do głodu; braku wody i pożywienia. Zazwyczaj jest to zjawisko co do przyczyn bardzo skomplikowane, niewątpliwie ludzie tam żyjący i ich postawy też mają na to wpływ. Jaki to jednak miałoby mieć związek z prawem dziecka, noworodka, oseska – do życia, do wody i pożywienia, do ciepła, bezpieczeństwa, ochrony, opieki. Czy ktokolwiek odważyłby się powiedzieć dziecku umierającemu z głodu wyłącznie z tego powodu, że urodziło się w takim a nie innym kraju, na takim a nie innym kontynencie – trudno, taki twój los, sam jesteś sobie winien… ?

Trudno nam sobie jeszcze wyobrazić, bo „system Tuska” zbyt krótko jeszcze działa, ale niewątpliwie jak tak dalej pójdzie może stać się kiedyś naszym udziałem – i takie ludzkie doświadczenie, w którym całe długie życie człowieka upływa mu na borykaniu się z biedą, z niepewnością jutra, na walce o przeżycie do jutra, do rana, do wiosny, do żniw… To wszystko decyduje o możliwości skorzystania z teoretycznie przysługujących praw. Skrajna bieda odbiera wolność. Nadmierna bieda i bezwzględne zasady życia odbierają człowiekowi część jego podstawowych praw. Życie człowieka to przecież nie tylko podstawowa wegetacja. Trudno powiedzieć, ilu geniuszy, ilu Chopinów czy Einsteinów nigdy nie wymknie się przez całe swoje życie ze swoistej pułapki, w jakiej się bez swojej woli i winy znaleźli; „pułapki” walki o swoją egzystencję, o miskę zupy i dach nad głową – zaprzepaszczając w tych okolicznościach swoje genialne talenty z tak banalnego powodu. Karmi się głupich ludzi „amerykańskim mitem” – pucybuta, który stał się milionerem, mitem konieczności twardej konkurencji, ale w życiu tak po prostu się nie dzieje, jakieś „cudowne” przypadki tylko potwierdzają niszczycielską zasadę.
Ktoś powie – przeznaczenie? los?… W krajach skandynawskich wystarczy, że czterech znudzonych chłopaków z bogatych rodzin bąknie, że chcą założyć zespół muzyczny, natychmiast gmina czy parafia kupuje im sprzęt, instrumenty, zapewnia salę i nauczyciela… bo liczy się rozwój kultury, wspieranie zainteresowań i talentu młodego człowieka, indywidualny niedostatek materialny nie jest tu dostatecznym powodem zahamowania rozwoju czy odebrania możliwości.

Problem bezrobocia w swojej istocie polega na braku zapotrzebowania na pracę pewnej liczby ludzi, ale z drugiej strony praca sprzedawana jako „towar” jest podstawowym sposobem zdobywania pieniędzy niezbędnych do życia tam, gdzie wszystko jest związane z kosztami właśnie finansowymi, z płaceniem rachunków. Pewna część populacji, w Polsce obecnie około dwa miliony osób (nie licząc 2 mln. emigrantów) nie ma możliwości sprzedania swojej pracy i zarobienia w ten sposób na zaspokojenie swoich potrzeb właśnie takich jak jedzenie czy mieszkanie. Dużo większa jednak część – pracuje, otrzymuje często środki finansowe w ilości dużo wyższej niż niezbędna. Dla człowieka świadomego może i powinno stanowić to źródło pewnego dylematu moralnego, który wyciszają oni przeważnie „dorabianiem ideologii” do tej jaskrawej niesprawiedliwości; że są bardziej wartościowi, że zasłużyli sobie na swój status materialny, że ci biedni bezrobotni – to jakiś "margines społeczny", pijacy, lenie itp. Bezpośrednia obserwacja wydaje się często potwierdzać takie egoistyczne teorie, dające alibi nieuzasadnionej nierówności, bo bezrobocie faktycznie szybko spycha na margines społeczny, staje się powodem "ucieczki" w alkoholizm. Jest to jednak skutek a nie przyczyna bezrobocia.
Życie zmusza nas, ludzi świadomych tego do paktowania na cod dzień z własnym sumieniem, z własnym poczuciem sprawiedliwości, moralności…

Trudno dziś powiedzieć, czy nie mniej ludzi umiera dziś śmiercią głodową – niż na skutek obżarstwa, nadmiaru wszystkiego, otyłości, nieopanowania, nieumiarkowania w dostępie do różnych dóbr w innych miejscach niedostępnych nawet w skali minimalnej.

Jestem pewien, że śmierć malutkiego, niczemu nie winnego dziecka z powodu głodu i suszy – nie jest i nigdy nie będzie niczym usprawiedliwiona, aż do końca świata, i to nie tylko z jego punktu widzenia – co oczywiste, ale i z naszego punktu widzenia. W szczególności - gdy sami żyjemy w dostatku. Dla małego człowieka skala barbarzyństwa i bezduszności związana z jego głodową śmiercią nie jest zrozumiała; być może jego los nie dziwi go tak bardzo z powodu braku możliwości porównania; bieda, głód i susza – działa ogólnie w jakimś rejonie bywając po prostu codziennością.

Co naprawdę myślą ludzie biedni, walczący o przetrwanie?
Co myśli ten, kto ma wszystkiego pod dostatkiem. Musi przecież wiedzieć, że w innym miejscu w tym samym czasie ludzie cierpią głód i pragnienie, cierpią z braku bezpieczeństwa, braku pomocy lekarskiej itp. Jak ktoś taki usprawiedliwia sam przed sobą swój stan posiadania. Zapracowałem sobie? Bo miałem pracę, bo miałem dobry zawód, dostęp do szkół, często bezpłatnych, bo miałem właściwą opiekę i zagwarantowano mi właściwe odżywianie w niemowlęctwie i dzieciństwie, dzięki czemu jestem zdolny, sprawny, zdrowy, wykształcony, samodzielny… Jak uzasadnia sam przed sobą to, że inni nie mieli nawet takiej szansy bez żadnej swojej winy, dlatego cierpią dziś głód i tak będą wegetowali do końca swoich dni.
Jak się usprawiedliwia, gdy jest wychowany w tradycji chrześcijańskiej.
Ludzie wierzący, szczególnie na przykład norwescy, niemieccy ewangelicy lub anglikanie – to generalnie ludzie zamożni. Wierzą w Jezusa i w Ewangelię, ale w tejże Ewangelii Jezus nakazuje: sprzedaj wszystko co masz i rozdaj ubogim a będziesz miał skarb w niebie a potem przyjdź i chodź za mną (słuchaj i naśladuj mnie)… Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Czyńcie innym tak, jak chcielibyście aby wam czyniono. Do tego jednak raczej mało jest chętnych. Czasem – tradycyjna publiczna dobroczynność, bardziej dla własnego pożytku, samozadowolenia niż z bezinteresownej potrzeby moralnej.
Czy możemy jednak my sami komuś z tego czynić zarzut? Mając możliwości zdobycia pieniędzy, można służyć nimi, nie tylko sobie i swoim zachciankom ale i tym, co nie mają takich możliwości ani szans. Jezus przecież doskonale to rozumiał, dlatego namawiał w przypowieściach, by ludzie tę „mamonę nieprawości” wykorzystywali w dobrych celach a nie – by nie chcieli z nią mieć do czynienia, bo jest niemoralna. Uratuj swoimi pieniędzmi choć jedno dziecko umierające z głodu a usprawiedliwisz tym swoje pieniądze, którymi zaspokajasz też swoje własne potrzeby, oraz zdobędziesz w tym uratowanym dziecku „przyjaciela” – który zaświadczy za tobą w dniu sądu.

Niewielu ludzi zastanawia się nad tym na co dzień. Swój stan posiadania uważają za naturalny a często wręcz – za „zasłużony”. Równie łatwo przechodzą do porządku nad niedostatkiem u innych, także utwierdzając się w przekonaniu, że jest on „zasłużony”. Każdy jest kowalem własnego losu; – czyżby…? Przed dylematem moralnym związanym z biedą – chronią się w niewiedzę, w brak refleksji, albo wręcz przeciwnie; w dorabianie ideologii do czyjejś nędzy, cierpienia, śmierci głodowej, lub dorabianiem ideologii do swojego bogactwa.

Jednak spróbuję tu zadać następujące pytanie: jak w jednym zdaniu moglibyśmy nazwać zarysowany powyżej problem? Jak opisać przedstawione tu okoliczności zasadniczego wyboru etycznego. Jak to ująć syntetycznie?
Proponuję następujące zdanie:

… Ostatecznie, gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to nic nigdy byśmy nie mieli…”.

Gdyby przyjąć założenia czysto moralne, to musielibyśmy postąpić tak, jak polecił Jezus.
Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to tak jak dyktuje nam sumienie powinniśmy oddać swoje pieniądze na ratowanie życia dzieci w Afryce, umierających w wielkim cierpieniu z głodu i pragnienia w Nepalu i innych miejscach. A w konsekwencji – oddając je – „nic byśmy nie mieli”, w każdym razie nic ponad to, co nam niezbędne, ponad minimum.
Kto tak robi?
Tak przecież ma obowiązek postąpić każdy chrześcijanin!

To jednak rodzaj odwagi przyznać się, że się widzi i rozumie ten problem. W pewnym stanie świadomości – posiadanie wielu dóbr wymaga usprawiedliwienia, usprawiedliwienia moralnego, choćby przed sobą. Byli jednak i są ludzie bardzo zamożni, wykorzystujący tę swoją pozycję dla dobra wielu innych. Powtórzę jednak, iż nie jest zasługą „nic nie mieć”, czyli być w takim samym opłakanym stanie, jak ludzie potrzebujący pomocy; by pomagać, trzeba „mieć” i dobrze to wykorzystywać. Jest to sprawa pewnego indywidualnego wyboru, przyjęcia osobistej postawy moralnej a co za tym idzie i pewnej osobistej odpowiedzialności moralnej.

