MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczucie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczucie. Pokaż wszystkie posty

05/03/2021

"Miłość prawdziwa" - suplement do tekstu. Wyjaśnienia.

Miłość prawdziwa nie jest "za coś" ani "z powodu"; zjawia się nie wiadomo skąd jak powiew wiatru; to ona dopiero daje wszystkie możliwe powody i "wyciąga" z nas wszystko to co w nas najlepsze. Odrzucenie, bariery, warunki, ograniczenia, separacja, oceny, wymagania wstępne - wydobywają z nas wszystko co najgorsze, poprzez niepotrzebne bezsensowne cierpienie i tak prowadzą donikąd...

Zakochałem się w tobie. W twoim głosie i twoim oddechu. W twoich oczach i twojej obecności. A co to znaczy? Nagle zaczęło mi ciebie bez przerwy brakować. Wiadomo: praca, wyjazdy, różne zajęcia... W naszej znajomości trwającej już od pewnego czasu pojawił się nie wiedzieć kiedy jakiś nieuchwytny, zaskakujący, dodatkowy element, choć często pojawia się on już od pierwszej chwili; mówią na to - "jest chemia", albo że "zaiskrzyło", a mówią tak - by jakoś nazwać to, czego nie da się dostrzec bezpośrednio, zdefiniować, skatalogować i okiełznać. Dostrzec można tylko skutek. To działa, choć nikt nie wie jak i dlaczego.
Działa - jeśli jest.

Nie da się przeanalizować ani wytłumaczyć, dlaczego to widok twojej twarzy jest dla mnie tak miły, wzruszający, choć na świecie jest ponoć ponad 8 miliardów innych twarzy a z tego nieco więcej niż połowa - kobiecych, z tego jedna trzecia "dorosłych" twarzy; i tak daje to co najmniej dwójkę i dziewięć zer... Ale ja lubię twój sposób mówienia, twój uśmiech, mógłbym godzinami przyglądać się tobie nawet nie zdając sobie sprawy z upływu czasu, śledzić każdy ruch, gest, grymas, mimikę jak lustro myśli - przebiegających szybko, jak pierzaste chmurki po błękitnym niebie przy silnym wietrze i odpowiadające im plamy półcienia - szybko przesuwające się po drzewach i łąkach, rozjaśnionych promieniami słonecznymi...
Ty także czasem obrzucasz mnie szybkim tęsknym spojrzeniem, albo uśmiechasz się filuternie, gdy nasze spojrzenia spotkają się. Zauważyłem przypadkiem, że długo przyglądasz mi się, poważnie i z pewną ciekawością - kiedy zasypiam; jakbyś krępowała się robić to "jawnie", gdy mógłbym to dostrzec na co dzień. Czuję i wiem, że odczuwasz podobną przyjemność wynikającą z mojej obecności blisko ciebie i że to jest prawdziwe, naturalne, rzeczywiste i trwałe. Akceptujesz właśnie mnie, mimo że mam wady i świadomie staram się nie do końca je ukrywać - kierując się potrzebą szczerości i autentyczności, wiarygodności bez oszukiwania i udawania.
To jest bardzo miłe... jeśli jest...

Kocham cię, dlatego spontanicznie sam chciałbym dla ciebie jak najlepiej, abyś była szczęśliwa, nie tylko w związku ze mną, ale i w każdej innej dziedzinie życia; wręcz myślę, że ja - jestem tu na ostatnim miejscu ważności. Dlatego chciałbym zrobić wszystko co możliwe, byś realizowała swoje zamierzenia, cele, ambicje, plany rozwoju i twórczości; to przecież oczywiste że dla ukochanej i akceptowanej osoby która to odwzajemnia, zawsze chcemy dać z siebie wszystko - dla jej radości, ale umiemy też przyjąć podobny dar od niej. Z miłości sam wymyślam co mógłbym zrobić dla ciebie; To jest niesamowicie motywujące.
Jeśli jest.

