MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

23/10/2016

Wycofanie się z nauczania religii w szkołach oraz finansowania tego pośrednio czy bezpośrednio z budżetu państwa mogłoby być korzystne.

Prezbiter (czyli tzw. „ksiądz”) prowadzący lekcje religii w szkole – najczęściej jest po prostu pracownikiem szkoły; ma etat, umowę o pracę, plan lekcji do zrealizowania, ma nadgodziny, prawo do urlopu, premie, otrzymuje wypłatę raz w miesiącu tak jak inni nauczyciele w tej szkole. Szkoła – jeśli posiada warunki – ma klasę (pomieszczenie) dla nauczania religii, które jest po prostu zwyczajną, typową klasą szkolną z ławkami dla uczniów, tablicą i biurkiem dla nauczyciela, dodatkowo wyposażoną w jakiś element lub elementy związane z religią; większych niż zwyczajowo rozmiarów krzyż wiszący na ścianie i (lub) odpowiedni tematycznie obraz… wiele tu zależy od inwencji osób tym się zajmujących i to nie tyle prezbiterów co raczej katechetek (świeckich nauczycieli religii), tablica z kilkoma obrazkami najczęściej namalowanymi przez dzieci lub wyciętymi z jakichś publikacji, czasem pianino… Szkoła  po prostu nie jest i nie musi być Domem Bożym jeśli przyjąć że nie wszystkie miejsca nim są.

Już to co powyżej napisane ma deprecjonujący wpływ na religię w praktyce. Sam pomysł uczynienia z księży – pracowników najemnych na etatach, wynagradzanych pensją – wydaje się pomysłem iście szatańskim.
Prezbiter jako osoba duchowna i sługa boży ma po prostu za zadanie głosić Ewangelię i wynikające z niej zasady wiary; głosić je oraz świadczyć o nich osobiście całym swoim życiem, każdym swoim słowem oraz czynem, wystrzegając się chciwości i chęci „posiadania”, pozostając na utrzymaniu kościoła jako instytucji oraz osób wierzących należących do jego parafii, którym służy. Ksiądz ma być sługą swoich braci w wierze i ma to czynić bez oczekiwania wynagrodzenia od ludzi, całą swoją nadzieję składając w łasce Chrystusa – bo tak polecał Jezus swoim uczniom.
Prezbiter jest przecież współczesnym uczniem Jezusa i ma zachęcać do tego innych swoich bliźnich.

To wypaczenie wiary, jakim jest uczynienie księży – pracownikami, ma też wpływ na postawę kościoła jako instytucji w sprawie np. rozpatrywanej likwidacji gimnazjów; kościół sprzeciwia się temu nie ze względu na dobro uczniów czy rodziny a  najprawdopodobniej – kierując się głównie obroną „interesu materialnego” księży zatrudnionych na etatach nauczycielskich w gimnazjach, ponieważ powrót do modelu szkoły podstawowej ośmioletniej najprawdopodobniej wpłynąłby na istotne zmniejszenie liczby tych etatów. Jednak przedmiotem troski kościoła w tej sprawie powinien być raczej interes wiary w sensie duchowym oraz dobro dzieci a nie interes księży, gdyż to kościół ma służyć wierze a nie wiara – kościołowi.

Na przeniesieniu nauczania podstaw religii katolickiej do szkół – traci sama religia. Dzieje się tak ponieważ szkoła jako taka jest z natury świecka; jest miejscem wielu problemów, miejscem ścierania się wielu interesów, światopoglądów i postaw zarówno wśród nauczycieli jak i wśród uczniów a także i w relacjach nauczycieli z uczniami.
Dawna sytuacja podziału na sferę życia świeckiego i sferę „Domu Bożego” jako miejsca kontaktu z Bogiem – była chyba bardziej zrozumiała, choć posiadała ogromny mankament niejako oderwania wiary od życia. Ludzi nauczono inaczej myśleć i zachowywać się w kościele jako Domu Bożym a inaczej – poza nim, w codziennym życiu, w środowisku pracy czy domu rodzinnego. Miało to swoje konsekwencje przenoszące się wprost na życie; poznane w kościele prawdy wiary – obowiązywały tylko „w kościele” a poza nim funkcjonowały prawa życia, będące często w jaskrawej sprzeczności z nakazami wiary. To oznaczało więc niejako pewne "rozdwojenie jaźni" na świat wiary (kościoła) i świat życia (poza kościołem) a więc w konsekwencji – oznaczało fikcyjność wiary na zasadzie znaczenia określenia „wierzący ale niepraktykujący”.
Było to wytworem sytuacji politycznej w Polsce.  Jeśli więc potraktować nauczanie religii w szkołach jako próbę przeniesienia świata wiary do świata życia – to trzeba uznać to za eksperyment niezmiernie trudny, który jednak ma małe szanse powodzenia, wobec coraz większego naporu problemów życia w świadomości przeciętnego człowieka.
 
Przeniesienie świata prawd wiary do szkół – wulgaryzuje je w dużym stopniu, przy dużej pomocy „nowoczesnych” księży traktujących swoją misję jak normalny zawód, wykonywany w godzinach „służbowych”, dający im prawo do „czasu wolnego od pracy” po godzinach wykonywania pracy kapłana, czasu poświęcanego na oglądanie programu telewizyjnego, hobby, wypoczynek, życie towarzyskie itp.  I tak – w czasie, gdy głównie w środowiskach lewicowo-liberalnych inicjowana była dyskusja publiczna w sprawie samej już obecności krzyża w klasach szkolnych, ktoś mądrze zauważył, że choć krzyż nie uwłacza powadze i godności szkoły czy nawet państwa, to możliwe jest, że to może raczej szkoła lub państwo uwłacza godności krzyża, gdy jest on umieszczany w klasach szkolnych lub instytucjach publicznych niejako obowiązkowo, bez świadomego pragnienia wszystkich - aby tam był.…
Symbol krzyża, niezwykle ważny dla chrześcijan – być może stał się zbyt „tani” gdy jest nadużywany.

Dlatego należałoby może rozważyć jednak powrót do rozwiązań dawnych, choć odpowiednio zmodyfikowanych. Szkoła powinna przekazywać wiedzę w postaci zdobyczy nauki i kultury a kościół powinien przekazywać wiedzę dotyczącą zagadnień wiary, etyki, moralności. Religia powinna być nauczana przede wszystkim w rodzinie a poza tym – wobec osób biorących udział w życiu religijnym i organizacyjnym parafii – w kościele. To kościół musi przekonać osoby wierzące, że prawdy wiary na przykład w postaci pouczeń i wskazówek wyrażanych przez Jezusa a opisanych w Ewangelii – trzeba praktycznie starać się stosować w życiu; w pracy, w rodzinie, w małżeństwie i wobec obcych, czyli "zawsze i wszędzie".
 
Zapewne by tak było, gdyby nie ideologia komunistyczna połączona ze stalinowskimi represjami, która niejako „wyparła” religię z rodzin, z domów rodzinnych – pierwotnie do salek katechetycznych przy kościołach a obecnie do szkół. Nie ma już dziś komunizmu ani represji, więc religia może powrócić do rodziny jako naturalnego miejsca swojego funkcjonowania i rozwoju.
 
Rozwój wypadków w Europie stał się dla wielu (poza ich organizatorami) zaskakujący, lecz przyznać trzeba, że wszystko co w prawie lokalnym miało związek z religią – dotyczyło głównie religii chrześcijańskiej związanej z Rzymską Stolicą Biskupią oraz katolicyzmu obrządku greckiego i po części także prawosławia oraz protestantyzmu. Tymczasem w Europie nagle masowo pojawili się wyznawcy Islamu. Stopniowo będą oni coraz energiczniej i skuteczniej domagać się respektowania swoich praw, między innymi wolności religijnej. Islam jest zresztą niezmiernie ekspansywny, nie toleruje żadnej „konkurencji”, co stanowi jego cechę charakterystyczną. Jeśli tak, to zasada prawna zobowiązująca samorząd dziś terytorialny do organizacji „nauki religii” w szkołach i finansowania tego – będzie dotyczył (jeśli prawo nie zostanie zmienione) także nauki religii muzułmańskiej;  Koranu. Ponieważ jednak najazd emigrantów muzułmańskich na Europę ma ewidentny charakter doskonale zorganizowanej i sterowanej inwazji – obawiam się że nie byłoby to korzystne dla Europejczyków a zwłaszcza dla Polaków.  Polska jest bardzo daleka od panującej głównie w Europie zachodniej ideologii „multi-kulti”, czyli całkowitego i świadomego otwarcia się na wpływy innych kultur i religii przy jednoczesnym zdecydowanym laicyzowaniu własnego społeczeństwa, jak to ma miejsce w Belgii, Holandii, Francji czy krajach skandynawskich, przeciwko czemu tak drastycznie zaprotestował w lipcu 2011 roku terrorysta i morderca Anders Breivik. Jednak prawo nie nadąża niejako za zmianami sytuacji społecznej pod tym względem. 
Rezygnacja z istniejącego stanu prawnego poprzez ograniczenie obowiązku nauczania religii w szkołach i finansowania tego przez państwo – tylko do religii katolickiej obrządku rzymskiego (wykluczenie islamu) – wydaje się dziś absolutnie nie do pomyślenia, tak bardzo sprzeczne byłoby z oczekiwaniami społeczności międzynarodowej. Rozszerzenie jednak tego obowiązku oficjalnie także na religię muzułmańską także wydaje się mimo wszystko nie do przyjęcia. Dlatego być może właśnie rezygnacja z tego obowiązku ustawowego, to znaczy przeniesienie poprzez zmianę obowiązującego prawa (ustawy) nauczania religii do kościoła jako instytucji oraz wycofanie finansowania tego nauczania ze środków budżetowych być może byłoby jedynym akceptowalnym przez społeczność międzynarodową sposobem przeciwstawienia się akcji „zaszczepienia” w Polsce i na koszt Polski religii muzułmańskiej w jej agresywnym i ekspansywnym odłamie bliskowschodnim i afrykańskim – jaka właśnie jest realizowana przez niejawnych organizatorów którzy oparli się w tej ekspansji na „zastanym” stanie prawnym, mając nadzieję na jego stabilność pod dotychczasowymi rządami „lewicowych liberałów” z PO. Być może też właśnie z tego powodu nieprzewidywany przez nich obecny rząd prawicowy partii konserwatywnej (PiS) jest dziś dla naszego kraju zbawienny, gdy chodzi o walkę o zachowanie europejskiej i narodowej spuścizny kulturowej w Polsce. Dlatego jest i będzie coraz bardziej atakowany.

Rezygnacja z nauki religii w szkołach w sposób mało konfliktowy uwalnia państwo od problemu  „religii innej niż katolicyzm” nierozerwalnie związany z całą niemalże historią współczesnej państwowości polskiej, nie dając pola do zarzutów zwolennikom eksperymentu multikulturowości oraz organizatorom inwazji muzułmańskiej na Europę, w tym i na Polskę. Nauka zasad religii powróciłaby do rodzin na zasadzie realizacji wolności i praw konstytucyjnych przy wsparciu odpowiednich ośrodków religijnych utrzymywanych przez lokalne społeczności parafialne i posiadających znaczenie (wpływy) stosownie do energii i siły zaangażowania tychże lokalnych społeczności, tak samo w kościele katolickim  jak i w meczetach muzułmańskich.
 
A przede wszystkim – nauka religii powróciłaby do rodziny, niejako sprzężona mam nadzieję z polskim poczuciem patriotyzmu i pamięcią historyczną – jak w czasach przed rozprzestrzenieniem się komunistycznej zarazy.  

07/06/2014

Sens życia.

