MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezrobocie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bezrobocie. Pokaż wszystkie posty

18/09/2014

Unia Europejska dostrzegła wreszcie konieczność odbudowy własnego przemysłu.

W lutym bieżącego roku w Krakowie odbywała się dwudniowa konferencja międzynarodowa tak zwanego „Trójkąta Weimarskiego”, to znaczy Polski, Francji i Niemiec dotycząca gospodarki tych państw, oraz całej Unii. Konferencja „Polityka przemysłowa Unii Europejskiej – gospodarczy Trójkąt Weimarski” zorganizowana z inicjatywy Prezydenta Komorowskiego miała za zadanie w sposób jaskrawy zwrócić uwagę Unii na rolę przemysłu w gospodarce. Po raz pierwszy od długiego czasu spotkali się tam politycy z najwyższych szczebli władz państw Trójkąta, eksperci, menedżerowie wielkich europejskich firm oraz działacze samorządu a myślą przewodnią konferencji była konieczność powrotu do odpowiedniego udziału przemysłu w gospodarce tych państw, jaki i docelowo w całej Unii. Wielkie międzynarodowe konferencje to jest to – co biurokracja unijna lubi najbardziej…

Pomijając jednak złośliwości dotyczące największych i poniekąd przez nikogo nie kwestionowanych wad Unii – chodziło o niezmiernie ważne zagadnienie. Polska wchodziła do Unii z przemysłem straszliwie zdewastowanym w okresie skandalicznej i dotychczas nierozliczonej (z punktu widzenia odpowiedzialności polityków), tak zwanej „transformacji” z lat dziewięćdziesiątych, choć przecież jeszcze w pierwszych latach nowego wieku odbywały się „złodziejskie” prywatyzacje bez żadnej praktyczniej odpowiedzialności, niszczenie dobrych zakładów pracy z powodów politycznych albo dla uzyskania prywatnych korzyści z tzw. masy upadłościowej. Dokonywali tego ludzie nie liczący się z niczym, a już z pewnością nie z niszczeniem popytu na pracę ludzką. Istniała prawdopodobnie jakaś „polityczna zgoda” na taką formę „bogacenia się” najbardziej bezwzględnych i przygotowanych do tego wcześniej jednostek, by stawały się „kapitalistami”. Być może było to częścią owej „transformacji”. Był to specyficzny okres, gdy nasz kraj niewiele się chyba różnił od – tak dziś pogardliwie przez wielu Polaków i Europejczyków traktowanej – Ukrainy.

Do dewastacji polskiego przemysłu najbardziej bezpośrednio przyczyniła się narzucana Polsce dzięki wykorzystaniu szczególnej sytuacji naszego kraju – jako „klienta” Unii oraz specyficznej „uległości” naszych władz – polityka odejścia od odbudowy i rozbudowy przemysłu na rzecz usług, rozwoju naukowego i innowacyjności. Ma to także zasadniczy związek z polityką „ekologiczną” Unii Europejskiej, szczególnie w aspekcie tak zwanego „globalnego ocieplenia klimatu”, czyli kwestionowanego przez wielu naukowców i ekspertów a przez innych dowodzonego rzekomo destrukcyjnego wpływu emisji gazów i pyłów związanych z przemysłem – na stabilność klimatu. Można podejrzewać, że wszystkie te hasła mniej lub bardziej odpowiadające rzeczywistości są po prostu orężem w walce największych państw, w tym i wewnątrz Unii – o dominację ekonomiczną przekładającą się na przywództwo polityczne; w szczególności dotyczy to Niemiec i Wielkiej Brytanii. W tym aspekcie zniszczenie polskiego przemysłu w wielu jego gałęziach mogło być spowodowane celowo poprzez agenturę wpływu i korupcję, by zmniejszyć konkurencję a z Polski uczynić w sposób trwały odbiorcę (nabywcę) wielu produktów przemysłowych i surowców (np. stal, papier), wytwarzanych przez wielkie niemieckie, francuskie czy brytyjskie koncerny o zasięgu globalnym, lub koncerny wschodnioazjatyckie.
Sprawa rezygnacji z przemysłu na rzecz usług a skoncentrowania produkcji w krajach azjatyckich w globalnej wizji gospodarki światowej dotyczyła przecież także USA, jednak Stany Zjednoczone szybko po pojawieniu się kryzysu gospodarczego i dużego bezrobocia rozpoczęły powrót do odbudowy własnego przemysłu już co najmniej od 2008 roku; Europa nadal jak widać nad tym debatuje…
Wspominam o tym jednak wyłącznie w aspekcie destrukcyjnego wpływu, jaki te przemiany wywarły na popyt na pracę ludzką; pracę najemną będącą przecież podstawą egzystencji także tych kilkudziesięciu milionów osób w Europie, które w wyniku tego straciły środki do życia (bezdomni, bankruci), popadły w stan skrajnego ubóstwa (bezrobotni), utraciły zdolność do normalnej egzystencji i planowania swojego życia (prekariat). Idiotyczna, biurokratyczna koncepcja możliwości „zaniku” przemysłu na rzecz usług nie sprawdziła się i nie mogła się sprawdzić. Nic nie kosztowała ona biurokratów i polityków a ludzie uzależnieni od pracy najemnej zapłacili za to bardzo często życiem, co najmniej wieloletnim cierpieniem, rozbiciem rodzin, stratą wielu lat na walkę o przetrwanie w sensie jak najbardziej fizycznym. Uważam, że wkrótce będzie musiało to być jakoś „rozliczone”, ideolodzy powinni ponieść osobistą choćby polityczną ale publiczną odpowiedzialność a osoby poszkodowane powinny uzyskać rekompensatę. W tym sensie mówi się o "odszkodowaniach za brak zatrudnienia” a nie o zasiłkach - jako pewnej formie społecznej „jałmużny”.
Unia musi prowadzić odpowiednią politykę w zakresie ograniczenia emisji CO2, ale to nie może i nie musi ograniczać odbudowy przemysłu w państwach unijnych. Odbudowa przemysłu jest warunkiem odtworzenia odpowiedniej liczby miejsc pracy a bez tego nie jest możliwe zapanowanie nad bezrobociem, sprowadzenie go do poziomu „naturalnego”.
Unia nie jest na szczęście jakimś jednolitym organizmem poddanym jednolitej kontroli i centralnemu zarządzaniu, choć w przypadku naszego kraju to może szkoda… Faktem jest, że sytuacja poszczególnych państw w Unii – zależy bezpośrednio w największej mierze od samych tych państw; od ich rządów, poziomu organizacji społeczeństwa, jakości demokracji, umiejętności konstruktywnego działania zamiast wyniszczającej wewnętrznej walki politycznej. Można spodziewać się, że w procesie odbudowy przemysłu w państwach Unii znów rozpocznie się nasilona gra interesów narodowych, mająca na celu mniej lub bardziej nieformalną dominację niektórych państw (gospodarek) nad innymi, sprowadzającą się do podziału na producentów i nabywców. W ramach Unii oczywiście jest to dopuszczalne o ile będzie miało charakter współpracy a nie bezwzględnej konkurencji, eliminacji i podporządkowania; można się „umawiać”, co do podziału produkcji w sensie jakościowym i ilościowym, ale nie kosztem całkowitego podporządkowania czy stworzenia lokalnego trwałego bezrobocia.
Bo też i kwestia popytu na pracę oraz odpowiednich kadr zaspokajających ten popyt – nie powinna nigdy już znikać z centrum uwagi decydentów, głównie władz krajowych, rządów. W Unii trzeba zabiegać o swoje, trzeba mieć własny, realny plan dotyczący własnego kraju i stanowczo zabiegać o umożliwienie jego realizacji, trzeba znać własne potrzeby i domagać się ich zaspokojenia przez wspólnotę. Unia nie znosi szantażu czy bezwzględnej konkurencji – co sprowadzałoby unię jako ideę do absurdu, ale też nie znosi członków biernych, nijakich, nie panujących nad swoją sytuacją, ciągle biednych i zagubionych, domagających się pomocy i interwencji.
Najważniejsze jest jednak to, że Unia Europejska zauważyła wreszcie potrzebę powrotu przemysłu do gospodarki, w praktyce do gospodarek poszczególnych państw. Wydaje się, że nasza pozycja w Unii odpowiednio teraz wykorzystana mogłaby zapewnić Polsce nie tylko trwałą likwidację bezrobocia, ale i szybki rozwój, gdyby ta sytuacja i te atuty zostały maksymalnie wykorzystane. Polska ma przed sobą jeszcze jedną dodatkową szansę; wkrótce odbywające się wybory samorządowe a następnie parlamentarne i prezydenckie. Czy to społeczeństwo będzie w stanie wyłonić z siebie takie siły, zdolne do pokonania nie tylko obiektywnych trudności, ale i korupcyjno-destrukcyjnego wpływu wrogiej agentury i lobbingu.


Gospodarczy Trójkąt Weimarski – sesja plenarna cz. II. Fot. PTWP (Paweł Pawłowski) 

 Strona domowa Konferencji Wejmarskiej cytuje pewne charakterystyczne wypowiedzi, zdania wygłoszone przez mówców i dyskutantów.
Dla przykładu:
Sigmar Gabriel, wicekanclerz Niemiec, minister gospodarki i technologii:
– 25 lat temu Europa była przekonana, że chemia, budowa maszyn czy hutnictwo mogą wyjść poza jej granice, a my mieliśmy zajmować się badaniami, usługami, rozwijać sektor finansowy, mając „czyste ręce”. Po latach okazało się, że przemysł można utracić szybko, a odzyskać niełatwo. Teraz dopiero pojawia się nadzieja na odzyskanie utraconych gałęzi produkcji. Przykładem może być przemysł elektrotechniczny związany m.in. z produkcją baterii i źródeł energii potrzebnych do zasilania urządzeń mobilnych czy w nowoczesnej motoryzacji.
Arnaud Montebourg, minister odnowy produkcji Francji:
– Przemysł to dziś jedynie 15 proc. unijnego PKB, przy 11-procentowym bezrobociu. Gdy my się pogrążaliśmy, USA poszły do przodu. Także państwa takie jak Japonia, Chiny, Brazylia finansowały rozwój przemysłowy, inwestycje i badania rozwojowe. (sic!) Francja ma ministerstwo odnowy produkcji.
Elżbieta Bieńkowska, wicepremier i minister infrastruktury i rozwoju RP (wówczas).
- Tylko silny przemysł da podstawę dla rozwoju gospodarki i rynku pracy w Europie. Bieńkowska. Potrzebne są jednak spójne działania wszystkich krajów członkowskich. Dyskusja na najwyższym poziomie, jakim jest forum Trójkąta Weimarskiego to dobra okazja do podkreślenia wagi tego postulatu, ale także potencjału i znaczenia Trójkąta dla funkcjonowania i spójności całej Unii Europejskiej.

Niezmiernie irytujące jest to, że takie obrady kształtujące w jakiś sposób wiążące decyzje odbywają się z całkowitym pominięciem skutku dawniejszych decyzji w postaci dramatycznych skutków bezrobocia w Europie. Bezrobocia wynikłego głównie z likwidacji milionów miejsc pracy w likwidowanym europejskim przemyśle, w produkcji. Człowiekowi który nigdy nie pracował w charakterze pracownika najemnego w zakładzie przemysłowym - łatwo jest podejmować projekty tak abstrakcyjne typu "zlikwidujmy przemysł" i nawet na myśl mu nie przyjdzie oczywisty skutek w postaci klęski bezrobocia jaki ten eksperyment musi wywołać. Wreszcie zwrócono uwagę, że wszelkie działania "pomocowe" dla bezrobotnych nic nie dadzą, gdy nie będzie się zwiększała liczba miejsc trwałego zatrudnienia w zawodach rzemieślniczych i stanowiskach produkcyjnych. O tyle można twierdzić, że działania takiego na przykład ministra Kosiniak Kamysza a zwłaszcza jego akcja autopromocyjna i propaganda (nieistniejącego) sukcesu są po prostu nieuczciwe. Bez pilnego uruchomienia działań dających bodziec do odbudowy przemysłu - dramat bezrobocia się nie skończy. Zapowiedzi takie są w obszernym programie wyborczym publikowanym przez Prawo i Sprawiedliwość. Ciekawe więc pod tym względem będzie expose pani Kopacz, reprezentującej w tym wypadku program Platformy Obywatelskiej.

29/07/2014

Wnioski z afery taśmowej: Nadchodzi czas większego niż zwykle oszustwa wyborczego.


Jak wynika z wypowiedzi osób nagranych potajemnie podczas szczerych rozmów przy stole, szczególnie ministra spraw wewnętrznych Sienkiewicza z prezesem NBP Belką – obecna władza, czyli ekipa Donalda Tuska ma zamiar robić wszystko, dosłownie jest gotowa na wszystko – by przeciwstawić się demokracji. Ma zamiar zlekceważyć wolę Polaków i pod żadnym pozorem nie dopuścić do zwycięstwa wyborczego opozycji i najdłużej jak się da utrzymywać władzę.

Nagrana i opublikowana przynajmniej w 50% rozmowa wyżej wspomnianych właśnie tego dotyczyła, choć jak można wnioskować nie była pierwszą ani ostatnią rozmową tych osób na ten temat. Pada tam stwierdzenie, że w Polsce jest bardzo poważny kryzys finansów (deficytu budżetowego), że rząd z powodów wyborczych nie chce w tym czasie przerzucać większych obciążeń na społeczeństwo – domagając się od społeczeństwa większych wyrzeczeń i ograniczeń, gdyż to spowoduje dalszy spadek poparcia a i tak poparcie dla opozycji (PIS) wynosi już 43% w sondażach CBOS (dotyczy lipca 2013). Z tego powodu rząd oczekuje pomocy od niezależnej politycznie instytucji jaką jest NBP w czasowym sfinansowaniu działań władzy zmierzających do oszukania społeczeństwa w sprawie faktycznej sytuacji finansowej państwa, sfinansowania działań dla poprawy nastrojów społeczeństwa i niedopuszczenia dzięki temu do zwycięstwa PIS Jarosława Kaczyńskiego w wyborach parlamentarnych.
Prezes Belka w odpowiedzi przedstawił swoje warunki takiej współpracy, między innymi wymianę obsady stanowiska ministra finansów poprzez zastąpienie J.V.Rostowskiego – ministrem „technicznym” – „osobą możliwą do zaakceptowania” przez NBP oraz wprowadzenie do ustaw konkretnych, podyktowanych przez NBP zmian (nowelizacji) koniecznych do realizacji uzgodnionego planu pomocy rządowi PO – zmierzającego po prostu w konsekwencji do zachowania rządów Platformy Obywatelskiej. Umowa ta najwyraźniej weszła w życie i jest najwyraźniej realizowana; minister Rostowski został zdymisjonowany i zastąpiony nikomu wcześniej nie znanym Szczurkiem, oczekiwana nowelizacja ustaw weszła właśnie w życie a rząd przejął właśnie kontrolę nad mennicą polską (drukiem banknotów i obligacji).

