Pojęcie męskości jest różnie definiowane, no i ma się rozumieć bardzo różnie rozumiane, szczególnie przez tych, którym daleko jest do posługiwania się w praktyce jakimikolwiek definicjami a raczej – z różną trafnością znaczeniową - używają pojęć obiegowych, funkcjonujących powszechnie w obiegu publicznym. Czyli – przez tak zwaną większość. Tak więc „męskość” – to siła fizyczna, zdolność do obrony, do walki, zapewnienia bezpieczeństwa. „Męskość” to zdecydowanie, odwaga i łatwość podejmowania decyzji. „Męskość” to zachowanie popędu seksualnego, sprawność „erotyczna”, posiadanie cech wyglądu i zachowania ocenianych przez kobiety subiektywnie - jako „męskie”.
Można by mnożyć dalej podobne stwierdzenia, bo różnorodność środowisk i ich zwyczajów, kultur, tradycji narodowych i religijnych daje nieskończenie wielkie pole do tego.
Chciałbym jednak z pewnych względów zwrócić tutaj szczególną uwagę na jedno z tych znaczeń.
Męskością można nazwać świadomą postawę mężczyzny, charakteryzującą się nastawieniem na opanowanie, na panowanie nad sobą. Ba! To nie tylko męskość; to postawa wynikająca z poziomu kultury a więc funkcjonująca jakby ponad takimi pojęciami, nadrzędna. Tak zwany „prawdziwy mężczyzna” to ktoś opanowany, kogo nie jest łatwo sprowokować do zachowań jakich sam nie planował; emocjonalnych czy spontanicznych. Nie chodzi tu bynajmniej o tak zwane „sztywniactwo” a raczej o spokój, poczucie własnej wartości, siły, możliwości oraz o praktyczną wierność pewnym zasadom, wartościom do których ma się osobiste przekonanie. Prawdziwy mężczyzna nie da się łatwo wyprowadzić z równowagi, nie jest łatwo wywołać u niego postawę agresji. Jest panem samego siebie i zewnętrzny wpływ na niego natrafia zawsze w pierwszej kolejności na „tarczę” jego spokoju i opanowania wewnętrznego.
To zjawisko mniej chyba dotyczące Europejczyków czy Amerykanów (w sensie USA) a kojarzące się raczej z Dalekim Wschodem; Tybetem, Chinami, Japonią... niejako podstawa filozofii życia, wschodnich sztuk walki.
Prawdziwy mężczyzna robi to co uważa, że powinien, albo raczej odwrotnie; nie robi tego o czym jest przekonany, że się robić nie powinno. Zachowuje się tak – jak chce a nie tak - jakby mu sugerowały wydarzenie zewnętrzne, albo słowa wypowiadane przez innych, a chce tak jak uważa że się powinno...
Sednem i istotą męskości, podstawą poczucia własnej wartości jest dla niego opanowanie czy może "zapanowanie"... Ta integralność i opanowanie jest wartością nadrzędną, utożsamianą z pewnym nawet dostojeństwem, z prawdziwą godnością, dumą, poczuciem wartości, z wielką łaskawością wobec świata zewnętrznego, szlachetnością, dobrym wychowaniem, obyczajnością…
Właśnie: obyczajnością; – bo męskość dostrzega się szczególnie w kontaktach z kobietami.
Życie jest nasycone erotyką w jej przeróżnych odcieniach, od niesamowicie subtelnych do bezpośrednio seksualnych i to jest oczywisty element pochodzenia i rozwoju cywilizacji ludzkiej. Cywilizację rozumianą jako kulturę przeważnie przeciwstawiamy „zwierzęcości” człowieka, jeśli przyjąć rzeczywiste, realne funkcjonowanie "Teorii Ewolucji" Charlesa Darwina. Przyjmuje się, że człowiek ewoluuje od formy zwierzęcej jednego z gatunku małp – do człowieka współczesnego, homo sapiens, co miałoby oznaczać stopniowe rugowanie naturalnych i spontanicznych cech zwierzęcych - przez cechy cywilizacyjne, kulturowe, świadomie kreowane przez zbiorowość ludzką, natomiast wybierane i kultywowane indywidualnie.
Powyżej zdefiniowana „prawdziwa” męskość jest zdecydowanie po stronie "cywilizacji" a nie "natury", także pod względem erotyki czy seksualności. Prawdziwy mężczyzna panuje całkowicie swoją wolą nad swoimi reakcjami w sprawach seksualności. Jego poczucie wartości jest niejako produktem opanowania, prymatu zasad nad impulsami „dzikiej natury”, czyli wspomnianej wyżej „zwierzęcości”.