To ona wydobywa z nas niesamowitą energię, radość, pomysłowość, humor, optymizm. Miłość odwzajemniana jest jak... silnik odrzutowy najnowszego myśliwca; daje "kopa" do prędkości naddźwiękowej, odejmuje lat, uzdrawia, uwalnia od lęku, nagradza optymizmem, młodzieńczą inwencją i pomysłowością. To miłość i szczęście daje energię, uzdrawia i odmładza. Powiedzenie "kochałabym cię gdybyś miał więcej energii, był szczęśliwy" - jest absurdalne, bo oczekuje skutku - przed przyczyną. To tak jakby mówić; zatankowałabym samochód gdyby bez paliwa dojechał do stacji benzynowej...

Bo miłość polega na służeniu, dzieleniu się, a służenie - na dawaniu i przyjmowaniu dobra, także na dzieleniu się trudnościami, wątpliwościami, bólem. Kocham cię niezależnie od okoliczności i wiem że jestem kochany, dlatego w moim przyjmowaniu od ciebie daru dobrej woli, szczęścia, dobra, inspiracji, rady, motywacji, pomocy, życzliwości, przyjaźni - nie ma nic z interesu albo wyrachowania. Nie ma - bo to nie był warunek, wymóg wstępny. Bez tego wszystkiego zapewne także odczuwałbym całą tę radość wynikającą z samej miłości. Daję to co mam najlepszego, bo wiem, że osoba obdarowana przyjmie to i także - z tego samego co ja powodu - będzie chciała mnie obdarowywać wszystkim co najlepsze i to jest właśnie miłość, dzielenie się dobrem, nie - wyrachowanie, wstępne oczekiwania, żądania, wydzielanie "siebie" po trochu zależnie od spodziewanych "korzyści", rozsądne "sprzedawanie się" po kawałku, reglamentacja dostępu do siebie, swojego życia, swoich spraw...

21/07/2013

Jesteś piękna w mych marzeniach…


Jesteś piękna w mych marzeniach,
Gdy we śnie, wyzbyty wstydu
W zakochaniu myślą pieszczę
Każdy skrawek twego ciała.

Gdy we śnie – wyzbyty strachu
Całkiem szczerze jestem sobą,
Mogę dać całego siebie
Bez obawy zniewolenia,

Bez przeczucia fałszu, zdrady,
Feministycznego kłamstwa,
Zakłamania głupiej pozy,
Kołtuńskiego obyczaju.

Prawdę mówią – pocałunki.
Błyszcza prawdą oczy twoje,
Że jesteśmy tylko dwoje –
Od początku… i bez końca,

Lecz niestety: tylko we śnie;
Bo na jawie: panie…, pani…
Doświadczenia ostrzegają.
Zwyciężają – konwenanse.

Górę bierze złe wspomnienie.
Dawny ból, choć zaleczony.
Już niestety brak nadziei
Że to może być tak piękne.

Więc… cierpliwie czekam nocy,
Sny oddając szczęściu memu.
Piękne jest – co się nie stało.
… Może właśnie – dzięki temu?


Paweł Antoni Baranowski


25/01/2012

Wigilijna herbatka…

Znajoma, pewna cudowna blondyna, podarowała mi na Święta paczuszkę herbaty. Herbaty zakupionej w sklepiku pod wszystko mówiącą nazwą „Świat herbat”; więc jest to sklepik specjalistyczny, w którym można kupić tylko herbatę w najróżniejszych jej odmianach i ich mieszankach...

Bardzo mnie ucieszył prezencik jako fakt - niezależny od pozornie prozaicznej i praktycznej zawartości. Fakt intencji, gest – jak dla mnie zupełnie niecodzienny. Sam się zdziwiłem swojemu zaskoczeniu; przecież to nic takiego dostać coś, drobny prezencik, upominek, dostać go od kogokolwiek. Ale dla mnie od najwcześniejszego dzieciństwa było to niepojęte; to dla mnie? Niemożliwe… to jakaś pomyłka, nieporozumienie; to przecież ja – Pawełek, ja nigdy nic nie dostaję, nie zasługuję, nie należy mi się – to przecież wiadomo… Przecież to normalne, że niczego się nie dostaje od innych. Nawet wręcz przeciwnie;... byle raczej niczego mi nie zabrali. I tak nie będę protestował, ale jeśli już coś mam; jakiś ważny papierek, bardzo ciekawą śrubkę albo pudełeczko, to chciałbym utrzymać ten stan posiadania... Wiec do dziś fakt dostania czegoś wprawia mnie w zdumienie, zadziwienie, niedowierzanie…

