MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrystus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrystus. Pokaż wszystkie posty

31/07/2014

Dlaczego ludzie odwracają się od Kościoła?


Trzeba wreszcie przyznać, że muszą być jakieś przyczyny, tkwiące w samym kościele – jako instytucji. Pomijając więc wspomnianą kwestię "interesu osobistego" niektórych ludzi w tym, by kościół istniał jako instytucja, jako instytucja kreująca sama siebie na organizatora i kierownika zboru, również gospodarującego nieruchomościami i majątkiem oraz jako rzekomo koniecznego pośrednika pomiędzy Bogiem a "ludem", należałoby uwzględnić, że czasy przymusowego pośrednictwa po prostu kończą się nieodwołalnie.

Dotychczas każda społeczność wierzących odłączająca się od instytucji kościoła rzymskiego była potępiana, nazywana "sektą", wewnątrz kościoła przedstawiana jako sprzeciw wobec Boga lub odrzucenie go. Kapłani rzymskokatoliccy przypisywali sobie wyłączność w "prawdziwej" wierze. Wyznacznikiem tego co jest prawdziwą wiarą jest jednak dla chrześcijan Ewangelia. Odchodzenie kościoła rzymskiego od Ewangelii spycha dziś ten kościół na pozycje sekty; ludzie wierzący po prostu zaczynają to rozumieć.

- Jezus w Ewangelii zwraca się do każdego "odbiorcy" jego słów indywidualnie; uwierzenie w Boga i w niego jako syna bożego przedstawia jako osobiste zadanie czy wyzwanie dla tego, to się zetknął z informacją. Już sama możliwość czy podatność na "uwierzenie" jest dla niego wyróżnieniem człowieka. Wiara i wierność przykazaniom Jezusa nie może więc być "na pokaz", być motywowana "naciskiem grupy", zwyczajem publicznym, publicznie praktykowanym, bo staje się wtedy odwrotnością wiary. Jezus stanowczo sprzeciwiał się "wierzeniu na pokaz".
Kościół jako pewna społeczność ludzi traktujących się "jak bliźni", miłujących się, skłonnych do bezinteresownej pomocy niejako "przed oczyma Boga" - jest ważną ideą, ale realizacji jej - o ile uznać ją za możliwą - nie da się wymusić, natomiast udawanie jej jako forma dwulicowości, zakłamania, pewnego "teatrzyku" dla innych - jest przeciwieństwem wiary o której mówił Jezus.


- Jezus posługiwał się często podobieństwem do pasterza i stada owiec. Owce znają swojego pasterza i rozpoznają jego głos, mają do niego zaufanie i dlatego idą za nim, znajdują pastwisko a kiedy trzeba - znów idąc za nim powracają bezpiecznie do swojej zagrody. Owce wiedzą, że ich pasterz nie zawiedzie, że gotów poszukiwać zaginionej choćby jednej owcy ze stu a nawet i życie oddać za jej ocalenie, broniąc jej przed wilkami. Powiedzmy – że to odpowiada pojęciu prawdziwego kościoła. Cóż jednak, gdy owce słyszą jakiś obcy głos, widzą osobę im obcą a jej zachowanie nie wzbudza ufności i poczucia bezpieczeństwa? Jeśli widzą chciwca łasego na wszelkie dobra materialne, kolekcjonującego drogie meble, prowadzącego zakład produkcyjny, nieczułego na wszelkie problemy ludzi. Jeśli widzą "księdza-urzędnika" odwalającego swoją "robotę" w kościele, ale w "godzinach pracy" a następnie zamykającego się w swoim mieszkaniu, oglądającego w TV mecze i kryminały, prowadzącego "życie towarzyskie"? Jeśli widzą w księdzu człowieka nieczułego, na każdym kroku i w każdej sprawie postępującego odwrotnie, niż polecał swoim uczniom Jezus - o czym możemy się dowiedzieć z Ewangelii. Czy można kogoś takiego uznać za dobrego pasterza?

- Jezus stawia swoim uczniom większe wymagania niż innym, niż "ludowi" – jako "dobrym pasterzom" mającym konkretną odpowiedzialność a to dlatego, że mieli większy dostęp do informacji. Jeśli przyjąć, co automatycznie się narzuca, że kapłani, szczególnie właśnie na wyższych stanowiskach kościelnych; prezbiterzy, episkopi – są dla ludzi wierzących odpowiednikami uczniów Jezusa, trudno doprawdy nie zauważyć powszechnego ich odstępstwa od nakazów i pouczeń Pana i Nauczyciela. Papież Franciszek co prawda zaczął przeciwstawiać się skrajnym wypaczeniom wśród tych właśnie – którzy mieli być przykładem; ganić objawy chciwości materialnej kardynałów, ich zamiłowaniu do luksusu, oczekując samooczyszczenia kościoła z nadużyć i błędów.
W związku z tym odwracanie się ludu od kościoła - jako zbiorowości pozostającej pod przywództwem i kierownictwem ludzi zachowujących się skandalicznie i postępujących w sposób skrajnie sprzeczny z nauczaniem Jezusa – jest wyrazem wiary i jej dowodem a nie negacją wiary czy jej upadkiem. Owce nie chcą iść za "pasterzem", który sprawia wrażenie wilka przebranego w owczą skórę.
 
Kryzys nie dotyczy dziś wiary a przede wszystkim "instytucji" kościoła rzymskokatolickiego i funkcji kapłana. Niestety wielu "maluczkich" nie odróżnia kościoła od wiary a biskupa czy kardynała - od Boga, dlatego gotowi są zwątpić w Boga i przestać ufać Jezusowi - gdy widzą wokół tolerowane wypaczenia.

29/07/2014

Papież często mówi to, co musi… mówić Papież.