Postawiłem niedawno tezę, że być może życie człowieka ma sens polegający głównie na możliwości wyrobienia sobie zdania o Jezusie. To wcale nie oryginalna teza, ale dotyczy być może najważniejszej dla człowieka sprawy.

Jezus jest autorytetem. Oczywiście dla wszystkich, choć też i nie wszyscy to uznają.

Nie może nikt przyjść do mnie, jeśli go nie przyciągnie Ojciec mój – mówił uczniom, burzącym się na jego słowa i cierpiącym w walce z sobą samymi, wiedząc że niektórzy z nich nie są w stanie ani uwierzyć, ani też tym bardziej zrozumieć. Mówił więc chyba celowo „ostro” czy „twardo”, aby im pomóc, zniechęcić tych, którzy chodzili z nim i czuli się uczniami, bardzo chcieli nimi być – mimo iż nie wierzyli w niego, w jego pochodzenie, poselstwo, misję. A czynił to przecież z miłości do ludzi, znając i rozumiejąc ich ograniczenia czy słabość. Mówił im, dając niektórym szansę uporania się z samym sobą, z ich ambicjami i błędnym pojmowaniem sytuacji – jakby widzianej poprzez zamarzniętą szybę – sztywne i przedstawiane im przez „uczonych w Piśmie” jako bezwzględne, bezduszne, skostniałe w swojej nieludzkiej bezwzględności – nakazy i zakazy źle rozumianego Prawa; Ja jestem dobrym pasterzem, owce moje idą za mną gdyż znają mój głos. Tylko ci których mi dał Ojciec mój wejdą do Królestwa Bożego. A wejdą – przeze mnie, gdyż to ja jestem bramą dla owiec…

Skoro Jezus jest autorytetem, to i Ewangelia przedstawiająca jego słowa, jego naukę – także jest autorytatywna. Jest tak, gdy wierzymy, że jest ona w oryginale dziełem natchnionym, słowem spisanym jedynie przez wybranych – uczniów samego Jezusa, lub jak w wypadku Ewangelii Łukasza – przez ucznia Jezusa dyktowanym do spisania z jednoczesnym przetłumaczeniem na grekę koine – „wspólną” mowę plemion hellenistycznych, jakie miały poznać i przyjąć naukę Jezusa chętniej niż Żydzi.
Trudno się dziwić, że szczery chrześcijanin, zakonnik i ksiądz – Martin Luter był zaszokowany stanem wiary w Rzymie, wszystkim co zobaczył i usłyszał w drodze do Rzymu – gdy udał się tam protestować przeciwko handlowi odpuszczaniem grzechów – uprawianym przez papieskich agentów, na wielką skalę, dla uzyskania funduszy na budowę Kaplicy Świętego Piotra. Wszystko to było skrajnie sprzeczne z Ewangelią a więc nie mogło być zgodne z nauką Jezusa, a jednak spotkał go zacięty opór, postawa agresji przypominająca czasy inkwizycji.
Cokolwiek byśmy nie myśleli i nie mówili o postawie Lutra, trzeba przyznać, że przyjmował on postawę osobistej relacji z Jezusem a więc i z Bogiem i osobiście też występował śmiało w obronie wierzących przed oczywistymi błędami czy nawet odstępstwami od Ewangelii, szczególnie Ewangelii Apostoła Jana mówiącej najwięcej o misji Jezusa – Chrystusa Bożego. Bo Jezus zwracał się zawsze do człowieka, mówił do uczniów lub do zgromadzonego tłumu – ale jednocześnie jakby do każdego z nich z osobna. Takie wydają się być drogowskazy na tej drodze: ja, Ewangelia, Jezus, Bóg.
Ewangelia wymaga osobistego stosunku do przekazywanych tam treści. Nie jest to czymś nowym ani odkrywczym. Jezus także pouczał, że Bóg jest duchem i należy mu służyć w duchu i w prawdzie, bo też i takich wyznawców Bóg sobie szuka, którzy by mu tak właśnie służyli: w duchu i w prawdzie. Nie mówił o Kościele czy raczej o Zborze, nie mówił o milionowych zgromadzeniach ludzi na placach lub błoniach, ani o kółkach parafialnych. Nie mówił o ludzkości a raczej o każdym z ludzi zdolnym spełnić standardy stanu ducha i serca zwane Królestwem Bożym. Jezus jako Syn Boży wiedział wszystko o człowieku i jego myślach a uzyskał tę cechę od Ojca. Przeciwstawiał się „uprawianiu pobożności” w miejscach publicznych, na pokaz. Mówił: zamknij się raczej w swoim pokoju i tam módl się tak aby nikt tego nie widział a wtedy Ojciec – który widzi twoje czyny nawet w ciemności i słyszy nawet twoje myśli a nie tylko słowa – wysłucha ciebie. Czczenie Boga „w duchu” tu właśnie oznacza osobistą relację, kontakt na poziomie mentalnym poprzez wykonywanie i wierność poleceniom Jezusa. Czczenie Boga „w prawdzie” oznacza oddanie prawdzie jako znanym sobie faktom i nauce Jezusa, szczerość i autentyczność relacji, poważne i odpowiedzialne jej traktowanie. Przeciwieństwo zakłamania, dwulicowości.

Osobista relacja z Jezusem wynika z uznania, że jest on panem i nauczycielem, wybrańcem Bożym. Miłość do niego – oznacza wierność jego słowom, jego poleceniom przekazywanym przez Ewangelię. Kto mnie miłuje – ten słów moich będzie przestrzegał a kto słów moich nie przestrzega – ten mnie nie miłuje. Jezus stawia to jasno w pytaniu: dlaczego mówicie do mnie Panie, Panie – a nie czynicie tego co wam mówię? Jeśli miłość do Jezusa a więc i do tego który go posłał – objawia się w osobistym posłuszeństwie przykazaniom, to tym bardziej dowodzi iż wiara istnieje wyłącznie w osobistej relacji i tak też jest oceniana.
Życie człowieka daje mu najbardziej precyzyjny z dostępnych wśród stworzeń materialnych aparat do zdobycia wiedzy, zrozumienia jej i zastosowania w praktyce. Jest możliwe, że celem tego wszystkiego jest właśnie zrozumienie poleceń Boga przekazywanych przez Jezusa, odczucie i odwzajemnienie jego miłości i zastosowanie tego do siebie. Trzeba przyznać, że to nadawałoby życiu sens, którego często trudno się doszukać przy innych założeniach wstępnych.
Życie to być może określona ilość czasu na naukę; naukę tego co rzeczywiście ważne dla przyszłości, ważne według Bożej miary. Dlatego może znacznie więcej uwagi należy poświęcać sobie i swojej sytuacji pod tym względem, sposobowi wykorzystania swojego czasu, nie tracąc oczywiście z pola widzenia każdego bliźniego, a mniej zajmować się ideologią zbiorowości, kościołami, religiami… Jezus nauczał: Nie przykładajcie zbyt dużej wagi do swojego życia materialnego, do tego co będziecie jedli i pili oraz w co się będziecie ubierali ale szukajcie raczej Boga i sprawiedliwości jego, drogi do Królestwa Bożego, a wtedy i tamte rzeczy będą wam dodane, bo wie Ojciec, że tego wszystkiego potrzebujecie.
Trzeba samemu poznać i zrozumieć Ewangelię i zawarte w niej nauki Jezusa a przy tym starać się oddzielić to co ważne i autentyczne od dodatków, błędów, naleciałości czy fałszerstw, które tam mogą się znajdować. Samemu – to znaczy osobiście, z osobistym wkładem woli, zainteresowania, pokory i odpowiedzialności. To zadanie odpowiedzialne a odpowiedzialność jest nie tylko na miarę własnej przyszłości. Jednocześnie nie zapominając, że stwierdzenie Jezusa działa jakby w obie strony: Nikt nie przychodzi do Jezusa jeśli go nie przyciągnie Ojciec – Bóg; potrzebne są swoiste inklinacje do wiary, dar możliwości uwierzenia i oddzielenia prawdy od kłamstwa a zatem jeśli Ojciec zechce kogoś do Jezusa przyciągnąć – niczyje działania, ani ludzkie błędy temu nie będą w stanie przeszkodzić.

Trzeciego dnia - zmartwychwstał, jak oznajmia Pismo...

18/12/2013

W wielkim oczekiwaniu…

W wielkim oczekiwaniu – na narodziny Pana i Nauczyciela.

Adwent – to wielkie oczekiwanie. Radosne przeczucie, że oto stanie się lada moment coś niesamowitego a jednak oczekiwanego, że spełnią się obietnice od wieków wygłaszane przez proroków.
Najpiękniejszy opis istoty Adwentu przedstawił nam Łukasz Ewangelista – opisując przemowy Jana, zwanego Chrzcicielem – do ludu przychodzącego do niego nad Jordan.
Jan, syn Zachariasza i Elżbiety – zwanej „niepłodną” urodził się kilka miesięcy przed Jezusem, jako posłaniec mający przygotować lud na przyjście i publiczne ujawnienie się Pana i Nauczyciela – Jezusa. Lud bardzo interesował się Janem i jego działalnością nad Jordanem właśnie z powodu narastającego przeczucia, że zaczyna się dziać coś najważniejszego w historii świata. Jan wzywał do opamiętania, do publicznego wyznawania swoich grzechów podczas symbolicznego rytuału obmycia się w Jordanie – jako symbolu oczyszczenia się z win i szczerego zamiaru zmiany swojego życia.
Tłumy ludzi przybywały do Jana nad Jordan, by dać się ochrzcić przez niego, a Jan napominał wszystkich by rzeczywiście a nie pozornie zmienili swoje życie. Pytali się wiec – co mają wobec tego robić, jak żyć. Jan namawiał ich do solidarności, dobroczynności, do dzielenia się posiadanymi dobrami, nawet ubiorem i żywnością – z tymi którzy tego nie posiadają. Poborcom ceł dla Cezara (uważanym z racji zajęcia za wielkich grzeszników) radził, by zrezygnowali z wykorzystywania swojego zajęcia do nieuczciwego zarabiania przy tej okazji dla siebie, by pobierali tylko takie opłaty jakie zostały im wyznaczone przez władzę. Pytającym go o właściwe postępowanie żołnierzom radził, by zadowolili się swoim żołdem, nikogo nie bili i nie oskarżali fałszywie dla uzyskania osobistych korzyści.
Jan także w inny sposób napominał wszystkich przychodzących do niego.
Ludzie pamiętali przecież o cudownych i zupełnie niespodziewanych narodzinach Jana przez „bardzo podeszłą w latach” parę, także – i tym bardziej pamiętali o cudownych narodzinach Jezusa w Betlejem w Judei, o powiadomieniu o tym pasterzy pasących swoje stada w okolicach miasta przez świetlistą postać Posłańca Bożego; wieści o takich wydarzeniach zapewne przekazywane były z ust do ust i przyjmowane jako spełnianie się zapowiedzi danych przez proroków, szczególnie Izajasza.
Ludzie ochrzczeni przez Jana w Jordanie, żyjący powszechnym przeczuciem i oczekiwaniem na spełnienie się zapowiedzi przyjścia Mesjasza – zastanawiali się czy nie jest nim Jan, lecz on zaprzeczył otwarcie – wskazując wprost na Jezusa.

„Ja wodą chrzczę was, ale idzie za mną mocniejszy ode mnie – któremu nie jestem godzien rozwiązywać i rzemyka u sandałów; ten was będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem.” 