Herbata:... nazywa się „Świąteczna” – świetnie; akurat idą Święta więc nawet pasuje dziwnie… Obejrzałem dokładnie z zainteresowaniem: torebeczka z dobrej przeźroczystej folii, sprytnie zamknięta za pomocą zwinięcia na podłużnym paseczku złotej metalowej blaszki, której końce po zwinięciu na niej górnej części torebki zostały zagięte, przytrzymując całość w pewny choć genialnie prosty sposób. Skoro folia nie została zgrzana w sposób maszynowy, trwały – znaczy to, że herbatę rozważano dopiero w sklepiku… a może kupuje się ją na wagę, a sprzedawca ma do dyspozycji różnej wielkości torebeczki z taką samą naklejką, etykietą a dobierane zależnie od kupowanej ilości. Opakowanie dobre; pozbawione przemysłowej „surowości” ale i nie udziwnione, nie zaprojektowane dla oszukania kupującego albo olśnienia go pretensjonalną, prowincjonalną elegancją na wyrost. Wewnątrz – czarna, liściasta choć drobna herbata zawierająca domieszkę drobniutko pokrojonych dodatków aromatycznych. Przez folię rozpoznać się dało skórkę pomarańczy, jakieś nieokreślone inne owoce, jakieś płatki suszonych kwiatów oraz naturalne goździki…

Wreszcie zdecydowałem: otwieram. Po widzialnej zawartości już można było spodziewać się efektu otwarcia opakowania, ale mimo to efekt zaskoczył mnie. To niesamowity, intensywny aromat, dokładniej mieszanka aromatów. Wspaniały, choć… zbyt intensywny… być może nastawiony na częściową utratę intensywności przed zużyciem całej ilości herbaty… no i spadku intensywności w procesie zaparzania. Miałem na szczęście w domu dużą paczkę mojej ulubionej indyjskiej herbaty Madras, więc postanowiłem zrobić z tego dwukrotnie większą ilość mieszanki a przy okazji niejako doprowadzić do proporcjonalnego zmniejszenia intensywności jej aromatu. Wsypałem więc to wszystko razem do większego słoika, wymieszałem dobrze i pozostawiłem dla zharmonizowania zapachów.
Późnym wigilijnym wieczorem, po zaparzeniu herbaty, pomysł okazał się dobry; utrzymała ona swój aromat ale niewypierający do końca aromatu herbaty jako takiej.
W ciszy tego specjalnego wieczoru, w cichym pokoiku rozświetlonym lampą stołową z ozdobnym abażurem oraz niebieskawym światłem monitora komputerowego, z wielkim spokojem w sercu jaki odczuwam czasem po powrocie z mojego ulubionego kościoła, siedziałem rozkoszując się niesamowitym aromatem świeżo właśnie zaparzonej herbaty świątecznej. Taki bukiet smakowy porusza właściwie w sercu, w pamięci wszystkie dobre wspomnienia dawnych Świąt, dzieciństwa, ma coś wspólnego ze smakiem tradycyjnego kompotu z suszonych owoców jaki dawniej był nieodzownym dodatkiem do makowca lub świątecznego ciasta drożdżowego.
Inne skojarzenie to niemieckie wino grzane z podobnymi przyprawami, "Glühwein", tradycyjne w czasie jarmarku na Boże Narodzenie, jaki odwiedzałem wielokrotnie w Lubece. Tamtejszy Weihnachtsmarkt jest bardzo znany w Europie i ma ogromną tradycję, choć Lubeka nie jest dużym miastem, ale za to bardzo starym grodem hanzeatyckim i jednocześnie - sławnym poprzez nazwiska swoich noblistów... No i jest miastem, niejako stolicą - marcepanu. Tamtejszy Weihnachtsmarkt pachnie właśnie tak; aromatycznymi przyprawami, pomarańczą i goździkami, marcepanem i gorącym aromatycznym winem kupowanym na ulicy…