Papież to funkcja w sensie organizacyjnym – przywódcy konkretnego kościoła, a to zobowiązuje do dbałości o ten kościół, jako całość. To zrozumiałe. Rozpatruję to w konwencji nastawienia na pozytywne odbieranie przekazu płynącego do papieża, choć przy nastawieniu krytycznym należałoby uwzględnić i taką możliwość, że jego wypowiedzi są po prostu głosem strony zainteresowanej, głosem przedstawiciela „grupy interesu”, za jaką można uznać generalnie wszystkich kapłanów w stosunku do „ludu”, albo na przykład tylko kapłanów „wyższego szczebla” (od biskupa w górę) hierarchii, dla których kościół jako „instytucja” jest środowiskiem warunkującym ich władzę, znaczenie, przywileje, dochody itp. w tym samym znaczeniu, co armia dla oficerów zawodowych.

Jak jest w rzeczywistości? Prawdopodobnie bywa różnie i należy to rozpatrywać indywidualnie, analitycznie. Sam Papież przecież publicznie krytykował i księdza Prałata Jankowskiego - że mu odstąpi swoją lektykę która stoi nieużywana, i jednego z kardynałów - który odmówił zamieszkania w 120-metrowym mieszkaniu w Domu Świętej Marty - bo uważał je za zbyt małe i mało reprezentacyjne.
Kościół – to inaczej zbór (i dużo bardziej odpowiada mi to określenie), czyli zgromadzenie, w idealnym przypadku pewna wspólnota ludzi podzielających wspólną wiarę. Wspólnota składa się z poszczególnych jednostek, współpracujących w specyficznej synergii, ale pozostających jednak w dużej części nadal indywidualnymi jednostkami. Nie wdając się w rozległe znaczenie słowa „kościół” czy „zbór” trzeba przyznać, że wiąże się z tym duży problem. Zbór powstaje wtedy, gdy wielu ludzi spotyka się dobrowolnie w związku z jakimś celem czy zadaniem. Zjawiskiem jakby pierwotnym jest Jezus i słuchający go człowiek, grupa ludzi spajana właśnie tym słuchaniem - właśnie tego mówcy. Jezus przemawiał do tłumów lub na osobności do grupy swoich uczniów, czasem tylko i z rzadka do osoby indywidualnej z którą chciał rozmawiać, najczęściej – odpowiadając na jej pytanie, ale tłum nie może przecież słuchać jako taki; słuchają osoby, a gdy jest ich wiele w tym miejscu – powstaje pewna zbiorowość przychodzących i słuchających, świadomość że „inni też przyszli”, lecz to dając co prawda jakby poczucie "potwierdzenia słuszności" samego słuchania - zasadniczo nie wpływa na proces słuchania czy rozumienia. To, co mówił Jezus jest niejako „zadane” każdemu odbiorcy indywidualnie – jako wyzwanie, bo „tłum” nie ma zbiorowego rozumu ani zbiorowego serca a ma je raczej każdy pojedynczy osobnik spośród tłumu. Synergia - także jest reakcją jednostek, do której jednostki są niezbędne; nie występuje "sama z siebie". Zbór nie zastępuje jednostek w ich relacji z Jezusem.

Wreszcie reakcja zależy od indywidualnych możliwości, podatności, wrażliwości itp. Uwierzyć można jedynie indywidualnie, nie zbiorowo i dopiero wówczas można poczuć się członkiem pewnej wtórnej zbiorowości „tych, co uwierzyli”, choć ma to charakter pewnej projekcji, bo nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, co tak na prawdę czuje i myśli inny człowiek. Czasem, choć i to nie jest regułą, sami jedynie możemy z trudnością uzmysłowić sobie, co czujemy lub myślimy „w duchu”.

Zbór – to skutek działania i decyzji indywidualnych, skutek poniekąd przypadkowy. Uważam, że jest to twór wtórny w stosunku do jednostki, osoby wierzącej. Jeśli jest miejsce uważane za szczególne, zwane Domem Bożym, do którego przychodzą ludzie wierzący w Boga niejako na spotkanie z nim – to siłą rzeczy spotykają się tam oni także ze sobą nawzajem i o tyle jest to „zbór”.
Papież Franciszek mówił o kościele, jako zbiorowości w czasie ostatniej przed wakacjami audiencji ogólnej na placu Św. Piotra, której wysłuchało około 33 tysiące zgromadzonych tam osób. Mówił o znaczeniu kościoła, jako zboru, wspólnoty.

Przede wszystkim jedna uwaga: jeśli Papież porusza jakąś sprawę podczas audiencji ogólnej – to dowód, że jest to sprawa szczególnie istotna, ważna ze względu na zasadnicze priorytety kościoła Katolickiego. Nie jest więc dobrze w Kościele, gdy zabrał on głos w sprawie roli wspólnoty w wierze, znaczenia jakie ma dla ludzi już sama przynależność do kościoła. Papież zdecydowanie przeciwstawił się ” indywidualnej wierze bez kościoła”. Kościół przeżywa narastający kryzys swojej roli integrującej wierzących, skłaniającej do uczestnictwa we wspólnocie. Widocznie staje się to w kościele światowym dużym problemem, że wierzący odchodzą od kontaktu z instytucją kościoła, pozostając wierzącymi.

Papież postawił kilka tez, które są dla mnie bardzo dyskusyjne. Oczywiście ktoś nastawiony dogmatycznie powie natychmiast, że tezy Papieża z zasady nie mogą być dyskusyjne, ponieważ ma on absolutnie dominującą pozycję w kościele i jest niejako "z zasady" (z dogmatu) - nieomylny. To jeden z dogmatów przyjętych i stworzonych w kościele przez ludzi (nie przez Jezusa). Bo Jezus traktował ten problem inaczej - o czym pisałem w innym tekście. Sprawa nie jest jednak tak prosta.
Nie rozpatruję tego na zasadzie dogmatów a raczej analizy opartej na Ewangelii, przekazującej naukę Jezusa. Pozycja Papieża powinna być dominująca przez wzgląd na wierność nauce Jezusa. Dominować ma ten, kto jest najbardziej wierny Jezusowi. A więc – wierność słowom Ewangelii. Jednym z zasadniczych filarów nauki Jezusa jest natomiast miłość, miłość wzajemna ludzi do siebie nawzajem, czyli do „bliźniego”, do Boga i do jego Syna. To wzajemna miłość, życzliwość, współczucie, solidarność – powinna być tym, co przyciąga ludzi wierzących do wspólnoty, do zboru, czyli do innych podobnie zastawionych jednostek. Nie nakazy organizacyjne, polecenia Papieża, biskupa albo proboszcza. Sens zboru (kościoła) wynika z autentyczności wiary jednostek a nie odwrotnie. To autentycznie wierzące jednostki – przez tę wiarę tworzą kościół (zbór), a nie odwrotnie. Tu uwidacznia się zasadniczy problem; kościół to jest dobrowolne zgromadzenie wierzących jednostek a nie instytucja, bez której owo zgromadzenie a nawet wiara nie jest możliwa – jak twierdzą kapłani, poświadczając tym, iż są po prostu "stroną zainteresowaną" w sprawie.