Adwent to taki właśnie stan przeczucia, oczekiwania, radości że oto zaraz z pewnością stanie się coś wspaniałego na co wszyscy od dawna czekali. Ważne są tu właśnie narodziny Jezusa a nie to wszystko co narzuca nam nasza współczesna cywilizacja; powszechnie panująca komercja – udająca i narzucająca rzekome tradycje i „sztuczne” zwyczaje, byle nakłonić kogoś do kupowania, jedzenia ponad miarę, szału zakupu i przygotowań, w których Jezus i jego nauka ulega całkowitemu zmarginalizowaniu i zapomnieniu.
Lecz Jezus, gdy zaczął nauczać, mówił przecież podobnie jak Jan, przygotowujący jego drogę; zwracając się do uczniów, lecz nawiązując już jednak do przyszłego swojego powrotu „z mocą i chwałą” w dniu i godzinie, którą zna jedynie Bóg.

”…Sprzedajcie swoje posiadłości i dajcie jałmużnę. Zróbcie sobie sakiewki, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebiosach, gdzie złodziej nie ma dostępu i mól nie pożera, bo gdzie jest wasz skarb, tam będzie też wasze serce.
Niech wasze biodra będą przepasane i lampy zapalone. Wy zaś [bądźcie] podobni do ludzi oczekujących swego pana aż wróci z wesela, abyście gdy przyjdzie i zakołacze, natychmiast mu otworzyli. Szczęśliwi ci słudzy, których pan po przyjściu zastanie czuwających. Zapewniam was, że się przepasze, ułoży ich przy stole, po czym podejdzie i będzie im usługiwał. Czy przyjdzie o drugiej, czy o trzeciej straży — szczęśliwi oni, jeśli ich tak zastanie! To zaś wiedzcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie przyjdzie złodziej, nie pozwoliłby się włamać do swojego domu. I wy bądźcie gotowi, gdyż Syn Człowieczy przyjdzie o godzinie, której się nie domyślacie. (…)”

Adwent nie polega więc na ucztowaniu, wydawaniu pieniędzy na rzeczy zbędne, otaczaniu się przesytem i nadmiarem, tak jak i właściwe życie i korzystanie z bogactwa – nie polega na opływaniu w dostatki.
Adwent to przypomnienie o oczekiwaniu na ponowne przyjście Pana i na ostateczny osąd, to szansa przypomnienia sobie o pouczeniu, by trwać stale w oczekiwaniu, w gotowości. Możliwość wzniesienia się ponad komercyjny zgiełk, ponad ogłupiającą propagandę hedonistyczną, ponad narzucany sprytnie przez cwaniaków obyczaj, tak wygodny i korzystny dla wielu – nie jest dostępna powszechnie, wiąże się z osiągnięciem pewnego poziomu rozwoju osobistego.

Człowiek jest jednak zagubiony i słaby. Czasem widocznie musi stracić wiele albo i nawet wszystko, by zobaczyć to – co jest „na dnie” tego, co jest najważniejsze…
Czasem widocznie tylko obiektywny brak możliwości kupowania, wydawania, całego tego szaleństwa – na przykład z powodu braku zatrudnienia normalnie dającego możliwość zdobycia pieniędzy na to – daje szansę zrozumienia tego co istotne.

To przywilej i dar.

06/01/2013

Słuszna rzecz, Panie - Tobie chwałę dawać…

Jan Kochanowski „PSALMY DAWIDOW” – Psalm 92 (fragment)

Słuszna rzecz, Panie, Tobie chwałę dawać
I Twoje święte imię wyznawać.
Dzień li po niebie światło swe rozleje,
Noc li świat płaszczem czarnym odzieje,
Dzień mię usłyszy litość wyznawając,
Noc prawdę Twoje opowiadając
Nie tylko słowy, ale i gęślami,
Ale i lutnią, i skrzypicami.

Serce mi kwitnie, pełenem radości
Patrząc na sprawy Twej wszechmocności.
Sprawy dziwne a niewysłowione,
O myśli w twardej nocy zamknione!
Niemądry na to nigdy nie napadnie,
Tępy do śmierci tego nie zgadnie,
Źli - zakwitnąwszy, jako kwitną zioła,
Uwiędną prędko i zginą zgoła.

Ty wszytki wieki przetrwasz, Możny Panie;
Twych nieprzyjaciół szczęt nie zostanie,( … )

10/06/2012

Tak blisko…


Dlaczego tak bardzo cierpię. 
odczuwam tak wielką samotność, 
przecież z własnej woli 
oddalam się od ludzi, 
od absurdu codziennych problemów. 
Podświadomie sam pogłębiam przepaść 
pomiędzy mną a tłumem 
lecz nie potrafię uwierzyć, 
że przecież Ty jesteś tak blisko!

Jak mała iskierka nieba 
wewnątrz mojego serca, 
troskliwy i kochający – 
jesteś świadkiem mych poczynań. 
dajesz mi prawo do błędów, 
cierpliwie czekając, 
aż wreszcie usłyszę, 
własne odpowiedzi, 
aż wreszcie dorosnę 
do dziecięcej szczerości, 
i wyciągnę ręce – wołając:

O Panie! Proszę, pomóż mi !

10/05/2012

Ewangelia; trud tłumaczenia, trud zrozumienia…

W poprzednim felietonie wspominałem już o tłumaczeniu Ewangelii jakie rozpoczął - i niestety nigdy już nie doprowadzi do końca - prof. Zygmunt Kubiak. ( * )
Był wybitnym znawcą kultury i języka greckiego, autorem wielu niezwykle autorytatywnych dzieł, jak „Literatura Greków i Rzymian”, „Dzieje Greków i Rzymian”, ”Mitologia Greków i Rzymian”, ”Brewiarz Europejczyka” czy tłumaczenie Poezji Kawafisa – któremu poświęcił ponad 30 lat pracy. Był więc szczególnie predysponowany do tego, by dokonać tłumaczenia Pism Nowego Testamentu albo chociaż Ewangelii – bezpośrednio z języka greckiego.

Był człowiekiem ogromnej kultury i wiedzy, ale bynajmniej nie uzależnionym emocjonalnie czy intelektualnie od dotychczasowego dorobku Kościoła Katolickiego i to właśnie stanowiło moim zdaniem cechę najbardziej wartościową dla potencjalnego tłumacza Ewangelii.
Chodzi o to, że tłumaczenia Ewangelii „obrosły” niejako zmianami, redakcjami, wreszcie tak zwaną „tradycją tłumaczeniową” – która w sposób trudny do ogarnięcia zmienia treść nauki Jezusa. Kiedy porównamy jednocześnie różne wydania, różne tłumaczenia dokonane w różnym czasie, narzuca się nam niesamowita zgodność, zbieżność treści Ewangelii Mateusza, Marka i Łukasza a przecież mają one różnych autorów, powstawały w różnym czasie i w różnej tradycji piśmienniczej, kulturowej. Łukasz był niewątpliwie Grekiem i pisał Ewangelię prawdopodobnie dla Greków. Najstarsza Ewangelia – Marka, powstała bardzo wcześnie bo ok. roku 65. Marek był tłumaczem Szymona Piotra i spisywał wypowiedzi i opowiadania Piotra mówione po aramejsku, tłumacząc je na grekę. Spisywał je tak jak je słyszał od Piotra, przy okazji działalności Piotra a więc w sposób mało uporządkowany chronologicznie.
O Ewangelii Mateusza uważa się obecnie, że była pisana przez Żyda, po aramejsku i dla Żydów, po roku 70, choć wśród badaczy nie ma tu zgody, są przekonania także i odmienne.
Łukasz z kolei był jak się dziś uważa towarzyszem wypraw św. Pawła a także jego lekarzem. Paweł nie był Apostołem w ścisłym znaczeniu tego określenia, to znaczy Apostołowie go za takiego przynajmniej początkowo nie uważali, gdyż nie został powołany wraz z nimi przez samego Jezusa i bezpośrednio nigdy nie widział Jezusa, poza oczywiście chwilą jego „nawrócenia” na drodze do Damaszku, gdzie zamierzał prześladować chrześcijan. Na dodatek - początkowo przez pewien czas nie tylko "nie chodził za Jezusem" tak jak to robili Apostołowie ale wręcz przeciwnie; ścigał tych których podejrzewał o "bycie uczniem Jezusa", wtrącał do więzień, maltretował i zabijał, w swoim mniemaniu - broniąc Wiary i Prawa.
Data powstania tej Ewangelii także jest bardzo sporna ale umiejscawia się ją gdzieś około roku 125 – 150, choć są i opinie naukowe skrajnie różne. Łukasz pisał ją w języku greckim tzw. koine, czyli mową wspólną dla plemion hellenistycznych. Jego Ewangelia wydaje się być właściwie redakcją tych poprzednich, zawierając nie więcej niż 25% materiału dodanego przez samego Łukasza. To raczej próba zebrania i chronologicznego uporządkowania tego, co dotychczas o Jezusie napisano, w pewnymi uzupełnieniami podanymi przez Pawła.

Tak więc z tych trzech Ewangelii tzw. „synoptycznych” wszystkie powstawały w różnym czasie, różnych językach i dla różnych odbiorców, a jednak - gdy dziś porównujemy ich treść – wydają się nam niezmiernie podobne, wręcz jednakowe co do analogicznych faktów. W takich okolicznościach, argument, że dotyczą one jednego i tego samego tematu, osoby, wydarzeń – oczywiście należy odrzucić, gdyż nie ma praktycznie możliwości relacjonowania dziejów nauczania Jezusa w tak podobny sposób poprzez tak różnych autorów działających w tak różnym czasie i okolicznościach.
Wyjaśnieniem tego zjawiska byłby moim zdaniem właśnie wpływ kolejnych niezliczonych tłumaczeń i redakcji późniejszych, aż do dnia dzisiejszego z jednoczesnym oddziaływaniem tak zwanej „tradycji tłumaczeniowej”, polegającej na tym, że ze względów teologicznych pewne fragmenty Ewangelii tłumaczy się w określony sposób niezależnie od zapisu w źródłach greckich czy innych zachowanych materiałach źródłowych.

Ktoś zapyta, cóż to za tłumaczenie, gdy wynik nie odpowiada treści oryginału… ?
Różnice te czasem dotyczą rzeczy może mniej istotnych, ale problem w tym, że my nie mamy prawa a nawet i możliwości (zrozumienia, wiedzy) by określać, co jest w Ewangelii w jakim stopniu istotne a co nie. Twierdzenie przeciwne jest wyrazem pychy, zarozumialstwa albo nieuczciwości, jaka nieraz niestety towarzyszyła dziejom Ewangelii.