Tak więc racząc się doskonałym herbacianym naparem, wspominając miejsca i zdarzenia – myślałem o Dzieciątku jakie się narodziło w Betlejem, no i ma się rozumieć – o cudownej, kilkanaście lat ode mnie młodszej mojej przyjaciółce Elżbiecie, fundatorce wspomnianego prezentu, który dał mi tak wiele radości… Zastanawiam się, choć minęło już wiele dni od Wigilii Bożego Narodzenia, czy to przypadek?
Czy można kogoś aż tak dobrze znać, by móc przewidzieć reakcje, ich korelację z sytuacją doraźną, z charakterem, ze stanem ducha… Na poziomie znajomości – raczej nie, chyba że mamy za znajomą - doskonałego psychologa…?; Nie; to też raczej nie wystarczy… przypadek, ... imaginacja… prezent doskonały. Prezent niosący w sobie okruszek dobra jako wartości bezwzględnej. Więc może dobro zstąpiło od Ojca wraz z Synem lecz ono pozostaje nadal wśród nas...?

Takie rozmyślania, obracające się w zasadzie siłą skojarzenia wokół wspomnień Lubeki, przeszłości, ale głównie wokół osoby znajomej cudownej blondyny, no i oczywiście - Dzieciątka; ... blondyna i Dzieciątko… dzieciątko i blondyna... dały w końcu, gdy już znużony położyłem się i zasnąłem – efekt dość zaskakujący. Podświadomość, która nigdy nie zasypia, zawsze jakoś przetwarza na swój sposób informacje płynące ze świadomości oraz z otoczenia, nawet te informacje których nie odbieramy naszymi zmysłami i zwraca je do świadomości np. we śnie w zadziwiającej, przekornej lub przewrotnej nieraz formie, w sposób niemożliwy do przewidzenia.
Dzieciątko… Boże Dzieciątko, Dobro które stało się ciałem. Blondyna i... dzieciątko? Jaki to może mieć związek mimo iż pozornie trudno się go tu dopatrzeć...
Nigdy nie mówię przez sen, ale wtedy - z płytkiego jeszcze snu wybudził mnie mój własny, słyszany przez sen głos, mówiący:

- Elu, moja milutka… córeczko…


21/12/2011

Czas właściwy.

Czasem jeszcze łapię się na odruchach naiwności. Naiwności właściwej raczej ludziom bardzo młodym, o wielkim potencjale optymizmu, zaufania w dobroć człowieka, jego mądrość albo choćby podstawowy rozsądek czy instynkt samozachowawczy. Wydaje mi się wówczas, że niewiedza czy niezrozumienie są podstawowym powodem zła na tym świecie. Pewnie w znaczeniu ogólnym, można by powiedzieć – ostatecznym, rzeczywiście tak jest, ale w codziennej obserwacji, codziennych sprawach i sprawkach widać zło nie wynikające z niewiedzy, zło jakby samoistne. Ujawniające się w postępowaniu wyrachowanym i dobrze skalkulowanym dla uzyskania zaplanowanego efektu zła.
Przyjemnie jest myśleć i wierzyć, że wystarczyłoby po prostu zrozumieć i wyjaśnić rzeczywistość innym, by przez to samo - wyeliminować zło…
Jest wiele problemów; przytłaczający chaos, zniechęcający nawet do prób – by coś wyjaśnić, uporządkować. Jakże trudno dziś o te uczucia, jakie – jak to opisują Ewangeliści – dominowały w chwili narodzenia Pana w Betlejem, w Judei. Ostatnio zachwycają mnie Psalmy Dawidowe spisane z łaciny przez Jana Kochanowskiego z Czarnolasu. Mam na myśli oczywiście teksty użyte w zbiorze pieśni chóralnych „Melodie na Psałterz Polski” - spisane piękną, choć dziś już nieraz bardzo archaiczną polszczyzną. Jest w nich coś szlachetnego, autentycznego…
Otacza mnie wiele problemów, troska o byt – nawet już w sensie dosłownym, jak wielu ludzi oszukanych i zdradzonych przez władzę, wyrugowanych gdzieś poza obszar zainteresowania Państwa, prostackiej i mało szlachetnej, niedorozwiniętej uczuciowo i emocjonalnie „elity” władzy - nie narzekającej na nadmiar wiedzy i zrozumienia; instytucji nie spełniających swojej roli… Wydawałoby się, że wystarczy pomóc, wyjaśnić, podać argumenty i fakty, przekonać… Ale nie.
Psalmy spisane przez Jana z Czarnolasu są dziś niemalże nierozerwalnie związane właśnie z muzyką Mikołaja Gomółki – wydaną po raz pierwszy w Krakowie w 1580 roku. Wykonanie wokalne, dobry chór – podkreśla sens, nastrój tekstu psalmów do tego stopnia, że czytany później bezpośrednio zapis słowny wydaje się wręcz niekompletny, rozczarowuje tego kto słuchał „Melodii na Psałterz Polski” w dobrym wykonaniu, gdy tekst i śpiew, cudowna polifonia przenikających się głosów nawzajem się uzupełniają.

