MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pis. Pokaż wszystkie posty

26/07/2014

Jarosław Kaczyński.
„Założenia czysto moralne” a bogactwo.

Świat jest z natury niejako miejscem niezliczonych, codziennych wyborów moralnych. Są one jak powietrze; tak samo powszechne i tak samo niezbędne a także - z innego punktu widzenia – podobnie na co dzień niezauważalne. Tak jak nie myślimy o powietrzu – oddychając nim, tak i nie zastanawiamy się nad względnością wszystkiego, co dotyczy człowieka i jego relacji z innymi. Gdybyśmy się zastanowili nad sprawą rozpowszechnienia dóbr, praw, zdolności, możliwości – nie sposób nie zauważyć, że wszystko to jest w bardzo różnym stopniu dostępne w różnych miejscach ziemi, w rożnych kulturach, religiach, strefach gospodarczych itp. Natomiast nie mamy zazwyczaj wątpliwości, że pewne prawa powinny być, muszą wręcz być – powszechne, bo wynikają z podstaw człowieczeństwa. Tu jednak dostępność praw podstawowych uzależniona jest od tak wielu okoliczności, na które sam uprawniony nie ma wpływu, przynajmniej nie w każdym czasie i nie w pełnym zakresie. My z kolei tłumaczymy sobie, że nie mamy wpływu na tę sytuację nierówności. Na przykład – dziecko. Mały człowiek – ale posiadający pełnię praw podstawowych z racji przynależności do gatunku ludzkiego. Owszem; pewne prawa cywilizacja uzależnia np. od wieku, lub innego „atrybutu dorosłości”, ale są prawa podstawowe, jak prawo do pożywienia, wody, opieki, schronienia, bezpieczeństwa, prawo do pełnej podmiotowości, godności, do rozwoju… prawo do życia… które nie powinny być od niczego uzależniane, co najwyżej od „praw natury” i naturalnych zdarzeń nieprzewidywalnych lub nieuchronnych.

Przeróżne „dobra” rozmieszczone są na Ziemi w sposób radykalnie nierównomierny, ale prawa podstawowe dotyczą w równym stopniu wszystkich ludzi. Prowadzi to do ogromnego konfliktu i do drastycznego niezaspokajania podstawowych praw części ludzkości, drastycznej nierówności – z punktu widzenia konkretnej, pojedynczej istoty ludzkiej – niczym nie usprawiedliwionej.
Nierówność, jako nierówność dostępu do dóbr, surowców naturalnych – ma też swoje geograficzne rozmieszczenie; w uproszczeniu mówi się o „bogatej północy” i „biednym południu”. Przykładem może być susza i głód w Afryce. Oczywiście na kontynencie występują różne warunki środowiskowe, polityczne, ekonomiczne itp. a to - ma związek z dostępem do podstawowych praw. Często nierówności te nakładają się na warunki fizyczne, klimatyczne, środowiskowe, prowadząc do głodu; braku wody i pożywienia. Zazwyczaj jest to zjawisko co do przyczyn bardzo skomplikowane, niewątpliwie ludzie tam żyjący i ich postawy też mają na to wpływ. Jaki to jednak miałoby mieć związek z prawem dziecka, noworodka, oseska – do życia, do wody i pożywienia, do ciepła, bezpieczeństwa, ochrony, opieki. Czy ktokolwiek odważyłby się powiedzieć dziecku umierającemu z głodu wyłącznie z tego powodu, że urodziło się w takim a nie innym kraju, na takim a nie innym kontynencie – trudno, taki twój los, sam jesteś sobie winien… ?

Trudno nam sobie jeszcze wyobrazić, bo „system Tuska” zbyt krótko jeszcze działa, ale niewątpliwie jak tak dalej pójdzie może stać się kiedyś naszym udziałem – i takie ludzkie doświadczenie, w którym całe długie życie człowieka upływa mu na borykaniu się z biedą, z niepewnością jutra, na walce o przeżycie do jutra, do rana, do wiosny, do żniw… To wszystko decyduje o możliwości skorzystania z teoretycznie przysługujących praw. Skrajna bieda odbiera wolność. Nadmierna bieda i bezwzględne zasady życia odbierają człowiekowi część jego podstawowych praw. Życie człowieka to przecież nie tylko podstawowa wegetacja. Trudno powiedzieć, ilu geniuszy, ilu Chopinów czy Einsteinów nigdy nie wymknie się przez całe swoje życie ze swoistej pułapki, w jakiej się bez swojej woli i winy znaleźli; „pułapki” walki o swoją egzystencję, o miskę zupy i dach nad głową – zaprzepaszczając w tych okolicznościach swoje genialne talenty z tak banalnego powodu. Karmi się głupich ludzi „amerykańskim mitem” – pucybuta, który stał się milionerem, mitem konieczności twardej konkurencji, ale w życiu tak po prostu się nie dzieje, jakieś „cudowne” przypadki tylko potwierdzają niszczycielską zasadę.
Ktoś powie – przeznaczenie? los?… W krajach skandynawskich wystarczy, że czterech znudzonych chłopaków z bogatych rodzin bąknie, że chcą założyć zespół muzyczny, natychmiast gmina czy parafia kupuje im sprzęt, instrumenty, zapewnia salę i nauczyciela… bo liczy się rozwój kultury, wspieranie zainteresowań i talentu młodego człowieka, indywidualny niedostatek materialny nie jest tu dostatecznym powodem zahamowania rozwoju czy odebrania możliwości.

Problem bezrobocia w swojej istocie polega na braku zapotrzebowania na pracę pewnej liczby ludzi, ale z drugiej strony praca sprzedawana jako „towar” jest podstawowym sposobem zdobywania pieniędzy niezbędnych do życia tam, gdzie wszystko jest związane z kosztami właśnie finansowymi, z płaceniem rachunków. Pewna część populacji, w Polsce obecnie około dwa miliony osób (nie licząc 2 mln. emigrantów) nie ma możliwości sprzedania swojej pracy i zarobienia w ten sposób na zaspokojenie swoich potrzeb właśnie takich jak jedzenie czy mieszkanie. Dużo większa jednak część – pracuje, otrzymuje często środki finansowe w ilości dużo wyższej niż niezbędna. Dla człowieka świadomego może i powinno stanowić to źródło pewnego dylematu moralnego, który wyciszają oni przeważnie „dorabianiem ideologii” do tej jaskrawej niesprawiedliwości; że są bardziej wartościowi, że zasłużyli sobie na swój status materialny, że ci biedni bezrobotni – to jakiś "margines społeczny", pijacy, lenie itp. Bezpośrednia obserwacja wydaje się często potwierdzać takie egoistyczne teorie, dające alibi nieuzasadnionej nierówności, bo bezrobocie faktycznie szybko spycha na margines społeczny, staje się powodem "ucieczki" w alkoholizm. Jest to jednak skutek a nie przyczyna bezrobocia.
Życie zmusza nas, ludzi świadomych tego do paktowania na cod dzień z własnym sumieniem, z własnym poczuciem sprawiedliwości, moralności…

Trudno dziś powiedzieć, czy nie mniej ludzi umiera dziś śmiercią głodową – niż na skutek obżarstwa, nadmiaru wszystkiego, otyłości, nieopanowania, nieumiarkowania w dostępie do różnych dóbr w innych miejscach niedostępnych nawet w skali minimalnej.

Jestem pewien, że śmierć malutkiego, niczemu nie winnego dziecka z powodu głodu i suszy – nie jest i nigdy nie będzie niczym usprawiedliwiona, aż do końca świata, i to nie tylko z jego punktu widzenia – co oczywiste, ale i z naszego punktu widzenia. W szczególności - gdy sami żyjemy w dostatku. Dla małego człowieka skala barbarzyństwa i bezduszności związana z jego głodową śmiercią nie jest zrozumiała; być może jego los nie dziwi go tak bardzo z powodu braku możliwości porównania; bieda, głód i susza – działa ogólnie w jakimś rejonie bywając po prostu codziennością.

Co naprawdę myślą ludzie biedni, walczący o przetrwanie?
Co myśli ten, kto ma wszystkiego pod dostatkiem. Musi przecież wiedzieć, że w innym miejscu w tym samym czasie ludzie cierpią głód i pragnienie, cierpią z braku bezpieczeństwa, braku pomocy lekarskiej itp. Jak ktoś taki usprawiedliwia sam przed sobą swój stan posiadania. Zapracowałem sobie? Bo miałem pracę, bo miałem dobry zawód, dostęp do szkół, często bezpłatnych, bo miałem właściwą opiekę i zagwarantowano mi właściwe odżywianie w niemowlęctwie i dzieciństwie, dzięki czemu jestem zdolny, sprawny, zdrowy, wykształcony, samodzielny… Jak uzasadnia sam przed sobą to, że inni nie mieli nawet takiej szansy bez żadnej swojej winy, dlatego cierpią dziś głód i tak będą wegetowali do końca swoich dni.
Jak się usprawiedliwia, gdy jest wychowany w tradycji chrześcijańskiej.
Ludzie wierzący, szczególnie na przykład norwescy, niemieccy ewangelicy lub anglikanie – to generalnie ludzie zamożni. Wierzą w Jezusa i w Ewangelię, ale w tejże Ewangelii Jezus nakazuje: sprzedaj wszystko co masz i rozdaj ubogim a będziesz miał skarb w niebie a potem przyjdź i chodź za mną (słuchaj i naśladuj mnie)… Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Czyńcie innym tak, jak chcielibyście aby wam czyniono. Do tego jednak raczej mało jest chętnych. Czasem – tradycyjna publiczna dobroczynność, bardziej dla własnego pożytku, samozadowolenia niż z bezinteresownej potrzeby moralnej.
Czy możemy jednak my sami komuś z tego czynić zarzut? Mając możliwości zdobycia pieniędzy, można służyć nimi, nie tylko sobie i swoim zachciankom ale i tym, co nie mają takich możliwości ani szans. Jezus przecież doskonale to rozumiał, dlatego namawiał w przypowieściach, by ludzie tę „mamonę nieprawości” wykorzystywali w dobrych celach a nie – by nie chcieli z nią mieć do czynienia, bo jest niemoralna. Uratuj swoimi pieniędzmi choć jedno dziecko umierające z głodu a usprawiedliwisz tym swoje pieniądze, którymi zaspokajasz też swoje własne potrzeby, oraz zdobędziesz w tym uratowanym dziecku „przyjaciela” – który zaświadczy za tobą w dniu sądu.

Niewielu ludzi zastanawia się nad tym na co dzień. Swój stan posiadania uważają za naturalny a często wręcz – za „zasłużony”. Równie łatwo przechodzą do porządku nad niedostatkiem u innych, także utwierdzając się w przekonaniu, że jest on „zasłużony”. Każdy jest kowalem własnego losu; – czyżby…? Przed dylematem moralnym związanym z biedą – chronią się w niewiedzę, w brak refleksji, albo wręcz przeciwnie; w dorabianie ideologii do czyjejś nędzy, cierpienia, śmierci głodowej, lub dorabianiem ideologii do swojego bogactwa.

Jednak spróbuję tu zadać następujące pytanie: jak w jednym zdaniu moglibyśmy nazwać zarysowany powyżej problem? Jak opisać przedstawione tu okoliczności zasadniczego wyboru etycznego. Jak to ująć syntetycznie?
Proponuję następujące zdanie:

… Ostatecznie, gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to nic nigdy byśmy nie mieli…”.

Gdyby przyjąć założenia czysto moralne, to musielibyśmy postąpić tak, jak polecił Jezus.
Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to tak jak dyktuje nam sumienie powinniśmy oddać swoje pieniądze na ratowanie życia dzieci w Afryce, umierających w wielkim cierpieniu z głodu i pragnienia w Nepalu i innych miejscach. A w konsekwencji – oddając je – „nic byśmy nie mieli”, w każdym razie nic ponad to, co nam niezbędne, ponad minimum.
Kto tak robi?
Tak przecież ma obowiązek postąpić każdy chrześcijanin!

To jednak rodzaj odwagi przyznać się, że się widzi i rozumie ten problem. W pewnym stanie świadomości – posiadanie wielu dóbr wymaga usprawiedliwienia, usprawiedliwienia moralnego, choćby przed sobą. Byli jednak i są ludzie bardzo zamożni, wykorzystujący tę swoją pozycję dla dobra wielu innych. Powtórzę jednak, iż nie jest zasługą „nic nie mieć”, czyli być w takim samym opłakanym stanie, jak ludzie potrzebujący pomocy; by pomagać, trzeba „mieć” i dobrze to wykorzystywać. Jest to sprawa pewnego indywidualnego wyboru, przyjęcia osobistej postawy moralnej a co za tym idzie i pewnej osobistej odpowiedzialności moralnej.

Zdanie powyższe, zacytowane i wyróżnione kolorem czerwonym, jest wyrwane z kontekstu długiej wypowiedzi. Wypowiedział je kiedyś prezes PIS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”. Było to raczej stwierdzenie marginalne, bo nie dotyczyło zasadniczego tematu rozmowy. Zdanie jest logiczne i słuszne. Jak już stwierdziłem – jest w pewnym sensie odważne.
Opisuje obiektywną rzeczywistość, oczywistość. Jest to stwierdzenie oczywistości...


Mądrość, uczciwość, inteligencja – jest także niestety jak się okazało dobrem rozłożonym dość nierównomiernie w naszym świecie. Natychmiast po tym wywiadzie rzuciła się na to internetowa hołota, robiąc z tego jakąś „ikonę antykaczyzmu”, traktując jako szydercze motto wielu wypowiedzi krytycznych. Dlaczego? Zrozumieli to „jakoś inaczej”? Nie potrafię tych napaści zrozumieć, ani tym bardziej wyjaśnić – czymkolwiek innym, niż szajba, oszołomstwo, zwyrodnienie społeczne, „mowa nienawiści” albo po prostu czysta nienawiść wyrażająca się także i w mowie, mania prześladowcza, nerwica lękowa, podłość, złośliwość, zawziętość, agresywność, zaślepienie ideologiczne… Jak fala z przepełnionego szamba – rozlały się w różnych mediach i kontekstach idiotyczne cytaty tego zdania, choćby w blogu Renaty Rudeckiej Kalinowskiej z miejsca zwanego w Internecie żartobliwie „Salonem”, cytaty traktujące je – nie wiem doprawdy: jako nieprawdziwe, czy może niesłuszne? Cytat ten – widocznie kompletnie przez ludzi prymitywnych niezrozumiany – stał się mottem jadowitych wypowiedzi osób najwyraźniej cierpiących na jakiś poważny uraz psychiczny, wywołujący osobistą i nieuzasadnioną nienawiść do jej autora – Jarosława Kaczyńskiego.
A może odwrotnie; cytat doskonale rozumiany jest dowodem jego „przestępstwa” polegającego na publicznym nazwaniu tego, co było dotychczas publicznie skrywane, objęte zmową milczenia tych wszystkich co „mają”…?

