MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kapitalizm. Pokaż wszystkie posty

09/08/2014

Niezbędność idei politycznej; jest ona warunkiem istnienia państwa.

Trzeba powrócić do sprawy tak zwanych założeń podstawowych. Założeń ideowych państwa.

Nie jest trudno dziś być w opozycji do polityków Platformy Obywatelskiej, gdy partia ta spada właśnie na przysłowiowy pysk z piedestału, na który sama się wywindowała, popychana przez bezideowych klakierów, gdy traci poparcie już w stopniu wyrażanym liczbą dwucyfrową – w stosunku do poparcia aktualnej opozycji. Jakaś ideologia jest niezbędna a najbardziej – to ta „właściwa” ideologia. Właściwa jest ideologia odnosząca się także do sprawy losu „zwyczajnych” ludzi i roli w tym państwa. O tym trzeba mówić, trzeba do tego ciągle wracać i przypominać przynajmniej istnienie takiego problemu. 

To dziś niestety bardziej budzi niepokój niż cieszy; cieszy za to przynajmniej sama perspektywa zmiany; jakiejkolwiek zmiany byle wyjść z zastoju, z sitwy, z bezduszności i z milczenia, co najwyżej zastępowanego kłamliwym bełkotem polityków i kłamliwym potakiwaniem dziennikarzy.
Musi się coś zmienić, choćby początkowo nawet i na gorsze; nie może już być tak, jak jest… a Platforma Obywatelska z pewnością już nie zmieni się, co najwyżej będzie próbowała znów oszukać wszystkich pozorami zmian, hasełkami medialnymi, przefarbowaniem rudego na szatyna a siwego (Jarosława Kaczyńskiego) – na szatana…
Nie pora jednak na takie zabawy, na dowcipy, bale kostiumowe i mordobicie na Wiejskiej, jakby tam była wiejska karczma a nie Sejm Najjaśniejszej Rzeczypospolitej…

Być może rzeczywiście w pewnym momencie historycznym pojęcie „ideologii” kojarzone mogło być jedynie i konkretnie z ideologią PZPR czy ideologią partii proletariackiej (robotniczej) w ogóle, władzy ludowej, komunistycznej itp, stąd pomysł jego późniejszego odrzucenia wraz z wszystkim co PRL-owskie. Ideologiczne – znaczyło złe. To oczywiście prostacka próba pójścia „na łatwiznę” przez ówczesnych „polityków z właściwym rodowodem S”. Ale można próbować wytłumaczyć wspomniane zjawisko tym właśnie powiązaniem myślowym, kalką „PZPR – ideologia” czy „komunizm – ideologia”.
Tak zwany kapitalizm jednak także ma u podstaw określoną ideologię.

Pojęcie ideologii ma znaczenie ogólne. To po prostu pewien określony zespół założeń początkowych, schemat, plan ogólny, zespół definicji, lista priorytetów – zespół poglądów posługujący się wartościowaniem zjawisk przy ich ocenie. Pisząc „wartościowanie zjawisk” mam na myśli to, że obserwowane lub nawet jedynie teoretycznie przewidywane zjawiska są oceniane, jako dobre lub złe (przydatne, korzystne, moralne – lub nie) według konkretnej „miary” jaką jest właśnie zespół wstępnie przyjętych poglądów czy norm zwanych ideologią. Ideologię można też szczególnie powiązać ze sposobem wartościowania zadań czy celów, to znaczy – co uznajemy za bezwzględnie społecznie konieczne, co za dopuszczalne a co za niedopuszczalne, niekorzystne, negatywne. Co jest społecznie ważniejsze a co mniej, co ma pierwszeństwo realizacji i finansowania a co jest ustawione w dalszej kolejności lub nawet wykluczone z punktu widzenia katalogu zadań państwa.
Platforma Obywatelska została stworzona właśnie jako organizacja planowo nie-ideologiczna (bo mam poważne wątpliwości, czy można tu użyć określenia „partia” w sensie klasycznym, które już samo w sobie ma skojarzenie z jakąś ideologią). Może anty-ideologiczna, choć to sugerowałoby niesłusznie jakieś przeciwstawienie. Poniekąd – Prawo i Sprawiedliwość niewątpliwie stara się opierać na konkretnych założeniach podstawowych, w związku z czym ma co najmniej od trzech kadencji Sejmu obszerny i jawny program polityczny w formie pisanej i powszechnie dostępnej, więc można by tu dostrzec jakieś przeciwstawienie, gdyż PO ujawniała tylko szczątkowe informacje o ewentualnych zamiarach a jedynym „programem” była i jest ulotna i ogólnikowa „gadanina” Donalda Tuska np. w formie „expose”, czyli wystąpień już po wyborach ("gadka-szmatka").