Jeśli więc rozpatrywany i głosowany w najbliższym czasie w Sejmie wniosek o wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska i powołanie rządu technicznego do czasu wyborów – nie zostanie przyjęty, gabinet Tuska będzie kontynuował swoją działalność – zobaczymy prawdziwy festiwal „prezentów” od władzy dla społeczeństwa, mających przekonać wszystkich, że jest dobrze, że rząd Tuska – pomimo zasadzek stawianych przez „rosyjskich agentów i kelnerów” – bardzo dobrze się sprawdza, ma dobre wyniki, że „jest dobrze a będzie jeszcze lepiej” – pod warunkiem wszakże, że do władzy nie zostanie dopuszczony PIS, że większość obywateli zagłosuje na widoczne już teraz i przyszłe sukcesy Tuska.

Oczywiście nikt tego nie będzie dokładniej wyjaśniał społeczeństwu, co napisano powyżej; że to społeczeństwo samo sfinansuje te prezenty, poprzez dodruk pustego pieniądza, wykup własnych obligacji przez państwo, kreatywną księgowość, wszelkie możliwe „cyrkowe” działania prawno-finansowe zmierzające do stworzenia mirażu sukcesu Tuska i zapowiedzi szybkiego dobrobytu po wyborach.
Nikt nie powie biednym ludziom, że to fikcja na ich koszt aby za wszelką cenę skłonić ich do niegłosowania na PIS, a po wyborach – gdy Tusk i jego drużyna znów otrzyma prawo rządzenia na kolejne cztery lata – to „teraz to benzyna może być kurwa i po 7 złotych” – jak ponoć komentował Tusk na wieść o wyniku poprzednich wyborów dających mu władzę. Bo Tuska i jego „elitę” po prostu stać na benzynę po 7 a nawet i po 17 złotych za litr… przecież kupują ją „za niczyje” czyli na koszt społeczeństwa.
Chodzi więc o to, że ta władza zyskała na czas wyborów czyli na najbliższe półtorej roku niezłe źródełko dodatkowych pieniędzy, co prawda zadłużających państwo jeszcze bardziej ale pozwalających na finansowanie działań oszukańczych, mających „przeciągnąć” w oszukańczy sposób poparcie społeczne i głosy wyborcze na stronę Platformy Obywatelskiej. Społeczeństwo musi zdawać sobie sprawę, że to oszustwo nastawione wyłącznie na niedopuszczenie do utraty władzy przez PO.

Ta gra pozorów może się objawiać w różny sposób.
Prawo i Sprawiedliwość już dawno ogłosiło swój program wyborczy, który jest dostępny publicznie … (patrz http://www.pis.org.pl/dokumenty.php)
Jak wiadomo był on przed wyborami do Parlamentu Europejskiego dokładnie analizowany przez polityków Platformy a więc niewątpliwie może następować próba przejęcia niektórych planowanych działań by „przypodobać się” potencjalnym wyborcom PIS. To oczywiście tylko pozornie, bo natychmiast po wyborach, gdyby zwycięstwo odniosła PO, działania te zostaną porzucone. Platforma nie posiada i dlatego też nie ogłosiła swojego programu wyborczego sformułowanego w tym sensie, co program PIS – stanowiący spójną całość i opis priorytetów polityki, funkcjonowania państwa, stosunku władzy do kluczowych problemów wewnętrznych i międzynarodowych.

Sprawa pracy a więc bezrobocia jest jednym z bardzo czułych punktów mających wpływ na nastroje. To oczywiste, bo praca jest dobrem podstawowym i czymś niezbędnym warunkującym możliwość i sens istnienia. Minister Pracy Władysław Kosiniak Kamysz – nieodrodne dziecko ekipy Tuska, wraz ze swoim wiceministrem-teoretykiem dr hab. Męciną – już od dawna nasilił kampanię propagandową sukcesu, czyli dezinformacji co do rzeczywistego stanu bezrobocia. Dziedzina ta także może stać się polem do wydawania „lewych” pieniędzy – jedynie w celach kampanii wyborczej. Celem będzie stworzenie zwodniczego wrażenia poprawy sytuacji „na rynku pracy”, zaszczepienie kolejny raz nadziei, że sytuacja będzie się szybko i radykalnie poprawiała – gdy tylko PO pozostanie u władzy i będzie miała szansę kontynuować swoje rzekome sukcesy.
Bezrobocie polega na zaniku miejsc pracy a ten, wynika z polityki gospodarczej PO oddawania całych gałęzi gospodarki innym krajom, likwidacji własnego przemysłu w wielu dziedzinach i zastępowanie własnej produkcji zakupem obcych wyrobów gotowych. To jest podobno ceną wejścia Polski do Unii Europejskiej, ale efektu tego nie da się usunąć żądnymi pozorowanymi działaniami uprawianymi z zapałem przez ministra pracy.
Propaganda rządowa bazuje na wskaźniku bezrobocia rejestrowanego, bo na ten wskaźnik ma bezpośredni wpływ, ale nie ma to wiele wspólnego z rzeczywistym bezrobociem a więc i rzeczywistą sytuacją ekonomiczną kilku milionów obywateli. Czyli – bazuje na liczbie bezrobotnych zarejestrowanych w Powiatowych Urzędach Pracy. Tą liczbą można łatwo w sposób administracyjny manipulować.
Tragiczna jest sytuacja szczególnie osób w wieku po pięćdziesiątym roku życia – którym się z zasady odmawia wszelkiego zatrudnienia a jeśli już, to wyłącznie na zasadach dotowanych z Funduszu Pracy i na czas określony – dokąd jest przekazywana dotacja. Od początku roku stale zwiększa się kwoty przeznaczane na dotowanie zatrudnienia czasowego osób bezrobotnych, ale to nie zmienia niczego w sytuacji bezrobocia a tylko transferuje pieniądze z Funduszu Pracy lub Skarbu państwa – do kieszeni pracodawców, oraz daje możliwość przetrwania tym bezrobotnym przez kilka miesięcy na warunkach pracy za najniższą płacę ustaloną ustawowo (prace interwencyjne) lub za równowartość zasiłku dla bezrobotnych (staże).
Walka z bezrobociem realizowana jest obecnie jedynie poprzez przeznaczanie coraz większych sum na dotowanie czasowego zatrudnienia lub staży i ta tendencja może się jeszcze bardzo nasilić w okresie wyborczym, właśnie dla poprawy wskaźnika bezrobocia rejestrowanego. To marnotrawstwo środków publicznych, bo niczego w sposób trwały nie zmienia a zasila jedynie kieszenie pracodawców. To oszustwo, gdyż bezrobotny wysłany na staż jest na czas stażu wykreślany z rejestru bezrobotnych – co faktycznie poprawia statystyki, ale pewne jest że po upłynięciu okresu stażu (wstrzymaniu dotacji) z całą pewnością powróci do rejestru bezrobotnych. Działania takie nie odnoszą więc trwałego skutku a służą wyłącznie poprawie wskaźników statystycznych oraz propagandzie sukcesu władzy.
Poza tym ministerstwo pracy dąży do zniechęcenia do rejestrowania się w urzędach pracy osób pracujących nielegalnie (tzw. „szara strefa”) i uchylających się od podatków i ZUS. W tym celu stworzono możliwość uzyskania ubezpieczenia zdrowotnego gwarantowanego przez Konstytucję, bez rejestracji w urzędzie pracy a więc – ułatwienie dla oszustów podatkowych zarabiających w „szarej strefie”, ale trzeba też wiedzieć, że „szara strefa” jest odzwierciedleniem rzeczywistego bezrobocia które z „rejestrowanego” w ten sposób stanie się „nierejestrowane” – natomiast niewątpliwie poprawi to dane statystyczne tej władzy, niczego nie załatwiając i nie rozwiązując żadnych problemów.

Całkowita bierność, znieczulica, kompletny brak rzeczywistej i skutecznej pomocy ze strony pracowników PUP, bezradność z powodu ograniczeń prawnych, biurokratyczne uzależnienie od treści głupiej ustawy – powoduje narastającą falę dobrowolnych rezygnacji z „usług” urzędów pracy, tym bardziej, że zasiłek dla bezrobotnych przysługuje w myśl obowiązujących przepisów nie więcej jak statystycznie co siódmemu zarejestrowanemu. Nie wiem czy można to zaliczyć do działań celowych, ale to także w konsekwencji poprawia statystyki – co skwapliwie wykorzystuje minister pracy w swoich propagandowych wypowiedziach na stronie MPiPS oraz wpisach na „Twitterze”, przypisując zasługę działaniu rządu, swojego ministerstwa i urzędom pracy.

Obawiam się więc, że wiele środków „dodatkowych”, uzyskanych przez rząd w wyniku porozumienia z Prezesem NBP – które najwyraźniej wchodzi pomimo „wpadki” w życie – może posłużyć takim działaniom pozornym, fałszującym a nie poprawiającym sytuację na „rynku pracy” który przecież nie jest rynkiem pracy a raczej targiem niewolników.

Ujawnienie nagrań oraz ewentualne nowe taśmy ujawniane w czasie kampanii wyborczej wskazują, że trzeba bacznie analizować każdy wybryk wyborczy PO pod względem źródeł jego finansowania.
No chyba, że w najbliższym głosowaniu większość parlamentarna przegłosuje wotum nieufności dla rządu Donalda Tuska.

22/05/2014

Pilne zadanie ludzkości; nowa ekonomia humanistyczna.

Zasadniczym problemem świata staje się problem drastycznego zmniejszania się popytu na pracę ludzką. Właśnie nie na pracę „w ogóle” a na pracę ludzką.

Problem narasta stopniowo od dawna, zwłaszcza od początku wielkiej rewolucji naukowo-technicznej zapoczątkowanej wielkimi wynalazkami technicznymi i naukowymi szybko ingerującymi w realne rozwiązania techniczne. Rozwój techniki stał się narzędziem mechanizacji i automatyzacji produkcji a co za tym idzie – zastępowania pracy ludzi – pracą maszyn. W ten sposób ubywało miejsc pracy bez żadnych ograniczeń produkcji a więc i bez strat inwestorów i przedsiębiorców tę produkcję organizujących. Nie tylko bez strat, ale i nawet z większym zyskiem finansowym, gdyż linie produkcyjne odpowiednio wyposażone dawały większą wydajność niż wyższe zatrudnienie przy wcześniejszej produkcji typu manufakturowego.

Ogromne przyspieszenie rozwoju naukowego i wynalazków znajdujących szybko swoje zastosowania w praktyce gospodarczej, w szeroko rozumianej technice spowodowało iż praktycznie produkcja w wielu dziedzinach techniki może odbywać się przy udziale niewielkiej liczby pracowników, bardziej zaangażowanych w programowanie, nadzorowanie i serwisowanie automatycznych linii produkcyjnych, niż w samą produkcję. Wszystko to staje się przyczyną narastania światowego napięcia w relacjach pomiędzy pracodawcami a pracownikami i ich reprezentacjami. Powstające w ten sposób bezrobocie rozumiane jako brak popytu na pracę ludzką powoduje protesty organizujących się pracowników tworzących związki zawodowe i ich porozumienia, grupujące nieraz bardzo wiele członków spośród pracowników aktywnych i zagrożonych utratą zatrudnienia. Powtarzają się cyklicznie protesty, z bardzo burzliwym nieraz przebiegiem, związane ze starciami z siłami porządkowymi starającymi się zapobiec im siłą – tłumacząc to „dobrem społecznym” i ochroną porządku publicznego oraz mienia. Protestujący pracownicy także powołują się na „dobro społeczne”.

Podstawą problemu – który niewątpliwie jest problemem społecznym – jest powszechna ekwiwalentność pracy i pieniądza. Każdy człowiek, by zaspokoić swoje potrzeby życiowe musi posiadać pieniądze. Źródłem tych pieniędzy jest zapłata za jego pracę; Człowiek sprzedaje swoją pracę a więc tym samym sprzedaje jakby „część siebie”, część swojego ograniczonego czasu czyli swojego życia oraz zdrowia i za to otrzymuje zapłatę, którą przeznacza na zaspokojenie swoich potrzeb – w których nie jest samowystarczalny. Zaspokajając swoje potrzeby korzysta z wyników pracy innych ludzi, którym płaci tymi właśnie przez siebie zarobionymi pieniędzmi, czyli korzysta z ich pracy a staje się dla nich źródłem ich dochodu potrzebnego im do zaspokojenia ich potrzeb. Człowiek nieustannie sprzedaje swoją pracę i kupuje pracę innych, dlatego zasada ekwiwalentności pracy i pieniądza jest powszechna i jest podstawą ekonomii. Oczywiście przedstawiam to w uproszczonym, wycinkowym stopniu przybliżenia, gdyż chodzi właśnie o ukazanie zasady ogólnej a nie szczegółów które by tu jedynie zaciemniały ten ogólny obraz.