Może „wina” Kaczyńskiego polega tu ich zdaniem na „zdradzeniu tajemnicy” egoizmu ludzkiego – będącej jednak przecież banalną „tajemnicą poliszynela”… Skoro polska rzeczywistość podzielona została na dwa światy; elitę wierną Tuskowi-zawsze zwycięzcy, lojalną wobec niego za przywileje i korzystającą z tego bez żadnych skrupułów, oraz dużo większą „resztę” która ma „jakoś sama sobie poradzić” – elita nie życzy sobie podnoszenia tak dla niej niewygodnej kwestii moralnej?
Nie ma to przecież tym bardziej charakteru własnej deklaracji ideologiczne lub „życiowej” autora a – zwykłego stwierdzenia faktu, marginalnej uwagi o czymś oczywistym…

Pan Jarosław Kaczyński nazwał tu jednak uczciwie i trafnie problem po imieniu; posiadanie wielu dóbr wymaga rozwikłania konkretnego konfliktu moralnego; często ludzie po prostu oszukują sami siebie by nie odczuwać dyskomfortu. Jak to czuje Donald Tusk lub jego ministrowie paląc najdroższe cygara sprowadzane dla niego przez ambasadę z Kuby za pieniądze podatników, albo pijąc wino, którego jedna butelka kosztuje tyle, co miesięczna pensja polskiego robotnika – tego nie wiem. Generalnie nie uważam, by w gronie osób prywatnych ktokolwiek miał prawo oceniać czy napiętnować kogokolwiek innego niż siebie pod tym względem, bo chodzi właśnie o dylemat moralny; dylemat każdego, kto posiada cokolwiek i jest świadomy moralnie.
Wiara z wszystkimi jej dylematami rozgrywa się przecież także w ciszy, indywidualnie pomiędzy człowiekiem a Panem i Nauczycielem.

12/04/2014

Gdzie ci politycy, prawdziwi tacy…

W wyborach prezydenckich jakie odbędą się w Ukrainie w maju, obywatele mają w sposób demokratyczny wybrać przywódcę, który „na fali Majdanu” uporządkuje państwo i wprowadzi je na drogę zasadniczych reform, mających zbliżyć Ukrainę do europejskich standardów.
Nie jest wykluczone, że część obywateli zupełnie inaczej widzi tam rolę prezydenta i kierunek zmian.
Chodzi mi jednak o to, że do wyborów stanęło tam 46 kandydatów na prezydenta, zarejestrowanych przez Komisję Wyborczą. Trzeba przyznać, że jak na polskie warunki jest to liczba szokująco wysoka. Jeszcze bardziej szokuje ona, gdy wziąć pod uwagę, że aby zostać oficjalnym kandydatem na prezydenta, trzeba w odpowiednim terminie dostarczyć do Komisji Wyborczej komplet wymaganych dokumentów a także wpłacić na konto Komisji odpowiednią kaucję pieniężną, wynoszącą obecnie dwa miliony (2.000.000,00) hrywien, co obecnie odpowiada mniej więcej 250.000 USD. Nie sądzę, by mogły to w tym akurat przypadku być tzw. „brudne” pieniądze, a więc każdy z rejestrujących się kandydatów musiał być zdolny do wykazania legalnego źródła pochodzenia tej kwoty. W Ukrainie nastąpiło zresztą coś w rodzaju „weryfikacji” czy „lustracji” osób bogatych, oligarchów i np. obecnie kandydujący Petro Poroszenko czy Julia Tymoszenko – przeszli ją pozytywnie.

Nasuwa się tu samoczynnie refleksja dotycząca wielu kandydatów do naszego Sejmu, Senatu czy nawet Parlamentu Europejskiego, dla których „pensja” parlamentarzysty PE wynosząca kilka tysięcy euro miesięcznie przez kadencję trwającą pięć lat – jest wystarczającym i jedynym tak naprawdę celem, jedyną motywacją pchającą ich do tego kandydowania. Mamy tam do czynienia jak się wydaje zbyt często ze specyficznym negatywnym kluczem wyboru kandydatów; mają się nie wtrącać, nie znać na polityce, głosować jak każe klub i „zajmować miejsce” – stąd praktyka desygnowania celebrytów, aktorów, ludzi kompletnie spoza polityki, ekonomii i administracji, których prestiż i pensja parlamentarzysty sama w sobie w pełni zadowala, więc by to uzyskać – politykom „nie przeszkadzają”.

Oczywiście wcale nie uważam, że dobrym systemem jest taki system wyborczy który preferuje głównie osoby majętne, bogaczy; może na stanowisko prezydenta kraju – tak, ale w parlamencie nie byłoby to korzystne. Skład Parlamentu powinien chyba odpowiadać przekrojowi społeczeństwa, jeśli poważnie traktować służebną rolę posła wobec środowiska jego wyborców ale i wobec całości; oczywiście służebną co do idei, postawy politycznej i społecznej, a nie – rozumianą dosłownie i bezpośrednio – jak to było za tzw. „słusznie minionych” czasów. Poseł nie ma być przecież jakimś „super-urzędnikiem” – załatwiającym konkretne, jednostkowe i banalne w skali kraju problemy obywatela, zamiast odpowiedzialnych za to urzędów i urzędników. Przypomina mi się zapamiętana w dzieciństwie opowieść, jak to towarzysz Lenin załatwił raz jednym telefonem – wóz węgla na zimę pewnemu biednemu a dzieciatemu kolejarzowi, który go prosił o pomoc, gdyż urzędnicy od aprowizacji odsyłali go ciągle z „kwitkiem”. Niestety wielu polskich polityków prezentuje podobną mentalność, choć urodzili się w czasach, gdy takich „bajek” dzieciom już nie opowiadano…

Gdy pomyśleć o polskim politycznym podwórku – od lat nasuwa to nam bardzo niedobry obraz. Wielu ludzi, zbyt wielu ludzi w Polsce musiałoby przyznać, że tak naprawdę nikt ich nigdy nie reprezentował w Parlamencie i odwrotnie; że sami nigdy nie mogli się w pełni utożsamić z żadną z istniejących sił politycznych a co za tym idzie – nie mieli na kogo głosować w wyborach powszechnych. Jeśli nawet czasem głosowali – to przeciw tym których uważali za skrajnych przeciwników swoich poglądów politycznych czy wręcz interesów a nie – by poprzeć w pełni akceptowaną kandydaturę, opcję, linię programową, ideologię itp.
Zastanawia mnie – gdzie się podziewają coroczni absolwenci politologii w tym kraju. Wiadomo, że w ubiegłym roku nieco ponad 3700 z nich zarejestrowanych było jako bezrobotni, w Powiatowych Urzędach Pracy. Wykształcenie wyższe w kierunku politologii jest dziś skrajnie „odległe” od tak zwanego „rynku pracy”, który żadnym rynkiem przecież nie jest. Jednocześnie bezpośrednio w naszym „życiu politycznym” widzimy w zasadzie stały, stosunkowo niewielki jak na prawie czterdziestomilionowy naród „zestaw” przewijających się przed kamerami ludzi, przynajmniej wyglądem nieraz jedynie zbliżonych do homo sapiens. Tak jak i w PRL, za rządów PO polityka jako zajęcie objęta jest jakimś odium nieuczciwości, cynizmu, chciwości, zakłamania, draństwa, sprzedajności i sobiepaństwa. Dlaczego wykształceni politolodzy często bywają bezrobotni lub jeśli pracują – to w sklepach warzywnych lub na zmywakach w KFC – natomiast komentowaniem wydarzeń politycznych w „mediach” czyli działalnością opiniotwórczą zajmują się bardzo młodzi ludzie o „dziwnie znanych” nazwiskach, czasem po policealnym studium dziennikarstwa a czasem i nie, dla których największy problem w pracy, to nie – zrozumieć i wyjaśnić czytelnikom i słuchaczom zawiłości, przyczyny i skutki wydarzeń politycznych a – trzymać się faktów i zmieścić się w ramach podstawowej poprawności gramatycznej i ortograficznej.

Trudno mi sobie wyobrazić, by większość młodych ludzi wybierała studia politologiczne bez zamiaru zajęcia się działalnością polityczną w przyszłości, po prostu na tej zasadzie, że skoro stale brak reprezentacji pewnych opcji politycznych w życiu tego kraju – to należy je stworzyć dla siebie i obywateli i wyborców tego szukających; życie podobno nie zna próżni i jeśli powstaje wyraźna „luka” – powinna być zapełniona… Powinna. Któż miałby to zrobić jeśli nie politolodzy. Dlaczego więc nie robią tego a zostają bezrobotnymi…
W Polsce powinno tętnić intensywne życie polityczne, aktywizujące społeczeństwo i poszukujące najlepszych rozwiązań, ktoś powinien czegoś chcieć, do czegoś dążyć i proponować to innym… Tymczasem obserwujemy stale od lat tę samą menażerię stu czy dwustu obmierzłych gęb, drańskich mord, chłystków zgranych jak ruska talia kart, buców „niewyobrażalnie wprost chamskich”, oszustów uwikłanych w afery i aferki, nawzajem się obrażających i przepraszających, udających „niezależność” ale kurczowo trzymających się koryta. Przecież nie da się w pełni zaakceptować ani „Platformy Obywatelskiej” ani „Prawa I Sprawiedliwości”, normalność jest gdzieś pośrodku. Parafrazując ryżego „klasyka” można śmiało powiedzieć, że „polityka polska to jest dla nas jakaś narzucona nam nienormalność”.

Politycy polscy to najczęściej ludzie starsi, prezentujący też z tego powodu specyficzną i społecznie niebezpieczną „mentalność starucha”; młodzi – to durni gamonie, dorobkiewicze bez charakteru i poglądów, za to umiejący świetnie liczyć bez kalkulatora – jeszcze bardziej niebezpieczni bo nieobliczalni w swojej zachłannej głupocie; poza tym różne „dziwadła” w stylu „Sztukmistrza z Lublina”, albo cyniczni krętacze ogłupiający z natury skłonną do kontestacji wszystkiego młodzież swoimi „monarchistycznymi” teoryjkami i złotymi myślami no i całkiem nieźle z tego sobie żyjący (zamiast uczciwie pracować) – jak ten znany pajac z muszką i kapelusikiem, pozujący na „arystokrację herbową” … Ta cała cholerna ferajna; czasem współpracująca, albo „zakiwana na śmierć” we wzajemnych „dryblingach” i podchodach harcerskich, wygodnie sobie żyjąca na koszt społeczeństwa pomimo własnych, często niemałych już majątków – ulokowanych na wszelki wypadek za granicą.
Czy nie czas tę „stajnię Augiasza” przewietrzyć?!

Dziś wielu Polaków patrzy protekcjonalnie, z góry – na Ukraińców, co najwyżej jak na ubogich krewnych z prowincji. Obawiam się jednak, że gdy tak dalej będzie i nic się tu nie zmieni – że to oni właśnie pod przywództwem Prezydent Julii Tymoszenko i partii „Ojczyzna” bardzo szybko zreformują i unowocześnią swój kraj, korzystając efektywnie z pomocy UE i z własnych zasobów materialnych i ludzkich, także i z krytycznej analizy tych błędów jakie myśmy popełnili w czasie naszej „reformy ustrojowej” i później. Ukraina ma spory problem, jak wyjść z systemu oligarchicznego i z azjatyckiej kulturowości a my przecież dopiero ten „system oligarchiczny” tworzymy – dzięki „ideologii chciwości” Platformy Obywatelskiej, ze sporymi sukcesami dla jej „elity”. Ministrowie budują sobie pałace z organami w salonie, posiadłości na wielohektarowych działkach, choć do ukraińskich oligarchów im jeszcze dość daleko…

Polska powinna zacząć pilnie i rzetelnie w sposób świadomy kształcić swoich przyszłych polityków, kandydatów na przyszłych parlamentarzystów i wyższych urzędników państwa. Praktyka wskazuje, że kierunek politologii powinien zostać w tym celu zreformowany w ten sposób – by go połączyć z ekonomią (ekonomia polityczna) oraz z kierunkiem administracji państwa, by uczelnie takie kładły nacisk również na kulturę ogólną, na rzetelną znajomość historii i „głównych” języków obcych, oraz by wolność polityczna mogła być praktycznie realizowana. Nikt w tym kraju nie powinien móc twierdzić, że „nie ma na kogo głosować” – jak dziś mówi prawie połowa obywateli.

Jak to kiedyś śpiewała Danuta Rinn: „… gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, … orły, sokoły, bażanty; gdzie ci mężczyźni, na miarę czasów: gdzie te franty – gdzie…”
Ja bym to dziś odniósł najbardziej do mężczyzn – polityków.

15/02/2014

Młodzi Polacy nie znają normalności np. w sprawach pracy.

Od dawna zadziwia mnie zachowanie ludzi młodych w związku z sytuacją na – tak teraz zwanym „rynku pracy”, czyli – w związku z zatrudnieniem.
Całkiem też niedawno dopiero dotarło do mojej świadomości, że oto mamy nowe pokolenie urodzone już po umownej dacie 1989 roku, poszukujące dziś zatrudnienia; pokolenie ludzi już dorosłych, którzy nigdy nie widzieli i nie odczuwali normalności w sprawach pracy zarobkowej.
A cóż to jest normalność…

Zdaję sobie sprawę że wchodzimy tu w obszary dziś dyskusyjne, bynajmniej nie tak oczywiste. Mało tego; rozumiem, że czasy i realia w sposób naturalny zmieniają się i muszą się zmieniać, dlatego nie odnoszę tego sformułowania do jakichś dawnych szczegółów a raczej do ogólnych zasad które uważam za uniwersalne i w tym znaczeniu ponadczasowe, niezależne od upływu czasu.
Ludzie ci – od kiedy stali się świadomi, zwłaszcza od kiedy w ich świadomości pojawiła się informacja, iż rodzice czy opiekunowie tylko czasowo zapewniają im utrzymanie i przyjdzie taki moment, gdy trzeba będzie stać się samodzielnym finansowo, do czego potrzebna jest zazwyczaj jakaś własna praca zarobkowa – widzieli tylko to co widzimy teraz; sferę zatrudnienia zdominowaną niepodzielnie przez pracodawców ustalających zasady i łamiących bezkarnie obowiązujące prawa; zamiast rzeczywistego rynku pracy – swoisty targ „niewolników” bez prawa głosu i alternatywy; totalne bezprawie z pełnym błogosławieństwem władzy, nastawionej na służenie wyłącznie przedsiębiorcom w jakimś szalonym syndykacie biznesowo-politycznym pod parasolem ochronnym Platformy Obywatelskiej; ogromną jak na warunki lokalne sferę gospodarki nielegalnej, nieujawnionej, uchylającej się od wszelkich obowiązków finansowych wobec państwa i wobec ludzi zatrudnianych – i to wyłącznie w imię maksymalizacji własnego zysku oszusta udającego w ten sposób przedsiębiorcę.

