Papież to
funkcja w sensie organizacyjnym – przywódcy konkretnego kościoła, a to
zobowiązuje do dbałości o ten kościół, jako całość. To zrozumiałe.
Rozpatruję to w konwencji nastawienia na pozytywne odbieranie przekazu
płynącego do papieża, choć przy nastawieniu krytycznym należałoby
uwzględnić i taką możliwość, że jego wypowiedzi są po prostu głosem
strony zainteresowanej, głosem przedstawiciela „grupy interesu”, za
jaką można uznać generalnie wszystkich kapłanów w stosunku do „ludu”,
albo na przykład tylko kapłanów „wyższego szczebla” (od biskupa w górę)
hierarchii, dla których kościół jako „instytucja” jest środowiskiem
warunkującym ich władzę, znaczenie, przywileje, dochody itp. w tym samym
znaczeniu, co armia dla oficerów zawodowych.
Jak jest w rzeczywistości? Prawdopodobnie bywa różnie i należy to rozpatrywać indywidualnie, analitycznie. Sam Papież przecież publicznie krytykował i księdza Prałata Jankowskiego - że mu odstąpi swoją lektykę która stoi nieużywana, i jednego z kardynałów - który odmówił zamieszkania w 120-metrowym mieszkaniu w Domu Świętej Marty - bo uważał je za zbyt małe i mało reprezentacyjne.
Kościół – to inaczej zbór (i dużo bardziej odpowiada mi to określenie), czyli zgromadzenie, w idealnym przypadku pewna
wspólnota
ludzi podzielających wspólną wiarę. Wspólnota składa się z
poszczególnych jednostek, współpracujących w specyficznej synergii, ale
pozostających jednak w dużej części nadal indywidualnymi jednostkami. Nie wdając się w
rozległe znaczenie słowa „kościół” czy „zbór” trzeba przyznać, że wiąże
się z tym duży problem. Zbór powstaje wtedy, gdy wielu ludzi spotyka się
dobrowolnie w związku z jakimś celem czy zadaniem. Zjawiskiem jakby
pierwotnym jest Jezus i słuchający go człowiek, grupa ludzi spajana właśnie tym słuchaniem - właśnie tego mówcy. Jezus przemawiał do
tłumów lub na osobności do grupy swoich uczniów, czasem tylko i z rzadka do osoby
indywidualnej z którą chciał rozmawiać, najczęściej – odpowiadając na
jej pytanie, ale tłum nie może przecież słuchać jako taki; słuchają
osoby, a gdy jest ich wiele w tym miejscu – powstaje pewna zbiorowość
przychodzących i słuchających, świadomość że „inni też przyszli”, lecz
to dając co prawda jakby poczucie "potwierdzenia słuszności" samego słuchania - zasadniczo nie wpływa na proces słuchania czy rozumienia. To, co
mówił Jezus jest niejako „zadane” każdemu odbiorcy indywidualnie – jako
wyzwanie, bo „tłum” nie ma zbiorowego rozumu ani zbiorowego serca a ma
je raczej każdy pojedynczy osobnik spośród tłumu. Synergia - także jest reakcją jednostek, do której jednostki są niezbędne; nie występuje "sama z siebie". Zbór nie zastępuje
jednostek w ich relacji z Jezusem.
Wreszcie reakcja zależy od indywidualnych możliwości, podatności,
wrażliwości itp. Uwierzyć można jedynie indywidualnie, nie zbiorowo i
dopiero wówczas można poczuć się członkiem pewnej wtórnej zbiorowości
„tych, co uwierzyli”, choć ma to charakter pewnej projekcji, bo nie
wiemy i nigdy się nie dowiemy, co tak na prawdę czuje i myśli inny
człowiek. Czasem, choć i to nie jest regułą, sami jedynie możemy z
trudnością uzmysłowić sobie, co czujemy lub myślimy „w duchu”.
Zbór – to skutek działania i decyzji indywidualnych, skutek poniekąd przypadkowy. Uważam, że jest to
twór wtórny
w stosunku do jednostki, osoby wierzącej. Jeśli jest miejsce uważane za
szczególne, zwane Domem Bożym, do którego przychodzą ludzie wierzący w
Boga niejako na spotkanie z nim – to siłą rzeczy spotykają się tam oni
także ze sobą nawzajem i o tyle jest to „zbór”.
Papież Franciszek mówił o kościele, jako zbiorowości w czasie
ostatniej przed wakacjami audiencji ogólnej na placu Św. Piotra, której
wysłuchało około 33 tysiące zgromadzonych tam osób. Mówił o znaczeniu
kościoła, jako zboru, wspólnoty.