Zrozumiałe jest więc, że oskarżenie go przez kobietę o brak kontroli nad swoim zachowaniem dotyczącym lub jakkolwiek związanym z erotycznymi aspektami kontaktów z kobietą – jest zamachem wprost na jego „męskość”, jako poczucie wartości. Zamachem na główną podstawę jego "ja". A jeśli tak, to zgodnie z tym co napisano powyżej - zamachem także na godność, dumę, dostojeństwo, poczucie własnej wartości itp. Nie chodzi tu bynajmniej o „brak kontroli” objawiający się „niesprawnością” erotyczną; wręcz przeciwnie. Oskarżenie o „nad-sprawność” objawiającą się zachowaniem nadmiernie erotycznym czy nad-seksualnym, nie mającym wystarczającego uzasadnienia w sytuacji, typie i zaawansowaniu relacji, specyfice miejsca itp. To oskarżenie wprost o jakiś rodzaj „molestowania seksualnego” - w jak najbardziej podłym, prymitywnym i prostackim znaczeniu - jest bezpośrednim zamachem na mężczyznę w powyżej opisywanym rozumieniu. To oskarżenie o podłość, pełen pogardy cios w twarz, o tyle bolesny, gdy niezasłużony i niespodziewany. Niespodziewany, bo nie mający żadnego uzasadnienia w realnej rzeczywistości. To coś - co gdyby było słuszne - mogłoby dowodzić całkowitej klęski mężczyzny w jego własnym poczuciu męskości - jako opanowania. Siła oddziaływania destrukcyjnego takiego pomówienia wynika z samej relacji pomiędzy osobami; zależy od jej typu i zaawansowania.
Mężczyzna „prawdziwy”, oczywiście mający świadomość bezpodstawności takiego oskarżenia – nieco mniejszym lub większym kosztem wysiłku psychicznego – łatwo da sobie z tym radę…
Tu jednak kolejny problem; kontakty damsko-męskie zawsze posiadają pewien "naturalny" ładunek erotyki z racji samej różnicy płci i zapewne zdarzają się tu bardzo często mniejsze lub większe "nieporozumienia", reakcje z obu stron aktualnie "nietrafione", albo po prostu jakieś niezbyt udane żarty itp. Kontakty całkowicie "aseksualne" pomiędzy kobietą a mężczyzną możliwe są chyba jedynie w chorobliwych wyobrażeniach zażartych komunistek lub feministek.
A więc to całkowite wyrugowanie wszelkich subtelnych choćby elementów erotyki z kontaktu między kobietą i mężczyzną jest dziwaczne, nienaturalne.
Jak się jednak może czuć ktoś tak niesłusznie „oskarżony”, i to przez osobę uważaną za bliską? Chyba dużo gorzej - niż oskarżany słusznie oraz (lub) oskarżany przez osobę całkiem obcą. Niesłuszne oskarżenia jakiegokolwiek typu zawsze są trudne do psychicznego, wewnętrznego zneutralizowania, choć łatwiej je znieść - wiedząc o ich niesłuszności, albo znając i rozumiejąc motywację kierującą tym kto je formułuje; nienawiść, strach przed naciskiem osób "trzecich", zawiść, mitomania, ograniczenie umysłowe…
Jak można wyobrazić sobie motywację osoby takie oskarżenie rzucającej? Czyżby miał to być psychiczny odpowiednik "trzaśnięcia drzwiami" jako forma podkreślenia swojej determinacji, odreagowania jakiegoś narastającego napięcia, rodzaj "spalenia mostu" albo dodania sobie odwagi...
Razi w tym pewna drastyczność takiego postępowania "cudzym kosztem" i to kosztem niemałym. To bardzo smutne, bo zdumiewające - u osób mających się za "oświecone", za funkcjonujące w wyższym, ponad-ludzkim, niemalże "boskim" - wymiarze.
Jałowe zdaje się dociekanie przyczyny, gdy nie została ona wyartykułowana, wyjaśniona a jednak - gdy nie ma, lub nie sposób sobie nawet wyobrazić takiej motywacji - pozostaje tylko tępa, agresywna ślepa siła "zdrady psychicznej", nadużycia zaufania, niezrozumiałej, niespodziewanej agresji...
Jak to można pogodzić z własnym wizerunkiem osoby "duchowej", oświeconej i wyzwolonej, rozumiejącej Bożą bezwzględną miłość... a w rzeczywistości - pozostawiającej za sobą na swojej drodze kogoś tak potraktowanego... (Na ten temat - przeczytaj Winogrona z ciernia
To smutne...