Brak zapotrzebowania na pracę ludzką zaburza drastycznie ten mechanizm współzależności. Powoduje on narastające bezrobocie, czyli narastający brak popytu na pracę ludzką na rynku pracy. Ludzie nie mają jak zdobyć środków na zaspokojenie swoich potrzeb, gdyż nikt nie chce zapłacić za ich pracę, bo staje się ona niepotrzebna. W efekcie nie są oni zdolni kupować usług i efektów pracy innych ludzi, bo nie mają na to środków pieniężnych i to staje się powodem następczego narastania bezrobocia oraz problemów społecznych. Przedsiębiorca i inwestor który zainwestował swoje zasoby w automatyzację produkcji by zwiększyć jej wydajność a zmniejszyć koszty – między innymi poprzez zmniejszenie kosztów zatrudniania poprzez zastępowanie ludzi – maszynami czy robotami przemysłowymi – z jednej strony z łatwością osiąga swój cel doraźny, ale jednocześnie zwiększa liczbę tych, którzy w żadnym wypadku nie zakupią jego produktów, właśnie z powodu braku środków wywołanego brakiem zapotrzebowania na ich pracę, braku - który między innymi i on właśnie wywołał. Nie wystarczy przecież produkcja dla produkcji, gdy wyroby stoją w magazynach fabrycznych. Produkcja ma wartość dopiero po jej sprzedaniu. Rośnie produkcja ale przez to maleje potencjalny zbyt (zapotrzebowanie), co grozi załamaniem sprzedaży i plajtą. Oczywiście to schemat i uproszczenie, chodzi mi jedynie o ukazanie zależności. Mechanizmy te nie działają szybko i równomiernie dlatego w praktyce trudniej je zauważyć, jest to rozłożone w czasie.

Generalnie jednak wiadomo, że problem ten będzie narastał i ujawniał się z coraz większym nasileniem. Sytuacja taka w konsekwencji „budzi demony” rewolucji robotniczej, zasila ideologie nacjonalistyczne i sprzyja wszelkim radykalnym ruchom obiecującym przywrócenie „sprawiedliwości i równości”, co zazwyczaj kończy się jeszcze większą niesprawiedliwością i nierównością oraz wielkimi ofiarami ludzkimi i materialnymi.
Cóż więc można na to poradzić.

Należałoby raczej zapytać czy w ogóle można.

Wypada zauważyć, że siłą napędową procesu likwidacji miejsc pracy jest w tej początkowej fazie ludzka chciwość, zachłanność, żądza władzy i nieograniczonego bogactwa; to chyba popycha prywatnych przedsiębiorców nie tylko do wyzysku, łamania prawa pracy, oszustw podatkowych i ubezpieczeniowych, ale i do wdrażania nowych rozwiązań technicznych i automatyzacji (robotyzacji), by eliminować „czynnik ludzki”, czyli pracownika najemnego z jego potrzebami i prawami.

Obawiam się, że prywatnemu inwestorowi i przedsiębiorcy nie da się nic „nakazać” ani narzucić mu obowiązku zatrudniania. Można próbować wpłynąć na opłacalność zatrudniania takimi metodami, jak to zrobiono w ustawie o PFRON, ale to są rozwiązania możliwe do zaakceptowania jedynie w tak szczególnym przypadku w jakich je zastosowano a nie powszechnie.
Nadzieja w tym, że nie wszystko jeszcze da się produkować przemysłowo i wielkoseryjnie, poza tym jest dość obszerna sfera usług między innymi naprawczych.

Czynnikiem który jest powołany dla złagodzenia wspomnianej rozbieżności interesu doraźnego przedsiębiorcy i pracownika – jest państwo. To państwo ma stwarzać „otoczenie prawne” w którym prowadzona jest działalność gospodarcza, w tym i wielki przemysł produkcyjny i to właśnie ono ma łagodzić wspomniany konflikt. Państwo ma przy tym planować działania tak, by uwzględnić interes społeczny i skutek społeczny a nie tylko interes finansowy i gospodarczy biznesu. By tak było, państwo musi być niezależne od sfer biznesu i wielkich finansów prywatnych; musi być w równym stopniu przyjazne biznesowi jak i społeczeństwu, w szczególności jego części uzależnionej materialnie od dochodów z pracy najemnej. Państwo ma łagodzić naturalną rozbieżność interesów w tej sprawie.

Generalnie – można sobie wyobrazić dwie tendencje: sztuczne utrzymywanie potrzebnej liczby miejsc pracy, na przykład kosztem hamowania postępu technicznego nie wpływającego na jakość a wyłącznie na ilość.
Druga możliwa przynajmniej teoretycznie tendencja – to zaspokajanie podstawowych potrzeb materialnych osób pozbawionych zatrudnienia przez środki z funduszy publicznych. W tym wypadku państwo nie ingerowałoby w politykę zatrudnieniową przedsiębiorstw a jedynie zbierało od nich takie środki, by utrzymać na podstawowym poziomie osoby których przedsiębiorcy pozbawili zatrudnienia, wykorzystując do tego środki pobrane od przedsiębiorców czy to w formie podatku czy celowej składki na ten cel. Prowadzi to do destrukcji.
Trzecia ewentualność – to jest to co w wydaniu koalicji Platformy Obywatelskiej widzimy obecnie a co jest już coraz powszechniej dostrzegane i ganione: „romans z dwoma jednocześnie”, czyli udawanie walki z bezrobociem, udawanie pomocy społecznej, udawanie wolności gospodarczej i udawanie rynku pracy – a jednocześnie obok tego dyskretne gromadzenie własnych osobistych i całkiem nie udawanych majątków.

Teoretycznie można sobie na skalę globalną wyobrazić i inne „rozwiązania”; na przykład – pozostawienie ludzi pozbawionych pracy na pastwę losu i udawanie że oni nie istnieją – co napędzi z pewnością rozwój świata kryminalnego, organizacji przestępczych i wszelkiej nędzy ludzkiej, organizacji terrorystycznych i rewolucyjnych itp. – co już obserwujemy globalnie, albo też zlikwidowanie bezrobocia poprzez zlikwidowanie całej „bezużytecznej” nadwyżki populacji ludzkiej, tak by pozostałym żyło się długo i przyjemnie (depopulacja). A to można osiągnąć poprzez wywołanie ograniczonej wojny nastawionej głównie na „straty ludzkie” a nie na straty materialne, poprzez użycie broni biologicznej, chemicznej lub neutronowej. Są tacy którzy twierdzą, jakoby to właśnie już się zaczęło… pod postacią rzekomego „planu globalnej depopulacji”.
Jedno jest pewne: przed ludzkością stoi wielki problem do rozwiązania: problem ekwiwalentności pracy i pieniądza.
Nauka, w szczególności ekonomia jako nauka społeczna powinny pilnie szukać tu rozwiązania, zanim nie jest jeszcze zbyt późno…

13/05/2014

Pluralizm - tak, ale to co niegodziwe – nigdy nie jest słuszne.

Każdy, przynajmniej w sensie prawnym a w sensie zdolności umysłowych – no może prawie każdy – może dziś założyć jakieś stowarzyszenie, fundację czy NGO zajmującą się promowaniem jakichś pomysłów, poglądów, rozwiązań organizacyjnych lub wręcz ideologicznych, świadczeniem jakichś usług typu „pomocowego” itp. Na przykład – Polsko Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego. Pluralizm światopoglądowy, wolność polityczna – oznacza właśnie gwarancję takiego prawa. Nieliczne wyjątki od tej zasady wolności ściśle określają ustawy i Konstytucja.
Czy to miałoby oznaczać – że skoro każdy może mówić lub pisać – to każdy ma rację? Przede wszystkim – podlega to dowolnej ocenie odbiorcy.

Odbiorcy, słuchacze, obserwatorzy – albo przyjmują to co im zostało przedstawione gdy mieli takie samo zdanie lub mieli inne lecz zmienili je pod wpływem tego co im zostało przedstawione, albo też to odrzucają; stwierdzają po prostu iż mają inne zdanie i pozostaną przy swoim, ale nie odbierają autorom prawa do ich poglądu, albo też zaczynają aktywnie zwalczać pogląd odmienny od swojego. Generalnie – wolność wymaga przecież funkcjonowania rzeczywistej zasady uznawania prawa innych do ich odmiennego zdania i dotyczy to nie tylko piszących ale i czytających; nie tylko mówiących ale i słuchających. Interwencji wymagają tylko przypadki niedemokratycznego narzucania, wymuszania, szantażu czy terroru.

Odbiorca, słuchacz czy widz stykający się z cudzymi poglądami ma prawo bezwzględnie oceniać głównie szczerość i autentyczność poglądów czy intencji a nie ich „zawartość”. O zawartości – może po prostu powiedzieć „zgadzam się” albo „bzdury” i z tego nic nie wynika. Nic prócz jego indywidualnej oceny. Wyrażenie swojego zdania zawsze jest przecież w jakiejś kontrze do zdania odmiennego co nie znaczy, iż wyrażanie go nie ma przez to sensu. Z demokratyczną tolerancją powinny spotykać się głównie autentyczne i rzeczywiste poglądy; pogardzamy zazwyczaj ludźmi-chorągiewkami, koniunkturalizmem, cynikami starającymi się tylko „skutecznie namieszać” w jakikolwiek sposób – jak ten fircyk i pajac w tużurku i z muszką, żerujący na buntowniczości młodzieży i „nagłym oświeceniu” obszczymurków po kolejnym piwku wyżebranym pod sklepem.
Poglądy dzielą się więc na „godziwe”, gdy – niezależnie jakie są i czego dotyczą są autentyczne, rzeczywiste i autoryzowane, oparte na żywym, choćby i błędnym przekonaniu, oraz „niegodziwe” w przypadku przeciwnym.
W zgodzie z tą zasadą – nieuczciwa prowokacyjna szuja nigdy nie będzie miała racji, cokolwiek by nie twierdziła.

Jednym z przejawów takiej niegodziwości jest uporczywe udawanie niezrozumienia podstawowych definicji lub pojęć. Na przykład – pojęcia „bezrobocie” – co jest tym bardziej irytujące im większym problemem to bezrobocie się staje dla danego społeczeństwa lub dla jednostki. prowadzi to do absurdalnych twierdzeń o „dobrowolnym bezrobociu” co jest sprzeczne wewnętrznie a jedynie ma jątrzyć, prowokować, obrażać. Ponadto należy do nich świadome przekręcanie intencji czyichś stwierdzeń, nierzetelność w doborze cytatów i ich przytaczaniu itp.

Pojęcie „edukacja” użyte w nazwie fundacji ma przecież swoją wymowę i zobowiązuje. Edukacja jest moim zdaniem zaprzeczeniem indoktrynacji, agresji ideologicznej, bezwzględnie wymaga obiektywizmu i rzetelności przekazu.
A jeśli jakaś organizacja stosuje indoktrynację ideologiczną, manipulację relacjami i cytatami
– to nazwijmy ją przynajmniej „po imieniu”.

12/04/2014

Gdzie ci politycy, prawdziwi tacy…

W wyborach prezydenckich jakie odbędą się w Ukrainie w maju, obywatele mają w sposób demokratyczny wybrać przywódcę, który „na fali Majdanu” uporządkuje państwo i wprowadzi je na drogę zasadniczych reform, mających zbliżyć Ukrainę do europejskich standardów.
Nie jest wykluczone, że część obywateli zupełnie inaczej widzi tam rolę prezydenta i kierunek zmian.
Chodzi mi jednak o to, że do wyborów stanęło tam 46 kandydatów na prezydenta, zarejestrowanych przez Komisję Wyborczą. Trzeba przyznać, że jak na polskie warunki jest to liczba szokująco wysoka. Jeszcze bardziej szokuje ona, gdy wziąć pod uwagę, że aby zostać oficjalnym kandydatem na prezydenta, trzeba w odpowiednim terminie dostarczyć do Komisji Wyborczej komplet wymaganych dokumentów a także wpłacić na konto Komisji odpowiednią kaucję pieniężną, wynoszącą obecnie dwa miliony (2.000.000,00) hrywien, co obecnie odpowiada mniej więcej 250.000 USD. Nie sądzę, by mogły to w tym akurat przypadku być tzw. „brudne” pieniądze, a więc każdy z rejestrujących się kandydatów musiał być zdolny do wykazania legalnego źródła pochodzenia tej kwoty. W Ukrainie nastąpiło zresztą coś w rodzaju „weryfikacji” czy „lustracji” osób bogatych, oligarchów i np. obecnie kandydujący Petro Poroszenko czy Julia Tymoszenko – przeszli ją pozytywnie.

Nasuwa się tu samoczynnie refleksja dotycząca wielu kandydatów do naszego Sejmu, Senatu czy nawet Parlamentu Europejskiego, dla których „pensja” parlamentarzysty PE wynosząca kilka tysięcy euro miesięcznie przez kadencję trwającą pięć lat – jest wystarczającym i jedynym tak naprawdę celem, jedyną motywacją pchającą ich do tego kandydowania. Mamy tam do czynienia jak się wydaje zbyt często ze specyficznym negatywnym kluczem wyboru kandydatów; mają się nie wtrącać, nie znać na polityce, głosować jak każe klub i „zajmować miejsce” – stąd praktyka desygnowania celebrytów, aktorów, ludzi kompletnie spoza polityki, ekonomii i administracji, których prestiż i pensja parlamentarzysty sama w sobie w pełni zadowala, więc by to uzyskać – politykom „nie przeszkadzają”.