Przede wszystkim jedna uwaga: jeśli Papież porusza jakąś sprawę podczas
audiencji ogólnej – to dowód, że jest to sprawa szczególnie istotna,
ważna ze względu na zasadnicze priorytety kościoła Katolickiego. Nie
jest więc dobrze w Kościele, gdy zabrał on głos w sprawie roli wspólnoty
w wierze, znaczenia jakie ma dla ludzi już sama przynależność do
kościoła. Papież zdecydowanie przeciwstawił się ” indywidualnej wierze
bez kościoła”. Kościół przeżywa narastający kryzys swojej roli
integrującej wierzących, skłaniającej do uczestnictwa we wspólnocie.
Widocznie staje się to w kościele światowym dużym problemem, że wierzący
odchodzą od kontaktu z instytucją kościoła, pozostając wierzącymi.
Papież postawił kilka tez, które są dla mnie bardzo dyskusyjne.
Oczywiście ktoś nastawiony dogmatycznie powie natychmiast, że tezy
Papieża z zasady nie mogą być dyskusyjne, ponieważ ma on absolutnie
dominującą pozycję w kościele i jest niejako "z zasady" (z dogmatu) - nieomylny. To
jeden z dogmatów przyjętych i stworzonych w kościele przez ludzi (nie
przez Jezusa). Bo Jezus traktował ten problem inaczej - o czym pisałem w innym tekście. Sprawa nie jest jednak tak prosta.
Nie rozpatruję tego na zasadzie dogmatów a raczej analizy opartej na
Ewangelii, przekazującej naukę Jezusa. Pozycja Papieża powinna być
dominująca przez wzgląd na wierność nauce Jezusa. Dominować ma ten, kto
jest najbardziej wierny Jezusowi. A więc – wierność słowom Ewangelii.
Jednym z zasadniczych filarów nauki Jezusa jest natomiast miłość, miłość
wzajemna ludzi do siebie nawzajem, czyli do „bliźniego”, do Boga i do
jego Syna. To wzajemna miłość, życzliwość, współczucie, solidarność –
powinna być tym, co przyciąga ludzi wierzących do wspólnoty, do zboru,
czyli do innych podobnie zastawionych jednostek. Nie nakazy
organizacyjne, polecenia Papieża, biskupa albo proboszcza. Sens zboru
(kościoła) wynika z autentyczności wiary jednostek a nie odwrotnie. To
autentycznie wierzące jednostki – przez tę wiarę tworzą kościół (zbór), a
nie odwrotnie. Tu uwidacznia się zasadniczy problem; kościół to jest
dobrowolne zgromadzenie wierzących jednostek a nie instytucja, bez
której owo zgromadzenie a nawet wiara nie jest możliwa – jak twierdzą
kapłani, poświadczając tym, iż są po prostu "stroną zainteresowaną" w
sprawie.
Papież Franciszek powiedział:
Nie jesteśmy od siebie odizolowani i nie jesteśmy chrześcijanami
jako jednostki, każdy z osobna: naszą tożsamością chrześcijańską jest
przynależność! Jesteśmy chrześcijanami, ponieważ należymy do Kościoła.
To jak nazwisko: jeśli imię brzmi „jestem chrześcijaninem”, to nazwisko
– „należę do Kościoła”. Jakże to pięknie, gdy dostrzegamy, że
przynależność ta wyraża się także w imieniu, jakie Bóg przypisuje sobie
samemu. Odpowiadając Mojżeszowi we wspaniałym wydarzeniu „płonącego
krzewu” (por. Wj 3,15), określa siebie jako Boga ojców – nie przedstawia
się jako Wszechmogący – ale jako Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba. W
ten sposób objawia się jako Bóg, który zawarł przymierze z ojcami i
pozostaje zawsze wierny swemu przymierzu, wzywając nas do wejścia w tę
relację, uprzednią wobec nas. Dlatego też nasza myśl biegnie z
wdzięcznością przede wszystkim ku tym, którzy nas poprzedzili i przyjęli
w Kościele.
Nikt sam nie staje się chrześcijaninem! Czy to jest jasne? Nikt sam nie
staje się chrześcijaninem! Chrześcijan nie wytwarza się w laboratorium.
Chrześcijanin należy do ludu, który przybywa z daleka. Chrześcijanin
należy do ludu, który nazywa się Kościołem. Ten Kościół czyni go
chrześcijaninem w dniu Chrztu św. a następnie w trakcie katechezy i
wielu innych działań. Ale nikt, żadna osoba nie staje się
chrześcijaninem sama z siebie. Jeśli wierzymy, jeśli umiemy się modlić,
jeśli znamy Pana i możemy słuchać Jego Słowa, jeśli czujemy, że jest On
blisko nas i rozpoznajemy Go w braciach, to dlatego, że inni przed nami
żyli wiarą, a następnie ją przekazali. Wiarę otrzymaliśmy, od naszych
ojców, od naszych przodków a oni jej nas nauczyli. Jeśli dobrze się
zastanowimy, któż wie, ile w tej chwili drogich twarzy przychodzi nam na
myśl: może to być oblicze naszych rodziców, którzy w naszym imieniu
prosili o chrzest; naszych dziadków lub któregoś z krewnych, którzy
nauczyli nas czynienia znaku krzyża i odmawiania pierwszych modlitw.