Na przeciwnym biegunie mamy tradycję Indii, gdzie na przykład wg mojej ulubionej „Historii Filozofii Indyjskiej” Ericha Frauwallnera – nauczyciel (guru) musiał być tzw. „przeźroczystym medium” to znaczy – będąc w sukcesji uczniów wywodzących się od jakiejś emanacji Boga – miał przekazać wszystko to czego dowiedział się od swojego nauczyciela, bez najdrobniejszej nawet zmiany, nie „zanieczyszczając” otrzymanego od swojego nauczyciela przekazu jakąkolwiek ingerencją; własnej osobowości, intelektu czy upodobań. Nawet jeśli chciałby to czynić w dobrej wierze. Jeśli uczynił inaczej – tracił swój status bramina, guru. Wydaje się, że to jedyne właściwe podejście, oparte na postawie służenia… więc może dlatego tak obce właśnie naszej współczesnej katolickiej praktyce religijnej…

Wracając do śp. prof. Zygmunta Kubiaka, z radością rozpoczął on pracę nad tłumaczeniem Ewangelii z języka oryginału (greki koine), rozpoczynając niestety od Ewangelii Łukasza a więc tej – najpiękniejszej, ale najmniej jednocześnie wartościowej w sensie naukowym, historycznym, czy teologicznym.
Niestety profesor dokończył jedynie tę jedną z Ewangelii i tu moja refleksja, że szkoda już w takiej sytuacji iż nie była to Ewangelia Jana, najważniejsza jeśli chodzi o nauczanie Jezusa, o jego słowa o Bogu – najobszerniej i najbardziej szczegółowo przekazane właśnie przez Jana. A w aspekcie tego co napisałem wcześniej – nowy i niezależny od tradycji przekład z oryginału, dokonany przez takiego człowieka jakim był Zygmunt Kubiak – byłby rzeczywiście iskierką nadziei na uratowanie tego co jeszcze się da - z treści oryginalnej…

Wiele wskazuje na to, że wszystko co dotyczy Jezusa, co zostało opisane w Ewangelii – nie jest przypadkowe, każdy najdrobniejszy szczegół czemuś służył i miał swoje przewidziane przez Wszechmogącego znaczenie. Nie jesteśmy w stanie ocenić, czy coś jest mniej czy bardziej ważne w swoich dalszych konsekwencjach, dlatego jedyną rozsądną postawą powinna być właśnie ta przyjmowana przez tłumacza hinduska postawa „przeźroczystego medium” o której nieprzypadkowo wspomniałem wcześniej.
Z drugiej strony natomiast – jeśli widzimy zbyt dużo drobnych, pozornie mało ważnych odstępstw – to tracimy zaufanie do rzetelności całego dzieła (czy tłumaczenia). Jeśli na przykład ktoś pożycza od nas często np. 300 złotych a oddaje 299, albo oddaje 300 ale zawsze kilka dni po ustalonym terminie - to zapewne machniemy ręką, że to drobiazg itp., ale szybko, podświadomie nawet – uznamy tego człowieka za "niepewnego", ograniczymy zaufanie do niego; no niby zawsze oddaje, ale… Dokładnie tak i w tym przypadku.

Dla przykładu - sprawa tak zwanego zwiastowania.
Treść pozdrowienia anielskiego obecnie zwyczajowo przyjęta, wynikająca także ze swoistego kultu Maryjnego całkowicie obcego Ewangelii, nie ma podstaw w tekście Ewangelii Łukasza w jej greckim oryginale. Współcześnie zgodnie z "tradycją tłumaczeniową" Anioł powiedział do Marii:

Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami.

Nieco bardziej współczesne, tradycyjne tłumaczenie – to: Bądź pozdrowiona, łaską obdarzona, Pan z tobą, błogosławionaś Ty pomiędzy niewiastami.

W języku łacińskim jest to: „Ave, gratia plena, Dominus Tecum.”

To Ave – jest tak bardzo rzymskie... (Ave Cezar!), ale w oryginale greckim Ewangelii Łukasza jest inaczej:

Chaire, kecharitomene, Kyrios meta Su. Co dosłownie oznacza: Ciesz cię, łaski pełna, Pan jest z Tobą. A dalej - nie ma „Błogosławionaś Ty między niewiastami”, jak to mamy w „tradycji tłumaczeniowej”.
Nie ma.
To nie są słowa Anioła, wypowiedziane do Marii podczas zwiastowania, to są słowa Elżbiety która je wypowiedziała do Marii kilka miesięcy później, gdy ją Maria odwiedziła w domu Zachariasza.

Przytoczmy ten fragment: „ Niedługo potem wybrała się i podążyła śpiesznie do miasta na wyżynie Judzkiej. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Kiedy ta usłyszała od Marii pozdrowienie, poruszyło się dzieciątko (**) w jej łonie. Elżbietę napełnił wtedy Duch Święty i bardzo głośno zawołała: Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc Twojego łona! Skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?!...”

Jeśli więc uznamy grecki oryginał Ewangelii Łukasza za autorytatywny, a jest to przecież jedyna "całościowa" podstawa do tłumaczeń na inne języki - to okazuje się, że „tradycja tłumaczeniowa” polega na istotnym przeredagowaniu tego fragmentu. Na zniekształceniu oryginału.
Tu znów ktoś powie: „... i cóż takiego się stało? Przecież „źle” Anioł by nie powiedział, gdyby tak powiedział, jak my to wymyśliliśmy. Tak jest ładniej, "bardziej religijnie"… Może i Anioł tak nie powiedział, ale naszym zdaniem powinien był tak powiedzieć…”

Moim zdaniem – tak właśnie postępować, ani nawet myśleć - nie wolno.

Uczniowie Jezusa prosili go pewnego razu, by nauczył ich modlić się, a to dlatego iż słyszeli od uczniów Jana - że pouczał ich o tym jak mają się modlić. To początek rozdziału 11 Ewangelii Łukasza. Tak to przedstawia współczesna kościelna „tradycja tłumaczeniowa”:
„A gdy On w pewnym miejscu modlił się i zakończył modlitwę, ktoś z jego uczniów rzekł do niego: Panie, naucz nas modlić się, jak i Jan nauczył swoich uczniów. Wtedy rzekł do nich: gdy się modlicie, mówcie:

"Ojcze nasz, któryś jest w niebie,
święć się imię twoje,
przyjdź Królestwo twoje,
bądź wola twoja, jako w niebie tak i na ziemi,
chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
i odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom
i nie wódź nas na pokuszenie
ale nas zbaw ode złego.”

W oryginale greckim Łukasza jest jednak inaczej:

Ojcze,
Niech się święci imię Twoje,
Niech przyjdzie Królestwo Twoje,
Chleba naszego powszedniego dawaj nam na każdy dzień
i przebacz nam nasze grzechy,
bo i my przebaczamy każdemu kto wobec nas zawini
i nie wystawiaj nas na próby.

Więc znów ktoś coś pododawał, coś pozmieniał, "poprawił" po Jezusie a w każdym razie po jego uczniu Apostole Łukaszu, który nam to zrelacjonował w Ewangelii. Zapewne - po to, by było bardziej religijnie. Bardziej wzniośle. Trudno wątpić w dobre intencje. Znów ktoś się jednak czuł ważniejszy i mądrzejszy niż Jezus, który modlitwę podyktował i polecił uczniom…
Jeśli na dodatek porównamy to z jeszcze innym tekstem, jaki dziś funkcjonuje jako modlitwa powszechna w Kościele Protestanckim, to widzimy jeszcze większe różnice.

Jezus jednak nie powiedział uczniom:"... chłopaki, to tak mniej więcej się módlcie, jak wam powiedziałem, a jak wam coś się nie podoba, to sobie sami zmieńcie, przeróbcie albo dodajcie coś od siebie, byle było "stylowo"…".
Powiedział wręcz odwrotnie: kto mnie miłuje, ten słowa moje zachowuje. Nie miłuje mnie - kto słów moich nie przestrzega.
W wierności nauce Jezusa, zachowywaniu i przestrzeganiu jego nauk - i głównie w tym - objawia się wiara i miłość a także i nadzieja na Jego Królestwo.

Oczywistym wydaje się, że Ewangelię, czy Nowy Testament, czy może nawet całą Biblię – trzeba ciągle na nowo tłumaczyć zgodnie z przemianami języka odbiorcy, języka który jest tworem żywym i dość szybko się zmieniającym. Nie możemy dziś czytać a już tym bardziej mówić na przykład:
„Wielmoży dusza moja Pana mego a zwiesieli się duch mój w Bodze zbawienia mojego” - bo jest to nadto niewspółczesne, przestarzałe i z tego powodu – niezrozumiałe.
( Magnifikat, tłumaczenie z ok. 1600 roku).
Z drugiej strony – jeśli ktoś w cytowanej wyżej modlitwie podanej przez Jezusa swoim uczniom, których my naśladujemy - dziś przetłumaczy „… i odpuść nam nasze DŁUGI, tak jak i my odpuszczamy…” („Biblia XXI wieku”), to jest bardzo daleko od greckiego źródła tekstu Łukasza a na dodatek widziałbym w tym i sporo złośliwości…
Złośliwości w modlitwie…? To już by była duża przesada. Jednak z drugiej strony -b tłumaczenia Ewangelii nie mogą i nie są czymś oczywistym, z powodu ogromnej odległości czasowej i kulturowej od jej powstania.

Wniosek nasuwa się tu następujący:


I tak bardzo trudno jest dziś o prawdziwą wiarę. Człowiek zanurzony niejako w trudnym, nieprzyjaznym otoczeniu, codziennych troskach, trudnościach – nie bardzo chce przyjmować jakiekolwiek obowiązki, ograniczenia, przyjmować jakiekolwiek autorytety. Takie postępowanie Kościoła w sprawie podstaw wiary z pewnością nie dodaje mu wiarygodności. Jezus wiedział o tym i o tym mówił. Wydaje się więc, że Kościół nie dba o własną "wiarygodność sługi", wobec ludzi uważając się raczej - wbrew poleceniom Jezusa - za pana, dlatego staje się coraz mniej wiarygodny.
Czy to samo można powiedzieć o Ewangelii?
Moim zdaniem - jeszcze na szczęście - nie.

Jest prócz tego oczywiście i dużo więcej problemów z praktyczną realizacją nauki Jezusa, ale cóż tu się martwić o realizację, gdy same nauki w ich współczesnym przekazie stają się mało wiarygodne.

(*) Artykuł ten napisałem posługując się częściowo informacjami z przedmowy Autora przekładu Ewangelii według Św. Łukasza - prof Zygmunta Kubiaka.
(**) Dzieciątko – to Jan, później nazwany Chrzcicielem.

Post Scriptum.
Aby obraz sytuacji którą omawia powyższy tekst nie był zbyt ciemny, bardziej niż w rzeczywistości, postanowiłem jeszcze przytoczyć tu fragmenty wypowiedzi patrona tego przekładu, ks.prof. Michała Czajkowskiego, biblisty, współprzewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, dotyczące tego wydania Łukaszowej Ewangelii.

"Trzeba dziś nie lada odwagi, by przekładać księgę biblijną. Na szczęście tej odwagi nie zabrakło prof Zygmuntowi Kubiakowi; - jego przekład jest udany, piękny, wzbogacający. Wybitny znawca tradycji klasycznej, były współpracownik wielkiego biblisty śp. ks. Eugeniusza Dąbrowskiego, wspaniale przybliżył nam Ewangelię wg św. Łukasza, także w słowach wstępu. To oryginalny, twórczy przekład. Podziwiam piękno jego języka i wierność oryginałowi greckiemu. Autor szczęśliwie odszedł od pewnych tradycji i stereotypów translatorskich".

Natomiast ks. Adam Boniecki napisał o Zygmuncie Kubiaku:
"Jego ojczyzną była "Polska śródziemnomorska"; dzięki temu rósł i tworzył w najmniejszym stopniu nie skażony miazmatami PRL-u. Pierwsza książka "Półmrok ludzkiego świata" (1963) to zmagania z tajemnicą prawdy ludzkiego cierpienia, śmierci oraz istnienia; wszechwiedzy i miłosierdzia Boga. Ostatnia (...) niedokończony przekład Ewangelii. Z tekstu greckiego, bo - był o tym przekonany - Panu Bogu o miłości najzręczniej było mówić do ludzi po grecku."