To jednak szokujące spostrzeżenie, że wszystko to co dla osób starszych jest ewidentnym i oczywistym złamaniem prawa, wypaczeniem, antyspołecznym egoizmem, oczywistą nienormalnością – dla wspomnianych osób młodych jest jedynym światem im znanym. Jedynym i z tego powodu – normalnym, choć dość trudnym, mało przyjaznym. By rozpoznać nienormalność trzeba przecież mieć świadomość jakiejś alternatywy; tak jak zło jest definiowalne jedynie jako przeciwieństwo dobra i odwrotnie, tak i nienormalność jest możliwa do zrozumienia gdy istnieje wiedza o normalności. Co więcej – być może to właśnie jest prawdziwym i tak skrzętnie ukrywanym przez pracodawców powodem gremialnego odmawiania zatrudnienia ludziom starszym, z grupy wiekowej określanej jako „50+”; pracodawcy zgodnie i od początku odmawiają podania przyczyny „niezatrudniania z zasady” ludzi starszych a powodem być może jest właśnie to, że ci starsi znają i pamiętają normalność w zatrudnieniu, dlatego wpędzają współczesnych wyzyskiwaczy w poczucie niepewności i winy; dużo łatwiej jest przecież cynicznie oszukiwać i wykorzystywać tego, kto sobie ze swojej straty nie zdaje sprawy, bo „od zawsze” tak samo był traktowany…

Skoro ludziom młodym brak wiedzy o istocie tego wypaczenia – jedyną dla nich alternatywą staje się ucieczka choćby do nieco lepszego świata, czyli emigracja zarobkowa lub nawet wynarodowienie. By z wypaczeniem walczyć, trzeba sobie z niego zdać sprawę a to oznacza widzenie alternatywy, co jest przeciwstawne rezygnacji, ucieczce, emigracji.
Może to właśnie jest kluczem do dzisiejszego milczenia ludzi młodych, braku ich sprzeciwu; powodem zadziwiającej wstrzemięźliwości i ugodowości ludzi młodych wobec tego stanu i postępującego bezprawia w sprawach zatrudnienia.
Pisałem o tym już niejednokrotnie, np. w felietonie pt. Dlaczego baran nie beczy…?

A przecież przyczyna jest tu dość banalna i możliwa do usunięcia; trzeba tylko odsunąć od władzy tę opcję polityczną i odrzucić jej ideologię, choćby w najbliższych wyborach parlamentarnych.  
Jednak ludziom młodym wtłoczono też do głów absolutnie błędne przekonanie, że współczesne rządy nie są już polityczne, ideologiczne; że wszelka ideologia polityczna skończyła się na upadku PZPR i „wyprowadzeniu sztandaru” a dziś działaniami rządu kieruje już nauka, wiedza, bezwzględne zasady ekonomii, które nie podlegają polityce i muszą być takie jakie muszą być… nawet wręcz; że to rząd podporządkowuje się dziś zasadom naukowym a nie wstępnym założeniom ideologicznym.

To oczywista bzdura gdyż ekonomia jest za natury nauką polityczną a więc założenia pewnej ideologii zawsze są u podstaw stosowanych rozwiązań ekonomicznych, z całym szacunkiem dla ich naukowych zasad i wartości. Inaczej – ekonomia daje naukowe narzędzia do zrobienia prawie wszystkiego co się chce, do tego lub owego a to co będzie wybrane do wykonania, do czego owe narzędzia zostaną użyte – zależy od politycznego założenia wstępnego czyli od ideologii danej władzy. Oczywiście w ramach jakiejś poprawności naukowej eksperymentalnie czy historycznie potwierdzonej.

I my, osoby starsze doskonale to rozumiemy; my wiemy że Polska nie musi być taka jak teraz, że może być inna; wcale nie ułomna, nie gorsza a po prostu inna, na przykład – bardziej ludzka, bardziej sprawiedliwa, praworządna i pozwalająca żyć w niej każdemu na miarę jego możliwości fizycznych czy intelektualnych. Zależy to tylko od działających tu sił politycznych czyli od ludzi aktywnych, posiadających wiedzę i motywację a ostatecznie realizuje się – w wyborach parlamentarnych.
Polska polityka – ograniczona przez wspomniane wyżej bariery swoistego „totalitaryzmu” PO udającego prawa ekonomii – jest jednak zredukowana do pewnej stałej grupy, od lat nie zmieniającej się (jeśli nie liczyć prorokowanego przez ministra Sikorskiego „dorżnięcia watahy”).

Z tego celowego ideologicznego zacieśnienia horyzontów wywodzi się i znana „wojna polsko – polska” i promocja „mowy nienawiści” zapoczątkowana przez PO w czasach PIS-PO w obronie nienaruszalności „tajemnicy” swojej ideologii a nawet faktu jej istnienia, i zabetonowanie sceny politycznej w absurdalnej wojence między PO a PIS, wojence na słowa, na prowokacje, na wybryki ludzi – a nie na programy polityczne i pomysły ekonomiczne; skoro ideologia PO jest nienaruszalna i utajniona – politycy mogą się tylko walić po ryjach, kopać po kostkach, obrażać i przepraszać – bo tylko to nie narusza „generalnej linii partii” – PO, która zastąpiła w tym totalitarnym „klinczu” dawną PZPR.

Sytuacja na „rynku pracy” może się zmienić, gdy tylko zmieni się ideologia władzy, ale PO nie jest w stanie zmienić swojej ideologii no i wcale tego nie chce, dlatego młodzi ludzie, w tym te tysiące młodych bezrobotnych politologów muszą przedstawić jakąś alternatywę dla ideologii PO, w ramach PO albo poza nią. W innym wypadku – będzie po prostu kontynuacja; emigracja, degradacja, dalsza segregacja na „elitę” i „śmieci”…

O wspomnianej „normalności w zatrudnieniu” napiszę oddzielnie, gdyż jest to obszerny temat.
Skłania mnie do tego przegląd nieporadnych pytań i haseł wpisywanych przez ludzi w okienko wyszukiwarki Google, świadczących o całkowitym ich zagubieniu w obecnej rzeczywistości pracy; powodem jest tu oczywiście wspomniany właśnie brak wiedzy o normalności, generalne niezrozumienie wynikające z powszechnej dziś rozbieżności pomiędzy prawem a rzeczywistością.

30/11/2013

Nazwa „Solidarność” – zobowiązuje do solidarności. Solidarności silnych ze słabymi.

Jak było wtedy z tą solidarnością – dowiadujemy się dopiero teraz.
Nawet ja – będąc członkiem Związku od początku, dopiero dziś dowiaduję się ze współczesnych opowieści osób organizujących pierwszy strajk w Stoczni i strajki „solidarnościowe” w innych zakładach, że „Solidarność” – tej prawdziwej solidarności musiała się wówczas dopiero z trudem uczyć. I to uczyć się na błędach. Dotyczy to szczególnie Wałęsy, ale przecież nie tylko jego…
Nazwa związku nawiązywała do takiego sposobu działania i współpracy pomiędzy organizacjami zakładowymi, gdy wielkie zakłady pracy, mające bardzo liczne załogi – działają jawnie i czynnie, wysuwając żądania pracownicze wobec władzy, również dotyczące pracowników innych, mniejszych zakładów lub nawet generalnie – pracowników w ogóle, a te małe zakłady – które nie byłyby w stanie strajkować skutecznie – zapewniają poparcie tym wielkim, biorą udział w manifestacjach, w działaniach informacyjnych, tworząc tę „masę” wsparcia społecznego – z którą każda władza będzie musiała się liczyć i wręcz – od której każda władza zależy.

Początkowo być może tak to funkcjonowało na fali wielkiego zrywu społecznego, dzięki temu „Solidarność” powstała jako oficjalna, legalna dziesięciomilionowa organizacja i odniosła wielki sukces. Stan wojenny wiele jednak zmienił, związek odbudowany ku wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu dawnych czołowych działaczy ledwie wówczas wypuszczonych z miejsc internowania, reaktywowany nagle i niespodziewanie podczas załamywania się władzy PZPR, gdy osłabione zostały już rygory stanu wojennego – nie był tym samym związkiem ani personalnie, ani ideowo. Późniejsze przemiany gospodarcze dowiodły, że poszczególnym organizacjom zakładowym trudno już się nieraz dogadać, wręcz mnożyły się przypadki konfliktu pomiędzy „Solidarnością” w jednym zakładzie pracy czy branży a „Solidarnością” w innych zakładach lub branżach; wąsko pojmowane interesy załóg lub grup zawodowych okazywały się ważniejsze niż wspólna solidarna walka o wspólne dobro. To zresztą było nieuniknione w coraz bardziej komplikującym się świecie gospodarki rynkowej – w porównaniu z – pod tym względem prostszym – zunifikowanym światem centralnie planowanej gospodarki państwowej.

Wszystko wskazuje więc na to, że związek „Solidarność” musi uczyć się solidarności nadal.
Dziś Solidarność programowo działa w interesie pracowników. Zajmuje się głównie warunkami pracy, prawem pracy itp. a więc sprawami dotyczącymi osób aktualnie pracujących, zrzeszonych w zakładowych organizacjach związkowych. Jedną z form działania był udział reprezentacji związkowej w pracach tak zwanej Komisji Trójstronnej której przewodniczy Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak Kamysz. Komisja zajmuje się debatą nad propozycjami rządowych zmian np. projektem ustawy o zmianie ustawy Kodeks Pracy – dotyczących tzw. „elastycznego czasu pracy” oraz wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy. Zmiany te zostały wprowadzone pomimo wielu zastrzeżeń związkowych, gdyż opinie ZZ nie są dla władzy zobowiązujące. Wszystko wskazuje na to, że dla władzy a konkretnie dla Ministra Kosiniak Kamysza atrapa komisji trójstronnej była jedynie platformą propagowania rozwiązań rządowych, miejscem gdzie próbowano przekonać związkowców do proponowanych zmian, na zasadzie nie dialogu a pewnej zorganizowanej „promocji” projektów rządowych, które wprowadzano niezależnie od stanowiska związkowego, co najwyżej uznając, że promocja się nie powiodła i związkowcy do rozwiązań rządowych nie dali się przekonać, Ale władza tak czy inaczej – wprowadziłaby te zmiany, realizując swoją założoną wcześniej politykę; politykę służenia biznesowi w ramach wzajemnej solidarności. Bo po tamtej stronie mamy też „Solidarność”: solidarność polityki i biznesu.

Odnosi się od dawna wrażenie, że już sama nazwa „komisja trójstronna” jest mylącym nadużyciem, gdyż w komisji tej spotykały się w istocie dwie strony: wspólna reprezentacja dużych central związkowych jako jedna strona – z syndykatem polityczno – biznesowym zwanym „rząd i stowarzyszenia pracodawców” – jako stroną drugą. W takim układzie – strona związkowa nie miała wiele do powiedzenia. Działalność takiego ciała – stała się farsą demokracji i kpiną z dialogu; zapewne głównie z tego powodu – związki zawodowe zrezygnowały z udziału w pracach Komisji Trójstronnej. Była to forma protestu. Jednak ten sztafaż jak się okazuje był bardzo potrzebny syndykatowi polityczno – biznesowemu.
Widać to w kolejnej sprawie – płacy brutto ustawowo określanej jako minimalna w odniesieniu do umów o pracę w pełnym wymiarze czasu pracy. Jeszcze nie umilkły na dobre echa żądań skandowanych przez ogromne tłumy pracowników podczas sobotniej warszawskiej manifestacji (14.09.2013) pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”, a minister Kosiniak Kamysz już ponownie zaprasza związkowców, apeluje o powrót do udziału w pracach „Komisji Trójstronnej” – by nadal udawać „porozumienie społeczne” i przy tym dzielić się ze związkami odpowiedzialnością za zmiany tak naprawdę przeprowadzane wyłącznie przez władzę. Widać tu wielkie podobieństwa do sposobów działania władzy „ludowej” za czasów PRL. Generalnie widać, jak wiele obecna władza z Platformy Obywatelskiej nauczyła się od władzy PRL-u.
Zbyt wiele.
Prawdopodobnie też i dlatego tak samo skończy…

Wracając jednak do solidarności.
Potrzeba dziś wielkiej solidarności. Solidarności ze słabymi, nie mogącymi strajkować, nie mającymi czym straszyć władzy.
Prócz pracowników wykonujących swoje zawody i zarabiających więcej lub mniej poprzez pracę, jest wielka grupa pracowników – którzy zostali pozbawieni pracy i często wypchnięci z rynku pracy totalną, bezwzględną i bezzasadną odmową zatrudnienia. Odmową przede wszystkim bezprawną, łamiącą zasady prawa. Mam na myśli tak zwanych bezrobotnych. Tych rzeczywistych bezrobotnych. To po prostu często pracownicy obecnie niezatrudnieni, gotowi natychmiast podjąć pracę nawet często za wspomniane wynagrodzenie minimalne. To ludzie z trudnością walczący o przetrwanie każdego dnia i tygodnia, pozbawieni zasiłku dla bezrobotnych a zbyt dumni by razem z ofiarami różnych patologii społecznych ubiegać się o pomoc państwa w ośrodkach pomocy społecznej. To pracownicy z długim nieraz stażem, których zwolniono podczas upadłości zakładów pracy, przy prywatyzacji, redukcji zatrudnienia, restrukturyzacji przedsiębiorstw lub zwolniono (pozbyto się) wbrew prawu ze względu na wiek i teraz również wbrew obowiązującemu prawu odmawia się im zatrudnienia – pod różnymi pozorami lecz w rzeczywistości także ze względu na wiek. mam na myśli pracowników, dziś bezrobotnych w wieku po 50 roku życia.
Jeśli mamy nadal mówić o solidarności pracowniczej – NSZZ „Solidarność” musi ich także objąć swoimi działaniami. Dość lekceważenia bezrobotnych 50 plus!

Nie było, nie ma i nigdy nie będzie zgody na poświęcanie kilkudziesięciu tysięcy czy kilkuset tysięcy ludzi na poniewierkę, cierpienie fizyczne i psychiczne i wreszcie na śmierć na przysłowiowych lub rzeczywistych śmietnikach! To hańba Donalda Tuska i jego rządu Platformy Obywatelskiej! Przy dalszej bezczynności może to być także hańba „Solidarności”!

Nic nie wskazuje na to, by władza sama chciała rozwiązać ten problem; władza jest zresztą po części zakładnikiem lobby biznesowego a ono nie widzi w tym żadnego problemu. Niestety podobnie nie można liczyć na ewentualny rząd powstały z innych ugrupowań politycznych, chwalących liberalizm nawet wówczas gdy odebrał on kilkuset tysiącom ludzi ich wszystkie prawa, bo przecież odmowa prawa do pracy jest równoznaczna praktycznie z odmową wszelkich innych praw, z powodów finansowych i innych wywodzących się z następującej przez to nędzy.
Szczególnie i przewodząca dziś w sondażach poparcia społecznego partia Jarosława Kaczyńskiego nie wykazuje żadnego zainteresowania tym problemem, prawdopodobnie dlatego, że podporządkowana jest osobiście samemu Prezesowi PIS – całkowicie wyobcowanemu społecznie, nie mającemu pojęcia o realiach i kosztach codziennego życia, normalnych potrzebach człowieka czy rodziny, sprawiającego wrażenie – że zajmuje się wyłącznie „robieniem polityki” a ktoś inny mu wszystko kupuje, gotuje, sprząta, pierze, płaci rachunki za prąd, gaz czy ogrzewanie i dlatego Pan Prezes Kaczyński nie ma świadomości, że wszystko to wymaga PŁACENIA a to płacenie wymaga ZAROBIENIA a zarabia się w większości przypadków w pracy najemnej… czyli, że człowiek pozbawiony pracy – JEST POZBAWIONY WSZYSTKIEGO!
Jest pozbawiony przez społeczeństwo wszelkich praw w imię „liberalizmu”.