Oczywiście wcale nie uważam, że dobrym systemem jest taki system wyborczy który preferuje głównie osoby majętne, bogaczy; może na stanowisko prezydenta kraju – tak, ale w parlamencie nie byłoby to korzystne. Skład Parlamentu powinien chyba odpowiadać przekrojowi społeczeństwa, jeśli poważnie traktować służebną rolę posła wobec środowiska jego wyborców ale i wobec całości; oczywiście służebną co do idei, postawy politycznej i społecznej, a nie – rozumianą dosłownie i bezpośrednio – jak to było za tzw. „słusznie minionych” czasów. Poseł nie ma być przecież jakimś „super-urzędnikiem” – załatwiającym konkretne, jednostkowe i banalne w skali kraju problemy obywatela, zamiast odpowiedzialnych za to urzędów i urzędników. Przypomina mi się zapamiętana w dzieciństwie opowieść, jak to towarzysz Lenin załatwił raz jednym telefonem – wóz węgla na zimę pewnemu biednemu a dzieciatemu kolejarzowi, który go prosił o pomoc, gdyż urzędnicy od aprowizacji odsyłali go ciągle z „kwitkiem”. Niestety wielu polskich polityków prezentuje podobną mentalność, choć urodzili się w czasach, gdy takich „bajek” dzieciom już nie opowiadano…

Gdy pomyśleć o polskim politycznym podwórku – od lat nasuwa to nam bardzo niedobry obraz. Wielu ludzi, zbyt wielu ludzi w Polsce musiałoby przyznać, że tak naprawdę nikt ich nigdy nie reprezentował w Parlamencie i odwrotnie; że sami nigdy nie mogli się w pełni utożsamić z żadną z istniejących sił politycznych a co za tym idzie – nie mieli na kogo głosować w wyborach powszechnych. Jeśli nawet czasem głosowali – to przeciw tym których uważali za skrajnych przeciwników swoich poglądów politycznych czy wręcz interesów a nie – by poprzeć w pełni akceptowaną kandydaturę, opcję, linię programową, ideologię itp.
Zastanawia mnie – gdzie się podziewają coroczni absolwenci politologii w tym kraju. Wiadomo, że w ubiegłym roku nieco ponad 3700 z nich zarejestrowanych było jako bezrobotni, w Powiatowych Urzędach Pracy. Wykształcenie wyższe w kierunku politologii jest dziś skrajnie „odległe” od tak zwanego „rynku pracy”, który żadnym rynkiem przecież nie jest. Jednocześnie bezpośrednio w naszym „życiu politycznym” widzimy w zasadzie stały, stosunkowo niewielki jak na prawie czterdziestomilionowy naród „zestaw” przewijających się przed kamerami ludzi, przynajmniej wyglądem nieraz jedynie zbliżonych do homo sapiens. Tak jak i w PRL, za rządów PO polityka jako zajęcie objęta jest jakimś odium nieuczciwości, cynizmu, chciwości, zakłamania, draństwa, sprzedajności i sobiepaństwa. Dlaczego wykształceni politolodzy często bywają bezrobotni lub jeśli pracują – to w sklepach warzywnych lub na zmywakach w KFC – natomiast komentowaniem wydarzeń politycznych w „mediach” czyli działalnością opiniotwórczą zajmują się bardzo młodzi ludzie o „dziwnie znanych” nazwiskach, czasem po policealnym studium dziennikarstwa a czasem i nie, dla których największy problem w pracy, to nie – zrozumieć i wyjaśnić czytelnikom i słuchaczom zawiłości, przyczyny i skutki wydarzeń politycznych a – trzymać się faktów i zmieścić się w ramach podstawowej poprawności gramatycznej i ortograficznej.

Trudno mi sobie wyobrazić, by większość młodych ludzi wybierała studia politologiczne bez zamiaru zajęcia się działalnością polityczną w przyszłości, po prostu na tej zasadzie, że skoro stale brak reprezentacji pewnych opcji politycznych w życiu tego kraju – to należy je stworzyć dla siebie i obywateli i wyborców tego szukających; życie podobno nie zna próżni i jeśli powstaje wyraźna „luka” – powinna być zapełniona… Powinna. Któż miałby to zrobić jeśli nie politolodzy. Dlaczego więc nie robią tego a zostają bezrobotnymi…
W Polsce powinno tętnić intensywne życie polityczne, aktywizujące społeczeństwo i poszukujące najlepszych rozwiązań, ktoś powinien czegoś chcieć, do czegoś dążyć i proponować to innym… Tymczasem obserwujemy stale od lat tę samą menażerię stu czy dwustu obmierzłych gęb, drańskich mord, chłystków zgranych jak ruska talia kart, buców „niewyobrażalnie wprost chamskich”, oszustów uwikłanych w afery i aferki, nawzajem się obrażających i przepraszających, udających „niezależność” ale kurczowo trzymających się koryta. Przecież nie da się w pełni zaakceptować ani „Platformy Obywatelskiej” ani „Prawa I Sprawiedliwości”, normalność jest gdzieś pośrodku. Parafrazując ryżego „klasyka” można śmiało powiedzieć, że „polityka polska to jest dla nas jakaś narzucona nam nienormalność”.

Politycy polscy to najczęściej ludzie starsi, prezentujący też z tego powodu specyficzną i społecznie niebezpieczną „mentalność starucha”; młodzi – to durni gamonie, dorobkiewicze bez charakteru i poglądów, za to umiejący świetnie liczyć bez kalkulatora – jeszcze bardziej niebezpieczni bo nieobliczalni w swojej zachłannej głupocie; poza tym różne „dziwadła” w stylu „Sztukmistrza z Lublina”, albo cyniczni krętacze ogłupiający z natury skłonną do kontestacji wszystkiego młodzież swoimi „monarchistycznymi” teoryjkami i złotymi myślami no i całkiem nieźle z tego sobie żyjący (zamiast uczciwie pracować) – jak ten znany pajac z muszką i kapelusikiem, pozujący na „arystokrację herbową” … Ta cała cholerna ferajna; czasem współpracująca, albo „zakiwana na śmierć” we wzajemnych „dryblingach” i podchodach harcerskich, wygodnie sobie żyjąca na koszt społeczeństwa pomimo własnych, często niemałych już majątków – ulokowanych na wszelki wypadek za granicą.
Czy nie czas tę „stajnię Augiasza” przewietrzyć?!

Dziś wielu Polaków patrzy protekcjonalnie, z góry – na Ukraińców, co najwyżej jak na ubogich krewnych z prowincji. Obawiam się jednak, że gdy tak dalej będzie i nic się tu nie zmieni – że to oni właśnie pod przywództwem Prezydent Julii Tymoszenko i partii „Ojczyzna” bardzo szybko zreformują i unowocześnią swój kraj, korzystając efektywnie z pomocy UE i z własnych zasobów materialnych i ludzkich, także i z krytycznej analizy tych błędów jakie myśmy popełnili w czasie naszej „reformy ustrojowej” i później. Ukraina ma spory problem, jak wyjść z systemu oligarchicznego i z azjatyckiej kulturowości a my przecież dopiero ten „system oligarchiczny” tworzymy – dzięki „ideologii chciwości” Platformy Obywatelskiej, ze sporymi sukcesami dla jej „elity”. Ministrowie budują sobie pałace z organami w salonie, posiadłości na wielohektarowych działkach, choć do ukraińskich oligarchów im jeszcze dość daleko…

Polska powinna zacząć pilnie i rzetelnie w sposób świadomy kształcić swoich przyszłych polityków, kandydatów na przyszłych parlamentarzystów i wyższych urzędników państwa. Praktyka wskazuje, że kierunek politologii powinien zostać w tym celu zreformowany w ten sposób – by go połączyć z ekonomią (ekonomia polityczna) oraz z kierunkiem administracji państwa, by uczelnie takie kładły nacisk również na kulturę ogólną, na rzetelną znajomość historii i „głównych” języków obcych, oraz by wolność polityczna mogła być praktycznie realizowana. Nikt w tym kraju nie powinien móc twierdzić, że „nie ma na kogo głosować” – jak dziś mówi prawie połowa obywateli.

Jak to kiedyś śpiewała Danuta Rinn: „… gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, … orły, sokoły, bażanty; gdzie ci mężczyźni, na miarę czasów: gdzie te franty – gdzie…”
Ja bym to dziś odniósł najbardziej do mężczyzn – polityków.

19/01/2014

Taka gra...

Jest taka zabawa towarzyska, polegająca na tym, że ustawia się w okręgu jakąś ilość krzeseł a do środka tak utworzonego koła wchodzi o jedną osobę więcej niż liczba tychże krzeseł. Dajmy na to – 10 krzeseł i 11 osób. Na dany sygnał każda z osób ma za zadanie jak najszybciej zająć miejsce na którymkolwiek z krzeseł, najczęściej chodzi o to w danej chwili najbliższe. Oczywiście dla jednej z nich – zabraknie miejsca.
Zabraknie – bo go nie ma, ono nie istnieje (bo krzeseł jest tylko dziesięć).

Otóż - to jest niezły model bezrobocia.
Model uproszczony, ale oddający istotę problemu.


Żeby nie wiem co kombinować, dla jednej (w tym przypadku) osoby musi zabraknąć i zabraknie „miejsca” bo jest ich zbyt mało. Zupełnie nie jest tu ważne – dla której; będzie to osoba najmniej skoncentrowana, najmniej zwinna (np. otyła), albo po prostu osoba mająca pecha, bo przypadkowo - w chwili gdy wszyscy rzucili się do krzeseł, ona nie była dość blisko żadnego z nich…
Przyglądanie się tej zabawie dowodzi, że nigdy to nie „wypada” stale na tę samą osobę, czyli zależy głównie od przypadku, szczęścia, zbiegu okoliczności a mniej od cech osób biorących w niej udział...
Z drugiej strony - są osoby które nigdy nie spotkają się z sytuacją, by miały pozostać na środku, bez miejsca do siedzenia. Prawdopodobnie są one cały czas skupione jedynie na tym by zawsze "być zabezpieczonym" przed takim przypadkiem; cały czas analizują sytuację i "mają na uwadze" jakieś najbliższe krzesło, by go "dopaść" gdy tylko usłyszą sygnał.
Ktoś więc tu zaraz powie: to dlaczego inni nie wkładają w to tyle uwagi, dlaczego się nie zabezpieczą przed "brakiem krzesła"? Jeśli ktoś nie uważa, nie ma refleksu i planu tylko tak sobie "bryka" bezmyślnie - to sam sobie potem winien...
Otóż nie, to bzdura: nie zapominajmy - że tego krzesła rzeczywiście NIE MA! To okoliczność bezdyskusyjna i ostra jak brzytwa. Nawet genialne skoncentrowanie wszystkich i napięta uwaga nie zabezpieczy jednej (w tym przykładzie) osoby przed pozostaniem na środku bez krzesła. Ktoś tu MUSI przegrać.
W przypadku zabawy - to śmiech, konfuzja, obciach.
W przypadku bezrobocia - to bezdomność i śmierć.

Wnioski z tego są następujące: żadna walka z bezrobociem, nie polegająca na dostawieniu tego brakującego krzesła – nic nie da i Minister Pracy Władysław Kosiniak Kamysz oraz jego pracownicy doskonale to przecież rozumie, ale... nie on te krzesła produkuje i nie on decyduje o ich liczbie. Wszelkie "manewry" polegające na zapewnieniu każdemu miejsca, rady dla grających jak nie zostać bez miejsca  - nie powiodą się i wręcz nie mogą się powieść, bo nie da się usadzić 11 osób na 10 krzesłach. Takie działania tylko kosztują, marnotrawią publiczne pieniądze a nie prowadzą do sukcesu.

Drugi natomiast ważny wniosek, to ten, że osoba która pozostała bez krzesła, jest najczęściej osobą przypadkową, a jeśli nawet nie – to trudno mieć o to do niej zasadnicze pretensje, bo przecież "ktoś musiał". Sprawnością przepychania się, bezwzględnością w odpychaniu innych - nie da się zniwelować braku jednego krzesła. To nie jest powód do jakichś zasadniczych restrykcji grożących osobie stojącej śmiercią. A rzeczywiste bezrobocie – to nie jest zabawa i tu upadek, stoczenie się do poziomu kloszarda, bezdomność, załamanie i śmierć – są także rzeczywiste.

Bezrobotny nie oczekuje pomocy tylko miejsca pracy. Zadaniem państwa jednoznacznie określonym w Konstytucji jest niedopuszczanie do nadmiernego bezrobocia. Jeśli już jest – państwo ma obowiązek łagodzić jego skutki dla jednostek. Konstytucja nakazuje jednoznacznie zapewnić odpowiednie „zabezpieczenie społeczne” osobom które nie pracują bez swojej woli, to także jest podstawowym obowiązkiem państwa. Dlatego pisałem we wcześniejszych tekstach o konieczności wypłacania wszystkim osobom bezrobotnym odszkodowania za brak zatrudnienia a nie jakiegoś "zasiłku" z łaski i tylko dla nielicznych.

Niechże państwo więc zacznie wykonywać swoje obowiązki konstytucyjne a nie „pomagać” tym, których skrzywdziło swoją polityką gospodarczą a zwłaszcza - jej brakiem.

Gdy piszę o bezrobotnych – mam na myśli – po prostu bezrobotnych sensu stricte.
Nie biednych – bo bieda bywa nie tylko skutkiem bezrobocia, braku możliwości pracy zarobkowej.

Nie chorych, niepełnosprawnych oraz niezdolnych do wykonywania żadnej pracy zarobkowej z innych powodów – bo oni nie są bezrobotni – mając na uwadze definicję ustawową.

Nie ludzi „wykolejonych”, którym np. alkoholizm lub narkomania nie daje możliwości utrzymania się w pracy najemnej – bo oni nie są bezrobotni. Są niezdolni do pracy, często nie bez swojej winy.

Nie osoby niepracujące „tak w ogóle”, tych co pracować nie chcą lub nie muszą, socjopatów nastawionych wyłącznie na korzystanie z dobroczynności i pomocy publicznej – bo oni nie spełniają wymogów statusu bezrobotnego, gdyż pracować nie chcą.

Określenie „bezrobotny” ma dużo bardziej ograniczony, dużo węższy zakres znaczeniowy niż „niepracujący”; nie każdy niepracujący jest bezrobotnym ale każdy bezrobotny jest niepracujący.
Chodzi o konkretną sytuację osób zdolnych i chętnych do pracy, osób przeważnie od pracy najemnej uzależnionych materialnie. Osoby te przeważnie już mają swoje doświadczenie zawodowe, nieraz 20 – 30-letnie, jednak z jakiegoś powodu pracować przestały i po tym – nie mogą także z jakiegoś powodu uzyskać ponownego zatrudnienia. Mówi się tu umownie o „wyrzuceniu” czy „wypchnięciu z rynku pracy”. Umownie – gdyż rynku pracy w Polsce w rzeczywistości nie ma. Powody przerwania zatrudnienia mogły być różne; upadek zakładu pracy, likwidacja zakładu, całej branży (jak stocznie produkcyjne), redukcja załogi w ramach restrukturyzacji związanej z grożącą pracodawcy lub istniejącą nierentownością, upadłością, wreszcie - utrata z wiekiem zdolności czy uprawnień do wykonywania jakiejś szczególnie obciążającej lub wymagającej pracy – związana z koniecznością przeniesienia pracownika na inne stanowisko, przekwalifikowania itp.; w takiej sytuacji często był on zamiast tego po prostu zwalniany pod byle pretekstem uzasadniającym odmowę odprawy czy odszkodowania.
Trzeba podkreślić, ze są to powody niezawinione i niezależne od tego pracownika. Pracownik ten po zarejestrowaniu się w Urzędzie Pracy po prostu nie znajdował ofert zatrudnienia lub nie był zatrudniany gdy zgłaszał się do pracodawcy ze skierowaniem z Urzędu Pracy. Bo osoby nie znające tego problemu mogą nie wiedzieć, że oferta lub nawet skierowanie - to jeszcze nie wszystko; pracodawca zawsze ma prawo do decyzji w sprawie zatrudnienia i nie musi nikomu wyjaśniać jej powodów, szczególnie powodów odmowy.  

