Ustawa ma regulować na podstawie przyjętych trzy lata wcześniej dyrektyw unijnych – między innymi najniższy dopuszczalny wymiar kar dla pracodawców zatrudniających obywateli innych państw nielegalnie przebywających na terytorium Polski. Bo obywateli innych państw nielegalnie przebywających na terenie Polski nie wolno zatrudniać! (tu już widzę oczyma wyobraźni to wielkie zdziwienie, zaskoczenie i niedowierzanie, szok na twarzach polskich pracodawców, którzy o tym nigdy przecież dotychczas nie słyszeli… dlatego zatrudniają wyłącznie takich… bo taniej, a „tanie jest święte”). Teraz nie będzie taniej, grzywna z tego tytułu może wynieść nawet 10.000 zł.
Problem w tym, że przy tej okazji okazało się, że stosunek pracy tychże nielegalnych pracowników jest w Polsce chroniony; szczególnie dotyczy to domniemania zawarcia umowy o pracę z nimi, jeśli tychże umów nie ma na piśmie (a jak mogłyby być na piśmie?) oraz między innymi także ochrona ich wynagrodzenia. To zadziwiające, bo dla mnie to trochę tak, jakby opodatkować zyski z napadu na bank albo chociażby z prostytucji. Jak wiadomo – przedmiotem opodatkowania może być wyłącznie to, co może być przedmiotem prawnie skutecznej umowy, a łupy z napadu ani zyski z prostytucji akurat do takich nie należą, ponieważ są nielegalne i z zasady nie mogą mieć miejsca. Podobnie więc powinno być z zarobkami nielegalnych imigrantów.
Z drugiej strony wiadomo, że ochrona zarobku nielegalnego imigranta nie ma na celu chronić jego dochody a ma przede wszystkim – zapobiec nielegalnemu zarabianiu pracodawców na nielegalnym zatrudnianiu nielegalnych imigrantów. Słowem – pomimo że pracownik był tu nielegalnie i pracował także nielegalnie – to jednak pracował rzeczywiście i przed pociągnięciem do odpowiedzialności pracodawcy i imigranta, musi on za rzeczywiście wykonaną pracę dostać od swojego „pracodawcy” zarobione pieniądze.
Zadziwia mnie tu jakaś wyraźnie widoczna bezradność państwa w sprawie zapewnienia i kontroli legalności przepływu osób do Polski a więc i często – do Unii Europejskiej. Przecież w Polsce nie powinno być żadnych nielegalnie przebywających osób. Ani jednej. Ja rozumiem, że to jest pewien problem wszędzie, ale nie do zaakceptowania jest taka bezradność władzy, rozkładanie rąk i mnożenie nieskutecznych przepisów. Z tego co wiem, na sprowadzenie do Polski pracownika z zagranicy lub zatrudnienie go tu jeśli już sam przyjechał, trzeba mieć zgodę MSZ, musi być udokumentowany brak zainteresowania tą pracą wśród miejscowych pracowników poszukujących pracy. Zgoda ma charakter czasowy a po upłynięciu tego czasu ktoś powinien nadzorować i mieć wiedzę o tym, co dalej z tym obcokrajowcem; jaka jest jego przyszłość w tym kraju.
To dotyczy oczywiście tylko imigrantów zarobkowych nielegalnych, bo trudno mieć jakiekolwiek pretensje że obcokrajowiec legalnie tu przebywający – legalnie zarabia poprzez prace, najczęściej zresztą bardzo ciężką i niewdzięczną, na którą wśród rodzimych bezrobotnych trudno znaleźć chętnych…
Tu jednak sprawa ta nabiera charakteru syndykalnego.
Wszystko przez tę cechę, o którą oskarża się Szkotów, podejrzewa się Krakowiaków, Poznaniaków: mianowicie o sknerstwo, skąpstwo – tak faktycznie charakterystyczne dla wszystkich polskich biznesmenów, niezależnie od regionu. Polski przedsiębiorca to kutwa i dusigrosz nawet wobec „swoich” starający się bezwzględnie obniżyć płace, oszczędzić na świadczeniach a dzięki temu zwiększyć swój zysk, co dopiero wobec przyjezdnych…
Ma być tanio – i koniec. Nie jest ważne jak; czy legalnie, czy moralnie – byle tanio.