Zdanie powyższe, zacytowane i wyróżnione kolorem czerwonym, jest wyrwane z kontekstu długiej wypowiedzi. Wypowiedział je kiedyś prezes PIS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”. Było to raczej stwierdzenie marginalne, bo nie dotyczyło zasadniczego tematu rozmowy. Zdanie jest logiczne i słuszne. Jak już stwierdziłem – jest w pewnym sensie odważne.
Opisuje obiektywną rzeczywistość, oczywistość. Jest to stwierdzenie oczywistości...


Mądrość, uczciwość, inteligencja – jest także niestety jak się okazało dobrem rozłożonym dość nierównomiernie w naszym świecie. Natychmiast po tym wywiadzie rzuciła się na to internetowa hołota, robiąc z tego jakąś „ikonę antykaczyzmu”, traktując jako szydercze motto wielu wypowiedzi krytycznych. Dlaczego? Zrozumieli to „jakoś inaczej”? Nie potrafię tych napaści zrozumieć, ani tym bardziej wyjaśnić – czymkolwiek innym, niż szajba, oszołomstwo, zwyrodnienie społeczne, „mowa nienawiści” albo po prostu czysta nienawiść wyrażająca się także i w mowie, mania prześladowcza, nerwica lękowa, podłość, złośliwość, zawziętość, agresywność, zaślepienie ideologiczne… Jak fala z przepełnionego szamba – rozlały się w różnych mediach i kontekstach idiotyczne cytaty tego zdania, choćby w blogu Renaty Rudeckiej Kalinowskiej z miejsca zwanego w Internecie żartobliwie „Salonem”, cytaty traktujące je – nie wiem doprawdy: jako nieprawdziwe, czy może niesłuszne? Cytat ten – widocznie kompletnie przez ludzi prymitywnych niezrozumiany – stał się mottem jadowitych wypowiedzi osób najwyraźniej cierpiących na jakiś poważny uraz psychiczny, wywołujący osobistą i nieuzasadnioną nienawiść do jej autora – Jarosława Kaczyńskiego.
A może odwrotnie; cytat doskonale rozumiany jest dowodem jego „przestępstwa” polegającego na publicznym nazwaniu tego, co było dotychczas publicznie skrywane, objęte zmową milczenia tych wszystkich co „mają”…?

Może „wina” Kaczyńskiego polega tu ich zdaniem na „zdradzeniu tajemnicy” egoizmu ludzkiego – będącej jednak przecież banalną „tajemnicą poliszynela”… Skoro polska rzeczywistość podzielona została na dwa światy; elitę wierną Tuskowi-zawsze zwycięzcy, lojalną wobec niego za przywileje i korzystającą z tego bez żadnych skrupułów, oraz dużo większą „resztę” która ma „jakoś sama sobie poradzić” – elita nie życzy sobie podnoszenia tak dla niej niewygodnej kwestii moralnej?
Nie ma to przecież tym bardziej charakteru własnej deklaracji ideologiczne lub „życiowej” autora a – zwykłego stwierdzenia faktu, marginalnej uwagi o czymś oczywistym…

Pan Jarosław Kaczyński nazwał tu jednak uczciwie i trafnie problem po imieniu; posiadanie wielu dóbr wymaga rozwikłania konkretnego konfliktu moralnego; często ludzie po prostu oszukują sami siebie by nie odczuwać dyskomfortu. Jak to czuje Donald Tusk lub jego ministrowie paląc najdroższe cygara sprowadzane dla niego przez ambasadę z Kuby za pieniądze podatników, albo pijąc wino, którego jedna butelka kosztuje tyle, co miesięczna pensja polskiego robotnika – tego nie wiem. Generalnie nie uważam, by w gronie osób prywatnych ktokolwiek miał prawo oceniać czy napiętnować kogokolwiek innego niż siebie pod tym względem, bo chodzi właśnie o dylemat moralny; dylemat każdego, kto posiada cokolwiek i jest świadomy moralnie.
Wiara z wszystkimi jej dylematami rozgrywa się przecież także w ciszy, indywidualnie pomiędzy człowiekiem a Panem i Nauczycielem.

21/07/2014

Mafijne zachowania elity władzy, pogarda dla Polski, przekręty podatkowe osób publicznych – mają być tajemnicą państwową!

Jak łatwo było się domyślać – minister sprawiedliwości bezczelnie wyłgał się od jaskrawej i całkiem jednoznacznej odpowiedzi na pytanie – czy konkretne działania ABW i prokuratury w redakcji Wprost były legalne. Nie jest przy tym do końca jasne – czy ABW wykonywała polecenia prokuratury, czy odwrotnie; prokuratorzy (a było ich we Wprost łącznie aż sześciu) działali podobno na zlecenie ABW. NP. poseł Wipler, który był w redakcji w tym czasie, jako świadek wydarzeń twierdzi jednak, że to oficerowie ABW wydawali polecenia prokuratorom oraz, że widział jak funkcjonariusze ABW bili i szarpali redaktora Latkowskiego. 

W raporcie ministra sprawiedliwości Biernackiego dla premiera Tuska, działania te zostały określone jako „mało profesjonalne i nieroztropne”. To już jest wyraźną krytyką, bo tego typu służba nie ma prawa działać nieprofesjonalnie i nieroztropnie; pytanie jednak było inne: czy były one zgodne z prawem.
Minister Sprawiedliwości bardzo krytycznie ocenił całość działań prokuratury i ABW w redakcji „Wprost” a czynny sprzeciw redaktora Latkowskiego – określił jako całkowicie zasadny. Stwierdził, że działania prokuratury i ABW mogły naruszyć tajemnicę dziennikarską, mogły naruszyć zasadę wolności słowa i wolności wypowiedzi gwarantowaną przez Konstytucję. Próbę kopiowania całych dysków kilku komputerów w redakcji uznał za sprzeczną z kodeksem postępowania karnego.
Oznacza to po prostu w praktyce, że zdaniem ministra sprawiedliwości prokuratura i ABW złamała obowiązujące prawo podczas interwencji w redakcji Wprost. Minister tego jednak „ostrożnie” nie powiedział.
Szef ABW tłumaczy się teraz naiwnie, że „jego funkcjonariusze tylko wykonywali polecenia prokuratorów”. Czyli – słynne już od czasu procesu w Norynberdze „myśmy tylko wykonywali rozkazy”.
Prokurator Generalny Andrzej Seremet nie widzi natomiast żadnej niewłaściwości ani błędu prokuratorów podczas napaści jego podwładnych na redakcję tygodnika.
Były Szef ABW – Barcikowski określił działania tej służby we „Wprost” jako kompromitację. Stwierdził, że były one godne raczej Straży Miejskiej w miasteczku powiatowym – a nie ABW.
Powróćmy jednak do pytania: Czy prokuratorzy i ABW działali w zgodzie z prawem?
Pytanie jest formalne i w gruncie rzeczy retoryczne, bo wszyscy widzący zdjęcia i filmy z redakcji (dziś na stronie Wprost jest ok. 30 nowych zdjęć) – doskonale wiedzą, że nie. Premier także doskonale to wie, jak można przypuszczać tylko ze względów formalnych potrzebuje „podkładki” w postaci „opinii zewnętrznej” na ten temat.

Zarzutem dotyczącym tych nagrań jest, że są „nielegalnym podsłuchem”, czyli zostały wykonane nielegalnie. To jest odrębna kwestia, zupełnie nie mająca związku z ich znaczeniem dowodowym, gdyż nielegalność sposobu zdobycia dowodów na inne działania bezprawne – nie znosi w obecnym stanie prawnym ich „siły dowodowej”. „Nielegalnie” zebrane dowody nie przestają być dowodami, stwarzają po prostu dwie odrębne kwestie prawne: to przestępstwo – o którym same świadczą, oraz to – w jaki sposób te dowody zostały zdobyte.
Pan Belka ani pan Sienkiewicz a już tym bardziej pan Nowak – nie mówiliby tego, co mówili i co zostało nagrane – gdyby wiedzieli, że są nagrywani. To nie był ich świadomy występ publiczny do mikrofonu a wręcz przeciwnie; czuli się swobodnie i mówili to, co rzeczywiście myślą o Polsce, o innych politykach, o demokracji i o opozycji – po prostu byli tam naprawdę sobą. Nagrania – choć być może dokonane nielegalnie – pokazują jednak pełną prawdę o nich, o ludziach władzy z PO, są dowodem świadczącym o całej klasie politycznej, ale w tym przypadku szczególnie i konkretnie Platformy Obywatelskiej. Mówią też prawdę o Unii Europejskiej. Nagrania są cenne w sensie poznawczym, bo przedstawiają prawdę a prawda pozostaje przecież prawdą – nawet wtedy, gdy ujawnia się ją „nielegalnie”. 

Osobiście – mniej mnie interesuje, kto to nagrał i zorganizował, choć to w odrębnym wątku trzeba zapewne wyjaśnić. Podkreślam: w odrębnym wątku. Tusk robi natomiast wszystko, aby sprawa okoliczności nagrania oraz osób, które je zrobiły – przyćmiła to, co najważniejsze: treść tych nagrań, haniebne postawy i wypowiedzi polityków PO zajmujących najważniejsze funkcje w państwie. Polityków rządu Donalda Tuska.