Papież Franciszek powiedział:
Nie jesteśmy od siebie odizolowani i nie jesteśmy chrześcijanami jako jednostki, każdy z osobna: naszą tożsamością chrześcijańską jest przynależność! Jesteśmy chrześcijanami, ponieważ należymy do Kościoła. To jak nazwisko: jeśli imię brzmi „jestem chrześcijaninem”, to nazwisko – „należę do Kościoła”. Jakże to pięknie, gdy dostrzegamy, że przynależność ta wyraża się także w imieniu, jakie Bóg przypisuje sobie samemu. Odpowiadając Mojżeszowi we wspaniałym wydarzeniu „płonącego krzewu” (por. Wj 3,15), określa siebie jako Boga ojców – nie przedstawia się jako Wszechmogący – ale jako Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba. W ten sposób objawia się jako Bóg, który zawarł przymierze z ojcami i pozostaje zawsze wierny swemu przymierzu, wzywając nas do wejścia w tę relację, uprzednią wobec nas. Dlatego też nasza myśl biegnie z wdzięcznością przede wszystkim ku tym, którzy nas poprzedzili i przyjęli w Kościele.
Nikt sam nie staje się chrześcijaninem! Czy to jest jasne? Nikt sam nie staje się chrześcijaninem! Chrześcijan nie wytwarza się w laboratorium. Chrześcijanin należy do ludu, który przybywa z daleka. Chrześcijanin należy do ludu, który nazywa się Kościołem. Ten Kościół czyni go chrześcijaninem w dniu Chrztu św. a następnie w trakcie katechezy i wielu innych działań. Ale nikt, żadna osoba nie staje się chrześcijaninem sama z siebie. Jeśli wierzymy, jeśli umiemy się modlić, jeśli znamy Pana i możemy słuchać Jego Słowa, jeśli czujemy, że jest On blisko nas i rozpoznajemy Go w braciach, to dlatego, że inni przed nami żyli wiarą, a następnie ją przekazali. Wiarę otrzymaliśmy, od naszych ojców, od naszych przodków a oni jej nas nauczyli. Jeśli dobrze się zastanowimy, któż wie, ile w tej chwili drogich twarzy przychodzi nam na myśl: może to być oblicze naszych rodziców, którzy w naszym imieniu prosili o chrzest; naszych dziadków lub któregoś z krewnych, którzy nauczyli nas czynienia znaku krzyża i odmawiania pierwszych modlitw. Zawsze pamiętam twarz zakonnicy, która nauczyła mnie katechizmu. Z pewnością jest w niebie, bo była świętą kobietą, ale zawsze o niej pamiętam i dziękuję Bogu za tę siostrę. Może to też być twarz proboszcza, czy innego kapłana lub zakonnicy, katechety, którzy przekazali nam treści wiary i pomogli nam wzrastać jako chrześcijanie…
Otóż, taki jest Kościół, jest wielką rodziną, w której jesteśmy przyjmowani i uczymy się żyć, jako wierzący i jako uczniowie Pana Jezusa. Tę drogę możemy przebywać nie tylko dzięki innym osobom, ale także wraz z innymi osobami. W Kościele nie ma „zrób to sam”, nie ma „osób nie zrzeszonych”. Ileż razy papież Benedykt XVI określił Kościół, jako kościelne „my”! Czasami można usłyszeć, jak ktoś mówi: „Wierzę w Boga, wierzą w Jezusa, ale Kościół mnie nie obchodzi…”. Ileż razy to słyszymy; to nieprawda. Są ludzie, którzy twierdzą, że mogą mieć osobistą, bezpośrednią, bliską relację z Jezusem Chrystusem poza komunią i pośrednictwem Kościoła. Są to pokusy niebezpieczne i szkodliwe, jak mawiał wielki Paweł VI – dychotomie absurdalne.
To prawda, że wspólne podążanie jest trudne, a czasami może okazać się męczące: może się zdarzyć, że jakiś brat lub siostra stwarza nam problem, albo nas gorszy… Ale Pan powierzył swe orędzie zbawienia ludziom, świadkom; to w naszych braciach i siostrach z ich darami i ograniczeniami wychodzi nam na spotkanie i pozwala się rozpoznać. Oznacza to przynależność do Kościoła. Zapamiętajcie dobrze: być chrześcijaninem to należeć do Kościoła. Imię brzmi chrześcijanin, a nazwisko – „należę do Kościoła”.
Drodzy przyjaciele, prośmy Pana, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła o łaskę, byśmy nigdy nie popadli w pokusę myślenia, że możemy obyć się bez innych, bez Kościoła, że możemy się zbawić o własnych siłach, być chrześcijanami z laboratorium. Wręcz przeciwnie, nie można kochać Boga, nie kochając naszych braci, nie można kochać Boga poza Kościołem; nie można być w komunii z Bogiem, nie będąc w komunii z Kościołem i nie możemy być dobrymi chrześcijanami, jak tylko razem z tymi wszystkimi, którzy starają się naśladować Pana Jezusa, jako jeden lud, jedno ciało, a jest nim Kościół. Dziękuję.
Nie zapominajmy jednak, że Papież mówi tu o starym przymierzu.
Jezus zawarł z ludźmi w imieniu swego Ojca przymierze nowe, oparte na tym, co mówił, czego nauczał, czego dokonał a także na swojej ofierze, czyli ofierze z samego siebie, jako Baranka Bożego – znoszącego grzech świata. Cała „misja Chrystusa” jest planem Bożym a nie pomysłem Jezusa. Plan ten rozumiemy jednak przede wszystkim poprzez słowa Jezusa. Dlatego zasadnicze znaczenie ma jednak Ewangelia. Podstawą nowego przymierza z Bogiem jest to, co mówił Jezus, czyli będący w nim Ojciec. Nie ma wątpliwości, iż jest to odnowione na nowych warunkach – nowe przymierze z Bogiem, ponieważ Jezus jednoznacznie wyjaśnił, iż to co mówi – nie od siebie mówi, ale mówi przez niego Ojciec; to co robi – nie „sam z siebie” robi, ale to Ojciec, który jest w nim – w ten sposób wykonuje swoje dzieła. Wreszcie mówi do ucznia – Filipa: „Tyle czasu jestem z wami a nie poznałeś mnie – Filipie? Kto widział mnie – widział Ojca! Jakże teraz możesz mówić – „… pokaż nam ojca”…?