Wracając do nastroju, do realiów życia – przychodzi mi na myśl Psalm CXXX – Ad profundis clamavi ad Te, Domine. (fragmenty)

W troskach głębokich ponurzony,
Do Ciebie, Boże niezmierzony,
Wołam, racz smutne prośby moje
Przyjąć w łaskawe uszy swoje!
Cieszy mię, Panie, dobroć Twoja,
Cieszą mię słowa; dusza moja
Upatrzą Twego smiłowania
Barziej niż nocna straż świtania.
Lecz nie jest na to teraz czas właściwy.
Jest czas na radość z narodzenia Pana, z jego obecności. Czyż sam Jezus trzydzieści kilka lat później nie wyjaśnił tego w sposób doskonały, mówiąc: „...ubogich zawsze wśród siebie mieć będziecie, ale mnie nie zawsze mieć będziecie.” A w innym miejscu mówił: "...Jeszcze na małą chwilę światłość jest wśród was. Chodźcie, póki światłość macie, aby was ciemność nie ogarnęła; bo kto w ciemności chodzi, nie wie, dokąd idzie. Wierzcie w światłość, póki światłość macie, abyście się stali synami światła."

Noc Bożego Narodzenia, Wigilia czyli radosne oczekiwanie - to symboliczny powrót jasności do tego naszego mrocznego świata, nie widziany a odczuwany w sercu, gdy ktoś bardzo pragnie i jest mu dane odczuć to. Trudno dziś, będąc w rozpaczliwym położeniu, przeżyć Boże Narodzenie tak jak się powinno, mając w pamięci i rozważając wszystko to, co o tym opowiada Ewangelia.
Na czas Bożego Narodzenia przypomnijmy raczej Psalm CXXXIII – Ecce quam bonum, et quam incundum. (fragmenty)

Jako rzecz piękna, jako rzecz przyjemna
Patrząc, gdzie miłość panuje wzajemna,
A bracia sforni w szczerej uprzejmości
Strzegą jedności.
Bo kędy zgoda święta przemieszkawa,
Tam Pan niebieski wszytko dobre dawa
Wzbudzając zawżdy na miejsce ojcowe
Potomstwo nowe.
Więc cóż: coraz trudniej o nadzieję, o zaufanie do przyszłości – więc tego właśnie – w najbliższych dniach - wszystkim życzę. Skąd wziąć tę nadzieję... oznajmia Psalmista, a za nim Jan z Czarnolasu: Psalm CXLV - Exaltabo Te, Deus, meus rex. (fragment)
 
Ciebie chwalę, Boże mój, imieniowi Twemu
Na wieki błogosławić będę chwalebnemu;
Żaden mi dzień bez Twojej chwały nie upłynie,
Imię Twe sławić będę, póki świat nie minie.
... A do tego – odrobina poczucia odpowiedzialności… za słabszych, mniej zaradnych, zagubionych, pozbawianych możliwości pracy...