Pisząc o bezrobotnych, mam na myśli zawsze wyłącznie takie osoby; mogące pracować zarobkowo, potrzebujące pracy zarobkowej, chcące pracować i poszukujące takiej pracy którą mogłyby dobrze wykonywać w celu uzyskania środków niezbędnych do życia.

Problem polega na tym, że takiej pracy nie znajdują, to znaczy - spotykają się latami z odmową lub milczeniem pracodawców. Po prostu brakuje miejsc pracy, szczególnie tej niezbyt wysoko kwalifikowanej. 

30/12/2013

Co mówi Papież Franciszek – o pracy i bezrobociu.

Papież Franciszek dobrze zna rzeczywiste znaczenie pojęcia „bezrobocie”; jego wypowiedzi są więc autorytatywne nie z powodu funkcji jaką pełni w kościele rzymsko-katolickim a z powodu osobistego doświadczenia i rozeznania.
Z pewnością też nie wypowiadał żadnych idiotyzmów na temat rzekomego „dobrowolnego bezrobocia”, podobnie jak i nic na ten temat nie pisał w swoich listach apostolskich Apostoł Jezusa – Paweł. Określenie to jest czyimś prywatnym wymysłem, durną zbitką słów pozostających w całkowitej sprzeczności; jeśli już „bezrobocie” to z samego znaczenia tego słowa – nie dobrowolne!
Zamiast więc zastanawiać się nad takim idiotyzmem i doszukiwać się w nim znaczenia którego tam nie ma, przytoczmy kilka – przypadkowych, oderwanych od towarzyszącym im okoliczności wypowiedzi Papieża na temat pracy, bezrobocia i godności ludzkiej. 

Na marginesie dodam, że w pełni zgadzam się z nimi. Jeśli miałbym mieć jakiekolwiek zastrzeżenia, to jedynie takie, iż słowa te są zbyt słabe i zbyt ciche.

Ale przecież nie tylko Papież; za jego przykładem w kościele krzyczeć powinni codziennie wszyscy księża, biskupi i kardynałowie; krzyczeć o krzywdzie, o wyzysku, o upodleniu, o nieludzkim państwie i nieludzkiej władzy pozbawiającej ludzi nie tylko życia, ale i godności.
Dlaczego tego nie robią…?

Papież mówi:

… „Dzisiaj musimy powiedzieć „nie” dla ekonomii wykluczenia i nierówności społecznej! Ta ekonomia zabija! Nie może tak być, że nie staje się wiadomością dnia fakt, iż z wyziębienia umiera człowiek zmuszony, by żyć na ulicy, natomiast staje się nią spadek na giełdzie o dwa punkty. To jest wykluczenie. Nie można dłużej tolerować faktu, że wyrzuca się masowo żywność, podczas gdy są ludzie cierpiący głód. To jest nierówność społeczna. Dzisiaj wszystko poddane jest prawom rywalizacji i prawu silniejszego, gdzie możny pożera słabszego. W następstwie tej sytuacji wielkie masy ludności są wykluczone i marginalizowane: bez pracy, bez perspektyw, bez dróg wyjścia. Samego człowieka uważa się za dobro konsumpcyjne, które można użyć, a potem wyrzucić. Daliśmy początek kulturze odrzucenia, którą wręcz się promuje. Nie chodzi już tylko o zjawisko wyzysku i ucisku, ale o coś nowego: przez wykluczenie zraniona jest w samej swej istocie przynależność do społeczeństwa, w którym człowiek żyje, ponieważ nie jesteśmy w nim nawet na samym dole, na peryferiach czy pozbawieni władzy, ale poza nim. Wykluczeni nie są wyzyskiwani, ale są odrzuceni, są „niepotrzebnymi resztkami”.
… „Nie można określić jako sprawiedliwe takie społeczeństwo, które nie daje wszystkim pracy lub wyzyskuje pracujących”.
… „Wszystkich, którzy odpowiadają za politykę proszę, aby nie zapominali o dwóch rzeczach: godności ludzkiej i dobru wspólnym”.
… „Praca daje nam godność! Ten, kto pracuje, ma szczególną godność, godność osoby: mężczyzna i kobieta pracujący są ludźmi posiadającymi godność. Natomiast ci, którzy nie pracują, pozbawiani są tej godności. Jest jednak tak wiele osób, które chcą pracować, a nie mogą! Obciąża to nasze sumienie, bo kiedy społeczeństwo jest zorganizowane w taki sposób, że nie każdy ma możliwość pracy, żeby być namaszczonymi godnością pracy, to takie społeczeństwo nie funkcjonuje dobrze: nie jest sprawiedliwe! Sprzeciwia się samemu Bogu, który chciał, aby nasza godność od tego się zaczynała”.
… „Jeśli nie płaci się tego, co się należy, jeśli nie daje się pracy, bo patrzy się jedynie na zyski przedsiębiorstwa, na to ile można samemu skorzystać – to działania przeciw Bogu! Ileż razy czytaliśmy o tym na łamach „L’Osservatore Romano” …. Tytuł, który zrobił na mnie wielkie wrażenie w dniu tragedii w Bangladeszu, «Przeżyć za 38 euro miesięcznie» – taka była płaca ludzi, którzy zginęli w owej fabryce. To się nazywa „praca niewolnicza”. Jest dziś w świecie owo niewolnictwo, które czyni się z tego, co jest najpiękniejszym darem Boga dla człowieka: zdolności do tworzenia, do pracy, do kreowania w ten sposób swojej godności. Jak wielu braci i sióstr na całym świecie jest w tej sytuacji, z powodu takich postaw gospodarczych, społecznych, politycznych … „. 
… „Przypomina to nam o godności i znaczeniu pracy. Księga Rodzaju mówi, że Bóg stworzył mężczyznę i kobietę powierzając im zadanie napełnienia ziemi i czynienia jej sobie poddaną. Nie oznacza to jej rabunkowej eksploatacji, ale pielęgnowanie i strzeżenie jej, dbanie o nią swoją własną pracą (por. Rdz 1, 28; 2, 15). Praca jest częścią planu miłości Boga. Jesteśmy powołani do pielęgnowania i strzeżenia wszystkich dóbr stworzenia i w ten sposób uczestniczymy w dziele stworzenia! Praca jest kluczowym elementem godności osoby. By posłużyć się obrazem, praca „namaszcza” nas godnością, napełnia nas godnością; czyni nas podobnymi do Boga, który pracował i pracuje, nieustannie działa (por. J 5,17). Pozwala ona utrzymać siebie, swoją rodzinę, przyczynić się do rozwoju naszej ojczyzny. W tym momencie myślę o trudnościach, na jakie napotyka dziś w różnych krajach świat pracy i przedsiębiorczości. Myślę o ludziach nie tylko młodych, pozbawionych pracy, bardzo często z powodu pewnej ekonomiczno-materialistycznej koncepcji społeczeństwa, dążącej do egoistycznego zysku, poza kryteriami sprawiedliwości społecznej. Pragnę skierować do wszystkich apel o solidarność, a do osób odpowiedzialnych za sprawy publiczne zachętę, by podjęli wszelkie możliwe wysiłki na rzecz pobudzenia na nowo zatrudnienia. Oznacza to troskę o godność osoby. Nade wszystko jednak chciałbym powiedzieć, by nie tracić nadziei. Także św. Józef miał trudne chwile, ale nigdy nie stracił ufności i umiał je przezwyciężyć, będąc pewnym, że Bóg nas nie opuszcza. Chciałbym się też zwrócić szczególnie do was, dzieci i młodzieży: przykładajcie się do waszych codziennych obowiązków, do nauki, pracy, relacji przyjaźni, do pomocy innym ludziom. Wasza przyszłość zależy również od tego, jak potraficie przeżyć te cenne lata życia. Nie lękajcie się wysiłku, poświęcenia i nie patrzcie z lękiem w przyszłość. Podtrzymujcie żywą nadzieję: zawsze jest światło na horyzoncie.
Jeszcze jedno słowo o innej szczególnej sytuacji pracy, która budzi mój niepokój: chodzi mi o to, co możemy określić jako „pracę niewolniczą”, pracę zniewalającą. Jak wiele osób na całym świecie jest ofiarami tego typu zniewolenia, gdzie osoba służy pracy, podczas gdy to praca powinna służyć osobom, aby miały godność. Wzywam braci i siostry w wierze i wszystkich ludzi dobrej woli do podjęcia zdecydowanej działań wymierzonych w handel ludźmi, w czym też mieści się „praca 

niewolnicza”. 
… „Praca to godność, to chleb i miłowanie innych. Tam, gdzie nie ma pracy, brakuje godności”. Zaznaczył, że jest to problem nie tylko Sardynii, choć tu jest on szczególnie silny, i nie tylko Włoch czy niektórych krajów Europy, ale jest następstwem wyboru światowego, systemu gospodarczego, który prowadzi do tej tragedii, systemu, którego ośrodkiem jest bożyszcze, zwane pieniądzem. Bóg chciał, aby w centrum świata był nie jakiś idol, ale mężczyzna i kobieta, aby swoją pracą posuwali naprzód świat. Teraz jednak pośrodku tego systemu bez etyki stoi bożek i świat stał się bałwochwalczy, sławiący tego bożka – pieniądz!” 
… „My musimy mówić: chcemy systemu słusznego, który sprawi, że wszyscy będziemy kroczyć naprzód. Nie chcemy tego zglobalizowanego systemu gospodarczego, który wyrządza tak wiele zła. (…) Dlatego też różne podmioty polityczne, społeczne i gospodarcze są powołane do promowania innego podejścia, opartego na sprawiedliwości i solidarności. Słowom tym grozi dziś wykluczenie ze słownika. «Solidarność» wydaje się niemal słowem brzydkim! Nie! Solidarność jest ważna, ale ten system nie chce za bardzo dobra, woli je wykluczyć. Tę ludzką solidarność gwarantującą wszystkim godną możliwość pracy. Praca jest dobrem wszystkich, dobrem, które powinno być dostępne dla wszystkich!” 
… Papież zacytował średniowiecznego rabina, który swojej żydowskiej wspólnocie opowiadał historię budowy Wieży Babel. „Kiedy cegła, przez pomyłkę, upadła, był straszliwy problem wręcz skandal: „Popatrz, co zrobiłeś!”. Ale jeśli jeden z tych, którzy wznosili wieżę spadł: mówiono „Wieczny odpoczynek…”, i nie troszczono się o człowieka. Ważniejsza była cegła od osoby. Mówił o tym ów średniowieczny rabin i to także dzieje się teraz! Ludzie są mniej ważni niż rzeczy, które dają zysk tym, którzy mają władzę polityczną, społeczną, gospodarczą. W jakim punkcie jesteśmy? Doszliśmy do tego, że nie zdajemy sobie sprawy z tej godność osoby i tej godności pracy. Ale dzisiaj postać św. Józefa, Jezusa, Boga pracującego – będącego naszym wzorem – uczą nas drogi ku godności”.
… Ojciec Święty zaznaczył, że warto dziś posłuchać na nowo głosu Boga skierowanego do Kaina, po zabiciu Abla: „Gdzie jest brat twój”. Zauważył, że dzisiaj natomiast słyszymy głos Boga: „Gdzie jest twój brat, który nie ma pracy!? Gdzie jest twój brat, który zmuszony jest do pracy niewolniczej!?”.

Źródło cytatów:
http://www.niedziela.pl/artykul/9175/Papiez-Franciszek-o-pracy-bezrobociu-i


20/12/2013

To jakieś szaleństwo…

Ludzie z grupy tych, których się „nie zatrudnia – bo nie”; wypychanych haniebnie przez system z rynku pracy; spychanych przez społeczeństwo na śmietniki; poświęconych na ofiarę „skurwysynizmu-liberalizmu” w wydaniu Tuska i jego Platformy „Obywatelskiej”; skazanych na upadek, bezdomność i śmierć na śmietnikach; (ostateczna wersja – do wyboru przez czytającego), ci którym "liberalizm PO" odebrał ich elementarne prawa – odbierając możliwość zarobienia na własne utrzymanie – walczą jeszcze o życie, o przeżycie.