Wystąpienie Papieża nasuwa przypuszczenie, że w kościele rzymskim musi narastać już w stopniu znacznym proces odrzucenie wspólnoty na rzecz hedonizmu czy wręcz liberalizmu rozumianego lewicowo a co najmniej - skrajnego indywidualizmu, indywidualnej relacji z Bogiem. Papież przeciwstawia się temu wprost, co dowodzi iż zjawisko musi mieć charakter a przede wszystkim skalę niepokojącą hierarchów, kapłanów.  

Proponuję zastanowić się, jakie to ma znaczenie, oraz jakie mogą być tego przyczyny.


07/06/2014

Sens życia.

Postawiłem niedawno tezę, że być może życie człowieka ma sens polegający głównie na możliwości wyrobienia sobie zdania o Jezusie. To wcale nie oryginalna teza, ale dotyczy być może najważniejszej dla człowieka sprawy.

Jezus jest autorytetem. Oczywiście dla wszystkich, choć też i nie wszyscy to uznają.

Nie może nikt przyjść do mnie, jeśli go nie przyciągnie Ojciec mój – mówił uczniom, burzącym się na jego słowa i cierpiącym w walce z sobą samymi, wiedząc że niektórzy z nich nie są w stanie ani uwierzyć, ani też tym bardziej zrozumieć. Mówił więc chyba celowo „ostro” czy „twardo”, aby im pomóc, zniechęcić tych, którzy chodzili z nim i czuli się uczniami, bardzo chcieli nimi być – mimo iż nie wierzyli w niego, w jego pochodzenie, poselstwo, misję. A czynił to przecież z miłości do ludzi, znając i rozumiejąc ich ograniczenia czy słabość. Mówił im, dając niektórym szansę uporania się z samym sobą, z ich ambicjami i błędnym pojmowaniem sytuacji – jakby widzianej poprzez zamarzniętą szybę – sztywne i przedstawiane im przez „uczonych w Piśmie” jako bezwzględne, bezduszne, skostniałe w swojej nieludzkiej bezwzględności – nakazy i zakazy źle rozumianego Prawa; Ja jestem dobrym pasterzem, owce moje idą za mną gdyż znają mój głos. Tylko ci których mi dał Ojciec mój wejdą do Królestwa Bożego. A wejdą – przeze mnie, gdyż to ja jestem bramą dla owiec…

Skoro Jezus jest autorytetem, to i Ewangelia przedstawiająca jego słowa, jego naukę – także jest autorytatywna. Jest tak, gdy wierzymy, że jest ona w oryginale dziełem natchnionym, słowem spisanym jedynie przez wybranych – uczniów samego Jezusa, lub jak w wypadku Ewangelii Łukasza – przez ucznia Jezusa dyktowanym do spisania z jednoczesnym przetłumaczeniem na grekę koine – „wspólną” mowę plemion hellenistycznych, jakie miały poznać i przyjąć naukę Jezusa chętniej niż Żydzi.
Trudno się dziwić, że szczery chrześcijanin, zakonnik i ksiądz – Martin Luter był zaszokowany stanem wiary w Rzymie, wszystkim co zobaczył i usłyszał w drodze do Rzymu – gdy udał się tam protestować przeciwko handlowi odpuszczaniem grzechów – uprawianym przez papieskich agentów, na wielką skalę, dla uzyskania funduszy na budowę Kaplicy Świętego Piotra. Wszystko to było skrajnie sprzeczne z Ewangelią a więc nie mogło być zgodne z nauką Jezusa, a jednak spotkał go zacięty opór, postawa agresji przypominająca czasy inkwizycji.
Cokolwiek byśmy nie myśleli i nie mówili o postawie Lutra, trzeba przyznać, że przyjmował on postawę osobistej relacji z Jezusem a więc i z Bogiem i osobiście też występował śmiało w obronie wierzących przed oczywistymi błędami czy nawet odstępstwami od Ewangelii, szczególnie Ewangelii Apostoła Jana mówiącej najwięcej o misji Jezusa – Chrystusa Bożego. Bo Jezus zwracał się zawsze do człowieka, mówił do uczniów lub do zgromadzonego tłumu – ale jednocześnie jakby do każdego z nich z osobna. Takie wydają się być drogowskazy na tej drodze: ja, Ewangelia, Jezus, Bóg.
Ewangelia wymaga osobistego stosunku do przekazywanych tam treści. Nie jest to czymś nowym ani odkrywczym. Jezus także pouczał, że Bóg jest duchem i należy mu służyć w duchu i w prawdzie, bo też i takich wyznawców Bóg sobie szuka, którzy by mu tak właśnie służyli: w duchu i w prawdzie. Nie mówił o Kościele czy raczej o Zborze, nie mówił o milionowych zgromadzeniach ludzi na placach lub błoniach, ani o kółkach parafialnych. Nie mówił o ludzkości a raczej o każdym z ludzi zdolnym spełnić standardy stanu ducha i serca zwane Królestwem Bożym. Jezus jako Syn Boży wiedział wszystko o człowieku i jego myślach a uzyskał tę cechę od Ojca. Przeciwstawiał się „uprawianiu pobożności” w miejscach publicznych, na pokaz. Mówił: zamknij się raczej w swoim pokoju i tam módl się tak aby nikt tego nie widział a wtedy Ojciec – który widzi twoje czyny nawet w ciemności i słyszy nawet twoje myśli a nie tylko słowa – wysłucha ciebie. Czczenie Boga „w duchu” tu właśnie oznacza osobistą relację, kontakt na poziomie mentalnym poprzez wykonywanie i wierność poleceniom Jezusa. Czczenie Boga „w prawdzie” oznacza oddanie prawdzie jako znanym sobie faktom i nauce Jezusa, szczerość i autentyczność relacji, poważne i odpowiedzialne jej traktowanie. Przeciwieństwo zakłamania, dwulicowości.

