MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą duch. Pokaż wszystkie posty

01/11/2017

Pamięć i wyrozumiałość.

Dzień 2 listopada jest w tradycji religijnej szczególnym dniem modlitwy i zadumy poświęconej zmarłym.
Nie zmarłym – tak ogólnie, ale jak najbardziej konkretnie; naszym bliskim zmarłym. W sferze „oficjalnej” mówi się w Kościele o "wszystkich świętych" albo o „wszystkich duszach w czyśćcu cierpiących”, ale to pozostaje raczej w sferze oficjalnej, w rzeczywistości ludzie często „klepią” wyuczone na pamięć formułki, ale rzeczywiście związani czują się jedynie ze swoimi bliskimi, z pamięcią o nich. Wszystko to wiąże się z benedyktyńską koncepcją tak zwanego „czyśćca”, która jest jednak moim zdaniem mało istotna dla osób rozumiejących, co znaczy: „miłosierdzia chcę a nie ofiary”… A niestety nie zawsze to rozumieją nasi biskupi, to też i parafianie nie zawsze rozumieją, choć często rozumieją więcej…

To dzień w którym przeważnie już nie chodzi się na cmentarze z myślą o śmierci, grobach, pogrzebach a raczej w domu, w ciszy i spokoju wspólnie wspomina się zmarłych krewnych abstrahując niejako od faktu ich nieobecności i okoliczności jak do tego doszło. To czas właściwy, by spokojnie usiąść w ciepłym, przytulnym domu przy dobrej kawie lub aromatycznej herbacie, przeglądać albumy ze zdjęciami, pamiątki, listy, przywoływać w pamięci osoby, słowa i obrazy z przeszłości, wspominać zdarzenia koncentrując się oczywiście na tych dobrych, ważnych, zabawnych, miłych, pouczających. To czas dobroci, wybaczania, miłości. To pewien „rytuał” społeczny, nie wiem czy mający znaczenie dla zmarłych, ale z pewnością mający znaczenie dla nas, dla naszego poczucia tożsamości, poczucia godności, ciągłości pokoleń, tradycji, historii.

Dziś jak się wydaje wielu chciałoby to zniszczyć, mając w tym jakieś swoje interesy, ale tak bardzo nie trzeba się tym przejmować; po prostu kontynuujmy tradycję bo jest ona miła a przy okazji korzystna dla nas, być może nie tylko dla nas…
Wiele wskazuje na to, że może istnieć jakaś więź pomiędzy żywymi a zmarłymi, w pewnym sensie istniejącymi nadal w świecie niematerialnym. Wielu ludzi uważa, że posiada taki kontakt, a „nośnikiem informacji” jest tu prawdopodobnie myśl, natężone rzeczywiste uczucie, czyli coś równie niematerialnego. Uczucie może być „nośnikiem” informacji. Jest w istocie czymś niematerialnym więc swobodnie przekracza granice materii.
Nazywam to tak ogólnie i ostrożnie przez chęć unikania postaw konfrontacyjnych i twierdzeń skrajnie dyskusyjnych, choć sam nie mam wątpliwości, że to realnie istnieje, bo tego doświadczyłem. Nie ma to nic wspólnego z idiotycznym „spirytyzmem” – durną, mieszczańską, modną choć bardzo niebezpieczną zabawą „salonową”. Raczej bardziej – z miłością.

Opowieści rodzinne o bliskich są bardzo ważne. W mojej rodzinie opowiada się o Babci Broni, że miała taki kontakt ze swoim ojcem Józefem. Pracowała ciężko od roku 44 w Zakładach Tytoniowych, co powodowało konieczność bardzo wczesnego wstawania, by po wypełnieniu codziennych obowiązków zdążyć – pieszo oczywiście – dojść na czas do fabryki. O posiadaniu budzika wówczas nie było mowy… Babcia więc miała w zwyczaju prosić swojego nieżyjącego już wówczas ojca o obudzenie na czas; po odmówieniu wieczornej modlitwy mówiła; tato, proszę obudź mnie koniecznie za dziesięć piąta… Nie wiem jak to się odbywało, grunt że skutkowało, ale faktycznie nigdy się nie spóźniła do pracy a za wzorową postawę i wypełnianie zadań ponad normalne obowiązki została odznaczona Krzyżem Zasługi.