Oceniając to, należy wziąć pod uwagę, że działania te choćby nielegalne – przyczyniły się do ujawnienia innych działań nielegalnych, do ujawnienia prawdy. Niejednokrotnie okazuje się, że w pewnych sprawach nie da się inaczej dotrzeć do prawdy jak podsłuchując, filmując ukrytą kamerą itp. i zasada ta jest na co dzień stosowana przez służby oraz przez dziennikarzy tzw. śledczych. Temu służą również przeróżne manipulacje funkcjonariuszy śledczych podczas prowadzenia różnych spraw.
Rząd jest właśnie w trakcie wprowadzania do prawa przepisu zabraniającego ujawniania dowodów zebranych nielegalnie, na przykład poprzez podsłuch, dlatego w najbliższej przyszłości nie będzie już możliwości oficjalnego opublikowania tego typu nagrań lub filmów, choćby nawet nie wiadomo jak skandaliczne zachowania w kręgach władzy one dokumentowały, a więc – co oczywiste – uprzedzona o nagrywaniu lub filmowaniu – władza nigdy nie pokaże swojego prawdziwego oblicza, takiego jak zachowania i słowa Nowaka, Belki czy Sienkiewicza.

Wracając jednak do wypowiedzi byłego Szefa ABW p. Andrzeja Barcikowskiego; oceniając obecne działania służby powiedział on coś niezmiernie ważnego. Powtórzę tu, iż stwierdził on, że w ma ogromne pretensje do prokuratury, że w ogóle wykorzystuje Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego do tego typu zadań, jak przeszukanie w redakcji w poszukiwaniu nielegalnych nagrań. Jego zdaniem ABW jest powołana do prowadzenia działań w sprawach kontrwywiadu, działań antyterrorystycznych oraz ochrony tajemnic państwowych a nie działań „policyjnych”.
Potwierdził, że funkcjonariusze ABW nie mogli odmówić wykonywania poleceń prokuratora, ale jednocześnie stwierdził, że takimi zadaniami powinna zajmować się Policja, natomiast ABW może i powinna oczywiście analizować wyniki i materiały zdobyte przez Policję pod względem kontrwywiadowczym – ale w innym trybie a nie szarpiąc się z dziennikarzami, wyrywając im z rąk laptopy itp.
Powtórzę jeszcze raz: ABW jest powołana do prowadzenia działań w sprawach kontrwywiadu, działań antyterrorystycznych oraz ochrony tajemnic państwowych.
 
Wygląda więc na to, że ze skandalicznego zachowania i haniebnych słów prezesa Narodowego Banku Polskiego, ministra spraw wewnętrznych, byłego już ministra transportu – chciano uczynić tajemnicę państwową, uprawniającą do użycia w akcji ABW.

Zdaniem Donalda Tuska – widocznie tajemnicą państwową powinno pozostać, że Minister Transportu, wobec którego toczy się sprawa o zatajenie korzyści majątkowych w postaci zegarka o wartości ok. 50.000 zł (cały dochód z dwóch lat pracy przeciętnego pracownika w Polsce), w nagranej rozmowie prosi innego wysokiego urzędnika państwowego o pomoc w zneutralizowaniu kontroli skarbowej działalności gospodarczej swojej żony (wzięty i bardzo znany gabinet dentystyczny – przynoszący same straty!) i boi się, że rachunki żony będą równolegle porównywane (krosowane) z jego rachunkami, przyznaje się do ukrycia 50.000 dochodu, czyli krótko mówiąc zachowuje się jak zwykły przestępca podatkowy. Otrzymuje odpowiedź swojego rozmówcy, że kontrola skarbowa została zablokowana; cóż to jest – jak nie mafia? Klika? Sitwa?

Największą tajemnicą państwową jest jednak to, że jak mówi prezes Polskiego Banku Centralnego p. Belka – polska istnieje tylko teoretycznie a praktycznie już nie istnieje, większość naszych banków jest w obcych rękach i to jest ceną za „cośtam”, suwerenność Polski to „srenność” czyli głupi, naiwny wymysł w patriotycznym stylu PIS a poza tym – dyktuje za pośrednictwem ministra – premierowi rządu warunki, pod jakimi NBP może wziąć udział w finansowaniu deficytu budżetowego tak, by rząd mógł przed wyborami nie robić koniecznych cięć w wydatkach publicznych, by mógł oszukiwać nadal społeczeństwo co do stanu finansowego państwa a to wyłącznie po to, by za wszelką cenę wygrać najbliższe wybory parlamentarne i nie dopuścić pod żadnym pozorem do władzy partii opozycyjnej (PIS). Warunki te są następnie dokładnie realizowane; usuwany jest niewygodny minister finansów, wprowadzane są oczekiwane przez NBP zmiany w ustawach…
To są „tajemnice państwowe” chronione w redakcji „Wprost” przez ABW! Największą tajemnicą państwową jest prawda o Platformie Obywatelskiej!

Ta totalitarna władza zrobi wszystko, by ukrywać przed społeczeństwem rzeczywisty stan państwa tak, by jak najdłużej być przy władzy i korzystać z tego dla zaspokojenia swoich własnych interesów i dla zapewnienia sobie nietykalności, bezkarności. Po nas – choćby i potop a lepszy potop niż władza PIS. Czego się tak boi?Jaki ma to związek z katastrofą Casy C-295M, z tak zwaną „katastrofą” TU-154M… ? „Ukrytym” ministrem Tomaszem Arabskim?
Świadczą o tym wszystkim właśnie aktualnie wprowadzane przez PO zmiany w przepisach prawa.
Aż dziw bierze, że są ludzie to wspierający, broniący takich działań; choć właściwie dziwne to być dla nikogo nie powinno: i władze PRL – towarzysze partyjni z PZPR mieli swoich podłych klakierów, ślepych sługusów i potakiwaczy – skwapliwie wyciągających brudne łapska po każdą nagrodę i przywilej za wierną służbę totalitarnej władzy. Tak jest i dziś, tym bardziej w polskiej „gospodarce rynkowej”…

12/04/2014

Gdzie ci politycy, prawdziwi tacy…

W wyborach prezydenckich jakie odbędą się w Ukrainie w maju, obywatele mają w sposób demokratyczny wybrać przywódcę, który „na fali Majdanu” uporządkuje państwo i wprowadzi je na drogę zasadniczych reform, mających zbliżyć Ukrainę do europejskich standardów.
Nie jest wykluczone, że część obywateli zupełnie inaczej widzi tam rolę prezydenta i kierunek zmian.
Chodzi mi jednak o to, że do wyborów stanęło tam 46 kandydatów na prezydenta, zarejestrowanych przez Komisję Wyborczą. Trzeba przyznać, że jak na polskie warunki jest to liczba szokująco wysoka. Jeszcze bardziej szokuje ona, gdy wziąć pod uwagę, że aby zostać oficjalnym kandydatem na prezydenta, trzeba w odpowiednim terminie dostarczyć do Komisji Wyborczej komplet wymaganych dokumentów a także wpłacić na konto Komisji odpowiednią kaucję pieniężną, wynoszącą obecnie dwa miliony (2.000.000,00) hrywien, co obecnie odpowiada mniej więcej 250.000 USD. Nie sądzę, by mogły to w tym akurat przypadku być tzw. „brudne” pieniądze, a więc każdy z rejestrujących się kandydatów musiał być zdolny do wykazania legalnego źródła pochodzenia tej kwoty. W Ukrainie nastąpiło zresztą coś w rodzaju „weryfikacji” czy „lustracji” osób bogatych, oligarchów i np. obecnie kandydujący Petro Poroszenko czy Julia Tymoszenko – przeszli ją pozytywnie.

Nasuwa się tu samoczynnie refleksja dotycząca wielu kandydatów do naszego Sejmu, Senatu czy nawet Parlamentu Europejskiego, dla których „pensja” parlamentarzysty PE wynosząca kilka tysięcy euro miesięcznie przez kadencję trwającą pięć lat – jest wystarczającym i jedynym tak naprawdę celem, jedyną motywacją pchającą ich do tego kandydowania. Mamy tam do czynienia jak się wydaje zbyt często ze specyficznym negatywnym kluczem wyboru kandydatów; mają się nie wtrącać, nie znać na polityce, głosować jak każe klub i „zajmować miejsce” – stąd praktyka desygnowania celebrytów, aktorów, ludzi kompletnie spoza polityki, ekonomii i administracji, których prestiż i pensja parlamentarzysty sama w sobie w pełni zadowala, więc by to uzyskać – politykom „nie przeszkadzają”.

Oczywiście wcale nie uważam, że dobrym systemem jest taki system wyborczy który preferuje głównie osoby majętne, bogaczy; może na stanowisko prezydenta kraju – tak, ale w parlamencie nie byłoby to korzystne. Skład Parlamentu powinien chyba odpowiadać przekrojowi społeczeństwa, jeśli poważnie traktować służebną rolę posła wobec środowiska jego wyborców ale i wobec całości; oczywiście służebną co do idei, postawy politycznej i społecznej, a nie – rozumianą dosłownie i bezpośrednio – jak to było za tzw. „słusznie minionych” czasów. Poseł nie ma być przecież jakimś „super-urzędnikiem” – załatwiającym konkretne, jednostkowe i banalne w skali kraju problemy obywatela, zamiast odpowiedzialnych za to urzędów i urzędników. Przypomina mi się zapamiętana w dzieciństwie opowieść, jak to towarzysz Lenin załatwił raz jednym telefonem – wóz węgla na zimę pewnemu biednemu a dzieciatemu kolejarzowi, który go prosił o pomoc, gdyż urzędnicy od aprowizacji odsyłali go ciągle z „kwitkiem”. Niestety wielu polskich polityków prezentuje podobną mentalność, choć urodzili się w czasach, gdy takich „bajek” dzieciom już nie opowiadano…