Osobista relacja z Jezusem wynika z uznania, że jest on panem i nauczycielem, wybrańcem Bożym. Miłość do niego – oznacza wierność jego słowom, jego poleceniom przekazywanym przez Ewangelię. Kto mnie miłuje – ten słów moich będzie przestrzegał a kto słów moich nie przestrzega – ten mnie nie miłuje. Jezus stawia to jasno w pytaniu: dlaczego mówicie do mnie Panie, Panie – a nie czynicie tego co wam mówię? Jeśli miłość do Jezusa a więc i do tego który go posłał – objawia się w osobistym posłuszeństwie przykazaniom, to tym bardziej dowodzi iż wiara istnieje wyłącznie w osobistej relacji i tak też jest oceniana.
Życie człowieka daje mu najbardziej precyzyjny z dostępnych wśród stworzeń materialnych aparat do zdobycia wiedzy, zrozumienia jej i zastosowania w praktyce. Jest możliwe, że celem tego wszystkiego jest właśnie zrozumienie poleceń Boga przekazywanych przez Jezusa, odczucie i odwzajemnienie jego miłości i zastosowanie tego do siebie. Trzeba przyznać, że to nadawałoby życiu sens, którego często trudno się doszukać przy innych założeniach wstępnych.
Życie to być może określona ilość czasu na naukę; naukę tego co rzeczywiście ważne dla przyszłości, ważne według Bożej miary. Dlatego może znacznie więcej uwagi należy poświęcać sobie i swojej sytuacji pod tym względem, sposobowi wykorzystania swojego czasu, nie tracąc oczywiście z pola widzenia każdego bliźniego, a mniej zajmować się ideologią zbiorowości, kościołami, religiami… Jezus nauczał: Nie przykładajcie zbyt dużej wagi do swojego życia materialnego, do tego co będziecie jedli i pili oraz w co się będziecie ubierali ale szukajcie raczej Boga i sprawiedliwości jego, drogi do Królestwa Bożego, a wtedy i tamte rzeczy będą wam dodane, bo wie Ojciec, że tego wszystkiego potrzebujecie.
Trzeba samemu poznać i zrozumieć Ewangelię i zawarte w niej nauki Jezusa a przy tym starać się oddzielić to co ważne i autentyczne od dodatków, błędów, naleciałości czy fałszerstw, które tam mogą się znajdować. Samemu – to znaczy osobiście, z osobistym wkładem woli, zainteresowania, pokory i odpowiedzialności. To zadanie odpowiedzialne a odpowiedzialność jest nie tylko na miarę własnej przyszłości. Jednocześnie nie zapominając, że stwierdzenie Jezusa działa jakby w obie strony: Nikt nie przychodzi do Jezusa jeśli go nie przyciągnie Ojciec – Bóg; potrzebne są swoiste inklinacje do wiary, dar możliwości uwierzenia i oddzielenia prawdy od kłamstwa a zatem jeśli Ojciec zechce kogoś do Jezusa przyciągnąć – niczyje działania, ani ludzkie błędy temu nie będą w stanie przeszkodzić.

Trzeciego dnia - zmartwychwstał, jak oznajmia Pismo...

03/06/2014

Człowiecze naszych czasów!

Modlitwa Jana Pawła II. 

Człowiecze naszych czasów!
Człowiecze; ty, który żyjesz zanurzony w świecie, wierząc że jesteś jego panem, gdy być może jesteś jego ofiarą.
Chrystus uwolni cię od wszelkiej niewoli, byś mógł wyruszyć na podbój samego siebie, w konstruktywnej miłości nakierowanej na dobro; miłości wymagającej, która czyni z ciebie budowniczego, nie niszczyciela twojego jutra, twojej rodziny, twojego środowiska, całego społeczeństwa.

Człowiecze naszych czasów!
Jedynie Chrystus zmartwychwstały może w pełni zaspokoić twoje niemożliwe do stłumienia dążenie ku wolności.
Po okrucieństwach dwóch wojen światowych i tych wszystkich wojen, które w ciągu tych pięćdziesięciu lat, często w imię ideologii ateistycznych zebrały żniwo śmierci i siały nienawiść wśród wielu narodów; po latach dyktatur które pozbawiały człowieka jego podstawowych swobód, ponownie odkryto wymiary prawdziwej duchowości, te które zawsze głosił Kościół, ukazując w Chrystusie prawdziwą postawę człowieka.
Także powstanie wielu demokracji prowadzi dzisiaj do dialogu i zaufania między narodami a świat ponownie rozumie, że człowiek nie może żyć bez Boga.
Bez prawdy, która – obecna w nim – czyni go wolnym.