W Szczecinie żyją obecnie rodziny mniej lub bardziej zadomowione już na Pomorzu, ale o tradycjach wywodzących się ze wschodu; Lubelszczyzny, Zamojszczyzny, Ziemi Nadbużańskiej i tzw. „Kresów” (Polski po drugiej stronie Bugu), zagarniętych przez Związek Radziecki 17 września 1939 roku pod pozorem „wyzwolenia” (oswobożdienja) zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi, co po wojnie zostało utrwalone przy ustalaniu linii granicy zachodniej Związku Radzieckiego w oparciu o zmodyfikowaną tzw. Linię Curzona. „Ziemie Zachodnie” są więc ciekawą mieszanką zwyczajów, tradycji, osadzoną na dodatek w otoczeniu dawnego Księstwa Pomorskiego a potem Niemiec (III Rzeszy), zdominowanego przez zupełnie obcą tradycję i religię…

Wojna a następnie długa i trudna (niebezpieczna) podróż przesiedleńców zwanych „repatriantami” na zachód też siała często spustoszenie w mieniu, w tym i dokumentach rodzinnych, pamiątkach i tym wszystkim co na co dzień daje poczucie łączności, ciągłości i tradycji – tak potrzebne każdemu człowiekowi.

Dlatego być może zwyczaj kultywowania „Dnia Zadusznego”, szczególnie w tym jego domowym, ludzkim aspekcie jest tu tak istotny.
Czasem zdarza się, że staje nam przed oczami twarz bliskiej zmarłej osoby, jej charakterystyczny gest, uśmiechnięte oczy, charakterystyczna mina, przypominamy sobie tembr głosu… i tak jest dobrze. Nie wiem, czy im jest potrzebna do czegoś nasza sympatia, pamięć czy współczucie, ale może to nam jest to wszystko potrzebne, by łatwiej znosić rozstanie. By nie hodować w sobie żalu, urazy, pretensji, a raczej pamiętać tylko to co dobre, sądzenie cedując na tego jedynego, nieomylnego i sprawiedliwego…
Tak czy inaczej warto raz w roku zanurzyć się w rzece życia, rzece czasu i popłynąć swobodnie do źródeł jak i do ujścia, by łatwiej było nam samym żyć.

Paweł Antoni Baranowski

18/11/2016

Czy warto…

(refleksje na temat wiersza)

Pewnie jest wiele pesymizmu, może nawet pewnej zgorzkniałości wynikłej z doświadczenia życiowego – w myśli, że skoro zwiędnięcie, uschnięcie i zgnicie lilii jest już wpisane w ich – a więc i naszą – historię jeszcze zanim się je posadzi, to – może nie warto tego robić.

Może nie warto – dla jednej, zbyt krótkiej chwili zachwytu, bo po niej trzeba będzie – właśnie z powodu takiej naszej snobistycznej zachcianki – wziąć udział i w dalszym spektaklu ich usychania, „umierania”… bo to jest nierozdzielne. Nie można sobie wybrać tylko dobra, wziąć „tylko rodzynki” z tego ciasta…
Można to pytanie, ten dylemat roztoczyć na wszystko, absolutnie wszystko; lilie to tylko poetycki przykład.

Może zbyt łatwo szafujemy swoimi zachciankami, jak krnąbrne dziecko, które „chce i musi” koniecznie teraz zjeść całą paczkę ptysiów na raz – choćby nawet wiedziało, że potem będzie mu niedobrze, będzie bolał brzuszek, będą wymioty i głodówka lub przymusowa niesmaczna dieta następnego dnia…
Dziecko jest niedoświadczone, ale czyż my jako dorośli nie postępujemy tak właśnie… Może nie każdy, a nie podejmę się określania w tej sprawie jakichś relacji ilościowych – dokonując wyboru, decydując się na zrobienie czegokolwiek – zastanawia się nad tą „otoczką” integralnych konsekwencji, nad przyszłością.
W tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym „nadużyciem” a więc przekroczeniem granicy rozsądku w jedzeniu słodyczy, nadużyciem do którego dziecko ma prawo co najmniej raz, właśnie po to by mogło skorzystać ze swojego niezaprzeczalnego prawa do posiadania osobistego doświadczenia i opierania się na nim.