Mamy tu więc nowe i zadziwiające zjawisko głosowania na partię „w ciemno”; na partię która nie ogłasza dokładnie swoich zamiarów, stanowisk w poszczególnych kluczowych kwestiach, jedynym jasnym przesłaniem jest „ciepła woda w kranach” obiecana „wiernym i biernym” oraz zaślepiona i zaślepiająca nienawiść do opozycji, doprowadzająca nawet do aktów zbrodni, morderstwa na tle politycznym, deklaracji Ministra Spraw Zagranicznych dotyczących potrzeby „dorżnięcia tej (PIS)watahy” polityków opozycyjnych. To oczywiście nie jest jakaś „nowa ideologia” a raczej próby zapełnienia pustki z braku ideologii. Powstanie takiej „partii wodzowskiej” było oczywistym zamachem na istotę państwa i demokracji, w dodatku wymusiło niejako dostosowanie struktury i funkcjonowania innych partii do tego modelu.
Jak PO wygrywała wybory? Wyborcy niestety zostali odzwyczajeni od analizy programu partii i porównywania go ze swoim własnym interesem. Przyzwyczajono ludzi do modelu partii „wodzowskich” personifikowanych przez osoby przywódców. Głosowano - "na Tuska" a zwyciężała - PO. Programy polityczne zastąpiła wzajemna pyskówa liderów, wspomagana przez „przydupnych” giermków i szczekaczy. Walkę na argumenty w imię utożsamienia się z interesem jakiejś grupy wyborców, zastąpiło ogólne „naparzanie się maczugami”, złośliwości, cyrk z „Sabą” lub piciem „małpek” przed kamerami… happeningi, oryginalne autorskie demonstracje ofert sklepów erotycznych, nieustający spektakl teatralny wzajemnego obrażania się i ostentacyjnego przepraszania lub ostentacyjnej odmowy itp; I oczywiście „straszenie” opozycją, do czego wspaniałe preteksty ta opozycja umiała stwarzać niekompetencją i brakiem doświadczenia swoich funkcjonariuszy.

To chyba właśnie „głosowanie w ciemno”, czyli na partię „naszych”, mimo iż nie wiadomo co mającą zamiar robić – dało pretekst do ukucia porównania głosujących z lemingami, na podstawie znanego mitu o zachowaniu tych zwierzątek.
PO miała być pragmatyczną partią, a więc opierać się na osiągnięciach nauki, np. ekonomii – jako nauki, bez ich politycznego wartościowania. Miała rezygnować z planowania i koordynacji, zwłaszcza planowania długofalowego, odżegnywała się od wszelkich „wizji” założeń wstępnych rozwoju, czy zmian. „Kto ma wizje – niech się pospiesznie uda do psychiatry” – mówił „naczelny buc” PO, jako poseł delegowany do chamstwa, „obszczekujący jak kundel” wszystkie poczynania opozycji, bredzący o szczawiu i mirabelkach.
Tak też jest postrzegany ten Rząd, jako bezideowy, bezplanowy, pozbawiony wizji celu, do którego dąży; prowadzący przez to działania cząstkowe i nieskoordynowane; opanowany przez dorobkiewiczów, cyników, korzystających ze zbyt szerokiej swobody działania poszczególnych ministrów i ich resortów, bardzo słabo się ze sobą komunikujących. Rząd improwizacji, bałaganu, łatania dziur, niewidzialnej (dla prokuratury) ręki i cudu samoregulacji.
Tyle, że ekonomia jest z natury nauką polityczną, to znaczy opiera się na naukowych (matematycznych) zasadach, ale też ten naukowy aparat jest stosowany do realizacji tego, co najpierw zostało przyjęte za założenia wstępne, założenia natury politycznej.