Gdy pomyśleć o polskim politycznym podwórku – od lat nasuwa to nam bardzo niedobry obraz. Wielu ludzi, zbyt wielu ludzi w Polsce musiałoby przyznać, że tak naprawdę nikt ich nigdy nie reprezentował w Parlamencie i odwrotnie; że sami nigdy nie mogli się w pełni utożsamić z żadną z istniejących sił politycznych a co za tym idzie – nie mieli na kogo głosować w wyborach powszechnych. Jeśli nawet czasem głosowali – to przeciw tym których uważali za skrajnych przeciwników swoich poglądów politycznych czy wręcz interesów a nie – by poprzeć w pełni akceptowaną kandydaturę, opcję, linię programową, ideologię itp.
Zastanawia mnie – gdzie się podziewają coroczni absolwenci politologii w tym kraju. Wiadomo, że w ubiegłym roku nieco ponad 3700 z nich zarejestrowanych było jako bezrobotni, w Powiatowych Urzędach Pracy. Wykształcenie wyższe w kierunku politologii jest dziś skrajnie „odległe” od tak zwanego „rynku pracy”, który żadnym rynkiem przecież nie jest. Jednocześnie bezpośrednio w naszym „życiu politycznym” widzimy w zasadzie stały, stosunkowo niewielki jak na prawie czterdziestomilionowy naród „zestaw” przewijających się przed kamerami ludzi, przynajmniej wyglądem nieraz jedynie zbliżonych do homo sapiens. Tak jak i w PRL, za rządów PO polityka jako zajęcie objęta jest jakimś odium nieuczciwości, cynizmu, chciwości, zakłamania, draństwa, sprzedajności i sobiepaństwa. Dlaczego wykształceni politolodzy często bywają bezrobotni lub jeśli pracują – to w sklepach warzywnych lub na zmywakach w KFC – natomiast komentowaniem wydarzeń politycznych w „mediach” czyli działalnością opiniotwórczą zajmują się bardzo młodzi ludzie o „dziwnie znanych” nazwiskach, czasem po policealnym studium dziennikarstwa a czasem i nie, dla których największy problem w pracy, to nie – zrozumieć i wyjaśnić czytelnikom i słuchaczom zawiłości, przyczyny i skutki wydarzeń politycznych a – trzymać się faktów i zmieścić się w ramach podstawowej poprawności gramatycznej i ortograficznej.

Trudno mi sobie wyobrazić, by większość młodych ludzi wybierała studia politologiczne bez zamiaru zajęcia się działalnością polityczną w przyszłości, po prostu na tej zasadzie, że skoro stale brak reprezentacji pewnych opcji politycznych w życiu tego kraju – to należy je stworzyć dla siebie i obywateli i wyborców tego szukających; życie podobno nie zna próżni i jeśli powstaje wyraźna „luka” – powinna być zapełniona… Powinna. Któż miałby to zrobić jeśli nie politolodzy. Dlaczego więc nie robią tego a zostają bezrobotnymi…
W Polsce powinno tętnić intensywne życie polityczne, aktywizujące społeczeństwo i poszukujące najlepszych rozwiązań, ktoś powinien czegoś chcieć, do czegoś dążyć i proponować to innym… Tymczasem obserwujemy stale od lat tę samą menażerię stu czy dwustu obmierzłych gęb, drańskich mord, chłystków zgranych jak ruska talia kart, buców „niewyobrażalnie wprost chamskich”, oszustów uwikłanych w afery i aferki, nawzajem się obrażających i przepraszających, udających „niezależność” ale kurczowo trzymających się koryta. Przecież nie da się w pełni zaakceptować ani „Platformy Obywatelskiej” ani „Prawa I Sprawiedliwości”, normalność jest gdzieś pośrodku. Parafrazując ryżego „klasyka” można śmiało powiedzieć, że „polityka polska to jest dla nas jakaś narzucona nam nienormalność”.

Politycy polscy to najczęściej ludzie starsi, prezentujący też z tego powodu specyficzną i społecznie niebezpieczną „mentalność starucha”; młodzi – to durni gamonie, dorobkiewicze bez charakteru i poglądów, za to umiejący świetnie liczyć bez kalkulatora – jeszcze bardziej niebezpieczni bo nieobliczalni w swojej zachłannej głupocie; poza tym różne „dziwadła” w stylu „Sztukmistrza z Lublina”, albo cyniczni krętacze ogłupiający z natury skłonną do kontestacji wszystkiego młodzież swoimi „monarchistycznymi” teoryjkami i złotymi myślami no i całkiem nieźle z tego sobie żyjący (zamiast uczciwie pracować) – jak ten znany pajac z muszką i kapelusikiem, pozujący na „arystokrację herbową” … Ta cała cholerna ferajna; czasem współpracująca, albo „zakiwana na śmierć” we wzajemnych „dryblingach” i podchodach harcerskich, wygodnie sobie żyjąca na koszt społeczeństwa pomimo własnych, często niemałych już majątków – ulokowanych na wszelki wypadek za granicą.
Czy nie czas tę „stajnię Augiasza” przewietrzyć?!

Dziś wielu Polaków patrzy protekcjonalnie, z góry – na Ukraińców, co najwyżej jak na ubogich krewnych z prowincji. Obawiam się jednak, że gdy tak dalej będzie i nic się tu nie zmieni – że to oni właśnie pod przywództwem Prezydent Julii Tymoszenko i partii „Ojczyzna” bardzo szybko zreformują i unowocześnią swój kraj, korzystając efektywnie z pomocy UE i z własnych zasobów materialnych i ludzkich, także i z krytycznej analizy tych błędów jakie myśmy popełnili w czasie naszej „reformy ustrojowej” i później. Ukraina ma spory problem, jak wyjść z systemu oligarchicznego i z azjatyckiej kulturowości a my przecież dopiero ten „system oligarchiczny” tworzymy – dzięki „ideologii chciwości” Platformy Obywatelskiej, ze sporymi sukcesami dla jej „elity”. Ministrowie budują sobie pałace z organami w salonie, posiadłości na wielohektarowych działkach, choć do ukraińskich oligarchów im jeszcze dość daleko…

Polska powinna zacząć pilnie i rzetelnie w sposób świadomy kształcić swoich przyszłych polityków, kandydatów na przyszłych parlamentarzystów i wyższych urzędników państwa. Praktyka wskazuje, że kierunek politologii powinien zostać w tym celu zreformowany w ten sposób – by go połączyć z ekonomią (ekonomia polityczna) oraz z kierunkiem administracji państwa, by uczelnie takie kładły nacisk również na kulturę ogólną, na rzetelną znajomość historii i „głównych” języków obcych, oraz by wolność polityczna mogła być praktycznie realizowana. Nikt w tym kraju nie powinien móc twierdzić, że „nie ma na kogo głosować” – jak dziś mówi prawie połowa obywateli.

Jak to kiedyś śpiewała Danuta Rinn: „… gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, … orły, sokoły, bażanty; gdzie ci mężczyźni, na miarę czasów: gdzie te franty – gdzie…”
Ja bym to dziś odniósł najbardziej do mężczyzn – polityków.

15/02/2014

Młodzi Polacy nie znają normalności np. w sprawach pracy.

Od dawna zadziwia mnie zachowanie ludzi młodych w związku z sytuacją na – tak teraz zwanym „rynku pracy”, czyli – w związku z zatrudnieniem.
Całkiem też niedawno dopiero dotarło do mojej świadomości, że oto mamy nowe pokolenie urodzone już po umownej dacie 1989 roku, poszukujące dziś zatrudnienia; pokolenie ludzi już dorosłych, którzy nigdy nie widzieli i nie odczuwali normalności w sprawach pracy zarobkowej.
A cóż to jest normalność…

Zdaję sobie sprawę że wchodzimy tu w obszary dziś dyskusyjne, bynajmniej nie tak oczywiste. Mało tego; rozumiem, że czasy i realia w sposób naturalny zmieniają się i muszą się zmieniać, dlatego nie odnoszę tego sformułowania do jakichś dawnych szczegółów a raczej do ogólnych zasad które uważam za uniwersalne i w tym znaczeniu ponadczasowe, niezależne od upływu czasu.
Ludzie ci – od kiedy stali się świadomi, zwłaszcza od kiedy w ich świadomości pojawiła się informacja, iż rodzice czy opiekunowie tylko czasowo zapewniają im utrzymanie i przyjdzie taki moment, gdy trzeba będzie stać się samodzielnym finansowo, do czego potrzebna jest zazwyczaj jakaś własna praca zarobkowa – widzieli tylko to co widzimy teraz; sferę zatrudnienia zdominowaną niepodzielnie przez pracodawców ustalających zasady i łamiących bezkarnie obowiązujące prawa; zamiast rzeczywistego rynku pracy – swoisty targ „niewolników” bez prawa głosu i alternatywy; totalne bezprawie z pełnym błogosławieństwem władzy, nastawionej na służenie wyłącznie przedsiębiorcom w jakimś szalonym syndykacie biznesowo-politycznym pod parasolem ochronnym Platformy Obywatelskiej; ogromną jak na warunki lokalne sferę gospodarki nielegalnej, nieujawnionej, uchylającej się od wszelkich obowiązków finansowych wobec państwa i wobec ludzi zatrudnianych – i to wyłącznie w imię maksymalizacji własnego zysku oszusta udającego w ten sposób przedsiębiorcę.