MOTTO:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyjaźń. Pokaż wszystkie posty
23/10/2016
01/10/2016
Prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie...
Przyjaźń...;
Sądzę, że określenia tego typu zjawisk nie biorą się „z niczego” ani nie są tylko „zwyczajowe”. Zazwyczaj są niejako wręcz zakotwiczone w rzeczywistym sensie pojęcia. W tym przypadku najwyraźniej chodzi o coś „przy jaźni”, albo nawet konkretnie - co bardziej prawdopodobne - „jaźń przy jaźni”. Świadczyłoby to o wielkim znaczeniu tego pojęcia, gdyż jaźń to pojęcie dotyczące podstaw egzystencji, bardzo pojemne i częściowo tylko empiryczne.
Jak podaje „Wikipedia”:
Przyjmijmy, że przyjaźń to „bliskość jaźni”, czyli jakaś szczególna łączność dwóch osób, jakieś „wielokanałowe” porozumienie czy zrozumienie, „wspólność” - na poziomie emocjonalnym, uczuciowym, duchowym i praktycznym (życiowym). Oczywiście - dotyczyłoby to definicji pojęcia, czyli sytuacji w praktyce życia raczej idealnej. W rzeczywistości przyjaźń bywa dużo bardziej przyziemna, bo jest rozumiana głównie jako antonim nieprzyjaźni, bardziej na zasadzie podziału na „swój” i „obcy”, w rozumieniu „bezpieczny” lub „niebezpieczny”. Często też w praktyce przyjaźń bywa ograniczona do sympatii, do umiejętności porozumienia się "tak w ogóle", jest potrzebna człowiekowi do kształtowania własnej pozytywnej samooceny; jeśli mam przyjaciół, jeśli mnie lubią i akceptują – to oznacza dla mnie, że widocznie nie jestem taki zły, głupi, egoistyczny – jak sam to czasami podejrzewam. Nie zapominajmy iż funkcjonuje w obiegu znane przysłowie: „Pokaż mi swoich przyjaciół a powiem ci – kim jesteś”. Chcemy być „kimś” często dość konkretnym, więc i chcemy mieć jakichś przyjaciół, odpowiednio do swoich wyobrażeń i swojej osobowości. Przeważnie jednak jest to w praktyce określenie "na wyrost".
Stare i funkcjonujące powszechnie przysłowie mówi, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Nie jest trudno o ludzi ogłaszających się naszymi przyjaciółmi – gdy jesteśmy „na fali” czy jako kto woli - „na wozie” i można coś na tym skorzystać - dla siebie. Można na przykład poczuć się lepszym, dowartościować się, skorzystać z czyjegoś towarzystwa gdy tego wymaga obyczaj, uzyskać poradę w jakichś problemach, czy choćby - mieć zaufanego słuchacza, przed którym można przynajmniej nazwać swoje problemy, pozbywając się frustracji a zyskując jasność myślenia i obiektywizm. Człowiek w sposób naturalny potrzebuje drugiego człowieka, jego obecności i jest to cecha bardzo chyba atawistyczna, ale całkowicie zrozumiała, biorąc pod uwagę historię pojawienia się i rozwoju człowieka na Ziemi.
Przyjaciel „prawdziwy” - to właśnie przyjaciel zyskany lub sprawdzony przez naszą „biedę”, czyli przez jakieś trudne, czasem nawet dramatyczne okoliczności nas dotyczące, w których - on właśnie pozostał z nami, zamiast odsunąć się od nas dla ratowania własnego komfortu lub bezpieczeństwa. Nasza „bieda”, czyli czas w którym znajdziemy się „na dnie”, czy jak kto woli - „pod wozem” - jest niejako testem dla naszych przyjaciół, czynnikiem ich weryfikującym. Jest tak, gdyż pozostanie przy drugim człowieku w jego trudnych chwilach – ma najczęściej jakiś swój koszt, swoją czasem dość wysoką cenę - którą trzeba zapłacić w imię przyjaźni. Kto jest gotów go ponieść, dać coś „z ciebie”, poświęcić swój czas, narazić swój spokój i równowagę, odłożyć jakieś własne plany, zrezygnować tymczasowo z czegoś - na rzecz "bycia przy potrzebującym przyjacielu", choćby tylko towarzyszenia mu, choćby tylko wysłuchania go – przyjmując na siebie część jego ciężaru, jego problemu – ten zasługuje na miano „prawdziwego przyjaciela” a przez to na naszą miłość i szacunek.