Człowiecze naszych czasów!
Chrystus uwalnia cię od egoizmu i wzywa do dzielenia się, oraz chętnej i radosnej pracy na rzecz innych.
Człowiecze dnia dzisiejszego! Bogate narody dostatniej cywilizacji! Nie bądźcie obojętne na liczne tragedie świata, coraz bardziej uświadamiajcie sobie potrzebę niesienia pomocy tym narodom, które dzień po dniu walczą o przetrwanie.
Uwierzcie, że nie ma wolności tam, gdzie utrzymuje się nędza.
Niech ludzka i chrześcijańska solidarność stanowi wyzwanie, które stymuluje wasze sumienie, aby ta pustynia przyczyniała się do podnoszenia ludzkiej godności i sprawiała, że chleb nabiera kształtu, aby przywrócić uśmiech, pracę, nadzieję, postęp.
Ale dzięki Bogu widziałem także pojedynczych ludzi, stowarzyszenia, instytucje, księży, zakonników, ludzi świeckich różnych zawodów, którzy dobrowolnie zobowiązują się i poświęcają dla dobra swoich osamotnionych i cierpiących braci i sióstr. Dziękuję im w imię Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego!

Człowiecze naszych czasów!
Chrystus wyzwala cię, bo cię kocha, ponieważ oddał za ciebie swoje życie, ponieważ zwyciężył dla ciebie i dla wszystkich ludzi. Chrystus przywróci świat i ciebie – Bogu. Przywróci Boga – tobie i światu. Na zawsze.
Miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat! (J 16,33).
 
Jan Paweł II Papież, 15 kwietnia 1990 roku.

18/04/2014

Wielkanoc tym razem – razem…

Jako że w tym roku nasi bracia grekokatolicy (katolicy obrządku wschodniego) oraz prawosławni obchodzą Święta Wielkiej Nocy w tym samym czasie co i my, czyli jesteśmy wszyscy razem – chciałbym jako tak zwany „rodowity Szczecinianin” życzyć wszystkim spokojnych, błogosławionych świąt, refleksji nad sensem ofiary Baranka Bożego i radości, że się wypełniły wszystkie biblijne zapowiedzi tego dotyczące.

Fragment śpiewów z Monasteru na Świętej Górze Garbarce alleluja



07/02/2014

Jezus z Betlejem – Miasta Dawidowego.

Jeśli Ewangelia jest dla nas autorytatywna, to sprawa samej istoty osoby Jezusa nie jest niczym niejasnym ani zagmatwanym; trudny do zrozumienia jest raczej związek Jezusa z Ojcem w sensie „współistnienia” o którym mówił sam Jezus do swoich uczniów – tak jak to nam przekazali Apostołowie – Ewangeliści, przede wszystkim Jan.
Najwięcej informacji przekazał nam na ten temat właśnie Jan – ten który jest szczególnie autorytatywny jako szczególnie umiłowany i zaufany uczeń Jezusa – wraz z Szymonem zwanym przez Jezusa – Kefas (po grecku Petrus) oraz swoim bratem – Jakubem stanowiący „ciało” nazwane przez Jezusa „Syn Gromu”. Jan był szczególnie związany z Panem i Nauczycielem; jak przekazuje to Ewangelia często siadywał przytulony do Jezusa jako „ten którego Jezus szczególnie miłował”, był też do końca – jako jedyny uczeń – pod krzyżem, gdzie Jezus powierzył mu opiekę nad swoją matką a matce – wskazał go jako „przybranego” syna – zamiast siebie.
Być może właśnie z powodu tej bliskości i uwagi jaką Jan darzył każde słowo Jezusa, przekazał on w swojej Dobrej Nowinie najwięcej informacji dotyczących wypowiedzi Jezusa, jego nauczania o Ojcu i o jego siedzibie; jego Ewangelia wyraźnie różni się od pozostałych relacji kanonicznych tzw. synoptycznych – nastawieniem nie tylko na opis zdarzeń, relację o czynach Nauczyciela, ale także w równej mierze na te jego słowa – kierowane do uczniów wybranych do tego by poznać „tajemnice Królestwa Bożego” – tłumaczące istotę Chrystusowej misji i jej źródła – woli Ojca i Jego polecenia.

Zapowiedź przyjścia Mesjasza – naznaczonego przez Boga odkupiciela pojawiała się w wielu wypowiedziach Proroków na setki lat przed Jezusem, dlatego Żydzi – znając pisma prorockie – oczekiwali ich wypełnienia, widząc w tym także i obiektywny miernik autentyczności czy też wiarygodności tego co widzą i słyszą; autentyczności i wiarygodności wynikającej z wcześniejszych zapowiedzi w Pismach. Wiele tekstów prorockich potwierdza istnienie Chrystusa wraz z Ojcem przed przyjściem do ludzi, musiał więc on istnieć w Domu Ojca w formie pozamaterialnej, duchowej – tak jak Bóg. Jezus jednoznacznie stwierdzał, że był w domu Ojca, następnie został wysłany do ludzi by wykonać misję powierzoną mu przez Ojca po czym ma powrócić do Domu Ojca jako swojej właściwej i oryginalnej siedziby (patrz – przypisy). Jednak Jezus powiedział także uczniom, że jego Ojciec – Bóg – jest duchem (Jana 4/24-26) i że to on; Jezus – jest Mesjaszem [Chrystusem]. Mówiąc „duch” mamy na myśli mało znaną nam niematerialną formę istnienia, w zasadzie nawet ponad-materialną, bo pozbawioną materialnych ograniczeń fizycznych, czasowych itp. Jeśli tak – to i jego siedziba czyli Królestwo Boże – nie jest materialne. Jeśli więc Jezus jako Chrystus był w domu Ojca skąd został wysłany do ludzi, musiał tam istnieć w formie duchowej; także i aby powrócić do Ojca musiał powrócić do swojej oryginalnej duchowej formy – opuszczając ciało ludzkie, czyli z ludzkiego punktu widzenia – umrzeć, co się stało po jego ukrzyżowaniu w miejscu zwanym Golgota (patrz:15).
Jezus potwierdził to też Poncjuszowi Piłatowi, mówiąc: moje królestwo nie jest z tego świata (Jan 18/36) a także Żydom w Jeruzalem (Jan 8/23).