Skoro więc autorytety nie napiętnowały samodzielności i odejścia od "tradycji i stereotypów translatorskich" - to... tylko kontynuować tę pracę wobec pozostałych ksiąg Ewangelii...
P.B

06/02/2012

Jak się uchronić od narastającego w nas oburzenia, gniewu…

Sytuacja staje się bardzo trudna. Z jednej strony coraz bardziej jak się wydaje uwidacznia się, że prawdopodobnie rzeczywisty stan spraw państwa nie był dotychczas w pełni ujawniany. Ma to oczywiście co prawda swoje poważne uzasadnienie – w dbałości o nastroje inwestorów, nie tylko tak zwane „rynki finansowe” ale także i nastroje przedsiębiorców. Wszystko jest w płynnej, chwiejnej równowadze opartej wbrew pozorom na zupełnie nieracjonalnych podstawach, takich jak obawy, leki, nastroje, wróżby, przepowiednie, noga którą przedsiębiorca dziś wstał... Po prostu jest tu istotny czynnik pozarozumowy i trzeba to przyjąć do wiadomości.
Któż jednak wie; czy gorzej jest znać nie najweselszą prawdę, czy pogrążać się w nieufności – widząc że optymizm jest udawany a oficjalny obraz coraz bardziej się różni od tego widocznego. Czy lepiej wiedzieć jak jest, czy wiedzieć, że z pewnością nie jest tak jak się wydaje (czyli w domyśle – gorzej?). Ukrywanie prawdy z czasem staje się widoczne i budzi nieufność, co może prowadzić do reakcji jeszcze groźniejszej, niż gdyby prawda była znana.

Nie bawi mnie politykierskie „gdybactwo” a interesuje mnie raczej praktyczny skutek społeczny.  W odniesieniu do ludzi pozbawionych zatrudnienia, ale też i ogólnie do wszystkich i wszystkiego - śmiało można przyjąć założenie dokładnie odwrotne niż to mają w zwyczaju ideologicznie zaślepieni; nie jest ważne KTO rządzi a raczej – JAK, to znaczy z jakim skutkiem społecznym. Co więcej – dokładnie właśnie nie jest ważny skutek „w ogóle” a jedynie skutek społeczny.
Jedni mogą mówić: trudno, zdechnę z głodu ale najważniejsze żeby za wszelką cenę Kaczyński nie był przy władzy.
Inny powie: nie interesują mnie ludzie zdychający z głodu, ale ci co na mnie głosują, bo najważniejsze aby za wszelką cenę odsunąć Tuska od władzy.
Ta „wszelka cena” i w jednym i w drugim przypadku – to tacy jak ja, jakieś 500.000 osób pozbawionych jakiejkolwiek możliwości zatrudnienia a nawet i całe dwa miliony bezrobotnych w tym kraju.
Tak łatwo jest płacić, sięgając do cudzego portfela…

Wydaje się oczywiste, zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka, że w systemie przyjętym przez cywilizację ludzką i dość powszechnie obowiązującym, nie mającym istotnej alternatywy, polegającym na używaniu pieniądza jako powszechnego ekwiwalentu pracy – człowiek musi mieć dostęp do tego podstawowego systemu, jeśli oczywiście chce. A trudno sobie wyobrazić by nie chciał, biorąc pod uwagę absolutną podstawowość  i powszechność oraz jednocześnie występującą wymienialność pracy i potrzeb, za pośrednictwem umownego ekwiwalentu jakim jest pieniądz.  Jakim trzeba być człowiekiem, i czy zasługuje na to miano ktoś, kto odmawia części społeczeństwa prawa do udziału w systemie wymiany praca-ekwiwalent pracy. Kto świadomie wyłącza masę swoich współobywateli ze społeczeństwa, traktując ich jak zbędnych, jak śmieci które się spycha w kąt, wymiata za próg, by samemu poczuć się lepiej w tak „wysprzątanym” domu. Przecież wiadomo, że człowiek musi zdobywać pieniądze, bo tylko to pozwala mu zaspokoić własne podstawowe potrzeby życiowe i daje mu w ten sposób namiastkę wolności, a najlepiej by było dla wszystkich – by te pieniądze zdobywał poprzez pracę, której wynik jest społecznie użyteczny, służy także innym.
Czy to mózg dziurawy jak ser szwajcarski od „trawki” popalanej po kątach w młodości powoduje, że się tworzy gospodarkę dla elity, jakiś KRYPTO-FASZYSTOWSKI ustrój,  jak na ironię, drwinę z ludzkiego cierpienia nazwany „obywatelskim” w którym jest elita władzy, uprzywilejowanych, „klasa Panów” – zapewniająca sobie wszystko co najlepsze i ustalająca przepisy prawa gwarantujące im i ich rodzinom WSZYSTKO, jest masa zastraszonych, uganiających się za jakimkolwiek zarobkiem „niewolników” których nauczono się bać, zabiegać o przychylność „panów”  wychodząc usłużnie naprzeciw ich wszelkim kaprysom i zachciankom, umizgiwać się do „chlebodawców” sztuką pisania „listów motywacyjnych” i sztuką kłamstw, rezygnacji z własnych potrzeb, odpoczynku, godziwej zapłaty za pracę, rezygnujących z wywalczonych i wypracowanych przez pokolenia praw. No i gdzieś tam na marginesie są „śmieci”, ci co się nie nadają do rączej służby dla Panów, albo co gorsza – nie chcą, trwając przy swoich humanistycznych przyzwyczajeniach myślowych. Ci dla tej władzy nie istnieją, są zbędni, pomijalni, ale skoro już są – to można jeszcze na nich zarobić, uszczknąć coś z udawanej „pomocy”, pozwalającej transferować pieniądze z funduszy publicznych do prywatnych bez poczucia bycia złodziejem, oszustem czy zabójcą. Zresztą – jak wymyślili prekursorzy tego systemu – przecież „zwycięzcy nikt nie sądzi”; przed kim miałby on odpowiadać za skutki swojego działania. A skutki zresztą i tak są nieodwracalne…

To wszystko budzi sprzeciw. Sprzeciw wewnętrzny, jeszcze mało wyrażany publicznie.

Ludzie mają o wiele za dużo tolerancji, cierpliwości i być może sami sobie tym szkodzą, doprowadzając do narastania problemu podczas gdy odpowiednio wczesne i jasne wyrażenie swojej reakcji mogłoby zapobiec wielu problemom obu stron. Społeczeństwo od ponad dwudziestu lat ponoć "wolne" - musi zacząć być asertywne; asertywne na skalę społeczną. Tymczasem wydaje się być bezrefleksyjną "szarą masą", sprytnie kształtowaną naciskami i zabiegami władzy, "elity", poddającą się im bezwolnie...
Człowiek źle znosi stawianie go w takiej sytuacji, to budzi sprzeciw, bunt. Im sytuacja staje się gorsza, trudniejsza – tym sprzeciw jest bardziej radykalny, na dodatek staje się równie co poczynania władzy ideologiczny, zamknięty, zaciekły i oporny na dialog. Zasada adekwatności akcji i reakcji ma tu swój szczególny wyraz.

Prawdziwy problem zjawia się człowiekowi w konflikcie z własnymi przekonaniami. Pomijając już skalę czy platformę społeczną tego, powstaje konflikt wewnętrzny, problem sumienia. Oczywiście własnego sumienia, tego które jest indywidualnym „rejestratorem” postaw i czynów człowieka i przed którym nie ma się gdzie skryć. Człowiek który zna i przyjmuje zasady, pouczenia zawarte w Ewangelii, chce im sprostać bo jest przekonany o ich prawdziwej wartości, ale jednocześnie widzi – obserwując samego siebie tym „okiem wewnętrznym” które nigdy nie zasypia, które widzi w ciemności i we mgle – że dramatyzm sytuacji w której został postawiony, poczucie własnej niemożności – nasila w nim agresję, postawę radykalną pewnie na skalę ludzką całkowicie zrozumiałą ale diametralnie sprzeczną z wyznawanymi wartościami, na przykład wskazanymi w Ewangelii.
Jezus pouczał, by nie przykładać zbyt dużego znaczenia, zbyt dużej wartości do swojego życia, nie przyzwyczajać się zbytnio do niego a troszczyć się raczej o to – co ma być zwieńczeniem wszystkiego; o to co ostateczne. To jednak jest bardzo trudne dla człowieka, tak bardzo osadzonego w materializmie świata, przez siebie postrzeganego jak jedynie realny.

Jakże trudno jest – gdy zmysły, instynkt samoobronny podpowiadają nam zamiast uległości i niezaangażowania emocjonalnego, działania bardziej kojarzące się z postaciami filmowymi odtwarzanymi np. przez aktora Sylwestra Stallone – trzymać się tych wartości w które się wierzy i które uważa się za wyższe, wyższe pod każdym względem. Zasada ludzkiej, fizycznej i bezpośredniej, proporcjonalnej odpowiedzialności, tak dobitnie wyrażonej szczególnie w prawie mojżeszowym, bliska ludzkiemu naturalnemu sposobowi rozumowania intuicyjnego – jest bardzo odległa od prawa zalecanego przez Nauczyciela, do dziś nawet ludzie uważający się za uczniów Jezusa intuicyjnie i wbrew pouczeniom Pana powracają do zasad reprezentowanych przez Prawo, np. „oko – za oko, ząb – za ząb”. Tyle, że zasada ta stosowana przez obie strony każdego konfliktu, prowadzi do zapętlenia; po czasie już każdy ma swoje autentyczne powody do zemsty, do agresji a każda następna zemsta rodzi kolejną zemstę drugiej strony. To nie jest więc dobra droga, ma rację Nauczyciel, że ktoś musi ustąpić a - by ustąpić – musi mieć mimo wszystko wiarę w sprawiedliwość, tyle że nie "tu i teraz" i przez siebie wymierzaną a scedowana na istotę wyższą, obiektywną, uprawnioną do osądu zawartości każdego sumienia, jak taśma video przechowującego  czyny i słowa.
To jednak jest bardzo trudne, bo życie materialne wydaje się człowiekowi czymś najcenniejszym co ma, słowa o prawdziwym, duchowym Królestwie Bożym, w którym nie ma materialnych trosk a do którego wejdą jedynie ci, co spełnią określony przez Nauczyciela standard – wydają się tak bajeczne, tak abstrakcyjne…

Jezus nauczał:
„… Ale biada wam, bogatym, gdyż w pełni odbieracie swą pociechę. Biada wam, teraz opływającym w dostatki, gdyż spadnie na was głód. Biada wam, zuchwale roześmianym, gdyż będziecie się smucić i płakać. Biada wam, ilekroć wszyscy będą mieli o was dobre zdanie; bo takie o fałszywych prorokach mieli ich ojcowie. Lecz wam, słuchającym, polecam: Kochajcie swoich wrogów, bądźcie dobrzy dla tych, którzy was nienawidzą, dobrze życzcie tym, którzy was przeklinają, módlcie się za tych, którzy wam szkodzą. Temu, kto ci wymierza policzek, nadstaw też drugi, a temu, kto ci odbiera płaszcz, nie broń i koszuli. Każdemu, kto cię prosi, dawaj, a od tego, kto bierze, co twoje, nie żądaj zwrotu. Traktujcie innych tak, jak sami chcecie być traktowani. Jeśli kochacie tych, którzy was kochają, to cóż tu wam wynagradzać? Przecież i grzesznicy kochają tych, którzy ich darzą miłością. Albo jeśli czynicie dobrze tym, którzy dla was są dobrzy, to cóż tu wam wynagradzać? Grzesznicy czynią to samo. I jeśli pożyczacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, to cóż tu wam wynagradzać? Grzesznicy również pożyczają grzesznikom, aby odebrać tyle samo. Ale kochajcie waszych wrogów, czyńcie dobrze, pożyczajcie nie oczekując nic w zamian, a otrzymacie hojną zapłatę i będziecie synami Najwyższego; On bowiem jest życzliwy dla niewdzięcznych i złych. Wzorem też swego Ojca bądźcie miłosierni. Przestańcie również sądzić, a na pewno nie zostaniecie osądzeni, i przestańcie potępiać, a nie zostaniecie potępieni; przebaczajcie, a dostąpicie przebaczenia. Dawajcie, a będzie wam dane; wtedy miarę dobrą, napchaną, utrzęsioną i z naddatkiem wsypią także w wasze zanadrze; bo jaką miarą mierzycie, taką i wam będzie odmierzone.”