To problem rugowania polskich pracowników przez obcokrajowców tylko dlatego, że akceptują oni niższe zarobki (bo porównują je ze swoją ojczyzną w której mieli jeszcze mniej). Sprawa jest dość dobrze rozpoznana choćby z naszych kontaktów z duńskim rynkiem pracy. Duńskie silne związki zawodowe zajmujące się działalnością rzeczywiście syndykalną a nie protestami i machaniem flagą – musiały ostro interweniować gdy zjawisko to wystąpiło na ich rynku pracy przez przybywających tam licznie Polaków. Pracodawcy szybko zauważyli, że Polak chce zarobić za wszelką cenę, gotów jest dużo dłużej pracować i zaakceptować niższą stawkę godzinową, dlatego zaczął się proceder zastępowania pracowników duńskich – tańszymi Polakami. Zdecydowana interwencja duńskich central związkowych (nawet wbrew protestom Polaków) – ale w obronie swoich lokalnych związkowców spowodowała wprowadzenie prawnie obowiązującej zasady, że polak na swoim miejscu pracy nie może zarobić mniej niżby zarobił pracujący tam Duńczyk. Przestało być taniej, skończył się problem... no i spadło zainteresowanie...
W Polsce podobna sytuacja może nastąpić za sprawa licznie przybywających tu Ukraińców. Ostatnie znane mi dane mówiły o 400.000 Ukraińców zatrudnionych legalnie w Polsce, co przy dwumilionowym krajowym bezrobociu stanowi dość znaczna liczbę. Nie mam oczywiście nic przeciwko temu, że jeśli tu legalnie przebywają i ktoś ich legalnie zatrudnia to pracują i zarabiają. Nie wyobrażam sobie takich statystyk co do przebywających tu nielegalnie, bo jeśli ktoś dziś przebywa tu nielegalnie, to jutro powinien być zalegalizowany albo wydalony do swojej ojczyzny, więc nie ma tu kwestii statystyk rynku pracy a co najwyżej statystyk policji, wojsk ochrony pogranicza, służby celnej. Nie wolno przecież w żaden sposób sankcjonować bezprawia.
Problem może powstać jedynie analogiczny jak wspomniany wyżej – dotyczący Polaków w Danii; problem polskich „oszczędnych” dziadowskich pracodawców przycinający koszty w tym płace - głównie dla maksymalizowania własnego zysku. Może wystąpić zjawisko rugowania Polaków przez pracodawców tańszymi Ukraińcami – ale my nie mamy obecnie praktycznie żadnych związków zawodowych a te co istnieją, nie maja ani chęci ani możliwości ochrony naszych miejsc pracy. Obawiam się zresztą, że gdyby związki zawodowe były dość silne, to przy przeważającej mentalności naszych „związkowców” zajęłyby się one raczej walką o wydalenie wszystkich Ukraińców albo nawet i wszystkich obcokrajowców z polski na zasadzie jakichś haseł nacjonalistycznych, zamiast chronić ich poziom płacy i warunki pracy, by nie mogły być zaniżane – co pokazałem na przykładzie Danii. Jednocześnie oczywiście dbając o "swoich", o liczbę miejsc pracy, o zminimalizowanie krajowego bezrobocia.
Generalnie zresztą wielkim
problemem jest absolutne zminimalizowanie pozycji i roli związków
zawodowych w Polsce – Polsce posolidarnościowej.
To społeczne „być albo nie być”.