Oryginalną formą istnienia Jezusa jako Chrystusa jest więc forma duchowa w duchowym (pozamaterialnym) królestwie jego Ojca, jak stwierdził sam Jezus – istniał on w takiej formie nawet jeszcze przez narodzeniem Abrahama (patrz: 11), także przed stworzeniem świata (patrz: 16). By wypełnić swoją misję – Chrystus przyszedł na świat rodząc się w Betlejem jako Jo-szua (po grecku - Jezus), Syn Marii, by wypełnić misję poleconą mu przez Ojca, po czym powrócił do domu Ojca.
Imię Jezus jest więc jakby imieniem „ziemskim” Chrystusa – Syna Bożego, lecz jest to ta sama osoba.
Bóg nie stworzył swojego syna jako człowieka, Jezusa urodzonego przez Marię w Betlejem; stworzył go o wiele wcześniej w swojej duchowej siedzibie, jako duchową osobę tego Chrystusa - Posłańca, którego zadaniem było przybrać materialne ciało poprzez narodzenie z Marii i wypełnić Bożą misję rozmawiając z ludźmi jako „jeden z nich” pod imieniem Jezus, lecz i nie przestając być doskonałym Synem Bożym pozostającym w ciągłym i trwałym związku z Ojcem.
Jezus wiele wyjaśniał swoim mało wierzącym i zadziwiająco mało pojętnym uczniom o tym, co mu polecił przekazać Ojciec, ustanowił nowe przymierze z Bogiem oparte o polecenia i przykazania jakie podał i wyjaśnił swoim uczniom by nauczali „wszystkie narody”, po czym powrócił w swojej duchowej postaci do Domu Ojca.
Pojęcie „wcielenia” oznacza nadanie ciała materialnego istocie z natury niematerialnej, duchowej. W tym sensie narodzenie Jezusa w Betlejem było „narodzeniem” tylko w sensie ludzkim, materialnym, tak jak każde narodzenie jest „powstaniem ciała materialnego” , ale jednocześnie było także i „wcieleniem” w sensie nadania ciała materialnego wcześniej istniejącej istocie duchowej, niematerialnej jaką był Chrystus – Syn Boży, pierwotnie „narodzony” przez Boga jeszcze przed stworzeniem materii.
Dlatego dziś czasem stosuje się imię Jezus Chrystus co nie jest przecież „imieniem i nazwiskiem” osoby a oznacza tożsamość osoby Jezusa z osobą Chrystusa, tyle że mówiąc Jezus mamy bardziej najczęściej na myśli jego formę „materialną” i „osobę fizyczną” a mówiąc Chrystus – jego oryginalną formę duchową i jego misję „odkupieńczą”. Mówi się czasem wręcz potocznie, że Jezus to imię a „Chrystus” – to funkcja, tak bardzo osoba Syna Bożego łączona jest z jej misją wśród ludzi.

Czasem określa się też Jezusa jako „słowo które stało się ciałem i mieszkało między nami” – jak to przedstawia piękna pieśń bożonarodzeniowa. Nie chodzi tu jednak bynajmniej o to, że Chrystus był jedynie słowem, czy też istniał jedynie w „planie”; zamierzeniu Bożym, w naszym ludzkim rozumieniu. W planie Bożym było jedynie to, że istniejąca i odwieczna w Domu Ojca osoba Chrystusa, jedynego Syna Bożego, ma się „wcielić” czyli urodzić w świecie materialnym jako Jezus – cudownie narodzony Syn Marii – będącej wówczas dziewicą, panną przyrzeczoną Józefowi – potomkowi Króla Dawida. Wydarzenie to było zapowiadane nawet na setki lat wcześniej przez Proroków – zanim się spełniło. Możliwe jest, że Jan pisząc o „Słowie” w pierwszych zdaniach swojej Ewangelii – miał na myśli „słowo” pism prorockich jako natchnionych przez Boga, będących w tym znaczeniu „Słowem Bożym” w sensie jak najbardziej dosłownym, zapowiadające Boży plan na wieki przed jego realizacją.

Cudowność tego narodzenia polegała na tym, że to Bóg będący stwórcą Chrystusa, był także Ojcem jego „wcielenia” materialnego – czyli syna Marii – Panny. Trudno by było inaczej, skoro chodzi o jedną i tę sama istotę, osobę umiłowanego i jednorodzonego Syna Bożego. „Słowem” o którym wspomina Jan rozpoczynając swoją Dobrą Nowinę – była tu więc zapowiedź istnienia Chrystusa w planie Bożym, podawanym wieki wcześniej natchnionymi przez Boga słowami przez Proroków (w szczególności Izajasza) a nie osoba odwiecznego duchowego Syna Bożego. Możliwe zresztą, że pomiędzy Bożym zamysłem a jego realizacją nie ma tak istotnej różnicy, jaką my znamy z naszego ludzkiego doświadczenia; w tym sensie Boże słowo, myśl czy „spojrzenie” może być wystarczającym powodem zaistnienia, czymś tożsamym ze znanym nam istnieniem.

Innym problemem jest tożsamość samego Jezusa i jego związek z Ojcem w czasie bezpośredniej działalności wśród ludzi; to oddzielne zagadnienie wymagające odrębnego omówienia.

06/04/2013

Wielka Noc.