Człowiek  dziś tak podle pozbawiany dostępu do pracy zarobkowej jako jedynego źródła ekwiwalentu pieniężnego pozwalającego mu nie tylko żyć, ale i mieć poczucie pewnej osobistej wolności, czuje przecież i najczęściej rozumie trafność tych rad. Musi podejmować walkę z samym sobą, by zastąpić naturalne, "prymitywne" odruchy - postępowaniem świadomie sterowanym przyjmowanymi zasadami odróżniającymi go diametralnie od jego krzywdzicieli.

Lecz jak znaleźć w sobie wystarczającą siłę charakteru; jak się mimo to uchronić od narastającego oburzenia, sprzeciwu, gniewu… Jak pozostać człowiekiem...



_________________________________________________________
W tekście zacytowałem fragment Ewangelii św. Łukasza w bliskim mi przekładzie ewangelickim (protestanckim) EIB.

25/01/2012

Wigilijna herbatka…

Znajoma, pewna cudowna blondyna, podarowała mi na Święta paczuszkę herbaty. Herbaty zakupionej w sklepiku pod wszystko mówiącą nazwą „Świat herbat”; więc jest to sklepik specjalistyczny, w którym można kupić tylko herbatę w najróżniejszych jej odmianach i ich mieszankach...

Bardzo mnie ucieszył prezencik jako fakt - niezależny od pozornie prozaicznej i praktycznej zawartości. Fakt intencji, gest – jak dla mnie zupełnie niecodzienny. Sam się zdziwiłem swojemu zaskoczeniu; przecież to nic takiego dostać coś, drobny prezencik, upominek, dostać go od kogokolwiek. Ale dla mnie od najwcześniejszego dzieciństwa było to niepojęte; to dla mnie? Niemożliwe… to jakaś pomyłka, nieporozumienie; to przecież ja – Pawełek, ja nigdy nic nie dostaję, nie zasługuję, nie należy mi się – to przecież wiadomo… Przecież to normalne, że niczego się nie dostaje od innych. Nawet wręcz przeciwnie;... byle raczej niczego mi nie zabrali. I tak nie będę protestował, ale jeśli już coś mam; jakiś ważny papierek, bardzo ciekawą śrubkę albo pudełeczko, to chciałbym utrzymać ten stan posiadania... Wiec do dziś fakt dostania czegoś wprawia mnie w zdumienie, zadziwienie, niedowierzanie…

Herbata:... nazywa się „Świąteczna” – świetnie; akurat idą Święta więc nawet pasuje dziwnie… Obejrzałem dokładnie z zainteresowaniem: torebeczka z dobrej przeźroczystej folii, sprytnie zamknięta za pomocą zwinięcia na podłużnym paseczku złotej metalowej blaszki, której końce po zwinięciu na niej górnej części torebki zostały zagięte, przytrzymując całość w pewny choć genialnie prosty sposób. Skoro folia nie została zgrzana w sposób maszynowy, trwały – znaczy to, że herbatę rozważano dopiero w sklepiku… a może kupuje się ją na wagę, a sprzedawca ma do dyspozycji różnej wielkości torebeczki z taką samą naklejką, etykietą a dobierane zależnie od kupowanej ilości. Opakowanie dobre; pozbawione przemysłowej „surowości” ale i nie udziwnione, nie zaprojektowane dla oszukania kupującego albo olśnienia go pretensjonalną, prowincjonalną elegancją na wyrost. Wewnątrz – czarna, liściasta choć drobna herbata zawierająca domieszkę drobniutko pokrojonych dodatków aromatycznych. Przez folię rozpoznać się dało skórkę pomarańczy, jakieś nieokreślone inne owoce, jakieś płatki suszonych kwiatów oraz naturalne goździki…

Wreszcie zdecydowałem: otwieram. Po widzialnej zawartości już można było spodziewać się efektu otwarcia opakowania, ale mimo to efekt zaskoczył mnie. To niesamowity, intensywny aromat, dokładniej mieszanka aromatów. Wspaniały, choć… zbyt intensywny… być może nastawiony na częściową utratę intensywności przed zużyciem całej ilości herbaty… no i spadku intensywności w procesie zaparzania. Miałem na szczęście w domu dużą paczkę mojej ulubionej indyjskiej herbaty Madras, więc postanowiłem zrobić z tego dwukrotnie większą ilość mieszanki a przy okazji niejako doprowadzić do proporcjonalnego zmniejszenia intensywności jej aromatu. Wsypałem więc to wszystko razem do większego słoika, wymieszałem dobrze i pozostawiłem dla zharmonizowania zapachów.
Późnym wigilijnym wieczorem, po zaparzeniu herbaty, pomysł okazał się dobry; utrzymała ona swój aromat ale niewypierający do końca aromatu herbaty jako takiej.
W ciszy tego specjalnego wieczoru, w cichym pokoiku rozświetlonym lampą stołową z ozdobnym abażurem oraz niebieskawym światłem monitora komputerowego, z wielkim spokojem w sercu jaki odczuwam czasem po powrocie z mojego ulubionego kościoła, siedziałem rozkoszując się niesamowitym aromatem świeżo właśnie zaparzonej herbaty świątecznej. Taki bukiet smakowy porusza właściwie w sercu, w pamięci wszystkie dobre wspomnienia dawnych Świąt, dzieciństwa, ma coś wspólnego ze smakiem tradycyjnego kompotu z suszonych owoców jaki dawniej był nieodzownym dodatkiem do makowca lub świątecznego ciasta drożdżowego.
Inne skojarzenie to niemieckie wino grzane z podobnymi przyprawami, "Glühwein", tradycyjne w czasie jarmarku na Boże Narodzenie, jaki odwiedzałem wielokrotnie w Lubece. Tamtejszy Weihnachtsmarkt jest bardzo znany w Europie i ma ogromną tradycję, choć Lubeka nie jest dużym miastem, ale za to bardzo starym grodem hanzeatyckim i jednocześnie - sławnym poprzez nazwiska swoich noblistów... No i jest miastem, niejako stolicą - marcepanu. Tamtejszy Weihnachtsmarkt pachnie właśnie tak; aromatycznymi przyprawami, pomarańczą i goździkami, marcepanem i gorącym aromatycznym winem kupowanym na ulicy…

Tak więc racząc się doskonałym herbacianym naparem, wspominając miejsca i zdarzenia – myślałem o Dzieciątku jakie się narodziło w Betlejem, no i ma się rozumieć – o cudownej, kilkanaście lat ode mnie młodszej mojej przyjaciółce Elżbiecie, fundatorce wspomnianego prezentu, który dał mi tak wiele radości… Zastanawiam się, choć minęło już wiele dni od Wigilii Bożego Narodzenia, czy to przypadek?
Czy można kogoś aż tak dobrze znać, by móc przewidzieć reakcje, ich korelację z sytuacją doraźną, z charakterem, ze stanem ducha… Na poziomie znajomości – raczej nie, chyba że mamy za znajomą - doskonałego psychologa…?; Nie; to też raczej nie wystarczy… przypadek, ... imaginacja… prezent doskonały. Prezent niosący w sobie okruszek dobra jako wartości bezwzględnej. Więc może dobro zstąpiło od Ojca wraz z Synem lecz ono pozostaje nadal wśród nas...?

Takie rozmyślania, obracające się w zasadzie siłą skojarzenia wokół wspomnień Lubeki, przeszłości, ale głównie wokół osoby znajomej cudownej blondyny, no i oczywiście - Dzieciątka; ... blondyna i Dzieciątko… dzieciątko i blondyna... dały w końcu, gdy już znużony położyłem się i zasnąłem – efekt dość zaskakujący. Podświadomość, która nigdy nie zasypia, zawsze jakoś przetwarza na swój sposób informacje płynące ze świadomości oraz z otoczenia, nawet te informacje których nie odbieramy naszymi zmysłami i zwraca je do świadomości np. we śnie w zadziwiającej, przekornej lub przewrotnej nieraz formie, w sposób niemożliwy do przewidzenia.
Dzieciątko… Boże Dzieciątko, Dobro które stało się ciałem. Blondyna i... dzieciątko? Jaki to może mieć związek mimo iż pozornie trudno się go tu dopatrzeć...
Nigdy nie mówię przez sen, ale wtedy - z płytkiego jeszcze snu wybudził mnie mój własny, słyszany przez sen głos, mówiący:

- Elu, moja milutka… córeczko…


22/01/2012

Uwierzyć…

Czasem tak bardzo się boję
nawet pomyśleć o Tobie,
gdyż to – o czym dotąd myślałem
nie miało żadnej wartości,
to wszystko – o czym mówiłem
było paplaniną bez sensu,
wszystko – co odczuwałem
było grą wyobraźni,
wszystko – cokolwiek robiłem
okazywało się zbędnym mozołem,
każdy przedmiot zainteresowania
w końcu rozczarowywał mnie...

Wiem, że nie masz złych cech,
bo jesteś absolutem,
to Ty jesteś wyznacznikiem –
co jest dobre lub złe,
lecz w swej głupocie się lękam
takiego rozczarowania,
które odebrałoby sens wszystkiemu:
tak samo życiu – jak i śmierci
temu co nie istnieje – i co jest.
Tak chciałbym Ciebie zrozumieć...
Tak bardzo pragnę uwierzyć...

O Panie, proszę – pomóż mi!


Paweł Baranowski 2008

09/01/2012

Ja - dziękuję.


Nie, nie! Ja – dziękuję! 
Stanowczo 
Nie potrzebuję 
Punktów dodatkowych 
Za pochodzenie 
Od małpy. 

Obarczony tęsknotą, 
Samotnością otruty – 
Szukam bezustannie 
Daremnym pragnieniem 
Zrozumienia, 
Uczucia, 
Aprobaty.
 
Oszukany urodzeniem - 
Błądzę bez celu, 
Odtrącony podle. 
Na oślep idę, 
Myślami szepcząc 
Nienarodzonych wierszy 
Słowa niezliczone.

Czy będą one 
Wystarczającym dowodem? 
Jak hasło dostępu? 
Modlitwa? 
Usprawiedliwienie? 
Zaklęcie?  Przeklęcie:
 ... Człowiekiem jestem...

Na pewno. 
Jestem ? ... 
Jeszcze 
Panie, odwróć ode mnie ten kielich. 
Błagam Cię; pomóż mi. 
Choć nie – co ja, 
Ale – co Ty!



03/01/2012

Proboszcz – księgowy, czy Księgowy – proboszcz…?

Koniec roku, dzień 31 grudnia, to - ostatnio - dzień "sprawozdawczy" w Kościele. Przyznam, że tak jakoś moje sprawy układają się od lat, że nie bywałem w tym dniu w moim ulubionym kościele, ani na balach czy "baletach" zresztą także nie… Nie rejestruję więc w swojej świadomości zmian bieżących, ciągłych zmian, jakie mają tam miejsce. Mówi się, że Kościół Katolicki obrządku rzymskiego jest podobno najbardziej konserwatywną ze znanych nam „organizacją”, gdzie bardzo trudno o zmiany w ogóle, ale one jednak następują. Czy w wystarczająco szybkim tempie, we "właściwym" społecznie kierunku, to znaczy kierunku mającym istotne społecznie znaczenie – to odrębne, ważne zagadnienie.
Lecz w takich sytuacjach „kontrastowych”, właśnie wówczas, gdy nie mamy ciągłości kontaktu z danym otoczeniem, które przy codziennym kontakcie stopniowo akceptujemy niejako mimo woli – wówczas widzimy zmiany, jako jaskrawe, – mimo iż w rzeczywistości są one bardzo w czasie rozłożone.
Jest to po prostu efekt kontrastu; tego, co mamy w pamięci z tym, co nagle dostrzegamy w otoczeniu.