Może to bezrefleksyjność, brak umiejętności dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych, albo po prostu prozaiczna niechęć do myślenia, zastanawiania się, przewidywania skutków, tendencji zmian, z podstawowym założeniem tymczasowości i przemijalności. Założeniem wynikającym przecież z doświadczenia życiowego; jeśli nie osobistego (w sensie własnych doznań i przeżyć) to – wynikającym z obserwacji, ze znajomości życia na podstawie jego obserwacji i analizy dokonywanej „z dystansu”.

Jednak w tym rozważaniu nie chodzi mi o nadużycia, wręcz przeciwnie.
Posadzenie lilii i ich właściwe pielęgnowanie dla tej małej chwilowej naszej radości wynikającej z wykonywania tych czynności i ich skutku w postaci przepięknych kwiatów, o których mówił Jezus, że „… nawet Salomon w całej swojej chwale nie był tak ubrany, jak jedna z nich…” – jest czynnością bynajmniej nie zawierającą w sobie żadnego elementu „nadużycia” a jednak faktem jest, że kto sadzi lilie i pielęgnuje je czerpiąc z tego radość, musi przyjąć i nieodłączny fakt ich nieuniknionego  przekwitnięcia, zwiędnięcia i zgnicia – co już nie jest piękne; brzydota śmierci i spustoszenia nie budzi radości…
Podobnie i ze wszystkim; istotami nam bliskimi, z naszymi uczuciami, ulubionymi przedmiotami, bliskimi miejscami…

Można więc zapytać: może nie warto sadzić lilii, jeśli to jedyny sposób, by nie patrzeć na ich nieuniknioną śmierć.
Może nie warto dopuszczać do siebie uczucia, gdyby to miał być jedyny sposób na uniknięcie jego „śmierci”; zawodu, rozczarowania, zdrady, znudzenia, rozpadu, rozstania…
Jeśli cierpienie będące dalszą konsekwencją przemijania miłości przesłania jej wcześniejsze piękno i dobro – to może faktycznie „nie warto”. Tu problem mogą mieć ci, którzy nie przyjmują do wiadomości duchowej strony istnienia, odrzucają nawet możliwość „czegoś poza” materią fizyczną i „czegoś dalej” – po ustaniu życia fizycznego na skutek działania praw fizyki w świecie materialnym.

Niektórzy uważają, że życie materialne jest tylko etapem rozwoju, że kontakt z materią i jej nieubłaganymi prawami przemijania jest rodzajem szkoły czy może „poligonu”, na którym uczymy się kochać, tolerować, pomagać, współczuć, rozpoznawać rzeczywiste wartości i odróżniać je od pozornych. Uczymy się – na potrzeby dalszego istnienia w świecie duchowym, co nadaje sens temu wszystkiemu; w przeciwnym wypadku ta nauka byłaby bezsensowna. W takim ujęciu każde doświadczenie nam przypisane ma nam służyć, jest nam dedykowane celowo i należy nauczyć się to dostrzegać i przyjmować. Ludzie tak nastawieni mają nawyk zastanawiać się; po co mi to trudne doświadczenie zesłał mój Pan i Nauczyciel; co mam zrozumieć, czego mam się z tego nauczyć, czego dowiedzieć.

Ostatecznie – nawet pobieżna obserwacja życia przekonuje nas, że można na tej drodze rozwoju osiągnąć sukces wpływający dodatnio na obecne życie. Rzadko – ale spotyka się ludzi sterujących mądrze swoimi decyzjami i postępowaniem, nie narażających się głupio na zawody, dramaty, cierpienie – wynikające z zachłanności, nieopanowania czy chciwości.

Trzeba przyznać, że Ewangelia zawiera nieprzebrane pokłady wiedzy, nauki o tym – jak żyć właściwie – właściwie w powyżej rozpatrywanym rozumieniu. Jeśli się z niej powszechnie nie korzysta, to dlatego, że jest ona „ogniem rzuconym na Ziemię”, jest w centrum walki dobra ze złem. Ponadto – ludzie zawsze poszukiwali porad(ników), które by im niczego nie zabraniały a raczej potwierdzały ich własne, najczęściej samolubne, egoistyczne przekonanie.