Oczywiście brak podobnej gotowości – weryfikuje przyjaźń negatywnie.
Załóżmy, że jestem gotów dostosowywać swoje plany na każdy dzień do zapotrzebowania zaprzyjaźnionej osoby na moje towarzystwo, gdy oboje mamy podobny problem który nas zbliża. Jestem gotów - choć czasami z wielką chwilową przykrością - znosić i natychmiast wybaczać stawiane mi przez nią oczekiwania, najczęściej ograniczenia, jej zły nastrój, „burmuszenie się” - bo wiem, że to tylko reakcja na jakieś wydarzenia lub doświadczenia. Jestem gotów wybaczać wszelkie niefortunne wypowiedzi, dotykające mnie określenia, nietrafne zarzuty sprawiające chwilową przykrość, ale natychmiast zapominane w imię przyszłości przyjaźni. Jestem gotów poświęcić wiele czasu na przypomnienie sobie jakichś od dawna nie używanych umiejętności i wiedzy gdy jest to potrzebne dla służenia osobie zaprzyjaźnionej, spełnienia jakiegoś jej marzenia, planu lub zamiaru – mimo że to nie było moje marzenie, plan ani zamiar; mimo że to nieodwracalnie pochłonie część mojego, danego mi w nieznanej, ale z pewnością ograniczonej i zamkniętej ilości – czasu. Czy to przyjaźń? To bardziej "otwarcie na przyjaźń" która w rzeczywistości jest czymś ograniczona.
Przyjaźń objawia się w pełni i w tym, że jesteśmy jakby "otwarci" na kogoś innego; jest on dla nas "kimś" czyli nie jest "nikim". Nie tylko dostrzegamy jego trudności bo to wynika z poziomu znajomości nie związanego z przyjaźnią, ale zgodnie z naszym pozytywnym stosunkiem do osoby przyjaciela jesteśmy gotowi w sposób naturalny pomóc mu w jego trudnościach życia codziennego, dla przykładu - zwrócić uwagę na jego niedbały czy "przypadkowy" sposób ubierania się, zaproponować mu odmianę mając na względzie jego dobro, podpowiedzieć mu coś konstruktywnego w sprawie organizacji życia codziennego gdy to może jemu pomóc np. wykorzystać czas... po prostu pozytywna choć pełna szacunku dla indywidualności relacja z inną osobą opiera się na tym, że nie jest to osoba nam całkowicie obojętna, a jeśli jest - o przyjaźni nie ma mowy...
Gdy pojawia się ze strony zaprzyjaźnionej osoby płci odmiennej niespodziewany zarzut „seksizmu”, wręcz jakiegoś braku opanowania reakcji czy popędów seksualnych, "obleśnego" czy nieobyczajnego zachowania, braku kultury (zarzut niespodziewany bo absolutnie bezpodstawny)– jest to już trudniejsze do wybaczenia i zapomnienia, bo to nieznośnie dotyka samej istoty „męskości” a nawet istoty i podstaw kultury osobistej - wyrażającej się w rozumieniu „prawdziwego” mężczyzny - w opanowaniu, w „panowaniu nad sobą”. To dużo więcej niż zarzut „braku kultury” tak w ogóle. Może tu także istnieć kwestia niezrozumianej odmienności nastawienia, gdyż uczucia w sposób naturalny w jakiejś mierze towarzyszą przyjaźni, w tym także i te z dziedziny uczuciowości erotyki. Towarzyszą lub nie, w każdym razie – mogą towarzyszyć, w czym trudno by się było dopatrywać czegoś niezwykłego, nienaturalnego i dziwnego, obcego człowiekowi. Ostatecznie przecież seksualność oraz potrzeba związku uczuciowego także jest naturalna, atawistyczna, niezwykle silna u człowieka jako gatunku i to ona warunkowała tak szybki jak na skalę czasową istnienia Ziemi jako planety – rozwój. Bo przyjaźń, pomijając wyżej opisane funkcje, także jest niewątpliwie rodzajem związku uczuciowego; być może nawet bardziej niż miłość, choć miłość ma najczęściej zdecydowanie więcej zwyczajowo wspólnego z seksualnością człowieka.
Mówi się wręcz, że przyjaźń jest ponad miłością, jest jej najwyższym wyrazem właśnie przez wspomniany na wstępie „związek jaźni” dwóch odrębnych osób, którego w miłości być nie musi i najczęściej niestety nie ma. Przyjaźń jest traktowana jak najwyższe stadium pozytywnie rozwijającej się miłości.