Nawet jeden miesiąc bez zarobków – może być decydujący o całej dalszej przyszłości, dokładniej – o jej braku, gdy niezapłacenie choć jednej opłaty za wynajem dachu nad głową, czynszu, opłaty spółdzielczej może spowodować natychmiastowe odstąpienie od umowy najmu przez właściciela i znalezienie się na ulicy.
Obecnie wspólnota mieszkaniowa ma prawo natychmiast zlicytować mieszkanie zadłużonego członka wspólnoty by odzyskać należną jej kwotę zadłużenia, co skutkuje natychmiastową eksmisją „donikąd”.
Stale spada dostępność choćby czasowego zasiłku dla zarejestrowanych bezrobotnych, dla których nie ma ofert pracy, lub pomimo znalezienia ofert – spotyka ich stała odmowa zatrudnienia ze strony pracodawców (w rzeczywistości ze względu na wiek, czego się oficjalnie nie przyznaje bojąc się oskarżenia o łamanie obowiązującego prawa).
Takie życie to stała i ciągła walka o przetrwanie, o posiadanie całych, wyglądających na jeszcze nie całkiem zużyte – butów, o w miarę schludny, niewyróżniający się negatywnie wygląd , czysty ubiór, codzienne ogolenie się (bardzo wpływa na wygląd i pierwsze wrażenie robione na rozmówcy od którego „coś zależy”)… o pieniądze na fryzjera (znów cholera podrożało – już 25 zł za zwykłe, podstawowe ostrzyżenie), ciągła łamigłówka i akrobatyka pomiędzy terminami spłaty „chwilówek”, debetu na koncie, pożyczek prywatnych od znajomych – byle jeszcze się utrzymać na powierzchni, byle jeszcze tydzień, miesiąc, może coś się wreszcie uda, może ktoś się zlituje i zatrudni… może nagły szlag trafi tym razem „tych co trzeba” i coś się zmieni w tym kraju…
Zbyt długo tak się jednak nie da. Tak jak niemożliwe jest perpetum mobile – niemożliwe jest długie życie w ten sposób, bo ta ciągle „brakująca część” narasta, kumuluje się, nie da się oszukać arytmetyki, praw fizyki, biologii… Nie da się.

Jednym ze sposobów poszukiwania wyjścia z tej sytuacji jest – coś zmienić, coś dodać do swoich kwalifikacji, a więc i coś zmienić w publicznym cv. Każda zmiana daje przynajmniej potencjalną szansę wyjścia z „zaklętego kręgu” niemożności. A więc – kursy, szkolenia. To przeważnie nie skutkuje, bo tu nie brak kwalifikacji jest zasadniczym powodem odmowy zatrudnienia. Jakaś szansa jednak jest, przynajmniej wydaje się, że warto próbować. Oferta płatnych szkoleń jest przeogromna, jedyną ich wadą jest, że… są płatne. Koszt – to często więcej niż całomiesięczne utrzymanie, więc odpada. Szanse dają jedynie planowe szkolenia z PUP oraz szkolenia nieodpłatne finansowane z EFS, organizowane jeszcze czasami przez różne instytucje szkoleniowe lub duże agencje pracy na zasadzie własnego projektu korzystającego z finansowania unijnego.
Niestety, wszelkie tego typu szkolenia czy kursy skierowane do osób bezrobotnych zostały już dawno  wstrzymane, natomiast PUP-y po prostu wyczerpały już swoje tegoroczne budżety oraz plany szkoleniowe, powoli przymierzając się do zamknięcia roku finansowego i rozliczenia otrzymanych środków.

Nagle – jest coś: ogłoszenie w darmowej codziennej gazecie „Metro”.
Boże – wreszcie coś!
Organizator – Wyższa Szkoła Integracji Europejskiej w Szczecinie oraz mieszcząca się w tym samym budynku firma informatyczna InBit. Niech żyją WSIE. Hasło projektu: „Aktywni Zawodowo 50 plus”. „Czekamy właśnie na Ciebie”! O to właśnie chodzi. OK. – ja też na Was czekałem !…

Jednak im dalej czytać – tym gorzej: Pełna nazwa projektu: „Wsparcie szkoleniowo – doradcze przedsiębiorstw i ich pracowników w grupie wiekowej powyżej 50 roku życia z województwa Zachodniopomorskiego”…
Więc to nie jest projekt pomocy dla bezrobotnych?!

Przy dokładniejszym przeczytaniu okazuje się, że to jest projekt realizowany wg. POKL Priorytet VIII – Regionalne Kadry Gospodarki, Działanie 8.1 – Rozwój pracowników i przedsiębiorstw w regionie, Poddziałanie 8.1.1 – Wspieranie rozwoju kwalifikacji zawodowych i doradztwo dla przedsiębiorstw. Oficjalna nazwa projektu brzmi: „Uniwersalne szkolenia szansą na lepszą pracę w branżach uznanych za priorytetowe”.
Obie wymienione instytucje jako beneficjenci organizują w tym projekcie szkolenia podstawowej obsługi komputera oraz kursy językowe (niemiecki, angielski). Te całkowicie nieodpłatne dla uczestników kursy są przeznaczone dla osób pracujących w firmach uznanych za „priorytetowe” po to, aby uczestnicy kursu mogli polepszyć swoją i tak niezłą pozycję zawodową, awansować, znaleźć jeszcze lepszą prace niż mają dotychczas.
I to wszystko w sytuacji, gdy w województwie poziom bezrobocia jest wyższy niż średnia krajowa, gdy w samym mieście wojewódzkim jest kilkanaście tysięcy zarejestrowanych bezrobotnych, gdy spora część województwa to połacie zalesione, tereny Puszczy Drawskiej i Pojezierza Drawskiego, gdzie po prostu nie ma i nigdy nie było dużego przemysłu ani nawet zorganizowanej turystyki.

Przebija z tego jakieś chorobliwe założenie ideologiczne: by ci co mają dobrze – mieli jeszcze lepiej a ci co mają źle – mieli jeszcze gorzej. To jest jakieś horrendalne, zboczone! Przecież dla wszystkich normalnych ludzi oczywiste jest, że w sytuacji niedoboru, niebezpieczeństwa, gwałtownej potrzeby – należy gospodarować posiadanymi środkami stosownie do skali i specyfiki potrzeb.
Dla każdego jest oczywiste, że np. w przypadku powodzi – najpierw pomoc trzeba skierować do kobiet z małymi dziećmi na ręku, do osób chorych, niesamodzielnych, inwalidów, ludzi starych a dopiero potem – do ludzi w pełni sprawnych, osiłków którzy najczęściej z łatwością mogą sobie poradzić sami. Dlaczego w tym przypadku taka logika nie obowiązuje? Czy nie jest oczywiste, że w pierwszej kolejności należałoby pomóc w przywróceniu do pracy tych, którzy się staczają do poziomu kloszarda z powodu braku jakiegokolwiek zatrudnienia a co za tym idzie – dochodów, a potem dopiero pomagać innym w stopniowej poprawie ich i tak nie najgorszej sytuacji - na jeszcze lepszą?

Owe „branże uznane za priorytetowe” to mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa z branż: przemysł drzewno – meblarski, logistyczno – spedycyjna, turystyczna, obsługa portów, spożywcza zraz z przetwórstwem, sektor ITC, energetyczna odnawialna, budowlano – montażowa, przemysł chemiczny.
Kto i kiedy te branże uznał za priorytetowe i dlaczego akurat te? Na czym ma polegać ów priorytet? Tego niestety nie wiadomo. Dyrektywa Unijna?

Wygląda na to, że te firmy i ich pracownicy będą już programowo po prostu mieć lepszą sytuację, będą otrzymywać pomoc, a inni – nie. Czy oznacza to, że inne firmy mają być niszczone, gnębione, redukowane?
Co ważne – tematyką kursów mają być jak na ironię właśnie te dziedziny kompetencji, których brak jest największą przeszkodą w uzyskaniu zatrudnienia przez bezrobotnych; profesjonalna obsługa klienta, obsługa komputera, języki obce; angielski, niemiecki i norweski.

Tak się składa, że kursy językowe, kursy dotyczące obsługi sprzętu czy urządzeń – zostały uznane za domenę biznesu; są one w zasadzie wyłącznie odpłatne a przecież właśnie bezrobotnym najbardziej brak wspomnianych kompetencji i im też najtrudniej jest zdobyć środki na opłacenie tych szkoleń oferowanych w formie komercyjnej. Tu jednak mamy darmowe kursy dla osób pracujących i zarabiających (posiadających środki na ewentualne opłacenie kursów płatnych) natomiast dla bezrobotnych nie posiadających możliwości opłacenia szkolenia – nie mamy nic.
Tu przecież nie chodzi o jakieś animozje czy konkurencję; chodzi o właściwą koncentracje środków w kolejności zaspokajania potrzeb wynikającej z oczywistych dotychczas dla każdego normalnego człowieka przesłanek.

Przykro mi ale to co jest – jest po prostu nienormalne, chore. To chore państwo Platformy Obywatelskiej.

18/12/2013

W wielkim oczekiwaniu…

W wielkim oczekiwaniu – na narodziny Pana i Nauczyciela.

Adwent – to wielkie oczekiwanie. Radosne przeczucie, że oto stanie się lada moment coś niesamowitego a jednak oczekiwanego, że spełnią się obietnice od wieków wygłaszane przez proroków.
Najpiękniejszy opis istoty Adwentu przedstawił nam Łukasz Ewangelista – opisując przemowy Jana, zwanego Chrzcicielem – do ludu przychodzącego do niego nad Jordan.
Jan, syn Zachariasza i Elżbiety – zwanej „niepłodną” urodził się kilka miesięcy przed Jezusem, jako posłaniec mający przygotować lud na przyjście i publiczne ujawnienie się Pana i Nauczyciela – Jezusa. Lud bardzo interesował się Janem i jego działalnością nad Jordanem właśnie z powodu narastającego przeczucia, że zaczyna się dziać coś najważniejszego w historii świata. Jan wzywał do opamiętania, do publicznego wyznawania swoich grzechów podczas symbolicznego rytuału obmycia się w Jordanie – jako symbolu oczyszczenia się z win i szczerego zamiaru zmiany swojego życia.
Tłumy ludzi przybywały do Jana nad Jordan, by dać się ochrzcić przez niego, a Jan napominał wszystkich by rzeczywiście a nie pozornie zmienili swoje życie. Pytali się wiec – co mają wobec tego robić, jak żyć. Jan namawiał ich do solidarności, dobroczynności, do dzielenia się posiadanymi dobrami, nawet ubiorem i żywnością – z tymi którzy tego nie posiadają. Poborcom ceł dla Cezara (uważanym z racji zajęcia za wielkich grzeszników) radził, by zrezygnowali z wykorzystywania swojego zajęcia do nieuczciwego zarabiania przy tej okazji dla siebie, by pobierali tylko takie opłaty jakie zostały im wyznaczone przez władzę. Pytającym go o właściwe postępowanie żołnierzom radził, by zadowolili się swoim żołdem, nikogo nie bili i nie oskarżali fałszywie dla uzyskania osobistych korzyści.
Jan także w inny sposób napominał wszystkich przychodzących do niego.
Ludzie pamiętali przecież o cudownych i zupełnie niespodziewanych narodzinach Jana przez „bardzo podeszłą w latach” parę, także – i tym bardziej pamiętali o cudownych narodzinach Jezusa w Betlejem w Judei, o powiadomieniu o tym pasterzy pasących swoje stada w okolicach miasta przez świetlistą postać Posłańca Bożego; wieści o takich wydarzeniach zapewne przekazywane były z ust do ust i przyjmowane jako spełnianie się zapowiedzi danych przez proroków, szczególnie Izajasza.
Ludzie ochrzczeni przez Jana w Jordanie, żyjący powszechnym przeczuciem i oczekiwaniem na spełnienie się zapowiedzi przyjścia Mesjasza – zastanawiali się czy nie jest nim Jan, lecz on zaprzeczył otwarcie – wskazując wprost na Jezusa.

„Ja wodą chrzczę was, ale idzie za mną mocniejszy ode mnie – któremu nie jestem godzien rozwiązywać i rzemyka u sandałów; ten was będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem.” 

Adwent to taki właśnie stan przeczucia, oczekiwania, radości że oto zaraz z pewnością stanie się coś wspaniałego na co wszyscy od dawna czekali. Ważne są tu właśnie narodziny Jezusa a nie to wszystko co narzuca nam nasza współczesna cywilizacja; powszechnie panująca komercja – udająca i narzucająca rzekome tradycje i „sztuczne” zwyczaje, byle nakłonić kogoś do kupowania, jedzenia ponad miarę, szału zakupu i przygotowań, w których Jezus i jego nauka ulega całkowitemu zmarginalizowaniu i zapomnieniu.
Lecz Jezus, gdy zaczął nauczać, mówił przecież podobnie jak Jan, przygotowujący jego drogę; zwracając się do uczniów, lecz nawiązując już jednak do przyszłego swojego powrotu „z mocą i chwałą” w dniu i godzinie, którą zna jedynie Bóg.

”…Sprzedajcie swoje posiadłości i dajcie jałmużnę. Zróbcie sobie sakiewki, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebiosach, gdzie złodziej nie ma dostępu i mól nie pożera, bo gdzie jest wasz skarb, tam będzie też wasze serce.
Niech wasze biodra będą przepasane i lampy zapalone. Wy zaś [bądźcie] podobni do ludzi oczekujących swego pana aż wróci z wesela, abyście gdy przyjdzie i zakołacze, natychmiast mu otworzyli. Szczęśliwi ci słudzy, których pan po przyjściu zastanie czuwających. Zapewniam was, że się przepasze, ułoży ich przy stole, po czym podejdzie i będzie im usługiwał. Czy przyjdzie o drugiej, czy o trzeciej straży — szczęśliwi oni, jeśli ich tak zastanie! To zaś wiedzcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjdzie złodziej, nie pozwoliłby się włamać do swojego domu. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o godzinie, której się nie domyślacie. (…)”

Adwent nie polega więc na ucztowaniu, wydawaniu pieniędzy na rzeczy zbędne, otaczaniu się przesytem i nadmiarem, tak jak i właściwe życie i korzystanie z bogactwa – nie polega na opływaniu w dostatki.
Adwent to przypomnienie o oczekiwaniu na ponowne przyjście Pana i na ostateczny osąd, to szansa przypomnienia sobie o pouczeniu, by trwać stale w oczekiwaniu, w gotowości. Możliwość wzniesienia się ponad komercyjny zgiełk, ponad ogłupiającą propagandę hedonistyczną, ponad narzucany sprytnie przez cwaniaków obyczaj, tak wygodny i korzystny dla wielu – nie jest dostępna powszechnie, wiąże się z osiągnięciem pewnego poziomu rozwoju osobistego.

Człowiek jest jednak zagubiony i słaby. Czasem widocznie musi stracić wiele albo i nawet wszystko, by zobaczyć to – co jest „na dnie” tego, co jest najważniejsze…
Czasem widocznie tylko obiektywny brak możliwości kupowania, wydawania, całego tego szaleństwa – na przykład z powodu braku zatrudnienia normalnie dającego możliwość zdobycia pieniędzy na to – daje szansę zrozumienia tego co istotne.