Można to chyba dość dobrze porównać do biura projektowego, które ma pierwotną wizję architekta przekształcić w plany realizacji technicznej tej wizji, stosując do tego cały dostępny aparat naukowy, techniczny, informatyczny itp. Najpierw jest wizja – odpowiadająca założeniu ideologicznemu a po niej cały proces realizacji projektu odpowiadający organizacji i regulacji państwa. Narzędzia, jakie daje nauka – nie są wizją (założeniem, planem) i jej nie są w stanie zastąpić.
To dziwne, skąd taki pomysł twórców PO; można zastanawiać się poważnie, czy jest to pomysł „w dobrej wierze” czy może maskowane działania nie nastawione na służenie nikomu prócz sobie. Rząd nie miał, nie opracowywał i nie ujawniał programu, planu długofalowego, dotyczącego co najmniej jednej kadencji. Oczywiście współgrały z tym pewne założenia „liberalne” wyczytane przez Tuska i Bieleckiego w programowych pracach „klasyków”; świadome powstrzymanie się od kierowania gospodarką, przekazanie wszelkiej inicjatywy samym przedsiębiorcom, ograniczenie się państwa do obserwowania, „co zrobią przedsiębiorcy”, „jak zareaguje gospodarka” itp.

Trzeb tu jednak uwzględnić także fakt wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Niewątpliwie bardzo zmieniało to warunki funkcjonowania państwa na szczeblu narodowym. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że opisane wyżej zjawiska mogły być próbą przygotowania polityków do funkcjonowania w zupełnie innym świecie, w którym wszelkie działania mają znaczenie ponadnarodowe i w gremiach ponadnarodowych muszą być uzgadniane, ustalane, wypracowywane czy wymuszane. Plan założycielski czy ideologia państwa musiała niejako zostać poddana planowi i ideologii Unii w jej działaniu wspólnotowym. Stąd – bezideowy charakter władzy mógł być po prostu wymuszony procesem wstępowania Polski do Unii Europejskiej. Tworzenie wspólnoty – to automatyczna rezygnacja z części samorządności, niepodległości.
Jeśli tak, to interesująco i niepokojąco wyglądają perspektywy zwycięstwa wyborczego partii opozycyjnej, która opiera się na modelu podstawowego założenia ideologicznego państwa i dokładnego programu realizacji tego modelu na szczeblu narodowym, bez odniesienia do Unii, jako wspólnoty. Trudno sobie wyobrazić realizację takiego programu bez zasadniczych konfliktów ze wspólnotą europejską, chyba, że program polityczny partii ubiegającej się o zwycięstwo wyborcze będzie stale uaktualniany z uwzględnieniem wszelkich ograniczeń wynikających z ponadnarodowego charakteru wspólnoty, ograniczającego zasadniczo kompetencje władzy narodowej w wielu zasadniczych sprawach. Wynika z tego zasadnicze pytanie o suwerenność państw Unii w wyborze drogi politycznej określanej założeniami wstępnymi uzyskującymi poparcie społeczeństwa, czyli wyborców.

W wyniku wyborów może się zasadniczo zmienić profil polityczny ekipy obejmującej władzę w państwie członkowskim Unii a co za tym idzie i w zasadzie wszystko, co nie stanowi zobowiązania państwa leżącego u podstaw członkostwa we wspólnocie. W tym sensie państwa Unii chyba nie są tak całkowicie pozbawione suwerenności na rzecz Unii, gdyż zmiana taka – jasno wynikająca z aktu wyborczego – nie byłaby możliwa a możliwa być musi.
Pod tym względem najbliższe wybory parlamentarne będą bardzo ciekawym doświadczeniem. Jednocześnie mamy chyba ostatni moment na próby wpłynięcia na treść programu partii posiadającej dziś znaczną przewagę poparcia społecznego nad konkurencją polityczną, predestynowanej do zwycięstwa i objęcia władzy.

Niezbędność idei politycznej jako podstawowego założenia konstrukcyjnego państwa nie przesądza oczywiście o tym, jaka to miałaby być idea a tu z kolei mamy do czynienia z interesującym zjawiskiem; z jednej strony jest to domeną absolutnej wolności, gdyż rzeczywistość polityczna jest zawsze przecież pewną mieszaniną nurtów politycznych będących „materiałem konstrukcyjnym” państwa w różnych proporcjach i kombinacjach (no może poza skrajnymi przypadkami totalitaryzmu), z drugiej strony mamy do czynienia z „utwardzaniem” podziałów poprzez ich przejaskrawianie i skrajnym szufladkowaniem, świadomą redukcją wolności pod tym względem, dążeniem do jaskrawych podziałów i przeciwstawień zredukowanych do kilku możliwości wybranych z mnogości i na dodatek nigdy kompletnie nie odpowiadających rzeczywistości.

22/05/2014

Pilne zadanie ludzkości; nowa ekonomia humanistyczna.

Zasadniczym problemem świata staje się problem drastycznego zmniejszania się popytu na pracę ludzką. Właśnie nie na pracę „w ogóle” a na pracę ludzką.