Powracając do wspomnianego bardzo trafnego w swej życiowej mądrości przysłowia, prawdziwego przyjaciela rzeczywiście poznaje się w biedzie. Rodzajem „biedy” są niewątpliwie przeżycia towarzyszące śmierci najbliższych, na przykład matki. Asystowanie matce w jej „procesie umierania”, który trwa często kilkadziesiąt godzin i jest przecież nieunikniony – jest niewątpliwie skrajnym doświadczeniem, jest ludzkim obowiązkiem opartym na miłości ale przez to wcale nie łatwym. Dorosły człowiek zdaje sobie już wówczas najczęściej sprawę z nieuchronności śmierci, ale i tak wzbudza to skrajne emocje, porusza do głębi, wybija z równowagi, zasmuca, całkowicie zmienia sposób widzenia otaczającej rzeczywistości, perspektywę jej postrzegania w zależności od stopnia rozwoju duchowego, religijnego. Słowem to ogromne przeżycie, szok, ”bieda” nawiązując do wspomnianego przysłowia; bieda po której przejściu, w powrocie do codzienności ogromną rolę może spełnić obecność kogoś bliskiego, przyjaciela, choćby tylko jako towarzystwa, jako słuchacza – który choćby tylko wysłucha, lub powie kilka słów pocieszenia, będzie świadkiem emocjonalnej reakcji na takie skrajne przeżycie, pomoże przez nie przejść, pogodzić się z nim i powrócić do życia, do zajęć, obowiązków. Oczywiście – to owego przyjaciela także bardzo obciąża, bo pomoc oznacza tu chwilowe przyjęcie na siebie części cudzego „ciężaru”, który trudno unieść samemu.
Takie wspólne przeżycie - zapewne pogłębia samą przyjaźń, bo pogłębia "związek jaźni".
Reakcja odrzucenia ze strony kogoś uważanego za przyjaciela, jego brak zgody na przyjęcie części ciężaru czy choćby na pełnienie roli słuchacza, pocieszyciela – także weryfikuje domniemaną przyjaźń negatywnie. Odtrącenie kogoś „w biedzie” na zasadzie - „... będzie mnie tu teraz „zatruwał” swoimi problemami i swoim bólem, smutkiem, żalem, wątpliwościami” – wydaje się bardzo egoistyczne, ale przede wszystkim - zaprzecza istnieniu rzeczywistej przyjaźni, dowodząc iż była ona jedynie pozorna, domniemana, fikcyjna, być może nieco interesowna.
W ten sposób właśnie w pełni potwierdza się prawdziwość wspomnianego, starego i mądrego przysłowia. Jedynym ale możliwym przecież wyjaśnieniem ratującym tę sytuację mogłoby być, gdyby nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności przyjaciel na którego liczymy w tym czasie sam był w podobnych lub jeszcze większych tarapatach psychicznych i autentycznie nie był zdolny unieść choć cząstki naszego "ciężaru". To jednak byłoby do wyjaśnienia w formie słownej i byłoby zapewne uznane za zrozumiałe a może nawet spowodowało wzajemną pomoc w formie natychmiastowego odwrócenia ról pomiędzy przyjaciółmi. Przecież podobieństwo odczuć, stanów psychicznych, problemów - zbliża a nie oddala. Bezwzględne odtrącenie – jest skrajnym egoizmem obnażającym fikcyjność dotychczasowej „przyjaźni”.
Nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z tym, choć jest to bardzo trudne. Szczególnie, gdy zachowanie naszego "przyjaciela" jest dla nas niezrozumiałe, gdy prawdopodobnie nigdy nie poznamy jego powodów o ile one w ogóle istnieją. Prawda, także o rzeczywistej wartości przyjaźni - jednak jest zawsze lepsza niż fałsz czy złudzenie, wiedza - lepsza niż wyobrażenia oparte na marzeniu, potrzebie czy projekcji własnego uczucia. Dziękujmy więc za tę "biedę" która przeciera nam oczy i ukazuje prawdę o ludziach których uważaliśmy niesłusznie za przyjaciół a którzy w rzeczywistości prawdopodobnie jedynie żerowali na tym naszym emocjonalnym złudzeniu...
Sądzę, że określenia tego typu zjawisk nie biorą się „z niczego” ani nie są tylko „zwyczajowe”. Zazwyczaj są niejako wręcz zakotwiczone w rzeczywistym sensie pojęcia. W tym przypadku najwyraźniej chodzi o coś „przy jaźni”, albo nawet konkretnie - co bardziej prawdopodobne - „jaźń przy jaźni”. Świadczyłoby to o wielkim znaczeniu tego pojęcia, gdyż jaźń to pojęcie dotyczące podstaw egzystencji, bardzo pojemne i częściowo tylko empiryczne.