To jednak szokujące spostrzeżenie, że wszystko to co dla osób starszych jest ewidentnym i oczywistym złamaniem prawa, wypaczeniem, antyspołecznym egoizmem, oczywistą nienormalnością – dla wspomnianych osób młodych jest jedynym światem im znanym. Jedynym i z tego powodu – normalnym, choć dość trudnym, mało przyjaznym. By rozpoznać nienormalność trzeba przecież mieć świadomość jakiejś alternatywy; tak jak zło jest definiowalne jedynie jako przeciwieństwo dobra i odwrotnie, tak i nienormalność jest możliwa do zrozumienia gdy istnieje wiedza o normalności. Co więcej – być może to właśnie jest prawdziwym i tak skrzętnie ukrywanym przez pracodawców powodem gremialnego odmawiania zatrudnienia ludziom starszym, z grupy wiekowej określanej jako „50+”; pracodawcy zgodnie i od początku odmawiają podania przyczyny „niezatrudniania z zasady” ludzi starszych a powodem być może jest właśnie to, że ci starsi znają i pamiętają normalność w zatrudnieniu, dlatego wpędzają współczesnych wyzyskiwaczy w poczucie niepewności i winy; dużo łatwiej jest przecież cynicznie oszukiwać i wykorzystywać tego, kto sobie ze swojej straty nie zdaje sprawy, bo „od zawsze” tak samo był traktowany…

Skoro ludziom młodym brak wiedzy o istocie tego wypaczenia – jedyną dla nich alternatywą staje się ucieczka choćby do nieco lepszego świata, czyli emigracja zarobkowa lub nawet wynarodowienie. By z wypaczeniem walczyć, trzeba sobie z niego zdać sprawę a to oznacza widzenie alternatywy, co jest przeciwstawne rezygnacji, ucieczce, emigracji.
Może to właśnie jest kluczem do dzisiejszego milczenia ludzi młodych, braku ich sprzeciwu; powodem zadziwiającej wstrzemięźliwości i ugodowości ludzi młodych wobec tego stanu i postępującego bezprawia w sprawach zatrudnienia.
Pisałem o tym już niejednokrotnie, np. w felietonie pt. Dlaczego baran nie beczy…?

A przecież przyczyna jest tu dość banalna i możliwa do usunięcia; trzeba tylko odsunąć od władzy tę opcję polityczną i odrzucić jej ideologię, choćby w najbliższych wyborach parlamentarnych.  
Jednak ludziom młodym wtłoczono też do głów absolutnie błędne przekonanie, że współczesne rządy nie są już polityczne, ideologiczne; że wszelka ideologia polityczna skończyła się na upadku PZPR i „wyprowadzeniu sztandaru” a dziś działaniami rządu kieruje już nauka, wiedza, bezwzględne zasady ekonomii, które nie podlegają polityce i muszą być takie jakie muszą być… nawet wręcz; że to rząd podporządkowuje się dziś zasadom naukowym a nie wstępnym założeniom ideologicznym.

To oczywista bzdura gdyż ekonomia jest za natury nauką polityczną a więc założenia pewnej ideologii zawsze są u podstaw stosowanych rozwiązań ekonomicznych, z całym szacunkiem dla ich naukowych zasad i wartości. Inaczej – ekonomia daje naukowe narzędzia do zrobienia prawie wszystkiego co się chce, do tego lub owego a to co będzie wybrane do wykonania, do czego owe narzędzia zostaną użyte – zależy od politycznego założenia wstępnego czyli od ideologii danej władzy. Oczywiście w ramach jakiejś poprawności naukowej eksperymentalnie czy historycznie potwierdzonej.

I my, osoby starsze doskonale to rozumiemy; my wiemy że Polska nie musi być taka jak teraz, że może być inna; wcale nie ułomna, nie gorsza a po prostu inna, na przykład – bardziej ludzka, bardziej sprawiedliwa, praworządna i pozwalająca żyć w niej każdemu na miarę jego możliwości fizycznych czy intelektualnych. Zależy to tylko od działających tu sił politycznych czyli od ludzi aktywnych, posiadających wiedzę i motywację a ostatecznie realizuje się – w wyborach parlamentarnych.
Polska polityka – ograniczona przez wspomniane wyżej bariery swoistego „totalitaryzmu” PO udającego prawa ekonomii – jest jednak zredukowana do pewnej stałej grupy, od lat nie zmieniającej się (jeśli nie liczyć prorokowanego przez ministra Sikorskiego „dorżnięcia watahy”).

Z tego celowego ideologicznego zacieśnienia horyzontów wywodzi się i znana „wojna polsko – polska” i promocja „mowy nienawiści” zapoczątkowana przez PO w czasach PIS-PO w obronie nienaruszalności „tajemnicy” swojej ideologii a nawet faktu jej istnienia, i zabetonowanie sceny politycznej w absurdalnej wojence między PO a PIS, wojence na słowa, na prowokacje, na wybryki ludzi – a nie na programy polityczne i pomysły ekonomiczne; skoro ideologia PO jest nienaruszalna i utajniona – politycy mogą się tylko walić po ryjach, kopać po kostkach, obrażać i przepraszać – bo tylko to nie narusza „generalnej linii partii” – PO, która zastąpiła w tym totalitarnym „klinczu” dawną PZPR.

Sytuacja na „rynku pracy” może się zmienić, gdy tylko zmieni się ideologia władzy, ale PO nie jest w stanie zmienić swojej ideologii no i wcale tego nie chce, dlatego młodzi ludzie, w tym te tysiące młodych bezrobotnych politologów muszą przedstawić jakąś alternatywę dla ideologii PO, w ramach PO albo poza nią. W innym wypadku – będzie po prostu kontynuacja; emigracja, degradacja, dalsza segregacja na „elitę” i „śmieci”…

O wspomnianej „normalności w zatrudnieniu” napiszę oddzielnie, gdyż jest to obszerny temat.
Skłania mnie do tego przegląd nieporadnych pytań i haseł wpisywanych przez ludzi w okienko wyszukiwarki Google, świadczących o całkowitym ich zagubieniu w obecnej rzeczywistości pracy; powodem jest tu oczywiście wspomniany właśnie brak wiedzy o normalności, generalne niezrozumienie wynikające z powszechnej dziś rozbieżności pomiędzy prawem a rzeczywistością.

17/01/2014

Bezrobocie dewastuje psychikę, wyniszcza osobowość, robi z ludzi socjopatów i alkoholików.

Jest po prostu przerażające, że bezrobocie może być wywoływane celowo, dla osiągnięcia jakiegokolwiek efektu ekonomicznego. W wypowiedziach ekonomistów czasem odzywa się taki właśnie instrumentalny stosunek do tego problemu, co jest godne najwyższego potępienia, bo ekonomia powinna przecież być nauką humanistyczną, stale widzącą człowieka z jego uwarunkowaniami i potrzebami, działającą dla jego dobra i służącą mu (co bynajmniej nie oznacza „koncertu spełnionych życzeń”, bo sam człowiek czasem działa wbrew sobie).
Powinno to być karane tak jak ludobójstwo, jak użycie broni masowego rażenia czy innych środków technicznych lub organizacyjnych masowej eksterminacji. Jednak – jakie zagrożenie – taka powinna być i obrona. Zdaniem niektórych - gdyby to było możliwe, wszystkich „banksterów” oraz wypaczonych teoretyków antyhumanistycznych teorii ekonomicznych – igrających z życiem zwykłych ludzi należałoby po prostu bezceremonialnie postawić pod najbliższą ścianą…, jak Rumuni – swojego tyrana w grudniu 1989 roku.
Na szczęście to możliwe nie jest; prawdziwe przyczyny nie dadzą się tu tak łatwo spersonifikować, ale ludzie walczący o swoje życie, doprowadzeni do skrajnej rozpaczy – nie będą się tym tak bardzo przejmować. Zrozpaczeni ludzie są nieprzewidywalni.
„Polityka” (o ile tak to umownie nazwiemy z obrazą prawdziwego znaczenia tego pojęcia) prowadzona dziś przez Donalda Tuska i jego koalicjantów prowadzi wprost do realizacji takiego scenariusza.

Dopóki ludzkość nie wymyśliła innego mechanizmu swojego funkcjonowania, niż traktowanie wartości pracy człowieka jako miernika jego dostępu do środków pozwalających zaspokajać jego potrzeby życiowe, kulturalne itp. – praca, możliwość wykonywania odpłatnej pracy najemnej – jest podstawą egzystencji większości ludzi. Skoro życie wymaga posiadania środków możliwych do zdobycia poprzez pracę, praca MUSI być dostępna dla każdego kto chce lub musi pracować i zarabiać w ten sposób na zaspokojenie swoich potrzeb. Po prostu; ogranicza to w jakimś sensie gospodarkę, ale ograniczenie to nie ma obecnie żadnej alternatywy; alternatywą taką nie jest z pewnością to, by po prostu nie było możliwości zarobienia na przysłowiowy chleb, by nie było pracy lub innej formy legalnego i społecznie akceptowalnego zdobycia pieniędzy „na życie”. Ograniczenie wynika z tego, że praca ludzka autentycznie przestaje być niezbędna w tak powszechnym wymiarze i rozumieniu jak dotychczas, praca jest zastępowana np. rozwojem techniki (automatyki, cybernetyki), ale z drugiej strony popyt na pracę MUSI być utrzymywany – właśnie dla zachowania realizacji wspomnianej zasady ekwiwalentu pieniądza i pracy. Określając to lapidarnie – praca tymczasem jest potrzebna „do zarabiania” a zarabianie – niezbędne do życia.