(…) A gdy się z niego naśmiali, zwlekli go z onego płaszcza szkarłatowego i oblekli go w jego szatę, i wiedli go, aby był ukrzyżowany. A wychodząc, znaleźli człowieka, Cyrenejczyka, imieniem Szymona; tego przymusili, aby niósł krzyż jego. A przyszedłszy na miejsce rzeczone Golgota, które zowią miejscem trupich głów, dali mu pić ocet z żółcią zmieszany; a skosztowawszy, nie chciał pić. A ukrzyżowawszy go, rozdzielili szaty jego i miotali los, aby się wypełniło co powiedziano przez proroka: „rozdzielili szaty moje a o odzienie moje los miotali”. A siedząc, strzegli go tam. I przybili nad głową jego winę jego napisaną: Ten jest Jezus, Król Żydowski. Byli też ukrzyżowani z nim dwaj zbójcy, jeden po prawicy a drugi po lewicy. A ci, którzy chodzili mimo, bluźnili go, chwiejąc głowami swojemi, i mówiąc: Ty, co rozwalasz kościół a w trzech dniach budujesz go, ratuj samego siebie; jeźliś Syn Boży – zstąp z krzyża. Także i przedniejsi kapłani z nauczonymi w Piśmie i z starszymi, naśmiewając się, mówili: Inszych ratował a samego siebie ratować nie może; jeźliż jest Król Izraelski, niech teraz zstąpi z krzyża a uwierzymy mu. Dufał w Bogu, niechże go teraz wybawi, jeśli się w nim kocha, boć powiedział: jestem Synem Bożym. Także też i zbójcy, którzy byli z nim ukrzyżowani, urągali mu. A od szóstej [dwunastej] godziny stała się ciemność po wszystkiej ziemi, aż do dziewiątej [piętnastej] godziny. A około dziewiątej godziny zawołał Jezus głosem wielkim, mówiąc: Eli, Eli, Lama Sabachtani! to jest; Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił. Tedy niektórzy z tych co tam stali, usłyszawszy to, mówili: Elijasza ten woła. A zarazem, bieżawszy jeden z nich, wziął gąbkę i napełnił ją octem a włożywszy na trzcinę, dał mu pić. A drudzy mówili: zaniechaj, patrzajmy jeźli przyjdzie Eiljasz aby go wybawił. Ale Jezus, zawoławszy powtóre głosem wielkim, oddał ducha. A oto zasłona przybytku rozerwała się na dwoje od wierzchu aż do dołu i trzęsła się ziemia a skały się rozpadały. I groby się otwierały, a wiele ciał świętych, którzy byli zasnęli, powstało. A wyszedłszy z grobów po zmartwychwstaniu jego, weszli do miasta świętego i pokazali się wielom. Tedy setnik i ci co z nim Jezusa strzegli, widząc trzęsienie ziemi i to co się działo, zlękli się bardzo, mówiąc: Prawdziwieć ten był Synem Bożym. A było tam wiele niewiast, które były przyszły za Jezusem od Galilei, posługując mu, między któremi była Maryja Magdalena i Maryja matka Jakóbowa i Jozesowa i matka synów Zebedeuszowych. A gdy był wieczór, przyszedł człowiek bogaty z Arymateyi imieniem Józef, który też był uczniem Jezusowym. Ten przyszedłszy do Piłata, prosił o ciało Jezusowe. Tedy Piłat rozkazał, aby mu było ono ciało oddane; a Józef wziąwszy ono ciało uwinął je w czyste prześcieradło i położył je w nowym grobie swoim, który był w opoce wykował, a przywaliwszy do drzwi grobowych kamień wielki, odszedł. A była tam Maryja Magdalena i druga Maryja, które siedziały przeciwko grobowi. A drugiego dnia, który był pierwszy po przygotowaniu, zgromadzili się przedniejsi kapłani i Faryzeusze do Piłata, mówiąc: Panie! wspomnieliśmy iż on zwodziciel powiedział, gdy jeszcze żyw był: po trzech dniach zmartwychwstanę. Rozkaż tedy obwarować grób aż do dnia trzeciego, by snadź przyszedłszy uczniowie jego w nocy, nie ukradli go i nie powiedzieli ludowi iż powstał od umarłych i będzie pośledni błąd gorszy niż pierwszy. Rzekł im Piłat: Macie straż, idźcież, obwarujcie jako umiecie. A oni poszedłszy, osadzili grób strażą, zapieczętowawszy kamień. A gdy kończył się Sabat i już świtało na pierwszy dzień onego tygodnia, przyszła Maryja Magdalena i druga Maryja, aby grób oglądały. A oto stało się wielkie trzęsienie ziemi; albowiem anioł Pański zstąpiwszy z nieba, przystąpił, odwalił kamień ode drzwi i usiadł na nim. A było wejrzenie jego jako błyskawica a szata jego biała jak śnieg. A ci którzy strzegli grobu drżeli, bojąc się go i stali się jako umarli. Ale Anioł odpowiadając, rzekł do niewiast: Nie bójcie się wy, boć wiem, że Jezusa ukrzyżowanego szukacie. Niemaszci go tu, albowiem powstał jako powiedział; chodźcie, oglądajcie miejsce gdzie leżał Pan. A prędko idąc powiedźcie uczniom jego; a oto uprzedza was do Galilei; tam go ujrzycie. Otom wam powiedział. Tedy wyszedłszy prędko od grobu z bojaźnią i z radością wielką bieżały, aby to opowiedziały uczniom jego. A gdy szły, aby to opowiedziały uczniom jego, oto Jezus spotkał się z niemi, mówiąc: Bądźcie pozdrowione. A one przystąpiwszy, uchwyciły się nóg jego i pokłoniły się mu. Tedy im rzekł Jezus: Nie bójcie się; idźcie, opowiedzcie braciom moim, aby poszli do Galilei a tam mnie ujrzą. A gdy one poszły, oto niektórzy ze straży przyszedłszy do miasta oznajmili przedniejszym kapłanom wszystko co się stało. Którzy zgromadziwszy się z starszymi i naradziwszy się, dali niemało pieniędzy żołnierzom, mówiąc: Powiadajcie, iż uczniowie jego w nocy przyszedłszy, ukradli go gdyśmy spali. A jeźliby się to do starosty doniosło, my go namówimy a was bezpiecznymi uczynimy. A oni, wziąwszy pieniądze, uczynili jako ich nauczono. I rozniosła się ta powieść między Żydy, aż do dnia dzisiejszego. Lecz jedenaście uczniów poszli do Galilei na górę, gdzie im był naznaczył Jezus. A Jezus przystąpiwszy, mówił do nich a rzekł: Dana mi jest wszelka moc na niebie i na ziemi. Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego com wam przykazał. A oto jam jest z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.