Dowód na trafność takich wniosków Pan Prezes dał sam, wybierając się kiedyś „oficjalnie” w towarzystwie kamer i współpracowników do „sklepu osiedlowego” (podobno chodziło o „Biedronkę”) – by udowodnić, jaka w kraju jest drożyzna a zapominając przy tym zabrać pieniędzy na te zakupy oraz nie mając świadomości, że „Biedronka” jest wielką siecią sklepów najtańszych…

Nie ma innych sił zainteresowanych, dlatego jeśli NSZZ „Solidarność” nie podejmie natychmiast tematu bezrobocia pracowników wieku 50+ moim zdaniem przestanie być godna swojej nazwy i swojego rodowodu! Starsi pracownicy pozbawiani pracy są najsłabszym podmiotem w społeczeństwie. Konieczne jest włączenie problemu bezrobotnych z tej grupy do zainteresowania Związków Zawodowych w imię solidarności pracowniczej.

Najbardziej istotne w tej sprawie jest to, że chodzi tu o pracowników pozbawionych pracy, których spotyka z niewiadomych powodów odmowa zatrudnienia. To nie są jacyś „inni ludzie” albo zwierzątka a pracownicy ze stażem ponad 25 lat, których nagle zwolniono a następnie zaczęto odmawiać im zatrudnienia oraz realnej pomocy ze strony Urzędu Pracy. Dlatego należy traktować ich jak pracowników czasowo niezatrudnionych i objąć ich potrzebną pomocą w ramach solidarności pracowniczej, pomocą sprowadzającą się do wystąpienia silnych organizacji do władz z żądaniami natychmiastowego rozwiązania tego problemu. W innym wypadku – NSZZ „Solidarność” – zajmując się tylko interesami tych co już pracują, są członkami związku i płacą stosowne składki – okryje się hańbą tak samo jak władza, która doprowadziła do takiej tragicznej sytuacji.

09/08/2013

Wpuścić kogoś na minę…(czyli "im gorzej - tym lepiej")

Gdy sytuacja pogarsza się, władza stara się tę sytuację naprawiać, dążąc przede wszystkim do utrzymania poprzedniego wyniku wyborczego, dającego jej prawo do tworzenia rządu, decydowania o wszystkim co dotyczy państwa poprzez większość parlamentarną w obu izbach parlamentu itp.
Niestety – często władza już od chwili ogłoszenia wyniku wyborów zaczyna tracić kontrolę nad tym co może zrobić. Dzieje się tak z powodu… chęci objęcia władzy, przerastającej poczucie rozsądku a często nawet i przyzwoitości. To jednak nie tylko „zgniłe” od początku koalicje. By zapewnić sobie władzę, często tworzy się koalicje z dużo słabszym partnerem, po to by zyskać wsparcie wyborcze jego zwolenników (głosy) a już po – łatwo „wyłączyć”, zdeprecjonować, zmarginalizować wpływ takiego koalicjanta na własne działania; w ostateczności czasem to „kosztuje” kilka intratnych stanowisk dla kilku „ważnych działaczy” niczym przynęta na haczyk na wygłodniałą rybkę…

To oczywiste; sporym także a mniej znanym zagrożeniem, jakie szczególnie objawiło się w przypadku „Platformy Obywatelskiej” – jest także pewna „pozorność” wsparcia przez niektóre grupy wyborców, grupy reprezentujące określone interesy. Wspierają one partię walczącą o władzę nie dla jej programu, jej zamiarów politycznych, gospodarczych czy społecznych, jej ideologii politycznej. Wystarczy, że partia ta deklaruje zagwarantowanie pewnej „swobody” działania. Działa to na zasadzie: niech oni wygrają, obejmą władzę i w tym im pomożemy, po to jedynie by potem móc robić swoje, zajmować się jedynie własnymi interesami – korzystając z pewnego „długu” jaki władza ma wobec nas za poparcie.
Było to spektakularne w przypadku hierarchów Kościoła Katolickiego, udzielających pomocy w walce z władzami PRL – na zasadzie „inwestycji” w przyszłe korzyści otrzymywane na zasadzie „odpłaty za pomoc, za wsparcie, za ochronę – często bezpośrednią, w formie ukrywania osób poszukiwanych przez PRL-owski aparat „bezpieczeństwa”.
Zresztą po 1989 roku władza zawsze była uwikłana w tego typu zależności, uwikłała się w nie także i PO poprzez głoszoną ideologię „liberalizmu gospodarczego” będącą wówczas jasnym sygnałem zachęty dla wszelkiej maści cwaniactwa, krętactwa i bezwzględności rodzimego „biznesu”, biznesu w cudzysłowie z prawdziwą przedsiębiorczością nie mającego nic wspólnego. Kapitał też był w rękach ludzi najgorszego autoramentu; dawnych cynkciarzy, partyjniaków, ubeków, nowobogackich wzbogaconych na aferach i przewałkach, upadłościach i prywatyzacjach lat dziewięćdziesiątych i początku obecnego wieku.
Pewne zależności powstały pomiędzy władzą a aparatem administracji państwowej i w pewnej mierze – samorządowej. Stanowi ona zasadnicze, naturalne i pewne zaplecze poparcia władzy, na zasadzie wzajemnego interesu: my wam dajemy spokojna i pewną pracę, stabilizację, zarobki i premie, obsługę socjalną o jaką dziś trudno gdziekolwiek indziej – a wy nam za to (także i we własnym interesie utrzymania status quo) – swoje głosy, poparcie, lojalność.
Oczywiście prowadzi to natychmiast po wyborach do częściowego ubezwłasnowolnienia władzy, która staje się zakładnikiem administracji. Pomimo kilkakrotnych publicznie ogłaszanych planów redukcji przerostu administracji – powiększa się ona nadal stosownie do swoich potrzeb, korzystając z zawartego, nieformalnego lecz silnego „kontraktu z władzą”.

Gdy sytuacja się pogarsza, jak obecnie – władza zostaje jak pomiędzy młotem a kowadłem – pomiędzy koniecznościami wynikającymi z zasad ekonomii czy choćby zdrowego rozsądku a ograniczeniami wynikającymi ze wspomnianego uwikłania.
Taką sytuację przewiduje w przyszłym roku prof. Rybiński, obawiający się w najbliższych miesiącach dramatycznego przełomu szczególnie w sferze finansowej państwa . Jest dobrze, dopóki władza wywiązuje się ze swoich zobowiązań wobec swoich „wierzycieli” dzięki którym stała się władzą; cóż jednak – gdy staje się to już niemożliwe? Niemożliwe z powodów obiektywnych, bezwzględnych. Co – gdy nieuchronnie zbliża się konieczność redukcji rozdętej administracji, bo po prostu naprawdę nie ma już na nią pieniędzy i nie ma też komu ich zabrać, by zapewnić administracji zachowanie przywilejów?
Administracja zaczyna się burmuszyć na władzę, gotowa podstawiać władzy nogi a nawet ją wręcz wykoleić. Sługa jest w stanie podnieść rękę na swojego pana, bo w rzeczywistości nigdy nie był sługą, był zakamuflowanym draniem i cynikiem walczącym o „swoje” i umiejącym sprzeda się władzy. Podobnie „biznesmeni” – gdy nie da się już tak łatwo „doić” społeczeństwa, gdy władza stara się desperacko ratować finanse wzrostem podatków albo zaczyna wreszcie rzeczywiście je egzekwować od wszystkich, nie tylko od najbiedniejszych. Współdziała to wszystko – czynnie lub biernie, celowo lub na zasadzie przypadku z działaniami tak zwanej „opozycji”, która w tym kraju nie jest opozycją polityczną a jedynie środowiskiem chętnych do „porządzenia” po swojemu.

Kiedy zaczyna być bardzo źle, władza jeszcze walczy o poprawę sytuacji jak i o utrzymanie dobrych notowań, o zachowanie prawa do rządzenia na przyszłość. Kiedy zaczyna być już zupełnie źle – kiedy sytuacja przekracza pewien trudno uchwytny punkt zwrotny – władza zaczyna działać odwrotnie niż wcześniej. Wiadomo już, że najbliższych wyborów nie da się już wygrać, że wygra je dotychczasowa opozycja. Dlatego okazuje się, że działania do tego momentu podejmowane na rzecz naprawy sytuacji – stają się wbrew woli działaniami na rzecz opozycji, dla dobra jej przyszłego rządu. A na to władza się zgodzić nie chce. Od tego momentu, w sposób niejako naturalny choć prymitywny włącza się tu mechanizm „im gorzej – tym lepiej”. Władza zaczyna szkodzić, a skoro sobie już bardziej zaszkodzić nie może – pogarszając sytuację – szkodzi opozycji w świadomości zbliżającego się momentu objęcia przez nią władzy. Skoro opozycja ma objąć władzę i jest to już w zasadzie nieuniknione, to trzeba jej zgotować jak najgorszą sytuację ekonomiczną, finansową, polityczną i społeczną aby się na tej „minie” szybko wykończyła. Są problemy nie do pokonania bez zasadniczych drastycznych zmian a one nigdy nie podobają się opinii publicznej. I gdy się wszystko szybko zawali, wtedy właśnie my powrócimy – jako ten „mąż opatrznościowy” i wyratujemy naród z opresji, sobie przypisując wszelkie zasługi, powodzenia i zwycięstwa a winę za wszystko co złe zrzucając na opozycję. Potocznie nazywa się to właśnie „wsadzaniem kogoś na minę”.

Czy to już teraz ma miejsce?
Pyta o to wielu dziennikarzy, pyta i np. Hartman: dlaczego Tusk pozwolił na tak wielką degenerację PO, dlaczego miesiącami jest nieobecny publicznie, dlaczego nic w zasadzie nie robi by ratować sytuację, walczyć o wzrost poparcia społecznego, ignoruje głosy krytyczne…
Niestety w systemie dwóch stosunkowo silnych partii politycznych otoczonych małymi ugrupowaniami z których można sobie do woli dobierać koalicjantów – kołowrotek taki może się kręcić w nieskończoność.

Przerwać ten chocholi taniec może jedynie… ingerencja z zewnątrz tego układu. Może nią być samorzutny poważny „protest społeczny” odnoszący się do realiów życia tak zwanego szarego obywatela. Tego typu sytuacje też mogą być niestety inspirowane i stanowić część działań jednej z dużych partii przeciw innym. Ingerencją z zewnątrz w sensie dosłownym może być jakiś stan poważnego zagrożenia pochodzącego spoza granic państwa, wojna rozprzestrzeniająca się także na tereny innych państw wcześniej niezaangażowanych. Wreszcie nie można pominąć i stanu zagrożenia państwa mającego swoje źródło wewnętrzne; zamach stanu sił spoza tych dwu największych partii przerywa niewątpliwie błędne koło walki o władzę pomiędzy nimi. Ale stwarza dyktaturę nie zawsze możliwą do zaakceptowania a też często nie zawsze chętną do oddania władzy gdy wypełni już swoje zadanie…

Tylko – zapyta ktoś: gdzie tu jest ten właśnie zwykły człowiek, „szary” obywatel, jego dzieci, rodzina, plany osobiste, pasje, zamiłowania, prywatne ambicje życiowe… jego indywidualne, niepowtarzalne życie… Gdzie jest państwo, które wykształciło się przecież jako sposób organizacji społeczeństwa w wielowiekowym procesie rozwoju cywilizacji ludzkiej a miało służyć człowiekowi, być dla człowieka, być obywatelskie, służyć każdemu człowiekowi, jego dobru, dobru każdego – właśnie na zasadzie ingerencji w naturalne „oprawo silniejszego”.
Tego tu nie ma.

I to – nie ma świadomie, celowo, programowo.
Władza w ferworze walki o przetrwanie – zapomina o tym, że każde jej działanie lub zaniechanie wpływa na ogromne masy ludzi, wpływa najczęściej negatywnie.
Nikt tego nie bierze pod uwagę, nie zwraca na to uwagi – walcząc o władzę, wielkie pieniądze i zaspokojenie chorobliwych ambicji.

04/02/2013

Punkt siedzenia.

Przerażające jest niezrozumienie sytuacji bezrobotnych, czyli pozbawionych zatrudnienia a więc i dochodu. Jego powszechność i jego skutki.
Ale też - szansa na lepsze zrozumienie – też jak widać niczego nie gwarantuje.

Przypadkowo odnalazłem w Internecie ślady pewnej akcji Super Expressu, który w 2003 roku zaproponował eksperyment pod nazwą „Przeżyj za 500 zł”. Chodziło o to, by to posłowie spróbowali przeżyć miesiąc za kwotę zbliżoną do tak zwanego minimum egzystencji. Posłowie się nie kwapili, słynny z „bezprzykładnego wprost chamstwa” stary buc – kategorycznie odmówił udziału…
Po wielu miesiącach poszukiwania chętnych, zgodzili się na taką próbę dwaj posłowie, dziś także dobrze znani: Paweł Graś z PO oraz Paweł Poncyljusz – wówczas z PiS. Panowie otrzymali po 500 zł na żywność, ubrania i leki oraz inne wydatki, nie obejmujące jednak mieszkania ani opłat eksploatacyjnych z mieszkaniem związanych.
Nie wiem i nie udało mi się do końca zrozumieć, jaki cel przyświecał pomysłodawcom tej akcji; prawdopodobnie na wzór jakiejś Czeszki – mieli oni udowodnić, że to jest możliwe, że da się przeżyć za taką kwotę miesiąc. Z równym prawdopodobieństwem można przyjąć tu np. motywację czysto medialną, celebrycką, pomysł na lans, ale i motywację polityczną mającą choćby zdyskredytować narzekania czy oskarżenia kierowane do władzy.