21/09/2011

„Nowy dzień”

... Szedłem szybko przed siebie, nie bardzo właściwie wiedząc dokąd, dość szeroką piaszczystą ścieżką, rozdzielającą młody zagajnik świerkowy od leśnych plantacji, "szkółek" młodziutkich, nowo posadzonych drzewek – zamyślony, zajęty sobą, targany sprzecznymi uczuciami: a to rozpaczą i poczuciem winy, to znów wolą działania, jakiegoś czynu, ale także poszukiwaniem zadowalającego samousprawiedliwienia, żalem i pretensjami do siebie... do wszystkich... ?
To nie pierwszy raz. Dlaczego tak się dzieje. Czy taki już mój los, mam pecha czy też to ja sam zawsze wszystko psuję, z jakiegoś nieznanego mi, nieuświadomionego do końca powodu niszczę to na czym mi najbardziej zależy... lecz w tym przypadku - to przecież nie ja..., ale nie; to musi tkwić gdzieś we mnie, jakaś wewnętrzna sprzeczność, mądrość czy strach, Boże – a jeśli to moja wina, lęk, dziecięcy lęk, odrzucam innych aby im uniemożliwić porzucenie mnie? – jak niegdyś dawno temu…
 Przystanąłem na skraju drogi. Słońce zaszło już właściwie za horyzont, roztaczało jednak jeszcze swój blask rozproszony w obłokach nadciągających od horyzontu. To taka chwila gdy "dzień się już nachylił", dlatego dość szybko następował zmierzch. "Szara godzina", mój ulubiony czas, dający możliwość naturalnego skupienia się, bez żadnego wysiłku, sfera jakby poza Światem z jego histeryczną kakofonią… Niebo, jeszcze złoto-szare na zachodzie, wyżej – nad moją głową nabierało już tego niesamowitego charakterystycznego odcienia głębi, jakiegoś szczególnego koloru indygo, szafiru, w końcu - granatu, przypominającego o tym, że za stosunkowo cienką warstwą czy powłoczką atmosfery jest tam ogromna, wręcz nieskończona, niewyobrażalna czarna przepaść, pustynia samotności, martwa i zimna... Biblijny Hades. Zimna Kraina Śmierci.
Pod wpływem tego obrazu nagle przypomniały mi się słowa Jezusowej przypowieści o bogaczu i Łazarzu z Ewangelii Łukasza: ”… i poza tym wszystkim pomiędzy nami i wami rozciąga się wielka przepaść, aby ci, którzy chcą stąd do was przejść, nie mogli, ani też stamtąd do nas nie mogli się przeprawić…” 
Wielka przepaść. Zamyślony i zapatrzony w niebo z zachwytem - nagle usłyszałem za plecami czyjeś kroki. Ktoś nadchodził cicho tą drogą którą ja przed chwilą przebyłem, jakby po moich śladach, zbliżał się. Zobaczyłem zarys zbliżającej się postaci, był już bardzo blisko… Jakiś człowiek... taki zwyczajny; chudy, w skromnych sandałach, w długim płaszczu czy może raczej pelerynie i z dziwną chustą narzuconą na głowę - jakby zbyt dużym kapturem... Czyżby jakiś nowy nurt stylu punk...? zdziwiłem się sam swoją myślą... Zszedłem trochę na bok i stanąłem cicho przy skraju drogi. Minął mnie bez słowa, bez spojrzenia, jakby mnie nie zauważył. Wyglądało – jakby nie tylko doskonale wiedział dokąd idzie, ale i nawet bardzo spieszył się tam. Ja także nie zwróciłem na niego większej uwagi; ostatecznie nie stanowił przecież dla mnie zagrożenia, zresztą - nic dziwnego także nie było w jego pośpiechu; zmierzcha się... już się zmierzcha... przypłynął do mnie obraz i dźwięk wspomnienia z dzieciństwa, gdy moje dwie siostry kiedyś siadywały wieczorem i śpiewały wielogłosowe pieśni Wacława z Szamotuł jako wprawkę szkolną... "Już się zmierzcha, nadchodzi noc. Poprośmy Boga o pomoc. By On naszym stróżem był. Od złych czartów nas obronił. Którzy najchętniej w ciemności używają swej chytrości" - zabrzmiało mi w pamięci odległe miłe wspomnienie...  jednak po chwili myśl nieodwołalnie powróciła do realnego świata.