To przywilej i dar.

10/11/2013

Modlitwa bezrobotnego.

(wg. „Psalterz Dawidow” – Jana Kochanowskiego z Czarnolasu)
PSALM 86.


Nakłoń, o Panie, uszu swoich
A nie zarzucaj modlitw moich;
Jestem człowiekiem utrapionym,
Od wszego świata opuszczonym.

Sam stróżem mego bądź żywota.
Wszakżeć nie tajna moja cnota.
Wspomóż mię, Panie, w mej ciężkości;
Nadzieja wszytka w Twej litości.

Smiłuj się, smiłuj! Twej pomocy
Od rana wołam aż do nocy.
Uwesel duszę zasmuconą,
W Twoje opiekę poruczoną.

Skłońże, o Panie, uszy swoje
Na uniżone prośby moje;
Zawżdym Cię wzywał w swym frasunku,
A Tyś dodawał mnie ratunku.

Ciebie ja, Boże niestworzony,
Wyznawać będę na wsze strony;
Imienia Twego nie przestanę
Wielbić, aż kiedy sam ustanę.

Lecz oto znowu na mię wstali
Swawolni ludzie i zuchwali,
Chcąc mię pozbawić dusze mojej,
A tam bojaźni nie masz Twojej.

Ty wejźrzy na mię a w trudności
Dodaj mi serca i stałości.
Pomóż mi, Panie, słudze swemu,
Niewolnikowi pomóż Twemu!

Włóż na mię jawny znak swej chęci,
Na który patrząc, niech przeklęci
Ludzie się gryzą, żeś ratował
I mnie tyraństwa ich zachował.

25/10/2013

„… Za to, żeście nadzy, za to żeśmy winni, obojeście umrzeć powinni…”

Dotarło do mojej świadomości zadziwiające zjawisko, z tych które da się dostrzec i zrozumieć jedynie z pozycji osoby bezpośrednio zaangażowanej…
Ostatecznie to naturalne, że rozwijamy się poprzez doświadczenia życiowe i ten proces rozwoju, jak wznoszenie się w górę, poszerza nasze pole widzenia czy przestrzeń odczucia, jakby coraz odleglejszy horyzont. Nie dość jednak, że są ludzie na to odporni, to jeszcze na dodatek wcale nie działa to tak automatycznie; rozwój często nie jest dość równomierny, by umożliwił efekt wznoszenia się na wyższy poziom, poszerzenia granic, doskonalenia człowieczeństwa. Mam na myśli równowagę bądź jej brak – pomiędzy rozwojem wiedzy a rozwojem człowieczeństwa. Bo wbrew temu co głoszą skrajni materialiści – wiedza (w znaczeniu oficjalnie naukowym) nie jest człowieczeństwem. Podobnie i uczucie, intuicja, współczucie – bez wiedzy są jedynie częścią tego, co nazywamy człowieczeństwem.

Niestety wiele wskazuje na to, a w szczególności obserwacja własnego życia, że człowiek może w pełni zrozumieć jedynie to – co leży z obszarze jego bezpośredniego doświadczenia. Doświadczenie daje wiedzę a jednocześnie może otwierać człowieka w pełni na współczucie – dając w wyniku cechę zwaną empatią.
Uważam, że jedynie wzrost empatii – jest rozwojem człowieczeństwa.
Sama wiedza – nie wystarczy. Empatia to umiejętność zrozumienia uczuć innego człowieka, jego odczuć, motywacji, postaw, decyzji – które nigdy przecież w praktyce nie wynikają wyłącznie z obiektywnej wiedzy naukowej. Często nie są obiektywne ani optymalne, ale nie mogą być inne, bo są kształtowane także przez jego przeżycia, własne doświadczenia i wyciągnięte z nich niegdyś wnioski, poziom samooceny, stopień ambicji i stopień ich realizacji, charakter, cechy charakterologiczne związane z płcią, doraźną sytuacją materialną i rodzinną i tak dalej.

Empatia – to w rzeczywistości miłość.
Miłość do człowieka, do ludzi. I nie tylko do ludzi. Oczywiście nie mam na myśli miłości „erotycznej” a raczej to, co kierowało czynami wielu dobroczyńców posługujących innym ludziom potrzebującym pomocy – z humanistycznej miłości, przy okazji często i nieprzypadkowo nacechowanej wartościami chrześcijańskimi.
Przykład – Matka Teresa z Kalkuty opiekująca się trędowatymi, przekonana że w ten sposób „pomaga Jezusowi” i namawiająca wszystkich spotykanych ludzi do tego samego. Potrafiła dość przypadkowych ludzi, przyjezdnych, naukowców ekspertów od epidemii przybyłych z USA i rozmawiających ze sobą o sposobach pomocy potrzebującym – zaangażować do pędzla i wapna, mówiąc: możecie gadać, ale jednocześnie pobielcie mi wapnem tę izbę dla trędowatych, pomóżcie Jezusowi…
Można zrozumieć drugiego człowieka tylko przez miłość, posługującą się także sprawdzoną wiedzą. To spostrzeżenie bardzo ogólne…

W praktyce człowiek rozumie to, co sam przeżył. I poprzez odwrócenie tego twierdzenia – nie jest w stanie zrozumieć tego, czego nie przeżył, z czym się osobiście i bezpośrednio wprost nie zetknął.
Tak tylko chyba można wyjaśnić wspomniane na wstępie, zadziwiające zjawisko jakie stało się udziałem wielu ludzi w tym kraju: NIENAWIŚĆ DO BIEDNYCH.
Nienawiść, zniecierpliwienie, wyższość, lęk…
Szukając źródła tego, rozważałem historię PRL; bezrobocie było marginalne, bo praca była obowiązkiem każdego obywatela zdolnego do pracy. Osoby uchylające się od podjęcia pracy były napiętnowane jako wrogowie ideowi, ale i wrogowie porządku publicznego. Osoba nie posiadająca w Dowodzie Osobistym adnotacji o miejscu pracy lub meldunku była automatycznie podejrzana w sensie kryminalnym. Bezrobotni, zwłaszcza długotrwale bezrobotni – wywodzili się z tzw. marginesu społecznego, alkoholików, kombinatorów wszelkiej maści albo ze środowiska skonfliktowanego z prawem lub z władzą (np. opozycji politycznej) – gdyż pozbawienie pracy było formą represji politycznej. W obu przypadkach – osoby bezrobotne były napiętnowane przez propagandę we wszelki możliwy sposób i to nie mogło pozostać bez wpływu na dzisiejszy stosunek ludzi do bezrobotnych. Kilkadziesiąt lat indoktrynacji społeczeństwa, wmawiania że bezrobotny to wróg publiczny, nierób, pijak i potencjalny przestępca – może się i dziś odzywać w formie negatywnego stereotypu powtarzanego ze „świętym przekonaniem” przez osoby prymitywne, niesamodzielnie umysłowo, prostackie, mało dociekliwe, skłonne do przyjmowania stereotypów albo nawet nie zdające sobie sprawy z tego, że ich „poglądy” są jedynie powtarzaniem narzuconych im stereotypów.
Czy to mogłoby być wystarczającym wyjaśnieniem wspomnianej postawy?

Nie sposób nie zauważyć, że okoliczności bezrobocia diametralnie się dziś zmieniły. Bogu ducha winni starsi ludzie są nagle zwalniani z wieloletniej pracy po czym latami odmawia im się jakiegokolwiek zatrudnienia, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia powodu. Tym powodem jest ich wiek a dokładniej jakiś stereotyp panujący wśród pracodawców na temat znaczenia wieku pracownika, idiotyczna moda na „młode, dynamiczne zespoły”; stereotyp któremu nie przeszkadza nawet to, że prowadzi bezpośrednio do bezprawia (łamania prawa pracy a w nim – zakazu nierównego traktowania kandydatów do pracy i pracowników pod jakimkolwiek względem).
Dziś bezrobotny nie pochodzi z „marginesu społecznego” a raczej to właśnie długotrwałe bezrobocie spycha go na tenże margines. Bezrobotny to ofiara kulawego „rynku pracy”,ofiara idiotycznego eksperymentu "liberalnego", nieudanej akcji szkoleń – przekwalifikowań, która zaowocowała marnotrawstwem miliardów euro pomocy unijnej a dała marginalny efekt pomocowy dla bezrobotnych (za to wielu przedsiębiorców bardzo się wzbogaciło).

Nadal jednak, jeśli ktoś sam nie znalazł się w takiej sytuacji, nie był bezrobotny, jeśli choć nie otarł się o realne zagrożenie całkowitą utratą środków niezbędnych do życia – widzi w bezrobotnych jak za PRL – ludzi którzy pracować nie chcą. Może efekt ten; efekt kilkudziesięcioletniej propagandy – dałoby się złagodzić odpowiednimi działaniami władzy, lecz władza przeważnie milczy, albo przedstawia bezrobocie jako coś nad czym nie ma kontroli, z powodu tak zwanego „kryzysu” oraz z przyczyn ideologicznych Platformy Obywatelskiej.

Powiem szczerze: wydaje się, że ta wersja z PRL – to znaczy traktowanie bezrobotnych jak marginesu społecznego – jest wygodna, bo daje oceniającym samousprawiedliwienie.
Tu nasuwa mi się jeszcze inne wyjaśnienie wspomnianego zjawiska: ludzie nienawidzą bezrobotnych z powodu… własnej bezradności.
W rzeczywistości nie mogą im pomóc – sami nie biedniejąc lub nie wchodząc w konflikt z władzą, ale przecież jakoś to muszą sklasyfikować na potrzeby swojej równowagi wewnętrznej; uczuciowej, emocjonalnej… Muszą nadać temu jakieś wyjaśnienie, usprawiedliwienie – by nie tkwić w psychicznym rozdarciu, ale tego się wyjaśnić ani usprawiedliwić nie da. Stąd efekt niechęci czy wręcz nienawiści do OFIAR, nie do sprawców – staje się jedynym psychologicznie dostępnym wyjściem. Efekt chyba podobny, jaki dotyczy ofiar gwałtu, ofiar przemocy domowej itp. To niechęć do nierozwiązywalnego dla nich problemu, który ich niepokoi, wprawia w dyskomfort, rozterkę.
Mam na myśli oczywiście osoby postronne, bo aparat urzędniczy związany z bezrobociem – od ministra pracy do pośrednika pracy w powiatowym urzędzie, uodpornił się na ten dylemat moralny w sposób doskonały, chowając się jak za tarczą – za przepisami, językiem (żargonem) urzędniczym, procedurami, swoim poczuciem wyższości oraz… zainteresowaniem jak najwyższą stopą bezrobocia, dającą im pracę (interesem).
Wydaje się oczywiste, że państwo Tuska nie spełnia tu swojej zasadniczej roli, roli pośrednika pomiędzy interesem społecznym a interesem biznesu. Wręcz – państwo to biznes. Władza – to syndykat biznesowo-polityczny ponad społeczeństwem czy może obok niego….

Taka „ucieczka w nienawiść” jest także bez wątpienia skrajnie niekatolicka w tym podobno katolickim społeczeństwie, co dowodzi pozorności tej wiary.

___________________________________________________
Tytuł – to fragment przejmującego wiersza Władysława Broniewskiego „Ballady i romanse”. Wiersz dotyczy wojny i holokaustu, ale czy nie ma tu pewnej analogii?

18/02/2013

Czy chcieliście takiej Polski…?

Mam odczucie obserwowania jakiejś totalnej paranoi rządowej, gdy zaglądam na autoryzowane strony internetowe omawiające działania władzy. Mało tego; w przypadku wpisów w blogu na stronie kancelarii Premiera dokonanych przez ministra pracy – nie tylko obserwowania a wręcz – uczestniczenia w tejże paranoi, po stronie jej ofiar, gdyż problemy te bezpośrednio mnie dotyczą.
Widać tam wielkie zainteresowanie i wielką troskę o los bezrobotnych, los zagrożonych utratą źródła środków do życia jakim jest praca najemna oraz tych co już znaleźli się na równi pochyłej wiodącej do śmierci na śmietniku i staczają się powoli pozbawieni jakiejkolwiek szansy na ratunek w państwie Platformy Obywatelskiej. Ale Rząd dwoi się i troi a nawet czasem jakby czworzy – by pomóc „tym biednym ludziom”

Przede wszystkim jednak zapytać należy, kto ich takimi uczynił!

Kto zadecydował, że przedsiębiorcy wbrew obowiązującemu prawu mogą odmawiać zatrudnienia setek tysięcy ludzi w wieku produkcyjnym, ze względu na ich wiek i przypisywane mu jakimś idiotycznym pretekstem – negatywne cechy.
Kto wyraził cichą aprobatę na masowe wykorzystywanie pracy ludzkiej poza prawem pracy, poza prawem w ogóle – ze szkodą dla skarbu państwa, dla ZUS, Funduszu Pracy i innych instytucji. W imię jakiegoś ideologicznego „róbta co chceta”, ale najlepiej – bogaćta się, póki na to czas…
Jest aż nadto zakłamania i podłości w tym, że na propagandowych stronach premiera – wszyscy nagle chcą pomagać bezrobotnym, szukają skutecznego lekarstwa na zwolnienia pracowników, szukają sposobu na pomoc bezdomnym oraz na zmniejszenie bezrobocia. Tymczasem mają przecież pełną świadomość, że niczego tak na prawdę zrobić się nie da, bez zanegowania podstawowych założeń ideologicznych władzy, czyli „generalnej linii” Platformy Obywatelskiej.