Próba odbyła się w lutym 2004 i skończyła się w zasadzie niepowodzeniem; obaj panowie choć z różnych powodów nie dotrwali do końca miesiąca, mimo że starali się żywić w domu oraz ubierać w ciuch-budach. Rzecz nie byłaby może warta dziś uwagi, tym bardziej iż w normalnych warunkach ta kwota z trudnością wystarczyłaby poza oczywiście Warszawą i innymi kilkoma największymi miastami – do opłacenia jedynie mieszkania, prądu, wody i gazu – co jest podstawą egzystencji, zabrakłoby więc co najmniej drugie tyle – na żywność i niezbędne wydatki. Ot – taka akcja propagandowa, mająca udowodnić że „nie jest tak źle jak głosi opozycja”.
Jeśli natomiast chodziło o upublicznienie skali biedy albo choć zwrócenie uwagi na prosty poniekąd ale dla polityków „magiczny” fakt, że by żyć – trzeba płacić, czyli zarabiać – to poprzez niewielką realność sytuacji miało to ograniczoną wiarygodność. Jakiś malutki kroczek do przodu…

Zaciekawiły mnie dziś szczególnie ówczesne wypowiedzi obu polityków, zdania wypowiadane wówczas, na gorąco, w czasie chatu 27 lutego 2004 roku. Bo minęło przecież od tamtego czasu 9 lat…
Co mówili: przytoczę wybrane pytania i odpowiedzi.

Paweł Graś: Otrzymujemy dziesiątki listów od ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego, którzy na wyżywienie swoich rodzin mogą przeznaczać kilka złotych dziennie. Jesteśmy dla nich pełni podziwu i uznania, że w tak trudnych warunkach potrafią się utrzymać i wychowywać dzieci.
Pytanie: wiadomo, że całego świata się nie zbawi, ale czy jest jakaś możliwość pomocy tym ludziom najbardziej potrzebującym??
Paweł Graś: Uważam, że tak. Możemy dotrzeć do tych, którzy naprawdę tego potrzebują. Ważne jest, by zacząć oszczędności w państwie od samej góry, a nie sięgać do kieszeni najuboższych.
Paweł Poncyljusz: Myślę, że tak. Dostaję wiele listów ze skargami na bezduszność urzędników. Staram się interweniować w ich sprawach w poszczególnych gminach całej Polski. Dalej czeka nas praca jako posłów przy uchwalaniu ustaw.
Pytanie : czego nauczyliście się po tym miesiącu?
Paweł Graś: To bardzo ważne doświadczenie. Zupełnie inaczej patrzę na problem nędzy i bezrobocia. Nauczyłem się żyć oszczędnie i z dużą większą wrażliwością na to, co mnie otacza.
Paweł Poncyljusz: Jak trudno przeżyć za 500 zł. Zobaczyłem, ilu biednych ludzi żyje wokół mnie. Na pewno będę bardziej wrażliwy na problemy społeczne.
Pytanie: A jak Panom się wydaje, jakie powinno być minimum socjalne w naszym kraju?
Paweł Poncyljusz: Takie, na jakie stać budżet, jednak od minimum ważniejsza jest praca. To dopiero daje szanse człowiekowi na lepsze jutro.
Paweł Graś: W kraju powinna być przede wszystkim praca, pomoc powinna trafiać do tych, którzy rzeczywiście jej potrzebują. Nie da się ustalić jednej kwoty dla całego kraju, gdyż koszty utrzymania są bardzo zróżnicowane.
Pytanie: Czy waszym zdaniem taka akcja coś da? Czy to tylko tak, aby się przekonać, jak jest niektórym ciężko? I za niedługo zapomnicie o wszystkim.
Paweł Graś: Tego miesiąca na pewno nie zapomnę. To jedno z moich ważniejszych życiowych doświadczeń.
Paweł Poncyljusz: Nigdy nie zapomnę tego miesiąca. W moim umyśle doświadczenie z tej akcji pozostanie na lata.
Pytanie: Czy mając poparcie biedniejszej warstwy społeczeństwa osiągając wyższe stanowiska są panowie w stanie poprawić jakość ich życia?
Paweł Poncyljusz: Problem jest bardziej złożony. Tego się nie da dokonać bez zmian w gospodarce, ale nie uważam za słuszne obniżenie podatków najbogatszym.
Paweł Graś: Receptą na poprawę życia nie jest polityka, a gospodarka. Politycy powinni się trzymać od niej z daleka i pozwolić przedsiębiorcom tworzyć miejsca pracy. Czas „gruszek na wierzbie” w polityce minął bezpowrotnie.

To taki medialny eksperyment, oparty głównie na dobrej woli posłów. Chwała im za to, że podjęli to wyzwanie, choćby w celu eksperymentalnym.
Wydawałoby się pewne, że te dwie osoby rozumieją już po części rzeczywistą sytuację osób o najniższych dochodach. Posłowie mieli ograniczone fundusze na wydatki nie wliczając w to jednak czynszów i opłat eksploatacyjnych, ale jednocześnie – pracowali. Mieli pracę, wykonywali codziennie swoje normalne zadania. To ich sytuację zdecydowanie różni od bezrobotnych, czyli pozbawionych możliwości wykonywania pracy zawodowej. Więc zbliżyli się tylko częściowo do zrozumienia prawdy. Nie dowiedzieli się, co naprawdę czuje ktoś w takiej sytuacji.

A wnioski?
…
Paweł Graś jest dziś rzecznikiem rządu Donalda Tuska.
Paweł Poncyljusz jest euro-parlamentarzystą, jednym z założycieli Polska Jest Najważniejsza.

Narasta rozwarstwienie społeczne na obszar nędzy i „elitę” dobrze zarabiających, powiększa się obszar bezrobocia i wykluczenia, stopa bezrobocia nadal rośnie, przekraczając już w grudniu ubiegłego roku 13 %. Przewiduje się, że na koniec roku może osiągnąć 16%…

A politycy?… nadal „mają się trzymać z daleka od gospodarki” i przyglądać się, jak przedsiębiorcy "sami budują gospodarkę i tworzą nowe miejsca pracy". Natomiast na "niewidzialna rękę rynku" nie ma sensu przyglądać się bo i tak nic przecież nie będzie widać...

18/01/2013

Paradoksy demokracji.

Bieda w Polsce była zawsze. Przed 1989 rokiem trochę maskowała ją ideologia PZPR – fluktuująca od prób (narzuconego) naśladowania obcego wzorca – ustroju komunistycznego – co nigdy się na szczęście nie udało, do prób naśladowania ustroju socjalistycznego (co także niestety wówczas nie udało się).
Rola jaką oficjalnie przynajmniej przypisywano tak zwanym „zasadom współżycia społecznego” – które miały uzupełniać prawo o „czynnik humanistyczny” a w rzeczywistości dawały furtkę „ideologiczną” do obejścia prawa kiedy było trzeba i wobec tych – wobec których trzeba było, ale przede wszystkim niezwykle rozbudowany i skomplikowany system zasiłków, zapomóg, dodatków, ekwiwalentów, deputatów, zniżek, ulg i upustów – dawały i sporo miejsc pracy dla obsłużenia tego i pozwalały przede wszystkim „jakoś” wyżyć. Przetrwać „do pierwszego” bez narastającego długu, poczucia zagrożenia istnienia. Określano to też niezwykle obrazowym zwrotem „związać koniec z końcem”.
Niebagatelną rolę odgrywał przy tym czynnik ideologiczny, przede wszystkim oficjalne założenie tak zwanej „równości”. Nie piszę tego oczywiście – jako wyrazu poparcia dla wspomnianych zjawisk. Wielu ludzi wspomina dziś to wszystko – jak czasy trudne, albo „czasy dla cierpliwych”; może dzięki „przymrużeniu oka” jakie nadał spojrzeniu na to Marek Piwowski czy Stanisław Bareja dziś obraz życia w tamtych czasach jest weselszy, łagodniejszy, może nawet i ostatnio nieco nostalgiczny…
Ale rozpatrując tutaj tę sprawę jedynie w aspekcie materialnym, wydaje się że było „łatwiej”.
Do niedawna jeszcze wracano do tego typu śmiesznych dziś argumentów o „równości społecznej”, w szczególności o „równości żołądków”… dla władzy dziś ma to znaczenie wyłącznie abstrakcyjno – propagandowe.

Sytuacja dziś diametralnie się zmieniła.
Dziś nie żadna „równość społeczna” w komunistycznym rozumieniu jest na szczęście celem władzy a wręcz przeciwnie, pogłębianie nierówności.
I kto wie – co gorsze.
Jak dawniej „równość społeczna” oznaczała w praktyce, że każdy ma prawo jakoś przetrwać w biedzie (co „ulica” wyrażała powiedzonkiem: "może być gówno, byle było po równo"), to dziś – jeśli już się o czymś takim wspomina, to raczej w innym znaczeniu; że każdy ma równe prawo w nędzy i upokorzeniu umrzeć na śmietniku… jeśli oczywiście nie wejdzie, nie uda mu się wejść - do „elity”…

Pojęcie „równość” a także i jego antonim – „nierówności społeczne” – odnosi się dziś już tylko do tak zwanego „rozwarstwienia” czyli podziału społeczeństw na grupy skrajne pod względem poziomu życia, powiększanie się liczby ludności w skrajnie różnych warunkach materialnych wraz z zanikaniem tak zwanej „klasy średniej”, czyli ludzi ciężko pracujących (najemnie lub we własnych przedsiębiorstwach) po to by zaspokoić swoje potrzeby w stopniu wystarczającym, bez dużych samoograniczeń.
Zjawisko występuje w całej Europie ale najbardziej interesuje nas jego występowanie w naszym kraju; ostatecznie system wspólnoty europejskiej nie jest jeszcze na szczęście tak spójny i zaawansowany, by wystąpienie takiego efektu w jakimś ze „starych” krajów UE – musiało koniecznie oznaczać jego nieuniknione wystąpienie w Polsce. Faktem jest, że powiększają się skrajności, grupa bogata staje się jeszcze bogatsza i liczniejsza, biedna większość staje się jeszcze większa i biedniejsza a ubywa ludzi o których nie można powiedzieć że są biedni ale i – że bogaci nie da się o nich powiedzieć.
Masowo pojawia się tak zwany prekariat.
Jest to pojęcie wprowadzone przez prof. Guya Standinga (patrz:
http://www.guystanding.com
a oznaczające człowieka żyjącego w ciągłej niepewności co do swojej przyszłości, tracącego kontrolę nad swoim życiem z powodu niemożności zaplanowania czegokolwiek; ani pracy z wynikającymi z niej dochodami, ani miejsca zamieszkania, ani spraw osobistych, rodzinnych. Stan ten obejmuje ludzi wykształconych, studentów, absolwentów chcących (muszących) wejść na rynek pracy, pracowników stających się ofiarami restrukturyzacji i reorganizacji – tracący ciągłość zatrudnienia i wypychani z rynku pracy w sposób bezwzględny, bez zastąpienia jej czymkolwiek.
Prekariat – to ludzie skazani na „umowy śmieciowe” o których pisałem niedawno, polecam też tekst Wojciecha Krysztofiaka
Polacy są niewolnikami,
Ludzie skazani na pracę tymczasową, na ciągłą walkę o „jakieś” pieniądze niezbędne do przetrwania i próbujący wyrwać się z tego zaklętego kręgu – nawet poprzez emigrację.

Już samo uznanie istnienia takiego zjawiska w formie oficjalnej – przynajmniej jest jednoznacznym sygnałem, że Unia Europejska i Rada Europejska dostrzega w ogóle ten problem. To już dużo, bo zazwyczaj takie biurokratyczne molochy funkcjonują gdzieś „na obrzeżach rzeczywistości” społecznej latami nie dostrzegając faktycznych dramatycznych problemów.
Co więcej – Unia Europejska ma zamiar się zastanowić nad tym i w tym celu… organizuje konferencję w dniach 21 – 23 lutego 2013 w Strasburgu.
Pomysł jest znany: jak coś się wali, pali, ludzie tracą nadzieję, narasta nędza i skandaliczne nierówności społeczne, grożą masowe strajki, zamieszki – to trzeba zorganizować konferencję, zastanowić się, trzeba przestać udawać, że wszystko ok. To typowe. Tak się robi i na skalę krajową – choćby w naszym Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej, gdzie nigdy nie brak wszelkich objawów „życia korporacyjnego”, koncentrującego się wokół narad, sympozjów, szkoleń, projektów badawczych, programów pilotażowych i operacyjnych a jednak… rozwarstwienie społeczne nadal narasta, bezrobocie rośnie i już jest wręcz zaplanowane jako rosnące do końca bieżącego roku (może przekroczyć 14%, pesymiści piszą o 16%).
Na wspomnianej konferencji – odbywającej się jak zwykle na koszt podatników – także będzie mowa o tematach niejako dyżurnych, bo o czymś jednak mówić tam trzeba a o przysłowiowej (…) jednak za publiczne pieniądze nie wypada; będą zagadnienia praw człowieka osób doświadczających ubóstwa, odpowiedzialności społecznej osób i firm, o wszelkiego rodzaju wykluczeniu społecznym oraz poszukiwaniu nowych rozwiązań… czyli jak zwykle.
Na konferencję mają przybyć setki naukowców, przedstawicieli rządów i organizacji, wstęp jest wolny (czyli opłacony przez wszystkich podatników), organizatorzy zwracają (także na koszt podatnika) wszystkim przybyłym koszty dojazdu na konferencję i koszty zakwaterowania (w granicach określonego limitu). Pieniądze przecież są, na takie potrzeby – zawsze, brak tylko często na zasiłki, na szkolenia przekwalifikowujące do innej, potrzebnej pracy i na inną niezbędną i skuteczną pomoc bezrobotnym w przetrwaniu i wyjściu z „bezrobocia”.

Powie tu ktoś, że trzeba przecież przedyskutować problemy, rozeznać, skonsultować itp. bo to są sprawy całkowicie obce ludziom będącym posłami do Parlamentu Europejskiego. Dobrze, ale to trwa latami. Przygotowania do tej konferencji trwały ponad dwa lata. Kończy się – choćby tak, jak ze słynnym projektem ministra Michała Boniego dotyczącym poprawy sytuacji osób bezrobotnych z grupy zwanej „50+”; projektem który tylko marginalnie i bez prawdziwych efektów został wdrożony; sam minister Boni przyznał „na odchodnym”, że plan został zbojkotowany przez przedsiębiorców i urzędy pracy, stał się niewypałem. Tak ogłosił, wzruszył ramionami i poszedł… na stanowisko ministra do spraw cyfryzacji. Ale to tak dyskretnie; – nawet do tej klęski władza nie przyznała się otwarcie, gdyż obecny minister pracy (zapewne przecież nie sam decydował) – wrzucił ów program do szuflady, ogłaszając iż jest on aktualny i realizowany, ale jest też tak dalece długofalowy, że jeszcze może nie być widać efektów, a one po latach realizacji – będą widoczne. A jakże; będą – na cmentarzach.

Rada Europejska wydała specjalny plakat promujący tę cenna inicjatywę: (źródło – Rada Europejska).