Zawsze pamiętam twarz zakonnicy, która nauczyła mnie katechizmu. Z
pewnością jest w niebie, bo była świętą kobietą, ale zawsze o niej
pamiętam i dziękuję Bogu za tę siostrę. Może to też być twarz
proboszcza, czy innego kapłana lub zakonnicy, katechety, którzy
przekazali nam treści wiary i pomogli nam wzrastać jako chrześcijanie…
Otóż, taki jest Kościół, jest wielką rodziną, w której jesteśmy
przyjmowani i uczymy się żyć, jako wierzący i jako uczniowie Pana
Jezusa. Tę drogę możemy przebywać nie tylko dzięki innym osobom, ale
także wraz z innymi osobami. W Kościele nie ma „zrób to sam”, nie ma
„osób nie zrzeszonych”. Ileż razy papież Benedykt XVI określił Kościół,
jako kościelne „my”! Czasami można usłyszeć, jak ktoś mówi: „Wierzę w
Boga, wierzą w Jezusa, ale Kościół mnie nie obchodzi…”. Ileż razy to
słyszymy; to nieprawda. Są ludzie, którzy twierdzą, że mogą mieć
osobistą, bezpośrednią, bliską relację z Jezusem Chrystusem poza komunią
i pośrednictwem Kościoła. Są to pokusy niebezpieczne i szkodliwe, jak
mawiał wielki Paweł VI – dychotomie absurdalne.
To prawda, że wspólne podążanie jest trudne, a czasami może okazać się
męczące: może się zdarzyć, że jakiś brat lub siostra stwarza nam
problem, albo nas gorszy… Ale Pan powierzył swe orędzie zbawienia
ludziom, świadkom; to w naszych braciach i siostrach z ich darami i
ograniczeniami wychodzi nam na spotkanie i pozwala się rozpoznać.
Oznacza to przynależność do Kościoła. Zapamiętajcie dobrze: być
chrześcijaninem to należeć do Kościoła. Imię brzmi chrześcijanin, a
nazwisko – „należę do Kościoła”.
Drodzy przyjaciele, prośmy Pana, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi
Panny, Matki Kościoła o łaskę, byśmy nigdy nie popadli w pokusę
myślenia, że możemy obyć się bez innych, bez Kościoła, że możemy się
zbawić o własnych siłach, być chrześcijanami z laboratorium. Wręcz
przeciwnie, nie można kochać Boga, nie kochając naszych braci, nie można
kochać Boga poza Kościołem; nie można być w komunii z Bogiem, nie będąc
w komunii z Kościołem i nie możemy być dobrymi chrześcijanami, jak
tylko razem z tymi wszystkimi, którzy starają się naśladować Pana
Jezusa, jako jeden lud, jedno ciało, a jest nim Kościół. Dziękuję.
Nie zapominajmy jednak, że Papież mówi tu o starym przymierzu.
Jezus
zawarł z ludźmi w imieniu swego Ojca przymierze nowe, oparte na tym, co
mówił, czego nauczał, czego dokonał a także na swojej ofierze, czyli
ofierze z samego siebie, jako Baranka Bożego – znoszącego grzech świata.
Cała „misja Chrystusa” jest planem Bożym a nie pomysłem Jezusa. Plan
ten rozumiemy jednak przede wszystkim poprzez słowa Jezusa. Dlatego
zasadnicze znaczenie ma jednak Ewangelia. Podstawą nowego przymierza z
Bogiem jest to, co mówił Jezus, czyli będący w nim Ojciec. Nie ma
wątpliwości, iż jest to odnowione na nowych warunkach – nowe przymierze z
Bogiem, ponieważ Jezus jednoznacznie wyjaśnił, iż to co mówi – nie od
siebie mówi, ale mówi przez niego Ojciec; to co robi – nie „sam z
siebie” robi, ale to Ojciec, który jest w nim – w ten sposób wykonuje
swoje dzieła. Wreszcie mówi do ucznia – Filipa: „Tyle czasu jestem z
wami a nie poznałeś mnie – Filipie? Kto widział mnie – widział Ojca!
Jakże teraz możesz mówić – „… pokaż nam ojca”…?
Wystąpienie Papieża nasuwa przypuszczenie, że w kościele rzymskim
musi narastać już w stopniu znacznym proces odrzucenie wspólnoty na
rzecz hedonizmu czy wręcz liberalizmu rozumianego lewicowo a co najmniej - skrajnego indywidualizmu, indywidualnej relacji z Bogiem. Papież
przeciwstawia się temu wprost, co dowodzi iż zjawisko musi mieć
charakter a przede wszystkim skalę niepokojącą hierarchów, kapłanów.
Proponuję zastanowić się, jakie to ma znaczenie, oraz jakie mogą być tego przyczyny.