Można dziś stworzyć ogromne fabryki w takim stopniu zautomatyzowane, że obywające się bez setek czy tysięcy zatrudnionych tam dawniej ludzi wykonujących niegdyś pracę, jaką teraz mogą wykonywać automaty; stawia to jednak pytanie, czym państwo ma zastąpić pracę tych ludzi jaka była dla nich „sposobem na życie” i jednocześnie metodą na zdobycie pieniędzy (zapłaty za pracę) niezbędnych do życia. Otóż dziś brak jeszcze odpowiedzi na pytanie, co miałoby – zamiast pracy – wygenerować ów zarobek, dochód pozwalający ludziom zaspokajać choćby podstawowe swoje potrzeby; niewielu ludzi stawia to pytanie a znakomita większość – udaje konsekwentnie, że takiego problemu nie ma, porzucając niejako osoby pozbawione pracy na pastwę biedy i upadku. Jak wynika z pobieżnej choćby znajomości historii, zawsze prowadzi to i musi prowadzić do wybuchu niepokojów społecznych, zamieszek, protestów, rewolucji, wojny, strat, zniszczeń i ofiar – jednak „autorzy” takiej sytuacji, jednocześnie ci których obowiązkiem było do tego nie dopuścić – zazwyczaj nie ponoszą ujemnych tego skutków. Niczym nie ryzykują, więc nic nie robią…

Niektóre społeczeństwa wysoko cywilizowane wypracowały coś na kształt „zamiennika” popytu na pracę, w postaci rodzaju odszkodowania dla obywateli za brak zatrudnienia – w postaci łatwo dostępnego „zasiłku” dla niepracujących, w wysokości porównywalnej z normalnymi ich dochodami, pozwalającego w miarę normalnie żyć przez okres braku zatrudnienia.
To być może rozwiązuje problem materialny, jednak nie przeciwdziała niszczącemu działaniu braku pracy jako „sensu życia”. W naszym kraju zasiłek dla bezrobotnych jest bardzo trudno dostępny, statystycznie otrzymuje go ok. 15% osób zarejestrowanych jako bezrobotne, jego okres wypłacania niezależnie od powodzenia w „pośrednictwie pracy” nie przekracza w zasadzie sześciu miesięcy a wysokość zasiłku jest po prostu śmieszna w porównaniu z minimalnymi kosztami życia.
Tak zwany „przeciętny człowiek” nie ma jakichś szczególnych zainteresowań lub pasji. Jego życie wypełnia w przeważającej części najpierw nauka a potem praca zarobkowa oraz rola członka rodziny, współmałżonka czy partnera w związku tworzącym wspólne gospodarstwo domowe, rola rodzica wobec własnych lub przysposobionych dzieci. Na inne sprawy nie pozostaje już wiele czasu; w najlepszym wypadku – jakieś małe hobby (kolekcjonerstwo, modelarstwo), kibicowanie jakiejś dziedzinie sportu, odbiór programu telewizyjnego… Egzystencja kogoś takiego wprost i bez reszty zależy od zdolności do zarabiania pieniędzy, gdyż wszystko to co powyżej wymieniłem – związane jest z ponoszeniem kosztów, przynajmniej przez wiele początkowych lat (w przypadku utrzymania i kształcenia swoich dzieci). Zarabianie pieniędzy – w związku z taką charakterystyką osoby „przeciętnej” czyli znakomitej większości ludzi – odbywa się poprzez pracę najemną, sprzedawanie swojej pracy. Brak zatrudnienia powoduje całkowite załamanie całego tego układu, związane często z rozpadem rodziny, rozpadem więzi międzyludzkich, bezdomnością, upadkiem moralnym, ucieczką w „znieczulenie” jakim jest przynajmniej początkowo – alkoholizm.
Człowiek przeciętny bez pracy – traci sens istnienia, istnienia ujętego w ramy powyżej przedstawionej „przeciętności”. Objawia się to załamaniem relacji społecznych, wyobcowaniem, utratą celów w życiu, poczuciem bezsensu – powiązanego często z towarzyszącą bezrobociu depresją, trwałym załamaniem podstawowej samodyscypliny – powodującym utratę możliwości dostosowania się do wymogów pracy najemnej – nawet gdyby była ona dostępna. Osoba długotrwale bezrobotna w sposób trwały traci zdolność do poddania się rygorom pracy, punktualności, terminowej realizacji konkretnych zadań, poddania się zwierzchności pracodawcy i wykonywania jego poleceń itp.
Ludzie bardzo często nie zdają sobie sprawy, w jakim żyją codziennym „kołowrocie” czy „kieracie” i w jakich wzajemnych uwarunkowaniach, dlatego – gdy ich życie przebiega w sposób stały, ustalony – jest to dla nich niezauważalne, jest znośne – bo jest dla nich po prostu „naturalne”, natomiast gdyby miało to być dla nich na co dzień zauważalne – nigdy by przecież na to nie wyrazili swojej zgody. Inaczej; gdyby ludzie rozumieli – jak w rzeczywistości żyją, nigdy by nie chcieli tak żyć. Otóż destrukcyjne działanie bezrobocia objawia się między innymi także i w tym, że pozwala ono w pełni zrozumieć to uwarunkowanie, pozwala spojrzeć na siebie „z boku” – dając krytyczną wiedzę, stawiając wiele pytań egzystencjalnych, ale jednocześnie – nie dając żadnej alternatywy, żadnej odpowiedzi. Bezrobocie to dezintegracja osobowości, w sposób bezlitosny obnażająca wszystkie braki i słabości człowieka. Ale ludzie przecież nie są i wcale nie muszą być „ideałami”. Znakomita większość ludzi po prostu nie ma co robić w życiu, choć często odczuwają pragnienie bycia szczególnie potrzebnym, wartościowym, robienia czegoś ważnego. Czymś takim był dla nich dotychczas „etos pracy” który im odebrano. A praca najemna dla uzyskania środków na swoje potrzeby (w tym i np. potrzeby dzieci) – to ich życie wypełniała i sprawiała im satysfakcję, dawała im poczucie wartości i spełnienia przypisanej im roli.
Człowiek bez pracy traci motywację do wysiłku, także nawet podstawowego wysiłku fizycznego, przez co traci podstawową kondycję fizyczną, zapada na choroby wynikające z braku aktywności fizycznej, np. choroby krążeniowe, nadwagę, utratę masy mięśniowej. To z kolei wywołuje schorzenia ortopedyczne. Medycyna obserwuje to na przykład w środowisku osób kończących aktywność zawodową i przechodzących na emeryturę, bo takich badań w grupie osób pozbawionych zatrudnienia chyba jeszcze nie prowadzi się. Innym problemem jest niewłaściwe odżywianie – spowodowane skrajną biedą wynikającą z długotrwałego bezrobocia, brak wielu podstawowych składników odżywczych i postępujące skutki tego w dłuższym okresie.
Długotrwała depresja sama w sobie powodująca zagrożenie życia poprzez bardzo silne czasem tendencje autodestrukcyjne (uporczywe myśli samobójcze), powoduje zaburzenia pamięci, zaburzenia snu i tzw. zegara biologicznego, utratę zdolności do skupienia uwagi, trwałe ograniczenie zdolności zapamiętywania i przyswajania informacji. Charakterystyczne jest tu także szczególne wyobcowanie społeczne, poczucie napiętnowania zarówno bezrobociem jak i chorobą, zrywanie wszelkich więzi, także emocjonalnych i uczuciowych, jakby wyjałowienie człowieka z jego człowieczeństwa, odrętwienie, ucieczka w osamotnienie – jeszcze bardziej utrudniająca powrót do życia i pracy.

Rolą władzy demokratycznie postawionej przez społeczeństwo ponad jednostką, jest umożliwić realizację praw każdej jednostki pomimo występujących tu konfliktów; jedynie czynnik stojący ponad prawami jednostki może zapewnić równość w sensie społecznym.
W tej sprawie widzę dwie możliwości: tak sterować gospodarką (polityką gospodarczą) by zachowywać maksymalny popyt na pracę ludzką, utrzymując bezrobocie na takim poziomie przy którym w zasadzie każdy kto chce – może pracować i zarabiać przynajmniej na poziomie określonego ustawowo minimum, lub też – nie oddziaływać w taki sposób na gospodarkę lecz zabezpieczać wystarczające środki z zasobów społecznych na rekompensatę utraconych zarobków wszystkim osobom pozbawionym przez taką „politykę gospodarczą” zatrudnienia i płynących z niego dochodów, umożliwiając im życie na normalnym dla nich poziomie (przy ich zawodzie i typowych związanych z nim zarobkach) – bez pracy.  
Niestety władza nie robi dziś ani tego, ani tamtego; władza po prostu porzuciła cześć społeczeństwa, skazała ją na upadek, spisała na straty, skazała na śmierć, często wcześniej – haniebną wegetację na śmietnikach. To niedopuszczalne i dłużej się tego tolerować nie da: potrzebna jest radykalna zmiana i to możliwie jak najszybciej; mam nadzieję, że odbędzie się ona w sposób przynajmniej cywilizowany…
Trzeba zrobić wszystko, by ludzie od których będzie zależał wybór kolejnej władzy, rozumieli swój interes i swoje potrzeby, stawiając je na właściwym miejscu zamiast ideologicznego zacietrzewienia i zadowalania się pustymi obietnicami.

30/11/2013

Nazwa „Solidarność” – zobowiązuje do solidarności. Solidarności silnych ze słabymi.

Jak było wtedy z tą solidarnością – dowiadujemy się dopiero teraz.
Nawet ja – będąc członkiem Związku od początku, dopiero dziś dowiaduję się ze współczesnych opowieści osób organizujących pierwszy strajk w Stoczni i strajki „solidarnościowe” w innych zakładach, że „Solidarność” – tej prawdziwej solidarności musiała się wówczas dopiero z trudem uczyć. I to uczyć się na błędach. Dotyczy to szczególnie Wałęsy, ale przecież nie tylko jego…
Nazwa związku nawiązywała do takiego sposobu działania i współpracy pomiędzy organizacjami zakładowymi, gdy wielkie zakłady pracy, mające bardzo liczne załogi – działają jawnie i czynnie, wysuwając żądania pracownicze wobec władzy, również dotyczące pracowników innych, mniejszych zakładów lub nawet generalnie – pracowników w ogóle, a te małe zakłady – które nie byłyby w stanie strajkować skutecznie – zapewniają poparcie tym wielkim, biorą udział w manifestacjach, w działaniach informacyjnych, tworząc tę „masę” wsparcia społecznego – z którą każda władza będzie musiała się liczyć i wręcz – od której każda władza zależy.