Zainteresowała mnie w nim nie tylko zawartość graficzna, która jest bardzo wymowna i aż dziwi, że biurokracja europejska zdecydowała się na coś takiego – coś aż tak niejednoznacznego. Plakat ten moim zdaniem w sposób bezpośredni i wprost przedstawia całą skandaliczną sytuację, rolę w niej urzędników i polityków oraz społeczeństwa. To wręcz ilustracja w sensie dosłownym. No i napis jest zastanawiający: PARADOKSY DEMOKRACJI !
Tak bezpośredniej i głębokiej samokrytyki władzy, od czasu reżimu stalinowskiego – nie widziałem.
Jednak zastanawia mnie co innego: samokrytyka wówczas była rodzajem „kapitulacji” sumienia, utraty godności, honoru – upadku przed naciskiem reżimu totalitarnego, samokrytyka dla zachowania życia, statusu lub przywilejów a kosztem przyznania się do błędów odstępstwa od idei, „pokajania się” za winy nawet niebyłe. Takie „załagodzenie rozdrażnionego rekina”.
Dobrze! – ale   k o g o   chce dziś w ten sposób udobruchać Rada Europejska?

16/12/2012

Wunderwaffe: aksamitna agresja pod pozorem „Unii Europejskiej” – zamiast czołgów i bomb?

Prezes partii „Prawo I Sprawiedliwość” Jarosław Kaczyński wygłosił dziś na otwarcie sesji Rady Politycznej tej partii istotne przemówienie.
Oryginalna informacja „z pierwszej ręki” – patrz: http://www.pis.org.pl/article.php?id=21290

Pisząc „istotne” nie wartościuję tego wystąpienia a jedynie podkreślam jego znaczenie dla zrozumienia istoty tego co dzieje się teraz w Polsce, na polskiej „scenie politycznej”. Przemówienie jest istotne, bo jednoznacznie wyjaśnia zamiary i punkt widzenia, niezależnie jakie by one nie były powinny być jasno określone, zrozumiałe i jawne. I to – po każdej ze stron uczestniczących w życiu publicznym.
Pan Prezes stwierdził jednoznacznie, że najważniejszym obecnie i pierwszoplanowym zamiarem narodu jest odsunięcie tego rządu od władzy. Nie „przejęcie władzy” a właśnie odsunięcie od władzy tego rządu. Czyli – rządu Tuska. Oczywiście w PiS jako największej partii opozycyjnej Jarosław Kaczyński widzi głównego realizatora tego narodowego zadania. No bo „ktoś przecież musi”…

Warto tu zauważyć istotną różnicę: jeszcze niedawno Prezes Kaczyński wypowiadał się bezpośrednio w formie oświadczeń, apeli a nawet wręcz próśb do wyborców, uwzględniających tylko jedną możliwość: władzę PiS. Zastąpienie władzy PO – władzą PiS. Głosujcie na nas – prosił – bo [jak tak dalej pójdzie] – wkrótce [z Polski] nie będzie już co zbierać. Nawiązywał w ten sposób do istotnych i od dawna formułowanych zarzutów „szkodzenia Polsce” przez rząd PO, postępującego procesu niszczenia, demontażu, Miało to podkreślać pozycję PiS jako jedynej alternatywy, oczekiwanie że tylko przejęcie władzy przez PiS zatrzyma tę destrukcję.

Ciekawe jest; czy Jarosław Kaczyński zmienił tu jedynie retorykę, czy też może zrozumiał już, że PiS – jako PiS do władzy już nigdy nie powróci i to z własnej winy, stąd postulat taki bardziej „szkodzi Polsce” niż pozostawanie przy władzy ludzi działających pod szyldem PO.

Dziś Prezes PiS w swoim przemówieniu inaugurującym obrady Rady Politycznej stwierdził, że choć zadanie odsunięcia gabinetu Tuska od władzy obciąża PiS, to uważa to nie za zadanie partii a raczej za zadanie narodu; polskie „być albo nie być”.
Prezes Kaczyński skrytykował politykę finansową rządu, ministra Rostowskiego, nazywając ją „nieodpowiedzialną” i w niej upatrując przyczyn wielu innych kryzysów w różnych dziedzinach gospodarki i życia społecznego. Oskarżał rząd o nieodpowiedzialne działania w sferze gospodarki, naznaczone – jak to określił – „obsesją prywatyzacyjną”, to znaczy obsesyjnym dążeniem do sprywatyzowania wszystkiego co tylko się da, niezależnie od kosztów, skutków długofalowych dla interesu Polski. Następnie dodał jeszcze, że „… ta obsesja po części tylko wynika z histerycznego poszukiwania środków dla budżetu”.
Jeśli jednak tylko „po części” – to nasuwa się automatycznie pytanie: co jest jeszcze powodem tej „obsesyjnej prywatyzacji”? Co jest powodem głównym?
Dalej mamy stwierdzenie już bardziej precyzyjne: „Mamy do czynienia z licznymi decyzjami, które wprost realizują interesy zewnętrznych podmiotów ekonomicznych”.
Przykładem na to ma być sprawa Poczty Polskiej, którą uznał za „klasyczny przykład” działania obecnej władzy.
Prezes stwierdził też, że mamy w Polsce do czynienia z efektem „zwijania państwa” w jego różnych funkcjach, prawdopodobnie widząc w tym dowód na niekompetencję, złą wolę, szkodliwe pomysły, nieodpowiedzialność rządu Premiera Tuska. Jak rozumiem, jest to – może nie wprost, ale w warstwie znaczeniowej – zarzut zdrady stanu?

Inny polityk PiS nazwał ten sam efekt „rozpuszczaniem państwa” – co jeszcze dobitniej nasuwa nas na trop myśli, jaka przebija się gdzieś w podobnych wypowiedziach od lat.
Jaka to myśl?

Czasem wiele można się dowiedzieć, słuchając „co ludzie gadają”, co mówi „ulica” a na ulicy, szczególnie ulicy miast zachodniego rejonu Polski (tak zwanych „ziem odzyskanych”) modne jest ostatnio powiedzenie: „po co mam jechać do pracy do Niemiec; wystarczy ze tu trochę poczekam…” Gdzieś „pomiędzy wierszami” przebija się pogląd, którego nikt nie ma odwagi wypowiedzieć głośno i jednoznacznie, prawdopodobnie w obawie przed „mową nienawiści” PO-wskich oszołomów (agentów, często nawet płatnych a nie tylko „ideowych”, moderujących dyskusję publiczną, szczególnie w Internecie), albo przed poczuciem śmieszności wynikającym z braku dowodów i pozornie zbytniej fantastyczności nasuwającego się tu wniosku.
A wniosek jest niepokojący: mamy do czynienia z „aksamitną agresja” pod pozorem Unii Europejskiej i przy współpracy tych, dla których „polskość to zawsze była jakaś narzucona nienormalność”. Powrócę do tego wątku nieco dalej.
Pierwsze spostrzeżenie to zadziwiające niezrozumienie politycznych podstaw działania PO i uformowanego przez nią rządu. Oczywiście można tylko domniemywać, czy mamy tu do czynienia z niezrozumieniem faktycznym czy udawanym przez Prezesa Kaczyńskiego, a jeśli udawanym – to po co?
Jarosław Kaczyński zdaje się uważać, że jest tylko jedna rzeczywistość polityczna (tzn. ta jego rzeczywistość), którą można realizować „dobrze” lub „błędnie” i o tę właśnie błędną realizację oskarża rząd Tuska (PO). Tymczasem są różne rzeczywistości polityczne, którym odpowiadają różne działania realizacyjne i wszystkie one mogą być „dobre” choć zmierzają w dokładnie odwrotnych kierunkach. Inaczej; działania zależą od celu jaki się chce osiągnąć, a cele mogą być bardzo różne.
Można tę myśl wyrazić i jeszcze prościej: na przykładzie dwóch osobników wyruszających w podróż z Warszawy. Jeden wyrusza z Warszawy do Gdańska (czyli na północ). Drugi wyrusza z Warszawy do Katowic, czyli na południe, i ten – zanim się jeszcze rozejdą – krzyczy do tego pierwszego: gdzie leziesz głupcze, pomyliłeś drogę, przecież do Katowic – to tędy…
Po prostu: działania rządu są wyrazem realizacji ideologii politycznej partii która ten rząd powołała. To ideologia PO nakazuje minimalizację państwa a maksymalizację aktywności obywateli. Ideologia PO stawia sobie cel „rozpuścić” Polskę w Europie by w ten sposób wejść do Unii Europejskiej. Za wszystkie pomysły „liberalne” typu totalnej deregulacji, ograniczenia wpływu Kościoła Katolickiego jako „instytucji”, ograniczenia uprawnień administracji ze zniesieniem obowiązku meldunkowego włącznie itp. – podpowiada ideologia polityczna realizowana przez rząd PO. Ograniczanie interwencji państwa w gospodarkę i próby uczynienia gospodarki całkowicie „prywatną”, opartą na nieskrepowanej inicjatywie ludzkiej z wszystkimi tego zyskami i kosztami – także są elementem realizowanej ideologii a nie „błędem” samym w sobie. Jeśli jest tu błąd – to przede wszystkim w ideologii a nie w jej realizacji.

Zadziwiające jest to, że Prezes PiS nie krytykuje ideologii PO, nie polemizuje z założeniami politycznymi czy decyzjami gospodarczymi jako wyrazem realizacji ideologii politycznej, a jedynie widzi ich „błędność” czy „nieodpowiedzialność” – w skutkach. Co ciekawe, wszelkie propozycje PiS a nawet i wszelkie oceny formułowane przez polityków tej partii także maja skrywana podstawę ideologiczną, oparte są na jakichś konkretnych lecz utajnianych założeniach wstępnych, wydaje się iż zupełnie innych niż w przypadku PO.

Zupełnie nie potrafię zrozumieć, czemu miałaby służyć ta postawa ukrywania przed społeczeństwem ideologicznego charakteru wszelkiej polityki i co za tym idzie – ideologicznych podstaw wszelkich propozycji gospodarczych, ekonomicznych czy społecznych. Ideologicznego charakteru państwa. Pod tym względem panuje zadziwiająca jedność postawy pomiędzy PO i PiS. Jakaś zmowa oparta na świadomości, że „ludzie boją się ideologii”? A może próba ukrycia, że „to co jest” - ma zawsze jakąś zasadniczą alternatywę? Jednak pomimo sporego i mam wrażenie – celowego zamieszania, ludzie przecież wiedzą, że w polityce jest jakieś „lewo”, jakieś „prawo” no i jakiś hipotetyczny „środek” pomiędzy nimi, czyli centrum. Znakomita większość normalnych ludzi oczekuje właśnie „centrowości” państwa – biorącego co najlepsze i z prawa i z lewa a nie jakiejś zaciekłej, kołtuńskiej, zawziętej postawy ideologicznej na wzór komunistyczny.
Druga refleksja, jaka się nasuwa pod wpływem wypowiedzi Prezesa Kaczyńskiego dotyczy Unii Europejskiej. Nie da się stworzyć unii pomiędzy państwami nacjonalistycznymi, żyjącymi w stanie leku przed sąsiadami, w obsesji „imperialistycznego zagrożenia”, nastawionymi na obronę swoich granic, na obsesyjne rozpamiętywanie złych doświadczeń historycznych między innymi poprzez nauczanie o nich kolejnych pokoleń w szkolnym procesie dydaktycznym.

Niejako „na oczach” jednego pokolenia mieliśmy i walkę o niepodległość z zaborcami, walkę o ustanowienie sprawiedliwych granic, przekroczenie tychże granic przez agresorów ze wschodu i zachodu, walkę z okupacją, kolejną walkę o powojenny kształt granic państwa, okres zimnowojennego „zagrożenia imperialistycznego”. Czy można się dziwić szokowi, gdyby nagle ktoś oznajmił ludziom gotowym jeszcze „wczoraj” oddać życie za obronę nienaruszalności granic Polski, że „te granice stają się tylko pamiątką historyczną”? A co z tymi, którzy rzeczywiście oddali życie za ustanowienie czy utrzymanie tych granic, granic wytyczających obszar „my” z obszaru „oni”; wyznaczających teren o którym się myśli w kategoriach „mój dom” w odróżnieniu od „obcy, cudzy”. Utworzenie rzeczywistej unii, włączenie się do niej Polski – w rzeczywistości musi oznaczać rezygnację z „pamięci historycznej” na rzecz „zaradności gospodarczej” pomagającej dbać o swoje interesy wewnątrz unii.
Czy to nie jest „rozpuszczanie państwa”?
Jest!
Czy tego nie można nazwać „zwijaniem państwa polskiego”?
Można!
Oczywiście że w pewnym sensie jest to i tym i tamtym. Inaczej to oceni ktoś kierujący się ideą wejścia Polski w sposób trwały do Unii Europejskiej a inaczej ktoś trwający na barykadach tradycyjnego obrazu patriotyzmu widzianego poprzez Bogurodzicę, historię, sztandary, Sybir, niemiecką ekspansję na wschód czy radziecką ekspansję na zachód – na drodze których zawsze stała ta nieszczęsna Polska… Ludzie którzy poświęcili większość życia na obronę trwałości granicy zachodniej – maja prawo czuć się dramatycznie oszukani, okradzeni z sensu życia, zrobieni na ckliwych idiotów w chwili gdy ta granica przestała być granicą w ich rozumieniu…
Zasadnicze przemiany zawsze są trudne, bo odbywają się zawsze zbyt szybko…