Tym razem, to znaczy w minioną sobotę, 31 grudnia wracając do domu by się skryć przed absurdalną kanonadą, szaleństwem zdziczałych, pijanych lub naćpanych współobywateli, czczących (?) w ten sposób Nowy Rok – wstąpiłem do kościoła, do którego zawsze wstępuję.
I trafiłem – na sprawozdanie finansowo-księgowe za rok 2011 z gospodarki tegoż kościoła, połączone z promocją, "usług", zwalczaniem konkurencji i napomnieniem niesfornej „klienteli”.

Przedstawiam to świadomie w sposób nieco uszczypliwy, choć zacny i mądry człowiek, jakim jest niewątpliwie Ksiądz Proboszcz tego kościoła, może po prostu wykonuje polecenia swoich przełożonych, instrukcje Watykanu dotyczące organizacji struktury kościelnej, albo polecenia naszego Biskupa Andrzeja – nomen-omen – Dzięgi. (*dzięgi – to po rosyjsku pieniądze, stąd skojarzenie fonetyczne).
A kościół to nie jest zwyczajny; to bazylika tzw. mniejsza, niejako druga po katedrze a poza tym na dodatek kościół farny. Wspominam o tym, gdyż ma to znaczenie praktyczne w sprawie, o której piszę. Przepisy Kościelne wyraźnie bowiem określają, jaki kościół może być bazyliką katedralną, albo może odwrotnie: jakim kościołem musi być bazylika; ile ma mieć ołtarzy, jakie ma mieć wyposażenie liturgiczne, ile obrazów… Odzwierciedla to poniekąd nastawienie materialne charakterystyczne dla Kościoła Rzymskiego, a odrzucone niegdyś przez Kościół Protestancki.
Lubię to miejsce, choć przyglądam mu się z rosnącą obawą; lubię też i zacnego Proboszcza, któremu także jednak z rosnącą obawą się przysłuchuję…

Dotychczasowa bieda – po prostu maskowała tę różnicę podejścia, wynikającą z odmiennego rozumienia sedna wiary, istoty Ewangelii. Chodzi o to, że Kościół Rzymsko – Katolicki na wzór Rzymskiej Stolicy Biskupiej – preferuje najwspanialsze wystroje; złoto, marmury, freski, zdobienia architektoniczne, rzeźby Świętych, obrazy religijne i liturgiczne, klejnoty, dary wotywne itp. i na stworzenie i utrzymanie tego ściąga ogromne datki z biednych i biedniejących parafian, natomiast Kościół Protestancki – neguje to wszystko, opierając swoje działania na tekście Ewangelii, może nawet na (większej części) Biblii i nie uznaje w zasadzie wizerunków, obrazów, rzeźb, złoceń itp. preferując bardziej surowy i minimalistyczny wystrój kościoła, przy - stosunkowo dużo bardziej zamożnych parafianach. Wynika to z istoty samego „protestu” Martina Lutra, jego słynnych postulatów i wielu następujących po tym jego traktatów, rozwoju tej myśli i tej drogi religijnej.

Wracając jednak do rozpoczętej myśli; dotychczasowa bieda niwelowała tę różnicę, gdyż kościoły parafii Rzymsko-Katolickich bywały równie skromne i surowe jak protestanckie, tyle że te pierwsze – z biedy, a te drugie – z zasady, z wyboru i z przekonania.

Teraz, na fali przemian po roku 1989 – Kościół Rzymsko-Katolicki zyskał możliwość by się wreszcie „ubogacić” – jak to dowcipnie określają Biskupi, więc różnice te zaczęły objawiać się już nawet w stopniu uderzającym. Tenże „mój” kościół także przeszedł ogromną przemianę, od odbudowy (odtworzenia) zniszczonej podczas wojny wieży, poprzez remont kapitalny i modernizację, połączoną z rekonstrukcją elementów historycznych, do rozbudowy i restauracji wyposażenia ozdobnego i liturgicznego – by sprostać wymogom przepisów obowiązujących dla statusu Bazyliki Mniejszej.

Wracając więc do dnia 31 grudnia, przyszło mi wysłuchać w Domu Bożym długiego sprawozdania: ile zebrano w darach, w ofiarach i z jakich źródeł, ile zapłacono za poszczególne pozycje „kosztowe”, jak ogrzewanie, witraże, nowe ołtarze i wielkie obrazy malowane współcześnie „na zamówienie”…
Szanowny Proboszcz uzupełniał te dane o własne apele, nagany, upomnienia i prośby. Zapamiętałem z wymienianych tam liczb, że w parafii liczącej około 11300 osób ochrzczonych – zgodnie ze statystykami sporządzanymi w tej parafii – na msze niedzielne przychodzi ok. 9% (dziewięć procent) ogólnej liczby parafian. Gdzie jest ta reszta! – grzmiał już w tym momencie Proboszcz, z palcem groźnie uniesionym do góry. Dlaczego nie przychodzą; przecież są to ludzie ochrzczeni?!

Nie wiem - dlaczego; są na to różne wyjaśnienia, niestety przeważnie stronnicze i tendencyjne. Ale nie wszystkie. Chcę tylko zauważyć, jak bardzo statystyka ta godzi w prawdziwość mniemania, że Polska jest w 90% katolicka. A tu raczej widać wyraźnie – że odwrotnie: w 90% nie jest katolicka. O ile uznać, że zewnętrznym a wystarczającym objawem katolicyzmu jest chodzenie w niedzielę do kościoła. Kwestia definicji...
Ilościowo – pod względem chrztów – być może tak, ale chrzty niemowląt nie odzwierciedlają przecież ich późniejszej postawy… A jeśli ta proporcja (9% aktywnych) odzwierciedla podobną tendencję narastającą w całym Kraju…

Po raz drugi nasz zacny Proboszcz zagrzmiał, gdy wspomniał o słabiutkim rozchodzeniu się nakładu prasy katolickiej w tym naszym, jak wspomniałem – „nie byle jakim” – kościele. To oczywiście w ramach rozliczenia dochodów. Jak to możliwe – grzmiał – że w parafii o ponad jedenastu tysiącach „wiernych” – rozchodzi się łącznie przez rok nie więcej jak 100 (sto) egzemplarzy spośród kilku tytułów prasy stale dostępnych w kościele. Co ci ludzie czytają? – pytał retorycznie choć z uniesieniem nasz kochany Proboszcz.
Prawdopodobnie – nic; słuchają muzyki pop albo rock, oglądają program telewizyjny Trwam i słuchają odpowiedniego Radia z którego czerpią wiedzę o wszystkim co ich powinno interesować, jeśli już czytają – to nadchodzące rachunki do zapłacenia i lokalny dziennik informacyjny… Kurier... ale to już tylko niektórzy, bo "lokalny dziennik informacyjny" także bardzo narzeka na słabą „sprzedawalność”. No może niektórzy jeszcze - Harrego Pottera... a dzieci - lektury (bo muszą).

Gdy natomiast po raz trzeci zagrzmiał nasz Proboszcz – poczułem się już wręcz zażenowany. A doszedł był on wówczas do pogrzebów. Przyznał ze - szczerą chyba jednak - radością, że po raz pierwszy od lat liczba urodzeń w Parafii przewyższyła liczbę zgonów. Że więcej się ludzi rodzi niż umiera. Świetnie.
Przepraszam, ale to także jest sprzeczne z oficjalnie przez Rząd PO podawanymi danymi statystycznymi. Jakaś „nietypowa” , "nienormalna" parafia? – czy może ktoś tymi oficjalnymi ogólnopolskimi danymi manipuluje w sobie znanych celach politycznych, usprawiedliwiając tym na przykład manipulacje przy Ustawie Emerytalnej albo innych przepisach prawa…

Co do pogrzebów jednak – bardzo się rozsierdził nasz Proboszcz, znów gromił parafian z palcem uniesionym wysoko w górę, że z tych co umierają, niewiele więcej jak połowa pogrzebów odbywa się w naszej Bazylice. Oczywiście – religijnych obrzędów pogrzebowych. Tu poczułem się zażenowany, choć jestem niewinny, bo przez miniony rok ani się nie rodziłem ani też cudem jeszcze nie umarłem...
Proboszcz grzmiał na rodziny, nie na zmarłych: ci ludzie żyli w naszej wspólnocie, byli tu w tym kościele, nieraz codziennie i mają prawo do chrześcijańskiego pogrzebu w Bazylice. Dlaczego tylko połowa miała odpowiedni pogrzeb a pozostali odeszli nie zaopatrzeni po chrześcijańsku na tę ostatnią drogę. Kto za nich teraz weźmie odpowiedzialność, gdy rodziny nie chciały a Kościół - nie miał możności. Ja i nasi kapłani jesteśmy do dyspozycji całą dobę, jeszcze nigdy nie odmówiliśmy udania się do chorego czy umierającego…

Tu zacny nasz Proboszcz postanowił rozprawić się z „konkurencją”: ja wiem, że chodzą tacy i rozpowiadają plotki, że pogrzeb w Bazylice kosztuje (?) 10.000 zł, ale to nie jest prawda! Tu podniesionym głosem wymienił podstawowe pozycje ze swoistego „cennika usług duchowych” tej Parafii, padały kwoty 150 zł, 350 zł… poszczególnych pozycji „cennika”…
Pogrzeb w Bazylice wcale nie jest droższy, niż w Zakładzie Usług Komunalnych (tzn. miejskiej firmie pogrzebowej). Nie jest drogo, więc róbcie pogrzeby w naszym kościele, a jak czegoś nie wiecie, to zapytajcie mnie osobiście… wszystko jest jawne i dostępne, na jedno "kliknięcie" w komputer...

Niestety - co zaniepokoiło mnie najbardziej, w tym swoistym wystąpieniu naszego proboszcza nie zabrakło na koniec akcentów wyraźnie anty-protestanckich. Jeśli tak - ciekawe, bo może to wskazywać na jakieś konkretne a jeszcze nie ujawniane opinii publicznej zmiany "ilościowe" w liczbie członków Kościoła... Na dodatek, ten akurat kościół nigdy nie był protestancki; od powstania ponad 200 lat temu, w dawnym pomorskim Stettinie była to świątynia i parafia rzymsko-katolicka, skupiająca niewielką grupkę żyjących tu Polaków.
Może z krótkim okresem nazistowskim, po aresztowaniu i zamordowaniu błogosławionego dziś Księdza Lamperta i pozostałych tutejszych księży... Tak więc - skąd dziś aluzje anty-protestanckie...?

Patrzyłem na wielki ołtarz – wspaniały tryptyk cały w złoceniach, na sprowadzoną specjalnie wierną kopię „Całunu Turyńskiego”, na bezrobotnych stoczniowców z byłej Stoczni Szczecińskiej, papierników z upadłej Papierni Szczecin, cukrowników z lokalnej byłej Cukrowni, hutników z naszej zlikwidowanej „Huty Szczecin”, chemików z pod-szczecińskiego „Wiskordu”, rybaków ze zniszczonego Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich… Patrzyłem też na figurę Ukrzyżowanego ponad ołtarzem, na Krzyż…
Jakiś Ksiądz w sutannie i komży, który w najważniejszym momencie Mszy, pomiędzy drugą a trzecią modlitwą eucharystyczną, gdy cytowane są znamienne słowa Jezusa wypowiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy - biegał po kościele z „tacą” – zbyt długo machał mi nią przed nosem, nim zrozumiał, że nie mam co tam wrzucić lub też – nie mam takiego zamiaru, chcąc być wiernym pouczeniu Pańskiemu… Wiernym Ewangelii.