Nie wiem, jak to możliwe i kto do tego dopuścił, że na stronie Kancelarii Premiera ministrowie starają się podważyć w ten sposób zasadnicze wyniki pracy Rządu z co najmniej kilku minionych lat. Władza przecież tak się starała o to, by bezrobocia w żadnym przypadku nie zmniejszyć (a tylko sprawiać propagandowe pozory starań o zmniejszenie go) – no bo przecież walka z bezrobociem to niezły biznes dla wielu „przedsiębiorców” . Bezrobocie niezwalczane – to też „żyła złota” – pozwalająca utrzymać karnie tak wielu ludzi, pracujących rączo na zysk swojego pracodawcy, z lękiem, aby tylko „nie stracić pracy”; żeby krzywo nie spojrzał, nie wyrzucił…
Walczyć z bezrobociem trzeba, ale zwalczyć go przecież nie wolno… Teraz, pod pozorem pomocy w zapobieganiu zwolnieniom, ministerstwo „pomoże” ludziom w stawianiu się do pracy o każdej wymyślonej przez pracodawcę godzinie, np. codziennie innej; raz z rana, innym razem z wieczora – tak jak aktualnie pasuje pracodawcy… I to oczywiście dla dobra pracowników. Dla ich ochrony przed „stratą pracy”, z chęci pomożenia im…
Doprawdy: od fałszu i zakłamania, ludzkiej i politycznej nieuczciwości władzy aż tu w oczy szczypie…

Co więcej: wprowadzenie powszechnego rocznego okresu rozliczeniowego czasu pracy (dziś używanego i dopuszczalnego sporadycznie, np. w teatrach) spowoduje likwidację nadgodzin, gdyż będzie można pracownika zatrudniać przez pół roku w wymiarze nawet 12 godzin dziennie, na dodatek – jak już wcześniej wspomniałem, w ruchomym czasie pracy a więc rozpoczynając pracę w różne dni od różnych godzin, na doraźne „potrzeby” właściciela.
Ciśnie się każdemu prócz ministrowi na usta pytanie: jak w takiej sytuacji zorganizować dom, życie rodzinne, opiekę nad małym dzieckiem i wychowanie starszego. Jak w takich warunkach realizować swoje zamiłowania czy zainteresowania, bo przecież praca to tylko część życia; jest dla człowieka a nie człowiek dla pracy. Co z narastającym problemem demograficznym i jak w takich warunkach skłonić kogokolwiek do rodzenia i wychowywania dzieci…
Ktoś powie – że owszem, ale przez następne pół roku ten pracodawca musiałby zmniejszyć wymiar czasu pracy wspomnianego pracownika do czterech godzin na dobę pracowniczą – by uzyskać roczną średnią 8 godzin na dobę i 40 godzin tygodniowo w tym rocznym okresie rozliczeniowym. Jedni być może zrobią to, co rodzi tylko następne pytanie – jak przy wprowadzonej wówczas powszechnie stawce godzinowej i ogromnym niedoborze miejsc pracy – zarobić na życie. Przecież tu aż się prosi o drastyczną patologię dotyczącą pracy, już dziś nie dającą się opanować, cóż dopiero – w takich warunkach.
Większość jednak, takiego pracownika – po przepracowaniu przez niego połowy roku – po prostu zwolni, korzystając z ustawowego prawa do zwolnienia go, albo pod jakimkolwiek pretekstem, i zatrudniając na to miejsce – innego (znów na 12 godzin w dobie pracowniczej).
Gdyby były jakieś problemy ze znalezieniem chętnych na takie warunki pracy – to się już coraz częściej wspomina w mediach rządowych o konieczności sprowadzenia do Polski 5 milionów biednych Białorusinów i Ukraińców… do pracy… Biznes potrzebuje taniej i posłusznej, bezwolnej siły roboczej, rączo pracującej i cieszącej się z tego, że w ogóle „dają żyć”…

Bezdomność, przynajmniej w początkowej fazie jest najczęściej wynikiem „staczania się” człowieka pozbawionego możliwości systematycznego zdobywania środków niezbędnych do życia, w tym i niezbędnych do opłacenia jakiegokolwiek „dachu nad głową”. Dziś już nie da się – jak w czasach PRL – latami mieszkać „za darmo” – nie płacąc nawet za energię, gaz czy wodę. Jednocześnie biznes deweloperski bardzo pilnuje swojej zdobyczy wspomaganej przez władzę; aby gdzieś mieszkać – trzeba mieszkanie kupić.
Kupić oczywiście od nich, od deweloperów, po cenie przez nich podyktowanej, nie mającej nic wspólnego z kosztami wystarczającymi do wybudowania tych mieszkań, cenie stanowiącej najprawdopodobniej przedmiot jakiejś „cichej zmowy”. W ostateczności – wynająć, płacąc za wynajem tyle samo, co za obsługę kredytu mieszkaniowego przeznaczonego na zakup. Innych możliwości praktycznie nie ma; w dużych miastach widzi się dosłownie setki pustych mieszkań komunalnych, pustych i zamkniętych, nie użytkowanych zgodnie z ich przeznaczeniem… Nieliczne tylko gminy odważają się jeszcze na budowę gminnych mieszkań na wynajem dla obywateli – niezamożnych, ale zdolnych do samodzielnego pokrywania kosztów bytowych z uzyskiwanych dochodów. Standardem jednak dziś jest: albo kupisz (zapożyczysz siebie i swoją rodzinę do końca życia a nawet i dłużej), albo zdechniesz jako bezdomny na śmietniku!
I właśnie rząd postanowił takim co nie kupili – pomóc. … Pomóc kupić, czy pomóc zdechnąć – pytam!?

Ja nie chciałem takiej Polski i nadal nie chcę.
Takiej jaka była w czasach PRL także nie chciałem, dlatego bez wahania przystąpiłem do Solidarności i robiłem wszystko by PRL przestał istnieć, by wreszcie było lepiej. By było normalnie… I wtedy wydawało się, że każda z opcji politycznych tego chce. Wydawało się…

Więc cóż dziś mogę powiedzieć dziecku…; wybacz mi moja milutka, że ten kraj jest taki, jaki jest. Wybacz mi, że świat jest taki, jak go widzisz. Kiedy byłem w twoim wieku, wierzyłem, że można zmienić świat, że ludzie są z natury dobrzy i chcą jak najlepiej, robiłem to co mogłem by świat i ten kraj był lepszy, ale efekt…..
Jako „następne pokolenie” – masz prawo mieć do mnie pretensję o to, że świat, że ten kraj – jest taki jakim go zobaczyłaś po raz pierwszy swoimi brązowymi, bystrymi oczkami.

Tak i ja krytycznie patrzyłem na swoich rodziców…
Pamiętaj jednak, że znajdziesz się kiedyś „na moim miejscu”, i stanie się to szybciej niż ci się dziś wydaje, bo czas upływa dużo szybciej niż się spodziewamy, niż jesteśmy w stanie to dostrzec.
Pomyśl – co sama kiedyś powiesz o tym swojemu dziecku…

04/02/2013

Punkt siedzenia.

Przerażające jest niezrozumienie sytuacji bezrobotnych, czyli pozbawionych zatrudnienia a więc i dochodu. Jego powszechność i jego skutki.
Ale też - szansa na lepsze zrozumienie – też jak widać niczego nie gwarantuje.

Przypadkowo odnalazłem w Internecie ślady pewnej akcji Super Expressu, który w 2003 roku zaproponował eksperyment pod nazwą „Przeżyj za 500 zł”. Chodziło o to, by to posłowie spróbowali przeżyć miesiąc za kwotę zbliżoną do tak zwanego minimum egzystencji. Posłowie się nie kwapili, słynny z „bezprzykładnego wprost chamstwa” stary buc – kategorycznie odmówił udziału…
Po wielu miesiącach poszukiwania chętnych, zgodzili się na taką próbę dwaj posłowie, dziś także dobrze znani: Paweł Graś z PO oraz Paweł Poncyljusz – wówczas z PiS. Panowie otrzymali po 500 zł na żywność, ubrania i leki oraz inne wydatki, nie obejmujące jednak mieszkania ani opłat eksploatacyjnych z mieszkaniem związanych.
Nie wiem i nie udało mi się do końca zrozumieć, jaki cel przyświecał pomysłodawcom tej akcji; prawdopodobnie na wzór jakiejś Czeszki – mieli oni udowodnić, że to jest możliwe, że da się przeżyć za taką kwotę miesiąc. Z równym prawdopodobieństwem można przyjąć tu np. motywację czysto medialną, celebrycką, pomysł na lans, ale i motywację polityczną mającą choćby zdyskredytować narzekania czy oskarżenia kierowane do władzy.

Próba odbyła się w lutym 2004 i skończyła się w zasadzie niepowodzeniem; obaj panowie choć z różnych powodów nie dotrwali do końca miesiąca, mimo że starali się żywić w domu oraz ubierać w ciuch-budach. Rzecz nie byłaby może warta dziś uwagi, tym bardziej iż w normalnych warunkach ta kwota z trudnością wystarczyłaby poza oczywiście Warszawą i innymi kilkoma największymi miastami – do opłacenia jedynie mieszkania, prądu, wody i gazu – co jest podstawą egzystencji, zabrakłoby więc co najmniej drugie tyle – na żywność i niezbędne wydatki. Ot – taka akcja propagandowa, mająca udowodnić że „nie jest tak źle jak głosi opozycja”.
Jeśli natomiast chodziło o upublicznienie skali biedy albo choć zwrócenie uwagi na prosty poniekąd ale dla polityków „magiczny” fakt, że by żyć – trzeba płacić, czyli zarabiać – to poprzez niewielką realność sytuacji miało to ograniczoną wiarygodność. Jakiś malutki kroczek do przodu…

Zaciekawiły mnie dziś szczególnie ówczesne wypowiedzi obu polityków, zdania wypowiadane wówczas, na gorąco, w czasie chatu 27 lutego 2004 roku. Bo minęło przecież od tamtego czasu 9 lat…
Co mówili: przytoczę wybrane pytania i odpowiedzi.

Paweł Graś: Otrzymujemy dziesiątki listów od ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego, którzy na wyżywienie swoich rodzin mogą przeznaczać kilka złotych dziennie. Jesteśmy dla nich pełni podziwu i uznania, że w tak trudnych warunkach potrafią się utrzymać i wychowywać dzieci.
Pytanie: wiadomo, że całego świata się nie zbawi, ale czy jest jakaś możliwość pomocy tym ludziom najbardziej potrzebującym??
Paweł Graś: Uważam, że tak. Możemy dotrzeć do tych, którzy naprawdę tego potrzebują. Ważne jest, by zacząć oszczędności w państwie od samej góry, a nie sięgać do kieszeni najuboższych.
Paweł Poncyljusz: Myślę, że tak. Dostaję wiele listów ze skargami na bezduszność urzędników. Staram się interweniować w ich sprawach w poszczególnych gminach całej Polski. Dalej czeka nas praca jako posłów przy uchwalaniu ustaw.
Pytanie : czego nauczyliście się po tym miesiącu?
Paweł Graś: To bardzo ważne doświadczenie. Zupełnie inaczej patrzę na problem nędzy i bezrobocia. Nauczyłem się żyć oszczędnie i z dużą większą wrażliwością na to, co mnie otacza.
Paweł Poncyljusz: Jak trudno przeżyć za 500 zł. Zobaczyłem, ilu biednych ludzi żyje wokół mnie. Na pewno będę bardziej wrażliwy na problemy społeczne.
Pytanie: A jak Panom się wydaje, jakie powinno być minimum socjalne w naszym kraju?
Paweł Poncyljusz: Takie, na jakie stać budżet, jednak od minimum ważniejsza jest praca. To dopiero daje szanse człowiekowi na lepsze jutro.
Paweł Graś: W kraju powinna być przede wszystkim praca, pomoc powinna trafiać do tych, którzy rzeczywiście jej potrzebują. Nie da się ustalić jednej kwoty dla całego kraju, gdyż koszty utrzymania są bardzo zróżnicowane.
Pytanie: Czy waszym zdaniem taka akcja coś da? Czy to tylko tak, aby się przekonać, jak jest niektórym ciężko? I za niedługo zapomnicie o wszystkim.
Paweł Graś: Tego miesiąca na pewno nie zapomnę. To jedno z moich ważniejszych życiowych doświadczeń.
Paweł Poncyljusz: Nigdy nie zapomnę tego miesiąca. W moim umyśle doświadczenie z tej akcji pozostanie na lata.
Pytanie: Czy mając poparcie biedniejszej warstwy społeczeństwa osiągając wyższe stanowiska są panowie w stanie poprawić jakość ich życia?
Paweł Poncyljusz: Problem jest bardziej złożony. Tego się nie da dokonać bez zmian w gospodarce, ale nie uważam za słuszne obniżenie podatków najbogatszym.
Paweł Graś: Receptą na poprawę życia nie jest polityka, a gospodarka. Politycy powinni się trzymać od niej z daleka i pozwolić przedsiębiorcom tworzyć miejsca pracy. Czas „gruszek na wierzbie” w polityce minął bezpowrotnie.

To taki medialny eksperyment, oparty głównie na dobrej woli posłów. Chwała im za to, że podjęli to wyzwanie, choćby w celu eksperymentalnym.
Wydawałoby się pewne, że te dwie osoby rozumieją już po części rzeczywistą sytuację osób o najniższych dochodach. Posłowie mieli ograniczone fundusze na wydatki nie wliczając w to jednak czynszów i opłat eksploatacyjnych, ale jednocześnie – pracowali. Mieli pracę, wykonywali codziennie swoje normalne zadania. To ich sytuację zdecydowanie różni od bezrobotnych, czyli pozbawionych możliwości wykonywania pracy zawodowej. Więc zbliżyli się tylko częściowo do zrozumienia prawdy. Nie dowiedzieli się, co naprawdę czuje ktoś w takiej sytuacji.

A wnioski?

Paweł Graś jest dziś rzecznikiem rządu Donalda Tuska.
Paweł Poncyljusz jest euro-parlamentarzystą, jednym z założycieli Polska Jest Najważniejsza.

Narasta rozwarstwienie społeczne na obszar nędzy i „elitę” dobrze zarabiających, powiększa się obszar bezrobocia i wykluczenia, stopa bezrobocia nadal rośnie, przekraczając już w grudniu ubiegłego roku 13 %. Przewiduje się, że na koniec roku może osiągnąć 16%…

A politycy?… nadal „mają się trzymać z daleka od gospodarki” i przyglądać się, jak przedsiębiorcy "sami budują gospodarkę i tworzą nowe miejsca pracy". Natomiast na "niewidzialna rękę rynku" nie ma sensu przyglądać się bo i tak nic przecież nie będzie widać...