Początkowo być może tak to funkcjonowało na fali wielkiego zrywu społecznego, dzięki temu „Solidarność” powstała jako oficjalna, legalna dziesięciomilionowa organizacja i odniosła wielki sukces. Stan wojenny wiele jednak zmienił, związek odbudowany ku wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu dawnych czołowych działaczy ledwie wówczas wypuszczonych z miejsc internowania, reaktywowany nagle i niespodziewanie podczas załamywania się władzy PZPR, gdy osłabione zostały już rygory stanu wojennego – nie był tym samym związkiem ani personalnie, ani ideowo. Późniejsze przemiany gospodarcze dowiodły, że poszczególnym organizacjom zakładowym trudno już się nieraz dogadać, wręcz mnożyły się przypadki konfliktu pomiędzy „Solidarnością” w jednym zakładzie pracy czy branży a „Solidarnością” w innych zakładach lub branżach; wąsko pojmowane interesy załóg lub grup zawodowych okazywały się ważniejsze niż wspólna solidarna walka o wspólne dobro. To zresztą było nieuniknione w coraz bardziej komplikującym się świecie gospodarki rynkowej – w porównaniu z – pod tym względem prostszym – zunifikowanym światem centralnie planowanej gospodarki państwowej.

Wszystko wskazuje więc na to, że związek „Solidarność” musi uczyć się solidarności nadal.
Dziś Solidarność programowo działa w interesie pracowników. Zajmuje się głównie warunkami pracy, prawem pracy itp. a więc sprawami dotyczącymi osób aktualnie pracujących, zrzeszonych w zakładowych organizacjach związkowych. Jedną z form działania był udział reprezentacji związkowej w pracach tak zwanej Komisji Trójstronnej której przewodniczy Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak Kamysz. Komisja zajmuje się debatą nad propozycjami rządowych zmian np. projektem ustawy o zmianie ustawy Kodeks Pracy – dotyczących tzw. „elastycznego czasu pracy” oraz wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy. Zmiany te zostały wprowadzone pomimo wielu zastrzeżeń związkowych, gdyż opinie ZZ nie są dla władzy zobowiązujące. Wszystko wskazuje na to, że dla władzy a konkretnie dla Ministra Kosiniak Kamysza atrapa komisji trójstronnej była jedynie platformą propagowania rozwiązań rządowych, miejscem gdzie próbowano przekonać związkowców do proponowanych zmian, na zasadzie nie dialogu a pewnej zorganizowanej „promocji” projektów rządowych, które wprowadzano niezależnie od stanowiska związkowego, co najwyżej uznając, że promocja się nie powiodła i związkowcy do rozwiązań rządowych nie dali się przekonać, Ale władza tak czy inaczej – wprowadziłaby te zmiany, realizując swoją założoną wcześniej politykę; politykę służenia biznesowi w ramach wzajemnej solidarności. Bo po tamtej stronie mamy też „Solidarność”: solidarność polityki i biznesu.

Odnosi się od dawna wrażenie, że już sama nazwa „komisja trójstronna” jest mylącym nadużyciem, gdyż w komisji tej spotykały się w istocie dwie strony: wspólna reprezentacja dużych central związkowych jako jedna strona – z syndykatem polityczno – biznesowym zwanym „rząd i stowarzyszenia pracodawców” – jako stroną drugą. W takim układzie – strona związkowa nie miała wiele do powiedzenia. Działalność takiego ciała – stała się farsą demokracji i kpiną z dialogu; zapewne głównie z tego powodu – związki zawodowe zrezygnowały z udziału w pracach Komisji Trójstronnej. Była to forma protestu. Jednak ten sztafaż jak się okazuje był bardzo potrzebny syndykatowi polityczno – biznesowemu.
Widać to w kolejnej sprawie – płacy brutto ustawowo określanej jako minimalna w odniesieniu do umów o pracę w pełnym wymiarze czasu pracy. Jeszcze nie umilkły na dobre echa żądań skandowanych przez ogromne tłumy pracowników podczas sobotniej warszawskiej manifestacji (14.09.2013) pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”, a minister Kosiniak Kamysz już ponownie zaprasza związkowców, apeluje o powrót do udziału w pracach „Komisji Trójstronnej” – by nadal udawać „porozumienie społeczne” i przy tym dzielić się ze związkami odpowiedzialnością za zmiany tak naprawdę przeprowadzane wyłącznie przez władzę. Widać tu wielkie podobieństwa do sposobów działania władzy „ludowej” za czasów PRL. Generalnie widać, jak wiele obecna władza z Platformy Obywatelskiej nauczyła się od władzy PRL-u.
Zbyt wiele.
Prawdopodobnie też i dlatego tak samo skończy…

Wracając jednak do solidarności.
Potrzeba dziś wielkiej solidarności. Solidarności ze słabymi, nie mogącymi strajkować, nie mającymi czym straszyć władzy.
Prócz pracowników wykonujących swoje zawody i zarabiających więcej lub mniej poprzez pracę, jest wielka grupa pracowników – którzy zostali pozbawieni pracy i często wypchnięci z rynku pracy totalną, bezwzględną i bezzasadną odmową zatrudnienia. Odmową przede wszystkim bezprawną, łamiącą zasady prawa. Mam na myśli tak zwanych bezrobotnych. Tych rzeczywistych bezrobotnych. To po prostu często pracownicy obecnie niezatrudnieni, gotowi natychmiast podjąć pracę nawet często za wspomniane wynagrodzenie minimalne. To ludzie z trudnością walczący o przetrwanie każdego dnia i tygodnia, pozbawieni zasiłku dla bezrobotnych a zbyt dumni by razem z ofiarami różnych patologii społecznych ubiegać się o pomoc państwa w ośrodkach pomocy społecznej. To pracownicy z długim nieraz stażem, których zwolniono podczas upadłości zakładów pracy, przy prywatyzacji, redukcji zatrudnienia, restrukturyzacji przedsiębiorstw lub zwolniono (pozbyto się) wbrew prawu ze względu na wiek i teraz również wbrew obowiązującemu prawu odmawia się im zatrudnienia – pod różnymi pozorami lecz w rzeczywistości także ze względu na wiek. mam na myśli pracowników, dziś bezrobotnych w wieku po 50 roku życia.
Jeśli mamy nadal mówić o solidarności pracowniczej – NSZZ „Solidarność” musi ich także objąć swoimi działaniami. Dość lekceważenia bezrobotnych 50 plus!

Nie było, nie ma i nigdy nie będzie zgody na poświęcanie kilkudziesięciu tysięcy czy kilkuset tysięcy ludzi na poniewierkę, cierpienie fizyczne i psychiczne i wreszcie na śmierć na przysłowiowych lub rzeczywistych śmietnikach! To hańba Donalda Tuska i jego rządu Platformy Obywatelskiej! Przy dalszej bezczynności może to być także hańba „Solidarności”!

Nic nie wskazuje na to, by władza sama chciała rozwiązać ten problem; władza jest zresztą po części zakładnikiem lobby biznesowego a ono nie widzi w tym żadnego problemu. Niestety podobnie nie można liczyć na ewentualny rząd powstały z innych ugrupowań politycznych, chwalących liberalizm nawet wówczas gdy odebrał on kilkuset tysiącom ludzi ich wszystkie prawa, bo przecież odmowa prawa do pracy jest równoznaczna praktycznie z odmową wszelkich innych praw, z powodów finansowych i innych wywodzących się z następującej przez to nędzy.
Szczególnie i przewodząca dziś w sondażach poparcia społecznego partia Jarosława Kaczyńskiego nie wykazuje żadnego zainteresowania tym problemem, prawdopodobnie dlatego, że podporządkowana jest osobiście samemu Prezesowi PIS – całkowicie wyobcowanemu społecznie, nie mającemu pojęcia o realiach i kosztach codziennego życia, normalnych potrzebach człowieka czy rodziny, sprawiającego wrażenie – że zajmuje się wyłącznie „robieniem polityki” a ktoś inny mu wszystko kupuje, gotuje, sprząta, pierze, płaci rachunki za prąd, gaz czy ogrzewanie i dlatego Pan Prezes Kaczyński nie ma świadomości, że wszystko to wymaga PŁACENIA a to płacenie wymaga ZAROBIENIA a zarabia się w większości przypadków w pracy najemnej… czyli, że człowiek pozbawiony pracy – JEST POZBAWIONY WSZYSTKIEGO!
Jest pozbawiony przez społeczeństwo wszelkich praw w imię „liberalizmu”.

Dowód na trafność takich wniosków Pan Prezes dał sam, wybierając się kiedyś „oficjalnie” w towarzystwie kamer i współpracowników do „sklepu osiedlowego” (podobno chodziło o „Biedronkę”) – by udowodnić, jaka w kraju jest drożyzna a zapominając przy tym zabrać pieniędzy na te zakupy oraz nie mając świadomości, że „Biedronka” jest wielką siecią sklepów najtańszych…

Nie ma innych sił zainteresowanych, dlatego jeśli NSZZ „Solidarność” nie podejmie natychmiast tematu bezrobocia pracowników wieku 50+ moim zdaniem przestanie być godna swojej nazwy i swojego rodowodu! Starsi pracownicy pozbawiani pracy są najsłabszym podmiotem w społeczeństwie. Konieczne jest włączenie problemu bezrobotnych z tej grupy do zainteresowania Związków Zawodowych w imię solidarności pracowniczej.

Najbardziej istotne w tej sprawie jest to, że chodzi tu o pracowników pozbawionych pracy, których spotyka z niewiadomych powodów odmowa zatrudnienia. To nie są jacyś „inni ludzie” albo zwierzątka a pracownicy ze stażem ponad 25 lat, których nagle zwolniono a następnie zaczęto odmawiać im zatrudnienia oraz realnej pomocy ze strony Urzędu Pracy. Dlatego należy traktować ich jak pracowników czasowo niezatrudnionych i objąć ich potrzebną pomocą w ramach solidarności pracowniczej, pomocą sprowadzającą się do wystąpienia silnych organizacji do władz z żądaniami natychmiastowego rozwiązania tego problemu. W innym wypadku – NSZZ „Solidarność” – zajmując się tylko interesami tych co już pracują, są członkami związku i płacą stosowne składki – okryje się hańbą tak samo jak władza, która doprowadziła do takiej tragicznej sytuacji.