Jak podaje „Wikipedia”:
„Jaźń obejmuje sobą całe istnienie psychiczne człowieka i tym samym jest z definicji czymś dużo bardziej obszernym od świadomej osobowości związanej z "ego". Zawiera bowiem obok niej również cień jednostki oraz nieświadomy aspekt kolektywny. Jest to jednak jakiś szczególny rodzaj zawierania, bo jak czytamy we fragmencie pracy Jolande Jacobi: "Jaźń stanowi centrum systemu psychicznego, obejmuje go i przenika siłą swego promieniowania, to nasz prawdziwy "punkt środkowy", [który] jest ośrodkiem napięcia między dwoma światami i ich siłami", tymi światami jest świat wewnętrzny i zewnętrzny, które zresztą w sensie ostatecznym i tak ona sama powołuje".To pojęcie w dużym stopniu filozoficzne, będące niegdyś w centrum zainteresowana takich badaczy jak Arystoteles czy Jung.
Przyjmijmy, że przyjaźń to „bliskość jaźni”, czyli jakaś szczególna łączność dwóch osób, jakieś „wielokanałowe” porozumienie czy zrozumienie, „wspólność” - na poziomie emocjonalnym, uczuciowym, duchowym i praktycznym (życiowym). Oczywiście - dotyczyłoby to definicji pojęcia, czyli sytuacji w praktyce życia raczej idealnej. W rzeczywistości przyjaźń bywa dużo bardziej przyziemna, bo jest rozumiana głównie jako antonim nieprzyjaźni, bardziej na zasadzie podziału na „swój” i „obcy”, w rozumieniu „bezpieczny” lub „niebezpieczny”. Często też w praktyce przyjaźń bywa ograniczona do sympatii, do umiejętności porozumienia się "tak w ogóle", jest potrzebna człowiekowi do kształtowania własnej pozytywnej samooceny; jeśli mam przyjaciół, jeśli mnie lubią i akceptują – to oznacza dla mnie, że widocznie nie jestem taki zły, głupi, egoistyczny – jak sam to czasami podejrzewam. Nie zapominajmy iż funkcjonuje w obiegu znane przysłowie: „Pokaż mi swoich przyjaciół a powiem ci – kim jesteś”. Chcemy być „kimś” często dość konkretnym, więc i chcemy mieć jakichś przyjaciół, odpowiednio do swoich wyobrażeń i swojej osobowości. Przeważnie jednak jest to w praktyce określenie "na wyrost".
Stare i funkcjonujące powszechnie przysłowie mówi, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
Nie jest trudno o ludzi ogłaszających się naszymi przyjaciółmi – gdy jesteśmy „na fali” czy jako kto woli - „na wozie” i można coś na tym skorzystać - dla siebie. Można na przykład poczuć się lepszym, dowartościować się, skorzystać z czyjegoś towarzystwa gdy tego wymaga obyczaj, uzyskać poradę w jakichś problemach, czy choćby - mieć zaufanego słuchacza, przed którym można przynajmniej nazwać swoje problemy, pozbywając się frustracji a zyskując jasność myślenia i obiektywizm. Człowiek w sposób naturalny potrzebuje drugiego człowieka, jego obecności i jest to cecha bardzo chyba atawistyczna, ale całkowicie zrozumiała, biorąc pod uwagę historię pojawienia się i rozwoju człowieka na Ziemi.
Przyjaciel „prawdziwy” - to właśnie przyjaciel zyskany lub sprawdzony przez naszą „biedę”, czyli przez jakieś trudne, czasem nawet dramatyczne okoliczności nas dotyczące, w których - on właśnie pozostał z nami, zamiast odsunąć się od nas dla ratowania własnego komfortu lub bezpieczeństwa. Nasza „bieda”, czyli czas w którym znajdziemy się „na dnie”, czy jak kto woli - „pod wozem” - jest niejako testem dla naszych przyjaciół, czynnikiem ich weryfikującym. Jest tak, gdyż pozostanie przy drugim człowieku w jego trudnych chwilach – ma najczęściej jakiś swój koszt, swoją czasem dość wysoką cenę - którą trzeba zapłacić w imię przyjaźni. Kto jest gotów go ponieść, dać coś „z ciebie”, poświęcić swój czas, narazić swój spokój i równowagę, odłożyć jakieś własne plany, zrezygnować tymczasowo z czegoś - na rzecz "bycia przy potrzebującym przyjacielu", choćby tylko towarzyszenia mu, choćby tylko wysłuchania go – przyjmując na siebie część jego ciężaru, jego problemu – ten zasługuje na miano „prawdziwego przyjaciela” a przez to na naszą miłość i szacunek.