Takim poradnikiem „na życzenie” Ewangelia nie jest i nigdy nim prawdopodobnie być nie miała.
Przeciwnie: prawdopodobnie miała być „ciasną bramą” o której wspominał Jezus; bramą wiodącą do "prawdziwego" szczęścia i sukcesu.

18/06/2013

Kara.


Za miłość wielką, szaloną
zawsze okrutna jest kara:
w ciemnościach, przez wieczność całą
samotnie stać na rozstajach.

Powtarzać w myślach, od nowa
rozmowy – dawno umilkłe
poprawiać nietrafne słowa
i przekonywać… sam siebie…

Bo którą by nie pójść drogą –
zawsze jest coś do stracenia;
czy w prawo?… czy lepiej prosto…?
- posłuchać głosu sumienia…

Obracać w palcach pytanie
już nie mające znaczenia
czekać na znak – co się stanie;
ogłosi czas wybawienia.

A na rozstajach – pośrodku –
krzyż stary, z płotkiem i bramą
przy bramie – postać płacząca…
w jej łzach – odbicie!… t o   s a m o ?!

Wybacz mi Duchu, mój bracie
zaszczuty jej niewiernością;
ty długie cierpiałeś noce
na tym rozdrożu – przede mną…

Ja jednak czekać nie będę!
Pobiegnę śmiało przed siebie
na przełaj – przez pola ciemne
gdzie świtu zorza na niebie.

Właśnie ta droga mnie zbawi
– choć trudna i niewygodna;
nieważne – dokąd prowadzi!
ważne – by była mnie godna!


Paweł Antoni Baranowski 2007

02/02/2012

Wolność; prawda, miraże, marzenia…


Wolność wydaje się stanem naturalnym. Podobnie jak w pewnym sensie - jej brak.
Wydaje się…

Lubię czasem letnim popołudniem, takim jak dziś, kiedy słońce wyraźnie zmierza już ku horyzontowi, czyli jak to określa przepięknie Ewangelia – dzień się już nachyla, usiąść na ławce w pobliskim parku, który znam od najwcześniejszego dzieciństwa, w dużej otwartej przestrzeni jaka stanowią Jasne Błonia zwane dawniej "Quistorp Aue", okolone ze wszystkich stron gęstym szpalerem dwustu platanów a od wschodu elewacją ogromnego gmachu Urzędu Miejskiego. To bardzo duża jak na warunki śródmiejskie powierzchnia pustej, otwartej przestrzeni, odsłaniającej też i dużą połać nieba ponad nią, okolona wierzchołkami koron pięknych, rozłożystych drzew. Kiedy się siedzi, z boku - prawie na krawędzi koron drzew po jednej stronie, z twarzą zwróconą w stronę przeciwnego szpaleru, w stronę zachodzącego Słońca, z oczyma pełnymi światła, a na niebie przesuwają się niewielkie obłoczki, szczególnie gdy Słońce zsunie się już za krawędź koron drzew po przeciwległej stronie i nie razi w oczy a podświetla jeszcze owe chmury przesuwające się wolno po niebie – ma się cudowne wrażenie nieskończonego ogromu przestrzeni. Nasuwa to oczywiście myśl o wolności.
Ta przeogromna świetlista przestrzeń pociąga swoją czystością. Przyzywa nas i pociąga. Ale też wprawia w podziw dla Twórcy, dla Pana który jest pełnoprawnym właścicielem, choć też chętnie udostępnia nam swą własność. Przypomina się automatycznie, jak to wyjaśnił w swoich psalmach Król Dawid, że jesteśmy gośćmi, którzy korzystając ze szczodrości gospodarza nie powinni o nim nigdy zapominać.
W przekładzie Jana Kochanowskiego z Czarnolasu brzmi to tak:

I Ziemia i cokolwiek na niej się najduje,
I co pod niebem mieszka, i co się buduje –
Wszytko Panu należy; On rękami swemi
Grunt na morzu założył niewzruszonej ziemi.