25/10/2013

„… Za to, żeście nadzy, za to żeśmy winni, obojeście umrzeć powinni…”

Dotarło do mojej świadomości zadziwiające zjawisko, z tych które da się dostrzec i zrozumieć jedynie z pozycji osoby bezpośrednio zaangażowanej…
Ostatecznie to naturalne, że rozwijamy się poprzez doświadczenia życiowe i ten proces rozwoju, jak wznoszenie się w górę, poszerza nasze pole widzenia czy przestrzeń odczucia, jakby coraz odleglejszy horyzont. Nie dość jednak, że są ludzie na to odporni, to jeszcze na dodatek wcale nie działa to tak automatycznie; rozwój często nie jest dość równomierny, by umożliwił efekt wznoszenia się na wyższy poziom, poszerzenia granic, doskonalenia człowieczeństwa. Mam na myśli równowagę bądź jej brak – pomiędzy rozwojem wiedzy a rozwojem człowieczeństwa. Bo wbrew temu co głoszą skrajni materialiści – wiedza (w znaczeniu oficjalnie naukowym) nie jest człowieczeństwem. Podobnie i uczucie, intuicja, współczucie – bez wiedzy są jedynie częścią tego, co nazywamy człowieczeństwem.

Niestety wiele wskazuje na to, a w szczególności obserwacja własnego życia, że człowiek może w pełni zrozumieć jedynie to – co leży z obszarze jego bezpośredniego doświadczenia. Doświadczenie daje wiedzę a jednocześnie może otwierać człowieka w pełni na współczucie – dając w wyniku cechę zwaną empatią.
Uważam, że jedynie wzrost empatii – jest rozwojem człowieczeństwa.
Sama wiedza – nie wystarczy. Empatia to umiejętność zrozumienia uczuć innego człowieka, jego odczuć, motywacji, postaw, decyzji – które nigdy przecież w praktyce nie wynikają wyłącznie z obiektywnej wiedzy naukowej. Często nie są obiektywne ani optymalne, ale nie mogą być inne, bo są kształtowane także przez jego przeżycia, własne doświadczenia i wyciągnięte z nich niegdyś wnioski, poziom samooceny, stopień ambicji i stopień ich realizacji, charakter, cechy charakterologiczne związane z płcią, doraźną sytuacją materialną i rodzinną i tak dalej.

Empatia – to w rzeczywistości miłość.
Miłość do człowieka, do ludzi. I nie tylko do ludzi. Oczywiście nie mam na myśli miłości „erotycznej” a raczej to, co kierowało czynami wielu dobroczyńców posługujących innym ludziom potrzebującym pomocy – z humanistycznej miłości, przy okazji często i nieprzypadkowo nacechowanej wartościami chrześcijańskimi.
Przykład – Matka Teresa z Kalkuty opiekująca się trędowatymi, przekonana że w ten sposób „pomaga Jezusowi” i namawiająca wszystkich spotykanych ludzi do tego samego. Potrafiła dość przypadkowych ludzi, przyjezdnych, naukowców ekspertów od epidemii przybyłych z USA i rozmawiających ze sobą o sposobach pomocy potrzebującym – zaangażować do pędzla i wapna, mówiąc: możecie gadać, ale jednocześnie pobielcie mi wapnem tę izbę dla trędowatych, pomóżcie Jezusowi…
Można zrozumieć drugiego człowieka tylko przez miłość, posługującą się także sprawdzoną wiedzą. To spostrzeżenie bardzo ogólne…

W praktyce człowiek rozumie to, co sam przeżył. I poprzez odwrócenie tego twierdzenia – nie jest w stanie zrozumieć tego, czego nie przeżył, z czym się osobiście i bezpośrednio wprost nie zetknął.
Tak tylko chyba można wyjaśnić wspomniane na wstępie, zadziwiające zjawisko jakie stało się udziałem wielu ludzi w tym kraju: NIENAWIŚĆ DO BIEDNYCH.
Nienawiść, zniecierpliwienie, wyższość, lęk…
Szukając źródła tego, rozważałem historię PRL; bezrobocie było marginalne, bo praca była obowiązkiem każdego obywatela zdolnego do pracy. Osoby uchylające się od podjęcia pracy były napiętnowane jako wrogowie ideowi, ale i wrogowie porządku publicznego. Osoba nie posiadająca w Dowodzie Osobistym adnotacji o miejscu pracy lub meldunku była automatycznie podejrzana w sensie kryminalnym. Bezrobotni, zwłaszcza długotrwale bezrobotni – wywodzili się z tzw. marginesu społecznego, alkoholików, kombinatorów wszelkiej maści albo ze środowiska skonfliktowanego z prawem lub z władzą (np. opozycji politycznej) – gdyż pozbawienie pracy było formą represji politycznej. W obu przypadkach – osoby bezrobotne były napiętnowane przez propagandę we wszelki możliwy sposób i to nie mogło pozostać bez wpływu na dzisiejszy stosunek ludzi do bezrobotnych. Kilkadziesiąt lat indoktrynacji społeczeństwa, wmawiania że bezrobotny to wróg publiczny, nierób, pijak i potencjalny przestępca – może się i dziś odzywać w formie negatywnego stereotypu powtarzanego ze „świętym przekonaniem” przez osoby prymitywne, niesamodzielnie umysłowo, prostackie, mało dociekliwe, skłonne do przyjmowania stereotypów albo nawet nie zdające sobie sprawy z tego, że ich „poglądy” są jedynie powtarzaniem narzuconych im stereotypów.
Czy to mogłoby być wystarczającym wyjaśnieniem wspomnianej postawy?

Nie sposób nie zauważyć, że okoliczności bezrobocia diametralnie się dziś zmieniły. Bogu ducha winni starsi ludzie są nagle zwalniani z wieloletniej pracy po czym latami odmawia im się jakiegokolwiek zatrudnienia, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia powodu. Tym powodem jest ich wiek a dokładniej jakiś stereotyp panujący wśród pracodawców na temat znaczenia wieku pracownika, idiotyczna moda na „młode, dynamiczne zespoły”; stereotyp któremu nie przeszkadza nawet to, że prowadzi bezpośrednio do bezprawia (łamania prawa pracy a w nim – zakazu nierównego traktowania kandydatów do pracy i pracowników pod jakimkolwiek względem).
Dziś bezrobotny nie pochodzi z „marginesu społecznego” a raczej to właśnie długotrwałe bezrobocie spycha go na tenże margines. Bezrobotny to ofiara kulawego „rynku pracy”,ofiara idiotycznego eksperymentu "liberalnego", nieudanej akcji szkoleń – przekwalifikowań, która zaowocowała marnotrawstwem miliardów euro pomocy unijnej a dała marginalny efekt pomocowy dla bezrobotnych (za to wielu przedsiębiorców bardzo się wzbogaciło).

Nadal jednak, jeśli ktoś sam nie znalazł się w takiej sytuacji, nie był bezrobotny, jeśli choć nie otarł się o realne zagrożenie całkowitą utratą środków niezbędnych do życia – widzi w bezrobotnych jak za PRL – ludzi którzy pracować nie chcą. Może efekt ten; efekt kilkudziesięcioletniej propagandy – dałoby się złagodzić odpowiednimi działaniami władzy, lecz władza przeważnie milczy, albo przedstawia bezrobocie jako coś nad czym nie ma kontroli, z powodu tak zwanego „kryzysu” oraz z przyczyn ideologicznych Platformy Obywatelskiej.

Powiem szczerze: wydaje się, że ta wersja z PRL – to znaczy traktowanie bezrobotnych jak marginesu społecznego – jest wygodna, bo daje oceniającym samousprawiedliwienie.
Tu nasuwa mi się jeszcze inne wyjaśnienie wspomnianego zjawiska: ludzie nienawidzą bezrobotnych z powodu… własnej bezradności.
W rzeczywistości nie mogą im pomóc – sami nie biedniejąc lub nie wchodząc w konflikt z władzą, ale przecież jakoś to muszą sklasyfikować na potrzeby swojej równowagi wewnętrznej; uczuciowej, emocjonalnej… Muszą nadać temu jakieś wyjaśnienie, usprawiedliwienie – by nie tkwić w psychicznym rozdarciu, ale tego się wyjaśnić ani usprawiedliwić nie da. Stąd efekt niechęci czy wręcz nienawiści do OFIAR, nie do sprawców – staje się jedynym psychologicznie dostępnym wyjściem. Efekt chyba podobny, jaki dotyczy ofiar gwałtu, ofiar przemocy domowej itp. To niechęć do nierozwiązywalnego dla nich problemu, który ich niepokoi, wprawia w dyskomfort, rozterkę.
Mam na myśli oczywiście osoby postronne, bo aparat urzędniczy związany z bezrobociem – od ministra pracy do pośrednika pracy w powiatowym urzędzie, uodpornił się na ten dylemat moralny w sposób doskonały, chowając się jak za tarczą – za przepisami, językiem (żargonem) urzędniczym, procedurami, swoim poczuciem wyższości oraz… zainteresowaniem jak najwyższą stopą bezrobocia, dającą im pracę (interesem).
Wydaje się oczywiste, że państwo Tuska nie spełnia tu swojej zasadniczej roli, roli pośrednika pomiędzy interesem społecznym a interesem biznesu. Wręcz – państwo to biznes. Władza – to syndykat biznesowo-polityczny ponad społeczeństwem czy może obok niego….

Taka „ucieczka w nienawiść” jest także bez wątpienia skrajnie niekatolicka w tym podobno katolickim społeczeństwie, co dowodzi pozorności tej wiary.

___________________________________________________
Tytuł – to fragment przejmującego wiersza Władysława Broniewskiego „Ballady i romanse”. Wiersz dotyczy wojny i holokaustu, ale czy nie ma tu pewnej analogii?