Po mszy nie minęła nawet i minuta od zakończenia pieśni "na wyjście kapłana", gdy rozpoczął się swoisty "spektakl na wyjście" dla ludzi w mszy uczestniczących; specyficzne stopniowe wygaszanie świateł w kościele poczynając od strony ołtarza - w kierunku wyjścia (exit), jednoznacznie dający do zrozumienia ludziom, że stali się tu już "zbędni", że powinni już wyjść, a przy wyjściu jeszcze coś wrzucić do skarbony "na remont kościoła", cała ta krzątanina osób usługujących jednoznacznie oznaczająca: czekamy aż wyjdziesz! Pospiesz się! Czas naszej "pracy" skończył się i czekamy tylko na ciebie... Bo stanem normalnym dla kościoła, jest "stan zamknięty".
Prawie jak w teatrze - po spektaklu. Popatrzeć, pomodlić się - możesz przez kratkę z przedsionka pomiędzy drzwiami zewnętrznymi a wewnętrznymi.

Mam ciągle w pamięci inny Kościół. Kościół mojego dzieciństwa będący oazą Jezusowego pokoju dla każdego przez cały dzień. Kościół otwarty przez całą niemalże dobę, od świtu do 21, gdzie można było wejść każdej chwili w potrzebie zebrania myśli, ochłonięcia, uspokojenia, zastanowienia. Pamiętam Kościół, gdy był bardziej Domem Bożym niż "przedsiębiorstwem usługowym" a księża – osobami duchownymi, sługami Pana i ludzi – a nie księgowymi na etacie zwanym dziś "zawód - ksiądz".
Faktycznie: zawód...

19/09/2011

Niepełnosprawne dobro.

Czasem, – gdy widzimy osoby niepełnosprawne fizycznie, z trudnością poruszające się samodzielnie lub jedynie na wózkach, nawet czasem tylko z pomocą innej osoby ten wózek popychającej, gdy są obok nas z ich trudem, ograniczeniem, z ich cierpliwością, pogodą ducha – zastanawiają nas opisane w Ewangelii uzdrowienia dokonywane przez Jezusa z Nazaretu. Najczęściej, gdy widzimy właśnie takich ludzi z trudnością poruszających się o kulach, ludzi często młodych, poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych lub podczas uprawiania jakiejś dyscypliny sportu albo nawet czasem już podczas porodu – odczuwamy niezdarne współczucie oraz… coś w rodzaju zakłopotania. Kalectwo, długotrwałe ograniczenie fizyczne nie zawsze odbija się negatywnie na wrażeniu, jakie może odnieść postronny obserwator przy takim spotkaniu. Wręcz przeciwnie, to ludzie sprawni często zupełnie nie doceniają swojej sprawności, swoich możliwości, nie korzystają z nich w tym aspekcie.
Często przecież, zależnie od okoliczności – są niepełnosprawne osoby bardzo wykształcone, wartościowe, wybitnie uzdolnione, niezwykle sympatyczne… trudno nam przyjąć do wiadomości i pogodzić się z ich trudnościami fizycznymi, ich cierpieniem. Jednocześnie nie do końca przecież rozumiemy istotę problemu życiowego widzianej osoby, nie wyobrażamy sobie cierpienia fizycznego i psychicznego, przez jakie przeszła, bo to nas nie dotyka osobiście, jest poza zakresem naszego osobistego doświadczenia. Mimo tego jednak wydaje się nam to całkowicie nienaturalne, niesłuszne, niepotrzebne i niczym nie usprawiedliwione. W cierpieniu, w niepełnosprawności jest coś z gruntu nieuzasadnionego, dziwnego, sztucznego; coś, z czym właściwie nie można się wcale pogodzić – patrząc na to z boku, z punktu widzenia osoby zdrowej i sprawnej. To całkowicie nieusprawiedliwiony stan, który chciałoby się natychmiast zmienić, poprawić – jak przypadkową pomyłkę losu, jak przypadkową zmarszczkę czy fałdę na wielkim, barwnym, cudownym kobiercu życia… Tym bardziej trudno nam wyobrazić sobie, że osoba niepełnosprawna m u s i a ł a znaleźć w sobie umiejętność pogodzenia się z tym…

Automatycznie niejako nasuwa to skojarzenia z wydarzeniami opisywanymi w Ewangelii.
Ledwie potrafimy sobie wyobrazić, jaką radość odczuwał Jezus z Nazaretu, gdy przywracał w jakimś przypadku ten stan naturalny; stan zdrowia i szczęścia, gdy spotykał na drodze swych wędrówek ludzi chorych, kalekich i mógł po prostu powiedzieć: wstań, weź łoże swoje i chodź, bądź oczyszczony z trądu, z gorączki, przejrzyj na oczy swoje… Powiedzieć to i widzieć wybuch radości, szczerą wdzięczność – i to zwróconą w intencjach ludzi – nie do niego a do Boga, zwycięstwo dobra i wiary nad złem, zwątpieniem i cierpieniem… Podobnie zapewne odczuwać to musieli i uczniowie - powołani, wyposażeni w umiejętności i moc „stąpania po wężach” i z nią rozesłani we wszystkie strony, by leczyli i uzdrawiali wszystkich potrzebujących.

Przypomnijmy tu niezwykle wzruszający opis jednego z niezliczonej liczby takich zdarzeń, z Łukaszowej Ewangelii w przekładzie św. pamięci profesora Zygmunta Kubiaka:
„Wziąwszy z sobą Dwunastu, powiedział do nich: „Oto idziemy w górę, ku Jeruzalem i spełni się wszystko, co prorocy napisali o Synu Człowieczym. Będzie wydany narodom, wyszydzony, znieważony i opluty, ubiczują go i zabiją, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Lecz oni nic z tego nie zrozumieli. Rzecz ta była zakryta przed mini i nie pojmowali, o czym mówi. Kiedy szedł i był już niedaleko od Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Ten, gdy usłyszał, że przeciąga tłum, dopytywał się, co to się dzieje. Obwieścili mu, że przechodzi Jezus z Nazaretu. Zawołał: „Jezu, synu Dawida, zmiłuj się nade mną!” Ci, którzy szli na przedzie, domagali się żeby zamilkł. Lecz on coraz głośniej wołał: „Synu Dawidowy, zmiłuj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. Gdy ten był blisko, zapytał:, „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Ten zaś: „Panie, żebym przejrzał!”. A Jezus do niego: „Przejrzyj. Wiara twoja cię uzdrowiła. I od razu przejrzał, i szedł za Nim, sławiąc Boga. I cały lud, widząc to, dawał chwałę Bogu.

To bardzo plastyczny opis, ułatwiający wyobrażenie sobie tej sceny w sposób plastyczny, „filmowy”. Potrafimy wyobrazić sobie nie tylko radość uzdrowionych, – która jest radością ludzką a więc nam bliższą. Ale co z uczuciami samego Jezusa, dokonującego tych wszystkich czynów opisanych w ewangeliach Marka, Łukasza, Mateusza i Jana, które – jak stwierdził na końcu swojej Ewangelii Jan – nie opisują wszystkiego w sposób kompletny, są jedynie częścią wszystkich czynów Jezusa.
Co wówczas czuł Jezus? Czy jesteśmy w stanie choćby wyobrazić to sobie? Był człowiekiem jak my, więc cieszył się tak jak i my byśmy się cieszyli, jednak pozbawiony był pychy i nie przypisywał niczego sobie, jako człowiekowi gdyż jednocześnie przecież – jak wiemy z Ewangelii Jana – Jezus jest Panem; słowem, które stało się ciałem, to On jest tożsamy z Duchem, Bogiem, Jahwe, – który przyjął również ciało ludzkie za pośrednictwem narodzin właściwych człowiekowi.
Wiemy to z rozdziału 14 Ewangelii Janowej; „… Rzekł Mu Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a wystarczy nam. Odpowiedział mu Jezus: Tak dawno jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca; jak możesz mówić: pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że jestem w Ojcu a Ojciec we mnie? Słowa, które do was mówię, nie od siebie mówię, ale Ojciec, który jest we mnie, wykonuje dzieła swoje. Wierzcie mi, żem ja w Ojcu a Ojciec we mnie; a jeśli by tak nie było, to dla samych uczynków wierzcie…”

Więc jeśli tak, – co czuł? Nie widzimy przecież powodu by sądzić, że to musiało być coś dla nas niepojętego, niewyobrażalnego, tajemniczego. Jeśli płakał przed grobem Łazarza wraz z jego siostrami i opłakującymi go Żydami, czyżby nie miał czuć radości, wdzięczności – wraz ze świadkami uzdrowień, których dokonywał? Tak też i było to przyjmowane przez widzów, świadków, uczniów, oczywiście poza niektórymi Żydami widzącymi w tym jedynie zagrożenie… Ludzie uważali to za coś naturalnego, oczywistego i ”chwalili Boga”… tak po prostu…

Podczas spotkań z osobami niepełnosprawnymi ze wzruszeniem myślimy czasem o tym, jakże radosne musiało być dla Pana móc powiedzieć: bądź uzdrowiony z niemocy swojej, przejrzyj na oczy, bądź oczyszczony z trądu, uwolniony od choroby, wyzwolony z brzemienia swojej winy… Przecież dla Niego to nie był żaden cud, była to po prostu okazja do przywrócenia właściwego, naturalnego i oczywistego stanu, jaki niegdyś stworzył; stanu dobra, szczęścia, radości, miłości do Pana i do bliźnich; powrót do stanu, o którym wiedział - że kiedyś był i kiedyś znów powróci…
Może nawet czasem sami chcielibyśmy móc dokonać takiego uzdrowienia, bez pychy czy samozadowolenia dać komuś tę ogromną radość. Dać ją „dla niego” i wraz z nim cieszyć się jego radością, wiedząc, że jesteśmy tylko narzędziem, pośrednikiem, że sami nic nie moglibyśmy zdziałać, a tylko podarowaną nam siłą i tylko w jej imieniu… Nie jesteśmy jednak i nie możemy być zazdrośni o tę moc; moc miłości i dobra. Godne jest, że to jedynie On (i uczniowie – dzięki udzielonej im Jego mocy – jak opisują Ewangeliści) mógł dokonywać takich czynów, przeciwstawić się swoją wolą cierpieniu i niemocy, gdy tylko chciał, a chciał zawsze, szczególnie wówczas – gdy widział w człowieku wiarę, iskierkę dobra. Mówił: wiara twoja uzdrowiła cię, odpuszczone są grzechy twoje, jakoś uwierzył – niech ci się stanie…
Do pewnego stopnia może lekarze, zwłaszcza starsi, ci dobrze wykształceni, światli, pokorni i otwarci na to, co „na progu przeczucia”, czego nie uczą w akademiach – mogą doświadczyć podobnego uczucia. Niepełnosprawność nie jest karą. Jest raczej cechą materii. Czy materia jest karą…?
Sprawiedliwe jest to, że ta radość uzdrawiania ciała i ducha jedynie wolą, myślą, mocą dobra i miłości – przynależy tylko Jemu, Panu, temu który dwa tysiące dziesięć lat temu narodził się wśród ubogich w niewielkim miasteczku Betlejem w Judei, w mizernej i cichej stajence, narodził się w ubóstwie, bo „nie było dla niego miejsca w gospodzie” – Pan i Nauczyciel.
Każda jednak nasza pomoc osobie niepełnosprawnej z taką myślą, z takim nastawieniem – należy do tego samego dziedzictwa. Jest kontynuacją, jest po tej samej stronie zmagających się aż do końca świata sił. Więc pomagajmy…