Czy rola umiłowanego, oczekiwanego gościa – ogranicza jego wolność?
Czy człowiek musi mieć poczucie własności i niczym nie skrępowanych możliwości władania, eksploatowania, wykorzystania lub nawet zniszczenia – by czuł się wolny?
Wydaje się, że wręcz przeciwnie: przecież właściciel ma też ogromne obowiązki; nie tylko stworzyć, ale i utrzymywać, odnawiać, pilnować, regulować a tego użytkownik nie musi przecież robić. Jak dziecko bawiące się zabawką otrzymaną od ojca, cieszy się i zajmuje zabawą, uważając zabawkę za swoją jako otrzymaną w prezencie, ale gdy coś nie funkcjonuje właściwie – powie: tata – zepsuło się, napraw. Ja nie umiem i nie muszę, ja chcę się tylko bawić…
Czy prawo podziwiania, korzystania i cieszenia się wszystkim, ale tylko jako miły gość, szczodrze obdarowany – jest rodzajem wolności?

Ale niezależnie już od tego, sama już wielka przestrzeń nieba także kojarzy nam się z wolnością. To cudowne, że bardzo gruba warstwa powietrza, atmosfera ziemska - rozprasza światło słoneczne w taki sposób, że wydaje się ona mieć kolor i na dodatek jest to kolor błękitny. Szczególny i niepowtarzalny kolor nazywany "sky-blue". Błękit Nieba, przyjmujący niezliczoną liczbę wprost niesamowitych odcieni. Białe chmurki – baranki przesuwające się wolno, nieraz na różnych wysokościach i z różną prędkością – gdy wiatr je popycha z różną siłą zależnie od pułapu – objawiają nam tę ogromną przestrzeń w której dopatrujemy się podświadomie właśnie wolności.

Wolność w tym przypadku – to brak tych ograniczeń fizycznych dotyczących poruszania się jakie towarzyszą nam na co dzień; jakiś zakaz, znak, tabliczka, jakieś ogrodzenie, płot wyznaczający teren na który nam wejść nie wolno, chodnik oddzielony od jezdni, torowiska i trasy różnych pojazdów… Nie wolno nam wybierać własnej drogi poruszania się, grozi to śmiercią, odpowiedzialnością lub co najmniej mandatem za deptanie trawnika…
Czy dla człowieka żyjącego na ziemi - istnieje wolność?

Gdyby nie efekt rozpraszania spektrum światła słonecznego, niebo nad naszymi głowami miałoby – tak jak to jest ponad oraz całkiem poza atmosferą, w kosmosie – kolor czarny. Ta sama przestrzeń poza warstwą atmosfery otulającej nas jak kołderka - zupełnie wiec nie kojarzy się z wolnością a wręcz przeciwnie; czarna otchłań jest dla nas czymś strasznym, pustym, nieprzychylnym, zimnym i groźnym, ograniczającym nas pod każdym względem. To próżnia w której nie ma życia, nie ma ciepła, wody i powietrza, albo też i jest ale za to pod nieprzyzwoitym i niebezpiecznym nadmiarem... W tej naszej błękitnej przestrzeni natomiast, w przestworzu - może lotnik a szczególnie szybownik doznawać odczucia wolności, ale jest on też zmuszony pamiętać o tak wielu szczegółach technicznych, parametrach wskazywanych przez urządzenia, o tak wielu ważnych okolicznościach w samolocie i na ziemi, wreszcie ma wiedzę o budowie swojego statku powietrznego co daje też świadomość, że są to urządzenia techniczne, których awarii nie da się przewidzieć ani jej prawdopodobieństwa sprowadzić do zera.
Czy to jest wolność?