Problem. Zmartwienie. Strata. Wina. Myślałem gorączkowo: Panie mój, kiedyś powierzyłem ją tobie, zdałem się na twoją wolę, zawierzyłem ci. Czy twoją wolą jest to wszystko, czy moim zaniedbaniem. Nie chcę by odeszła, ale i nie chciałbym sprzeciwiać się Tobie. Dlaczego nie potrafię być bierny. Bierny? – czy raczej posłuszny? Zawsze wydaje mi się, że to ja muszę sterować i szybko wpadam na rafę, mieliznę... Jestem ślepy, głuchy i omylny, nie wiem co jest dobrem a co złem. Ty wiesz wszystko bo wszystko stworzyłeś i nadal tworzysz, utrzymujesz i ożywiasz... dlatego właśnie chciałem Tobie powierzyć decyzje. Ty jesteś miłością, nigdy niczego nie pozbawiasz życia a wręcz odwrotnie; dajesz życie... Więc czy to, że umiera we mnie – jest Twoją wolą czy moją winą? A może odwrotnie...?
Nagle dotarło do mojej świadomości, że mijający mnie przed chwilą człowiek... nie odszedł; kiedy przeszedł obok mnie - przestałem zwracać na niego uwagę, ale on - mimo że już mnie minął – zatrzymał się jednak kilkanaście kroków dalej, przystanął i odwrócił w moją stronę, stojąc cicho w takiej odległości, nieruchomy, z twarzą zacienioną kapturem. Nie za blisko ale i nie za daleko – przemknęła mi przez głowę dziwaczna myśl... Stał tak, patrząc – o ile mogłem w zapadającym szybko zmroku stwierdzić – na moje stopy i odnosiło się wrażenie, jakby nasłuchiwał, słuchał. Słuchał... ? Czego mógłby słuchać - w absolutnej ciszy tej polnej drogi, tu - na odludziu, o zmierzchu...? Jedyne słowa w tym miejscu – wypowiadałem przecież tylko w myślach... W myślach; czyżby więc... mógł... słyszał... ?
Podszedł do mnie powoli i stanął przede mną na wyciągnięcie ręki, szybkim ruchem dłoni zsunął kaptur. Spojrzałem zaskoczony w jego twarz. Zobaczyłem opalone wychudzone policzki, krótki wąsik i zgrabnie przystrzyżoną brodę. Na czole poniżej linii włosów - rządek dziwnych śladów niewielkich blizn. Oczy orzechowo-brązowe o niezwykłym blasku, wyrazie szczerości i mądrości; to spojrzenie przenikało mnie, tak że poczułem się nagle jak dziecko... Jednym swoim spojrzeniem odsuwał wszelkie obawy, lęk, niechęć i ostrożność, wydawał się znajomy, znajomy "od zawsze"...
Kiedy nasze spojrzenia spotkały się – zapytał cicho: - Czemu płaczesz i rozpaczasz tak bardzo? Nie umarła twoja miłość, lecz śpi! - Kpisz człowieku, czy o drogę pytasz – pomyślałem... chyba ja sam lepiej wiem, co... - Nie! – powiedział z naciskiem i pewnością, nim zdążyłem wykrztusić z siebie choć słowo. Nie bój się, tylko wierz! Nie umarła... tylko śpi!. Jego głos brzmiał łagodnie i ciepło ale był też pełen pewności i zdecydowania, jakiejś wewnętrznej siły która nie dopuszczała najmniejszych nawet wątpliwości, ... Moje poczucie niezależności, potrzeba zachowywania dystansu, rezerwa - wydała mi się nagle czymś śmiesznie absurdalnym, podobnie jak uczucie zawstydzenia, że dwie ciepłe krople ściekają po moich policzkach… Dotknął dłonią mojej klatki piersiowej, gdzieś tak z lewej strony, ogarnął mnie ogromny spokój i nadzieja... gdy dobiegł mnie jego szept: „Talita kumi” – "Dzieweczko, Tobie mówię: wstań!......." Świtało. Słońce szybko wyłaniało się spoza linii drzew na horyzoncie, z każdą chwilą coraz bardziej napełniając złoto-czerwonym blaskiem niebo, las i drogę z białymi piaszczystymi koleinami - wijącą się przede mną. Zupełnie mnie to nie zdziwiło; przecież zaczynał się nowy dzień.

Fot. Paweł Baranowski. Nowy Dzień. 21.09. 2011