Trzecia wreszcie myśl, jaka nasunęła mi się w związku ze wspomnianym przemówieniem Jarosława Kaczyńskiego, to sprawa tego o czym „ludzie gadają na ulicy”.
To o czym pisałem powyżej ma jeszcze inny aspekt.
Czytałem kiedyś wywiady pewnego amerykańskiego socjologa, politologa i jednocześnie pisarza SF – jeśli dobrze pamiętam nazywał się John Gregory Akerman – który analizował pewien pomysł, wówczas (na początku lat 70-tych) kojarzony raczej jednoznacznie z fantastyka naukową. Chodziło o teorię operacji wojennej w zasadzie nie dającej się analizować ani w odniesieniu do pojęcia tradycyjnej strategii militarnej, ani taktyki wojskowej: agresję bez wojny lub może raczej wojnę bez agresji. Stwierdził on, że agresja wojenna wcale nie musi być militarna; że można zawładnąć obcym państwem całkowicie bez armat, czołgów, samolotów a nawet bez wypowiadania wojny ani bez jednego wystrzału (nie licząc ewentualnie mitycznego, szalejącego „seryjnego samobójcy” jako synonimu działań „służb”). Uznał on za kompletnie niewspółczesne i straszliwie kosztowne dotychczasowe metody agresji wojennej. Bo po co armie, fronty, ataki jawne z ziemi i powietrza. Akerman uznał to za rodzaj teatru mającego zadowolić jedynie generałów. Stwierdził, że można uzyskać ten sam cel, którym jest faktyczna aneksja innego państwa bez tych wszystkich „dekoracji” i bez hałasu. Metodą „aneksji gospodarczej”. Wystarczy odpowiednio liczna sieć agenturalna przejmująca funkcje administracyjne na zasadzie mechanizmu „samonapędzającego się” i podejmująca decyzje umożliwiające stopniowe przejmowanie gospodarki oraz wszelkich dziedzin życia przez „funkcjonariuszy” agresora w taki sposób, że wypierają oni niejako w sposób „niewidzialny” władzę lokalną, wszelka opozycję a nawet i wszelkich osobników zdolnych do logicznego myślenia i działania, stopniowo zajmując ich miejsca.
Zaiste – diabelski to pomysł, ale czy rzeczywiście aż tak fantastyczny? Jak się wydaje mieliśmy do pewnego stopnia możność obserwować podobne choć bardzo ograniczone działania USA lub Rosji wobec różnych państw objętych wojną, konfliktami etnicznymi, klęskami – jeśli nie naturalnymi w danym terenie to celowo preparowanymi, bo doskonałym podłożem dla przygotowania takiej operacji byłby właśnie zamęt związany z zasadniczymi przemianami politycznymi, gospodarczymi czy religijnymi. Doskonałym podłożem dla takich działań mogłaby być i globalizacja wraz ze spreparowanym przez „rynki finansowe” kryzysem gospodarczym. Także pomysł utworzenia unii wielu państw stwarza niejako idealne warunki do ukrycia faktycznych motywów działań, szczególnie gdy niektóre z tychże państw są jedynie elementami pozoracji, działają jak przynęta i dają alibi – zachowując de facto swoją odrębność i wycofując się wtedy gdy alibi już nie jest nikomu potrzebne. Akerman zdawał się jednoznacznie sugerować, że jeśli uznać iż celem przywódców Trzeciej Rzeszy było stworzenie „państwa europejskiego” metodami militarnymi, opanowując siłą poszczególne państwa i włączając je do Rzeszy, to można podobny cel osiągnąć metodami zupełnie nie wojskowymi a swoistą „aneksją gospodarczą” podbudowaną bajkową ideologią dobrowolnego zjednoczenia dla współpracy a w rzeczywistości, włączenia zasobów tego państwa do własnej potężnej i dzięki temu jeszcze bardziej potężniejącej gospodarki.
Potworność tego pomysłu polega na niewidzialności wroga; tu w zasadzie nie ma z kim walczyć, nie ma do kogo strzelać, wszystko jest grą pozorów a odosobnione działanie obronne tych którzy zrozumieją prawdziwą istotę działań – łatwo przedstawić właśnie jako agresję, szkodnictwo, malkontenctwo, oszołomstwo. Ta niewidzialność wroga, bezsilność, prowokuje jakieś akty terroryzmu, akty desperacji zabijającej „na oślep”, anarchiczne szaleństwo.
Oczywiście musi istnieć ten „ktoś” kto umożliwi rozpoczęcie całej operacji, potem toczy się już ona jak walec drogowy z górki, pozbawiony hamulców. Jeśli trzeba – zmiecie i owego inicjatora, nie bawiąc się w żadne sentymenty. Potrzebny jest ktoś, dla kogo „polskość to zawsze była jakaś narzucona nienormalność”…
Nie pamiętam, czy wspomniany autor napisał zapowiadaną wówczas powieść SF opartą na tym pomyśle; nie zdziwiłoby mnie jednak gdyby zrezygnował z takiego zamiaru, przerażony perfidią już samego pomysłu takiego działania, bynajmniej nie zastrzeżonego jedynie dla fantastyki. Może – podobnie jak niegdyś naszego kochanego starego Lema – przeraziła go wizja traktowania takich powieści w pewnych kręgach – jak poradnika, czy wręcz podręcznika…
Reasumując: mam nadzieję, że dzisiejsze idiotyczne „manewry” tak zwanych „polityków polskich” powrócą do ram demokratycznego i publicznego sporu politycznego o ideologię, o to – jaka ma być Polska, a co za tym dopiero idzie – kto ma ją taką uczynić.
Tymczasem nieodparcie nasuwa się wspomnienie stwierdzenia Premiera Olszewskiego z jego pamiętnego ostatniego, nocnego, pożegnalnego przemówienia telewizyjnego: Dziś nie chodzi o to – jaka, ale raczej – CZYJA będzie Polska.

06/11/2012

… i dlatego będę mówił „ten kraj”!

Rozczarowanie…?
Tak. Wielkie rozczarowanie.
Wydarzenia polityczne na które czekałem od początku września, zmagając się z narastającą depresją, upewniły mnie jedynie w przekonaniu, że źródłem decyzji dzisiejszej władzy w Polsce nie są obecnie warunki ekonomiczne a po prostu ideologia, dominująca nad wszystkim i decydująca o kierunku zmian lub o ich blokowaniu.

Poniekąd to normalne; ideologie po to są, by sterowały działaniami.
Problem w tym, że mamy do czynienia z dziwnym zjawiskiem rozdzielenia społeczeństwa. Nie ma jak się okazuje znaczenia, że siedemdziesiąt procent społeczeństwa chce zmiany kierunku, korekty założeń początkowych wraz ze zmianą ludzi odpowiadających w rządzie za ich realizację. Ma znaczenie, że władza dzięki przewadze głosów piętnastu osłów spreparowała niewątpliwy fakt; nie tylko medialny ale i polityczny, że Rząd uzyskał formalne wotum zaufania Parlamentu. Połowy Parlamentu, większością 15 głosów. Ale jednak. To jednak wystarczy by ogłosić zwycięstwo polityczne.
Trudno to lekceważyć, pominąć, wiedząc nawet, że to z całą pewnością nie odpowiada woli społeczeństwa.
Niestety jak dotychczas wiele wskazuje na to, że praktycznie nic się nie zmieni z punktu widzenia przeciętnego tzw. „szarego” obywatela, z trudnością utrzymującego się „na powierzchni”. Poziom zaślepienia społecznego Premiera a tym samym zapewne i jego ministrów jest po prostu przerażający. Dotyczy to Donalda Tuska w o wiele większym stopniu niż Jarosława Kaczyńskiego. To zaślepienie w przypadku Tuska pochodzi jednak nie z wyizolowania społecznego a z ideologii; dziwacznej , wykoślawionej, durnej i barbarzyńskiej, czyli ogólnie mówiąc – polskiej – odmiany „liberalizmu” dającego sukces „elicie” a odbierającego wolność większości.

"Liberalizm" odbierający wolność.
Premier jest po prostu realizatorem ideologii więc cóż ma mówić; w swojej dbałości o PR bredzi o „utrzymaniu tempa dotychczasowego rozwoju” zapominając jednak, że pojęcie „rozwój” byłoby tu uzasadnione, gdyby dotyczyło wszystkich. Tymczasem sytuacja osób w wieku umownie ustalonym (jako granica umownego podziału) – na 50 lat – stale się pogarsza.
Stopa bezrobocia co najmniej nie maleje w dużych ośrodkach w sposób istotny, w małych ośrodkach czyli „w Polsce” – często rośnie.
Można by było mówić o wzroście gospodarczym gdyby nie tylko poprawiała się rentowność przedsiębiorstw, rosło PKB, ale gdyby także w stopniu istotnym malało bezrobocie, skutecznie działała osłona socjalna osób jakie znalazły się w najgorszej sytuacji. Sytuacja w której bezrobotni nadal są pozbawieni ofert pracy czyli środków do życia a przedsiębiorcy notują zysk – nazywa się narastającym rozwarstwieniem społecznym a nie wzrostem gospodarczym!
To natomiast prowadzi do katastrofy, jeśli nie spotka się ze skutecznym przeciwdziałaniem. Musi doprowadzić do katastrofy.
Rozwarstwienie społeczne przestaje dotyczyć jedynie sytuacji materialnej ludzi; zaczyna najwyraźniej objawiać się w sposobie myślenia, sposobie widzenia zjawisk w bliskim i dalszym otoczeniu. Zasadniczej roli nabiera tu ten obrzydliwy „warszawski punkt widzenia” – jak kalectwo dotykający szczególnie właśnie tych, którzy podejmują decyzje a więc powinni mieć szczególnie szerokie spojrzenie na rzeczywistość, głównie tę społeczną, socjalną. Gorączka „nachapania się póki można” przesłania uczciwość, rozsądek, odpowiedzialność czy choćby podstawowe współczucie. Najgorsza jest przebijająca z wypowiedzi Premiera Tuska i jego polityków pogarda dla Konstytucji, stanowiąca już niejako polską tradycję narodową… jeśli się w Polsce mówi o Konstytucji – to tylko tej z 3-go Maja i tylko w dniu 3-go Maja…
Pomimo narastającej depresji, pomimo topniejących możliwości przetrwania, trzeba jakoś przypominać publicznie o tym, co niewygodne, o czym rząd nie ma zamiaru wspominać.

W najgorszym przypadku – zawsze lepiej być po stronie prawdy, sprawiedliwości czy solidarności…
Ale to – nie jest moja Polska!
To nie jest moja Ojczyzna!

… i dlatego będę mówił „ten kraj”.

20/07/2012

Do pełnego i Salomon już nie doleje…

Taka sobie parafraza. Dokładniej - to miało być: „Do ogłupionego łba, pełnego bzdur – i Salomon już oleju nie doleje”. Ta parafraza słynnego porzekadła – to dziś sztandarowe hasło, wręcz podstawa władzy.

Pomimo pozornej rozmaitości poglądów, zdań, punktów widzenia oraz mnogości miejsc gdzie można je wyrażać z mniejszymi lub większymi ograniczeniami – uważam, że dość jednak trudno jest znaleźć coś ciekawego w szeroko rozumianych „mediach”.

Bardzo rzadko pojawia się coś interesującego, wyrastającego ponad zgiełk, chamstwo, zacietrzewienie ideologiczne, niekompetencję – także tę dziennikarską.
Bardzo też o to dbają ci, co usiłują ze sporym powodzeniem sterować życiem publicznym a wiadomo, że uwaga „publiczności” ma jakąś swoją graniczną „pojemność” – zresztą niezbyt dużą i fachowcy od propagandy i manipulacji dawno już stosują zasadę „przepełnienia”, znaną poniekąd z czasów PRL: jeśli uwagę publiki zapełnimy przez nas wybranymi i spreparowanymi „newsami” jak małpę – kitem(*), to wówczas na to co jest rzeczywiście ważne – nie będzie już tam miejsca. I o to nam agentom właśnie chodzi!

A życie samo podsuwa w łapy manipulatorów opinią publiczną tematy, które w normalnych warunkach byłyby marginalne i lokalne, bo dotyczą zjawisk patologicznych, częstych, banalnych lub mało istotnych, ale w tym kraju dzięki wspomnianemu wykorzystaniu politycznemu – stają się wiadomościami-kitem na czołówki. Hitem dnia a nawet i miesiąca.
Po co? No właśnie po to by na czołówkach i w ewentualnych umysłach ludzi je czytających nie było już miejsca na inne tematy, na tematy rzeczywiście ważne. Stąd te różne „mamy Madzi”, „czyściciele kamienic”, nowa dziewczyna bardzo znanego detektywa czy sprawa „złotej piramidy”, okropna napaść bandytów na biedne żyrafki…

W służbach zajmujących się tym w PRL stosowano jeszcze jedną zasadę: materiału na „przykrycie” niekorzystnej dla władzy wiadomości trzeba szukać u wrogów, u zgniłych imperialistów, najlepiej amerykańskich, bo to jakby dwie pieczenie przy jednym ogniu upieczone: i przykrycie niekorzystnych dla władzy krajowych wieści i argumentacja ideologiczna przeciw wrogom „naszego obozu”…
Tak się też stało ze sprawą Amber Gold: natychmiast gazeta.pl – chroniąc oczywiście przecież nie „jakiegoś tam Plichtę”, ale Donalda Tuska i jego syna – pisze: w USA zlikwidowano wielką piramidę finansową:

http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,12326934,USA__zlikwidowano_wielka_piramide_finansowa.html

A jaki z tego wniosek ma zdaniem służb wyciągnąć czytający to człowiek?
Że Amber Gold to przecież nic takiego! Jaka afera? Na całym świecie dzieją się takie rzeczy. W USA – to są prawdziwe przekręty – nie to co tu, dziecinne zabawy dzieci premierów – rozdmuchiwane przez Kaczyńskiego. Nawet Amerykanie nie potrafili zapobiec powstaniu u nich takiego tworu i wkroczyli w „ostatniej chwili”, więc my jako dużo mniejsi i słabsi nie mamy powodu się wstydzić. To po prostu absolutnie normalne; mało tego: przecież to świadczy o naszej normalności. Wcale nie jesteśmy gorsi od takich Egipcjan oraz Amerykanów, bo u nas też są piramidy, po prostu – wolność jest i swoboda jest… O mało sprecyzowanym zamieszaniu w to syna Premiera już w takim układzie się nie wspomina, to oczywiście przypadek i oczywiście tylko brak doświadczenia młodego człowieka, no po prostu nie ma o czym mówić… Zresztą w ogóle; o co chodzi… ? Młody Szczeniak też gdzieś przecież musi zarobić „na swoje konto” (w banku)…
Takie manewry dowodzą tylko, że służby które się tym zajmowały w PRL – nadal się tym zajmują i co więcej – robią to często ci sami ludzie (ale po weryfikacji oczywiście).

W PRL funkcjonowała jeszcze jedna zasada: jeśli już jakiejś informacji niekorzystnej dla władzy nie udało się zataić lub skutecznie wytłumić – to należało postąpić dokładnie odwrotnie: podawać ją wszędzie, powszechnie i uporczywie, ale za każdym razem w innej wersji i nieco innej treści, tak by odbiorca zagubił się w niezliczonych podawanych , odwoływanych i zmienianych szczegółach, w tym co jest faktem, przypuszczeniem, domysłem a opinią. (Coś takiego zastosowano po katastrofie samolotu rządowego TU-154M 101.) To inna wersja realizacji „zasady przepełnienia”.

Nie byłoby Amber Gold, to coś innego by wytypowano na „news dnia” a gdyby nic się przydatnego do tej roli w rzeczywistości nie wydarzyło – to by zostało celowo sprowokowane.
Byle tylko zapełnić łepetynę tego durnego polaczka i żeby nie pytał „panie Premierze – jak tu żyć w tym kraju”. Żeby nie pytał o przyszłoroczny budżet państwa który się właśnie teraz cichcem tworzy pokątnie, opracowuje się cięcia, czyli tzw. „oszczędności” kosztem najbiedniejszych i tych po których spodziewa się najmniejszego oporu czy protestów; jakie będą cięcia i komu zabiorą… z tego co już nawet dziś nie wystarcza. Żeby nie pytał o brakujący program naprawy gospodarki zmierzający do jej przestawienia na produkcję i eksport, zwiększenie zapotrzebowania na pracowników zarejestrowanych w Urzędach Pracy. Żeby nie pytał o budżet Unii, o jej przyszłość i czym to może grozić temu naszemu budżetowi. Żeby nie pytał o rzeczywisty stan państwa, o zasadność wielkich wydatków nie mających bezpośredniego przełożenia na bezrobocie i gospodarkę, szkolnictwo czy lecznictwo. O stale pogarszające się warunki życia, postępujące biednienie najbiedniejszych, beznadziejną sytuację starszych bezrobotnych i praktyczny brak realnego zabezpieczenia społecznego…
Żeby najlepiej – w ogóle o nic nie pytał, ale miał wyrobione zdanie o „Pussy Riot” bo to jest dla nas teraz najistotniejsze, to wielki problem dla biedaków i bezrobotnych . Podrzuci się parę idiotycznych tematów, dziennikarze to dokładnie opiszą, komentatorzy – wyjaśnią wszelkie aspekty których, tam nie ma, blogerzy jeszcze dokładniej przerobią to na brązową papkę i sprawa się rozpłynie… ale dzięki temu niewygodnych pytań do władzy nie będzie, więc nie będzie i kłopotu jak się wyłgać od powiedzenia prawdy.
I o to chodziło.
(*) – wg. znanego powiedzenia o łakomczuchach: „napchał się jak małpa kitu”.