Lecz gdy tak obserwujemy ogromną przestrzeń z jej potencjalnymi możliwościami, czujemy też jak bardzo jesteśmy ograniczeni w naszym życiu codziennym. Budzimy się na dźwięk urządzenia które sami skłoniliśmy do odmówienia nam prawa do dalszego snu, nawet a wręcz – szczególnie wtedy, gdy mamy na to największą ochotę. Musimy się udać do miejsca pracy bacznie pilnując czasu, bo tam zdobywamy środki za które nabywamy dobra niezbędne do istnienia, albo tylko dające zadośćuczynienie zwyczajowi przyjętemu w naszym środowisku - bo nie możemy do końca sami decydować o naszym ubiorze, zapachu, wyglądzie. Jesteśmy skrępowani obyczajem, prawem, uprawnieniami innych. Nie wolno nam się swobodnie przemieszczać, choć są takie środki techniczne, bo nie tylko musimy się chronić przed chorobami na które nasz organizm nie jest odporny ale i przeciwnie; tam gdzie jedziemy - inni chronią się przed nami… Nie możemy się porozumiewać, bo ludzie nas otaczający mówią i piszą setkami zupełnie nam nieznanych języków i pism. Jesteśmy ogromnie ograniczeni niezależną od nas koniecznością snu, wyłączania się naszej świadomości na kilka godzin co jakiś czas, na ten okres musząc poszukiwać bezpiecznego i spokojnego miejsca zapewniającego nam odpowiednie warunki. Podobnie bezwzględnie ogranicza nas konieczność dostarczania organizmowi odpowiedniej dawki dwutlenku wodoru w stanie ciekłym i temperaturze jak najbliższej 20 stopni Celsjusza, na co musimy ciągle zwracać uwagę planując miejsce swojego pobytu z wyprzedzeniem co najmniej trzech dni albo posiadając stale do swojej dyspozycji takiż zapas wspomnianej substancji… substancji którą trzeba nabyć, a co można zrealizować jedynie posiadając konkretną ilość konkretnego rodzaju środków płatniczych, które możemy zdobyć jako zapłatę za naszą pracę...
Czy to jest wolność?

Wreszcie sam fakt, że wolno nam istnieć jedynie przez pewien skończony okres czasu i ani chwili dłużej, ale też i bez świadomości aż do jego zakończenia – jak długi ten okres będzie; jesteśmy w sposób nieubłagany i nieprzyzwoity przemijalni...
Czy to jest wolność?

W każdym z tych przypadków odpowiedź musiałaby być przecząca.
Czy więc człowiek nie jest wolny?

Tu niestety trzeba przestać mówić o człowieku jako gatunku, bo odpowiedź na to pytanie jest odpowiedzią dotyczącą jednostek a nie ogółu. Odpowiedź może być jedynie indywidualna. Człowiek może być wolny jedynie w swoim umyśle, uczuciu i intelekcie. Bo uczucia; miłość, tęsknota – nie podlegają żadnemu ze wspomnianych ograniczeń. Nie podlegają, bo nie maja charakteru fizycznego a duchowy, pozamaterialny. Człowiek może być wolny w wytworach swojego ducha. W tym co pozbawione jest charakteru materii z jej ograniczeniami i wadami. Na przykład genialni kompozytorzy.

Przykładem i dowodem dla mnie jest Johannes Brahms i jego I Symfonia. Kompozytor - gdy ją pisał, miał już 43 lata, był człowiekiem dojrzałym. I Symfonia c-moll op. 68 i jej III część: Un poco allegretto e grazioso. 


 

 
Kiedy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki tego utworu (III części Symfonii), wykonywanego przez dobrą, profesjonalną orkiestrę symfoniczną klasy Royal Concertgebau z Amsterdamu czy Berliner Philharmoniker, czy Academy of St. Martin in the Fields, czy choćby DRSO – gdy przymkniemy lekko oczy – widzimy w wyobraźni dokładnie ten obraz - od którego zacząłem; … jak kiedy się siedzi z boku z twarzą zwróconą w stronę zachodzącego Słońca, z oczyma pełnymi światła, a na niebie przesuwają się niewielkie obłoczki, szczególnie gdy Słońce przesunie się już za krawędź koron drzew po przeciwległej stronie i nie razi w oczy a podświetla jeszcze owe chmury przesuwające się wolno po niebie z różną prędkością na różnych wysokościach – ma się cudowne wrażenie ogromu przestrzeni, wielką radość w sercu, uczucie wolności i spokoju. Nasuwa to oczywiście podziw dla Stwórcy…

To niesamowite ale przecież wspaniałe, że człowiek - nie w świecie materii i jej ograniczeń, ale w świecie ducha może wytworzyć coś tak cudownego; nieskończoną głębię przestrzeni zakreślonej dźwiękiem, w której jest wolny. W której ma się wrażenie całkowitej wolności nie mającej nic wspólnego ze światem, materią, nauką i jej ograniczeniami. Wolności i prawdziwego człowieczeństwa, człowieka - istoty „niewiele mniejszej od aniołów”. Wolności intelektu, geniuszu, miłości - czyli ducha. Wolności wyobraźni, której nikt nam także jako odbiorcom czy świadkom ograniczyć ani odebrać już nie może.


Wspomniana III część Symfonii o której mowa w tekście - zaczyna się od 28'25"