Oczywiście brak podobnej gotowości – weryfikuje przyjaźń negatywnie.
Załóżmy, że jestem gotów dostosowywać swoje plany na każdy dzień do zapotrzebowania zaprzyjaźnionej osoby na moje towarzystwo, gdy oboje mamy podobny problem który nas zbliża. Jestem gotów - choć czasami z wielką chwilową przykrością - znosić i natychmiast wybaczać stawiane mi przez nią oczekiwania, najczęściej ograniczenia, jej zły nastrój, „burmuszenie się” - bo wiem, że to tylko reakcja na jakieś wydarzenia lub doświadczenia. Jestem gotów wybaczać wszelkie niefortunne wypowiedzi, dotykające mnie określenia, nietrafne zarzuty sprawiające chwilową przykrość, ale natychmiast zapominane w imię przyszłości przyjaźni. Jestem gotów poświęcić wiele czasu na przypomnienie sobie jakichś od dawna nie używanych umiejętności i wiedzy gdy jest to potrzebne dla służenia osobie zaprzyjaźnionej, spełnienia jakiegoś jej marzenia, planu lub zamiaru – mimo że to nie było moje marzenie, plan ani zamiar; mimo że to nieodwracalnie pochłonie część mojego, danego mi w nieznanej, ale z pewnością ograniczonej i zamkniętej ilości – czasu. Czy to przyjaźń? To bardziej "otwarcie na przyjaźń" która w rzeczywistości jest czymś ograniczona.
Przyjaźń objawia się w pełni i w tym, że jesteśmy jakby "otwarci" na kogoś innego; jest on dla nas "kimś" czyli nie jest "nikim". Nie tylko dostrzegamy jego trudności bo to wynika z poziomu znajomości nie związanego z przyjaźnią, ale zgodnie z naszym pozytywnym stosunkiem do osoby przyjaciela jesteśmy gotowi w sposób naturalny pomóc mu w jego trudnościach życia codziennego, dla przykładu - zwrócić uwagę na jego niedbały czy "przypadkowy" sposób ubierania się, zaproponować mu odmianę mając na względzie jego dobro, podpowiedzieć mu coś konstruktywnego w sprawie organizacji życia codziennego gdy to może jemu pomóc np. wykorzystać czas... po prostu pozytywna choć pełna szacunku dla indywidualności relacja z inną osobą opiera się na tym, że nie jest to osoba nam całkowicie obojętna, a jeśli jest - o przyjaźni nie ma mowy...
Gdy pojawia się ze strony zaprzyjaźnionej osoby płci odmiennej niespodziewany zarzut „seksizmu”, wręcz jakiegoś braku opanowania reakcji czy popędów seksualnych, "obleśnego" czy nieobyczajnego zachowania, braku kultury (zarzut niespodziewany bo absolutnie bezpodstawny)– jest to już trudniejsze do wybaczenia i zapomnienia, bo to nieznośnie dotyka samej istoty „męskości” a nawet istoty i podstaw kultury osobistej - wyrażającej się w rozumieniu „prawdziwego” mężczyzny - w opanowaniu, w „panowaniu nad sobą”. To dużo więcej niż zarzut „braku kultury” tak w ogóle. Może tu także istnieć kwestia niezrozumianej odmienności nastawienia, gdyż uczucia w sposób naturalny w jakiejś mierze towarzyszą przyjaźni, w tym także i te z dziedziny uczuciowości erotyki. Towarzyszą lub nie, w każdym razie – mogą towarzyszyć, w czym trudno by się było dopatrywać czegoś niezwykłego, nienaturalnego i dziwnego, obcego człowiekowi. Ostatecznie przecież seksualność oraz potrzeba związku uczuciowego także jest naturalna, atawistyczna, niezwykle silna u człowieka jako gatunku i to ona warunkowała tak szybki jak na skalę czasową istnienia Ziemi jako planety – rozwój. Bo przyjaźń, pomijając wyżej opisane funkcje, także jest niewątpliwie rodzajem związku uczuciowego; być może nawet bardziej niż miłość, choć miłość ma najczęściej zdecydowanie więcej zwyczajowo wspólnego z seksualnością człowieka.
Mówi się wręcz, że przyjaźń jest ponad miłością, jest jej najwyższym wyrazem właśnie przez wspomniany na wstępie „związek jaźni” dwóch odrębnych osób, którego w miłości być nie musi i najczęściej niestety nie ma. Przyjaźń jest traktowana jak najwyższe stadium pozytywnie rozwijającej się miłości.