04/07/2012

Program rządowy „Ostateczne rozwiązanie kwestii bezrobocia narodu polskiego”.

Niedawno ujawnił się fakt kolosalnych jak na przyjęte standardy różnic pomiędzy danymi Głównego Urzędu Statystycznego a danymi pozyskanymi za pomocą spisu powszechnego. Między innymi chodziło o stwierdzenie w spisie nieco ponad 2% wyższego bezrobocia, niżby to wynikało z publikowanych danych GUS.

W sytuacji, kiedy propaganda antyspołeczna robi wielki sukces ze zmniejszenia się stopy bezrobocia rejestrowanego o każdy promil, nawet kiedy jest oczywiste – tak jak obecnie, że chodzi o chwilowy efekt związany z sezonem wczasowym oraz obsługą „Euro2012” – to różnica spora. Przede wszystkim jednak podważa ona zaufanie do oficjalnych danych.

Oczywiście zasadnicze pytanie nasuwa się samo: czy władza zna prawdę a manipuluje jedynie danymi publikowanymi na potrzeby opinii publicznej – stosownie do obowiązującego dziś znowu hasła, że „Polska rośnie w siłę a ludziom żyje się dostatniej”, czyli w skrócie – „Polska jest OK.!”. Bo możliwe jest też, że władza nie zna prawdy i po prostu nie chce jej znać, gdyż nie ma zamiaru wyciągać z rzeczywistych danych żadnych wniosków, bo przecież „niewidzialna ręka rynku sama wszystko ureguluje”. A publikuje się takie dane, które są korzystne „medialnie” w porównaniu z innymi gospodarkami, by podtrzymać wersję o „zielonej wyspie” (oczywiście nie chodzi mi tu o Irlandię).
Jakkolwiek by nie było, informacje o różnicach zostały wyciszone, przykryte szybko jakimś „tematem zastępczym” jak serial pt. „Mama Madzi” itp. Zresztą – któż dziś poważnie traktuje dane GUS; są one od dawna popularnie zwane „gusłami”, bo zbyt łatwo o instrumentalne manipulowanie nimi dla udowodnienia przez władzę dowolnej właściwie tezy ekonomicznej czy społecznej.

Z drugiej strony mamy ostatnio sporo narzekań, wątpliwości czy wręcz oskarżeń pod adresem wiarygodności spisu powszechnego, głównie przez sposób jego przeprowadzenia. Tu już nawet nie chodzi o kwestię „narodowości śląskiej” czy wyraźniej stronniczości osób zbierających dane. Pojawia się coraz więcej – szczególnie w Internecie – informacji o pominięciu obywateli w spisie, o niepojawieniu się rachmistrza w wielu gospodarstwach rodzinnych a nawet w całych wsiach (ludzie nie wypełniali także, co zrozumiałe, ankiety spisowej w Internecie – czekając na rachmistrza). Niewątpliwie trzeba by to szczegółowo wyjaśnić, bo to podważa wiarygodność całego spisu „powszechnego”, ale nie słyszałem, by ktokolwiek się tym zajmował. W ostateczności zupełnie by mnie to nie zaskoczyło, gdybym usłyszał: a co nas właściwie obchodzą prawdziwe dane, skoro i tak musi być tak jak „musi być”, wszyscy mają realizować „generalną linię partii” – Platformy Obywatelskiej, zresztą niewidzialna ręka sobie poradzi i sama wszystko załatwi…
Generalnie więc – jak jest naprawdę, to znaczy jak bardzo jest źle – nie wiadomo.

W chwili obecnej w Polsce nie można mówić tylko o zjawisku bezrobocia, to coś więcej. W przypadku grupy osób w wieku ok. 50 lat ale jeszcze przed wiekiem emerytalnym – panuje irracjonalna ZASADA NIEZATRUDNIANIA. Tu nie chodzi o to, że dla tej grupy ludzi brak miejsc pracy, bo zresztą czymże miejsca pracy dla tej grupy miałyby się zasadniczo różnić od innych miejsc pracy; po prostu ludzi w tym wieku się programowo i z zasady nie zatrudnia. Było kilka dziennikarskich prób wyjaśnienia – dlaczego. Bezskutecznie. Jedyny powód, jaki się często podaje ze strony przedsiębiorców, to ich obawa przed wejściem takiej osoby w „wiek ochronny” skutkujący niemożnością rozwiązania umowy o pracę, nawet gdyby nastąpiła taka konieczność. Chodzi o ostatnie cztery lata przed wiekiem emerytalnym, czyli obecnie praktycznie rzecz biorąc – wiek 63 lat. Tyle że nawet ludzie tak utalentowani w propagandzie jak Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” nie potrafią wyjaśnić, dlaczego przedsiębiorca nie zatrudnia osoby 50-letniej, mającej do tej „niebezpiecznej” granicy ochrony jeszcze co najmniej 12 lat pracy, a do emerytury – 17 lat. Z drugiej strony minister Kosiniak Kamysz wspominał o bardzo silnej sugestii ze strony społecznej, by skrócić okres fikcyjnej de facto ochrony osób przed wiekiem emerytalnym z czterech do dwóch lat – ale decyzji takiej nie wdrożono, co nie pozwoliło na złagodzenie wcześniej wspomnianych obaw pracodawców. Jak by nie patrzeć – uzasadnienie wygląda na absolutnie fikcyjne, podobnie jak i próby naprawy problemu „ochrony stosunku pracy – która wymusza jego rozwiązanie”. Jakie wobec tego jest rzeczywiste, prawdziwe uzasadnienie?

Nie chodzi tu o „zwykły” brak czy niedobór miejsc pracy. Nie można zresztą pomijać faktu, że ten „brak miejsc pracy” został świadomie wywołany, stworzony, nie był też nieunikniony.
Więc o co chodzi? Dlaczego zawodowi dziennikarze pomijają ten ciekawy temat. Ba! – że dziennikarze prorządowi – to można zrozumieć, ale dlaczego milczą o tym dziennikarze opozycyjni a nawet „dziennikarki kuriewne” – jak je niegdyś złośliwie w „NIE” określił niejaki Gadzinowski.
Czyżby chodziło o celowe działania, iście nazistowski plan wykończenia, pozbycia się, eksterminacji całego pokolenia „post-komuchów” z PRL-u rodem (oczywiście za wyjątkiem „elity” – czyli „swoich”), by nie zatruwali nowego pokolenia swoimi przyzwyczajeniami, nie psuli polskiej młodzieży… polskiej a nawet wszechpolskiej… no tak, ale bezrobocie wśród młodzieży jest dziś jeszcze wyższe niż wśród ich dziadków… więc…

Zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji wzrasta ilość samobójstw. W ciągu minionych 4 lat zanotowano gwałtowny wzrost liczby samobójstw, i dotyczy on właśnie osób po 50 roku życia.
W tej sprawie istnieje jeszcze większy problem danych. Wynika to z faktu, że żadna władza nie chce ujawniać takiego zjawiska, a w tej sprawie są szczególne możliwości ingerencji w dane czy manipulacji obrazem rzeczywistości. Przede wszystkim – fakt samobójstwa podlega interpretacji podczas jego klasyfikacji. Jeśli starsza osoba pozbawiona środków do życia przestaje żebrać, prosić o wsparcie ludzi robiących zakupy itp. – po kilku dniach niejedzenia, jest osłabiona, gwałtownie spada jej ciśnienie krwi; jeśli choruje na serce – o co w tym wieku nie trudno – może zasłabnąć i umrzeć. Medycyna kwalifikuje to, jako przyczyny medyczne, skutek choroby – co nawet potwierdza sekcja zwłok. Ponadto – często ukrywanie faktycznego samobójstwa pod fikcyjnym powodem natury zdrowotnej, najczęściej zawałem – wynika z chęci pomocy rodzinie w uzyskaniu kwoty ubezpieczenia przeznaczonej na potrzeby pokrycia kosztów pogrzebu i pochodnych. Ale pierwotną przyczyną jest brak pracy, brak dochodów, zaprzestanie codziennej beznadziejnej walki o przetrwanie, odmowa żebrania o chleb – a to jest świadoma decyzja; wymuszona, ale świadoma forma samobójstwa.
Jeśli starsza kobieta stoi z kubeczkiem jednorazowym po kawie na przystanku autobusowym, aż wreszcie nagle rzuca się wprost pod nadjeżdżający pojazd – jest to zapewne kwalifikowane przez Policję jako „wypadek komunikacyjny” przez „nieuwagę pieszego” a przecież często jest to ewidentnym samobójstwem. Jeśli starsza osoba ginie na skutek upadku na chodnik z okna mieszkania czy klatki schodowej, balkonu – jest to traktowane jak wypadek – chyba, że odnaleziony został list świadczący o takim zamiarze albo jest nie dająca się pominąć relacja świadka, sąsiada. List, jeśli nawet był, nie zawsze musi dać się „odnaleźć”, do tego trzeba chęci a chęciami można manipulować.
Podobnie z tzw. zamarznięciami zimowymi; jeśli np. 205 osób zamarza ze skutkiem śmiertelnym w ciągu jednej zimy w Polsce, są wśród nich osoby bezdomne, ale ludzie zamarzają także i w domach, z braku środków na opał, na leczenie, z osłabienia głodem… albo z utraty chęci do życia, takiego życia. Granica samobójstwa jest tu bardzo płynna.

Jestem pewien, że wszędzie tam, gdzie można dopuścić interpretację okoliczności śmierci – są one interpretowane celowo z wykluczeniem samobójstwa, bo żadnej władzy duża liczba samobójstw nie jest na rękę. Świadczy o jakimś ogromnym problemie, – z którym należałoby coś zrobić…
Nieprzypadkowo więc najwięcej samobójstw w obecnej fali wzrostu ich liczby – dotyczy osób w wieku „50+” a w tym – co niezmiernie znaczące – mieszkańców bardzo małych miasteczek. Miasteczek, gdzie po prostu nigdy nie ma żadnych wolnych miejsc pracy, żadnej możliwości dorobienia choćby częściowo a nawet i żebrać nie ma specjalnie od kogo. To dowód na związek narastającej fali samobójstw z bezrobociem i opisaną powyżej dziwaczną „polityką eksterminacji” nasuwającą skojarzenia z ideologią narodowo-socjalistycznych Niemiec. A w najlepszym wypadku – z jakąś „metodą naturalnej eliminacji” albo po prostu z „prawem dżungli”.
Dlaczego objęte jest to tak konsekwentnym milczeniem?

Dlaczego zupełnie nie mieści się to w obszarze zainteresowania opozycji, choćby PiS? Przecież oczywiste jest, że naturalną reakcją opozycji jest zawsze zwracać się do ludzi poszkodowanych, dawać im do zrozumienia, że się zna i rozumie ich problem, że można na niego coś poradzić a jedyną przeszkodą jest brak możliwości decyzyjnych, większości w Parlamencie. Słowem – „głosujcie na nas, my zlikwidujemy twój problem”…! A tu nic, cisza…

Wiadomo, że to skutek histerii anty-populistycznej; politycy, wszyscy politycy bardziej niż śmierci, bardziej niż diabeł – wody święconej – boją się dziś oskarżeń o populizm. Nie rozumieją jednak, że populizmem nie jest chęć służenia społeczeństwu, bo ona jest podstawowym obowiązkiem każdego polityka. Populizmem nie jest zainteresowanie problemem jakiejś grupy wyborców i chęć rozwiązania problemu.

Tylko obiecywanie działań niemożliwych do realizacji albo takich, których realizacja byłaby w końcowym swoim skutku szkodliwa dla zainteresowanych albo i dla wszystkich – jest populizmem.
Zajmowanie się problemami społecznymi takimi jak skutki bezrobocia jest obowiązkiem polityków.
Populistą był Wałęsa – gdy obiecywał „każdemu po sto tysięcy” oraz „zrobienie drugiej Japonii” i za to dostawał głosy wyborców.
Populistą był prezes Kaczyński – gdy obiecywał że PiS „wybuduje pięć milionów mieszkań” czyli rozwiąże problem mieszkaniowy.
Populistą był i Donald Tusk – gdy ukrywał gotowe już przed wyborami do realizacji plany PO , na zasadzie „głosujcie na nas, albo przynajmniej przeciwko „oszołomom” a my po wyborach – już sami wam zrobimy „dobrze” a jak i co zrobimy – sami zadecydujemy… 


Dlaczego dziennikarze, jako ta rzekoma „IV władza” – zajmują się wyłącznie komentowaniem idiotycznych wybryków kompletnie zidiociałych polityków, bawiących się w wojenki ideologiczne albo prywatne, gdzieś zupełnie ponad społeczeństwem, ponad losem ludzi? Dlaczego dają się prowadzić jak dzieci za rączki – przez tematy im podrzucane, komentując wyłącznie bieżące wydarzenia, rzekome „przecieki” dokładnie sterowane a mające na celu tylko jedno: odciągnąć ich uwagę od spraw rzeczywiście istotnych, ważnych z ludzkiego, społecznego punktu widzenia.

Jakiego trzeba wstrząsu, jakiej tragedii – by przerwać tę zabawę władzy, by „elita” zaczęła dostrzegać prawdziwe źródło swojej władzy i swoich pieniędzy - Polaków, zwykłych ludzi. By przypomniała sobie o swoich zobowiązaniach wobec wyborców, wobec społeczeństwa!

PS.
Przede wszystkim miałem spore obawy, czy ktoś nie poczuje się urażony rzeczywiście prowokacyjnym wyraźnym nawiązaniem w powyższym tytule do nazistowskiego hasła programowego "Ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej". Oczywiście - rozumiem różnicę skali, ale dostrzegłem po prostu coś zbliżonego w tym programie zbrodni (ludobójstwa) a klimatem, nastrojem, atmosferą jaką ludzie wrażliwi mogą dostrzec i zaczynają dostrzegać w Polsce Tuska. Cały świat się zmienia, zmienia się w złym kierunku, ale w Polsce dzieje się coś szczególnie niedobrego. Nie potrafię zrozumieć a tym bardziej zaakceptować tego jakiegoś odrętwienia, obojętności społecznej. Widzę już bardzo młodych ludzi najwyraźniej bezdomnych, śpiących na przystankach autobusowych w dzień, chodzących od kosza na śmieci - do kosza... Tak nie może być! I nie chodzi o to, że mnie samego tylko krok dzieli od podobnej sytuacji ...