Strona społeczna jest absolutnie zminimalizowana i dlatego nie posiada żadnego wpływu na prawo i jego wykonywanie, o rynku pracy i prawie pracy decydują teraz wyłącznie politycy rządowi i pracodawcy zrzeszeni w prężnie działających, aktywnych konfederacjach a skutki tego odczuwają miliony zubożałych ludzi w Polsce. Dialog społeczny praktycznie nie istnieje; ani w Komisji Trójstronnej, ani na ulicach…
Bezczynność i bezradność związków zawodowych jest skandaliczna i dla mnie wręcz podejrzana; nie można wykluczyć, że zostały one opanowane przez jakichś agentów „śpiochów” czy innych bolków – kiedyś tam „zakotwiczonych” a teraz – celowo i na rozkaz – hamujących aktywność związkową. Teraz – kiedy jest ona drastycznie potrzebna. Kiedy ustala się tak wiele spraw. Przypadek jest tu moim zdaniem wykluczony.
Pytanie tylko: czy społeczeństwo ma dać przysłowiowego „kopa na zapęd” związkowcom, czy może raczej władzy, ale w najgorszym możliwym scenariuszu może się okazać, że da i tym i tamtym, a przy okazji… także niestety i sobie.
W tej sprawie o której tu piszę, czyli ochronie przed sprowadzaniem taniej siły roboczej – Solidarność powinna już dawno wysłać swoich ludzi, tych młodych, wykształconych i znających języki obce – właśnie do Danii – po nauki, jak prowadzić rzeczywistą i skuteczną działalność syndykalną. Duńczycy są bardzo chętni do współpracy i tylko na to czekają, deklarowali nawet niedawno pomoc finansową w założeniu oddzielnej partii politycznej dla Polaków pracujących w Danii, by stworzyć podstawę do współpracy w ochronie wspólnych interesów przed pracodawcami. Przy okazji mogłoby się okazać, że także duński model walki z bezrobociem da się zaadaptować do warunków polskich…
Niestety w „Polsce Platformy Obywatelskiej” jest atmosfera przyzwolenia na „budowę kapitału” wszelkimi metodami, za wszelką cenę, pod przymrużonym spojrzeniem państwa i jego instytucji kontrolnych. Zasada, że praca musi być tania, by pracodawca mógł szybko zarobić na pałacyk i mercedesy – jest po prostu święta. Dlatego polski pracodawca czujący nad sobą „błogosławieństwo” państwa – ma swoje sposoby. Na przykład dotyczące języka. Przy pracy wykonywanej zespołowo musi być w grupie pracowników i nadzoru porozumienie, dlatego pracodawca polski w takim przypadku najpierw zatrudnia brygadzistę czy kierownika, majstra, lidera (jakby go nie nazwać) – Ukraińca. Motywuje to głównie dobrym przygotowaniem zawodowym oraz porozumieniem co do płacy (tej oficjalnej) i brakiem polskiej alternatywy. Po prostu stawia zbyt duże wymagania dla danego zawodu i proponuje zbyt małą zapłatę i dlatego udokumentowany brak polskich kandydatów pozwala mu zdobyć zgodę na zatrudnienie Ukraińca. Potem w bardzo podobny sposób dobiera pracowników z tym, że teraz kluczową umiejętnością wymaganą od pracowników jest… dobra znajomość języka ukraińskiego, no bo przecież muszą rozumieć polecenia ich szefa, majstra czy brygadzisty który jest Ukraińcem i już jest zatrudniony. Oczywiście w Polsce nie jest łatwo takich znaleźć, język ukraiński jest mało znany, więc… ostatecznie zatrudnia samych Ukraińców. Na przeszkodzie pełnemu „sukcesowi” takich działań stoi jeszcze ustawowo określona płaca minimalna, dlatego staje się teraz „wrogiem publicznym” w naszym kraju, w propagandzie konfederacji pracodawców. No i w powyższym przykładzie – jest tanio, bo stawki dla Ukraińców są zdecydowanie niższe niż dla Polaków, oszczędza się na innych kosztach itp. Tak więc występuje zjawisko „rugowania” w pewnym sensie polskich pracowników przez ukraińskich, z woli pracodawcy szukającego za wszelką cenę maksymalizacji własnego zysku poprzez obniżenie płac i świadczeń.
Nie istnieje obecnie w Polsce siła mogąca się temu przeciwstawić, a jest to zjawisko co najmniej bardzo niepokojące.