Powracając do wspomnianego bardzo trafnego w swej życiowej mądrości przysłowia, prawdziwego przyjaciela rzeczywiście poznaje się w biedzie. Rodzajem „biedy” są niewątpliwie przeżycia towarzyszące śmierci najbliższych, na przykład matki. Asystowanie matce w jej „procesie umierania”, który trwa często kilkadziesiąt godzin i jest przecież nieunikniony – jest niewątpliwie skrajnym doświadczeniem, jest ludzkim obowiązkiem opartym na miłości ale przez to wcale nie łatwym. Dorosły człowiek zdaje sobie już wówczas najczęściej sprawę z nieuchronności śmierci, ale i tak wzbudza to skrajne emocje, porusza do głębi, wybija z równowagi, zasmuca, całkowicie zmienia sposób widzenia otaczającej rzeczywistości, perspektywę jej postrzegania w zależności od stopnia rozwoju duchowego, religijnego. Słowem to ogromne przeżycie, szok, ”bieda” nawiązując do wspomnianego przysłowia; bieda po której przejściu, w powrocie do codzienności ogromną rolę może spełnić obecność kogoś bliskiego, przyjaciela, choćby tylko jako towarzystwa, jako słuchacza – który choćby tylko wysłucha, lub powie kilka słów pocieszenia, będzie świadkiem emocjonalnej reakcji na takie skrajne przeżycie, pomoże przez nie przejść, pogodzić się z nim i powrócić do życia, do zajęć, obowiązków. Oczywiście – to owego przyjaciela także bardzo obciąża, bo pomoc oznacza tu chwilowe przyjęcie na siebie części cudzego „ciężaru”, który trudno unieść samemu.
Takie wspólne przeżycie - zapewne pogłębia samą przyjaźń, bo pogłębia "związek jaźni".
Reakcja odrzucenia ze strony kogoś uważanego za przyjaciela, jego brak zgody na przyjęcie części ciężaru czy choćby na pełnienie roli słuchacza, pocieszyciela – także weryfikuje domniemaną przyjaźń negatywnie. Odtrącenie kogoś „w biedzie” na zasadzie - „... będzie mnie tu teraz „zatruwał” swoimi problemami i swoim bólem, smutkiem, żalem, wątpliwościami” – wydaje się bardzo egoistyczne, ale przede wszystkim - zaprzecza istnieniu rzeczywistej przyjaźni, dowodząc iż była ona jedynie pozorna, domniemana, fikcyjna, być może nieco interesowna.
W ten sposób właśnie w pełni potwierdza się prawdziwość wspomnianego, starego i mądrego przysłowia. Jedynym ale możliwym przecież wyjaśnieniem ratującym tę sytuację mogłoby być, gdyby nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności przyjaciel na którego liczymy w tym czasie sam był w podobnych lub jeszcze większych tarapatach psychicznych i autentycznie nie był zdolny unieść choć cząstki naszego "ciężaru". To jednak byłoby do wyjaśnienia w formie słownej i byłoby zapewne uznane za zrozumiałe a może nawet spowodowało wzajemną pomoc w formie natychmiastowego odwrócenia ról pomiędzy przyjaciółmi. Przecież podobieństwo odczuć, stanów psychicznych, problemów - zbliża a nie oddala. Bezwzględne odtrącenie – jest skrajnym egoizmem obnażającym fikcyjność dotychczasowej „przyjaźni”.
Nie pozostaje nic innego, jak pogodzić się z tym, choć jest to bardzo trudne. Szczególnie, gdy zachowanie naszego "przyjaciela" jest dla nas niezrozumiałe, gdy prawdopodobnie nigdy nie poznamy jego powodów o ile one w ogóle istnieją. Prawda, także o rzeczywistej wartości przyjaźni - jednak jest zawsze lepsza niż fałsz czy złudzenie, wiedza - lepsza niż wyobrażenia oparte na marzeniu, potrzebie czy projekcji własnego uczucia. Dziękujmy więc za tę "biedę" która przeciera nam oczy i ukazuje prawdę o ludziach których uważaliśmy niesłusznie za przyjaciół a którzy w rzeczywistości prawdopodobnie jedynie żerowali na tym naszym emocjonalnym złudzeniu...
Labels:
egoizm,
jaźń,
miłość,
przyjaźń,
przysłowia,
śmierć,
współczucie,
zawód
Subskrybuj:
Posty (Atom)