Problem narasta stopniowo od dawna, zwłaszcza od początku wielkiej rewolucji naukowo-technicznej zapoczątkowanej wielkimi wynalazkami technicznymi i naukowymi szybko ingerującymi w realne rozwiązania techniczne. Rozwój techniki stał się narzędziem mechanizacji i automatyzacji produkcji a co za tym idzie – zastępowania pracy ludzi – pracą maszyn. W ten sposób ubywało miejsc pracy bez żadnych ograniczeń produkcji a więc i bez strat inwestorów i przedsiębiorców tę produkcję organizujących. Nie tylko bez strat, ale i nawet z większym zyskiem finansowym, gdyż linie produkcyjne odpowiednio wyposażone dawały większą wydajność niż wyższe zatrudnienie przy wcześniejszej produkcji typu manufakturowego.

Ogromne przyspieszenie rozwoju naukowego i wynalazków znajdujących szybko swoje zastosowania w praktyce gospodarczej, w szeroko rozumianej technice spowodowało iż praktycznie produkcja w wielu dziedzinach techniki może odbywać się przy udziale niewielkiej liczby pracowników, bardziej zaangażowanych w programowanie, nadzorowanie i serwisowanie automatycznych linii produkcyjnych, niż w samą produkcję. Wszystko to staje się przyczyną narastania światowego napięcia w relacjach pomiędzy pracodawcami a pracownikami i ich reprezentacjami. Powstające w ten sposób bezrobocie rozumiane jako brak popytu na pracę ludzką powoduje protesty organizujących się pracowników tworzących związki zawodowe i ich porozumienia, grupujące nieraz bardzo wiele członków spośród pracowników aktywnych i zagrożonych utratą zatrudnienia. Powtarzają się cyklicznie protesty, z bardzo burzliwym nieraz przebiegiem, związane ze starciami z siłami porządkowymi starającymi się zapobiec im siłą – tłumacząc to „dobrem społecznym” i ochroną porządku publicznego oraz mienia. Protestujący pracownicy także powołują się na „dobro społeczne”.

Podstawą problemu – który niewątpliwie jest problemem społecznym – jest powszechna ekwiwalentność pracy i pieniądza. Każdy człowiek, by zaspokoić swoje potrzeby życiowe musi posiadać pieniądze. Źródłem tych pieniędzy jest zapłata za jego pracę; Człowiek sprzedaje swoją pracę a więc tym samym sprzedaje jakby „część siebie”, część swojego ograniczonego czasu czyli swojego życia oraz zdrowia i za to otrzymuje zapłatę, którą przeznacza na zaspokojenie swoich potrzeb – w których nie jest samowystarczalny. Zaspokajając swoje potrzeby korzysta z wyników pracy innych ludzi, którym płaci tymi właśnie przez siebie zarobionymi pieniędzmi, czyli korzysta z ich pracy a staje się dla nich źródłem ich dochodu potrzebnego im do zaspokojenia ich potrzeb. Człowiek nieustannie sprzedaje swoją pracę i kupuje pracę innych, dlatego zasada ekwiwalentności pracy i pieniądza jest powszechna i jest podstawą ekonomii. Oczywiście przedstawiam to w uproszczonym, wycinkowym stopniu przybliżenia, gdyż chodzi właśnie o ukazanie zasady ogólnej a nie szczegółów które by tu jedynie zaciemniały ten ogólny obraz.

Brak zapotrzebowania na pracę ludzką zaburza drastycznie ten mechanizm współzależności. Powoduje on narastające bezrobocie, czyli narastający brak popytu na pracę ludzką na rynku pracy. Ludzie nie mają jak zdobyć środków na zaspokojenie swoich potrzeb, gdyż nikt nie chce zapłacić za ich pracę, bo staje się ona niepotrzebna. W efekcie nie są oni zdolni kupować usług i efektów pracy innych ludzi, bo nie mają na to środków pieniężnych i to staje się powodem następczego narastania bezrobocia oraz problemów społecznych. Przedsiębiorca i inwestor który zainwestował swoje zasoby w automatyzację produkcji by zwiększyć jej wydajność a zmniejszyć koszty – między innymi poprzez zmniejszenie kosztów zatrudniania poprzez zastępowanie ludzi – maszynami czy robotami przemysłowymi – z jednej strony z łatwością osiąga swój cel doraźny, ale jednocześnie zwiększa liczbę tych, którzy w żadnym wypadku nie zakupią jego produktów, właśnie z powodu braku środków wywołanego brakiem zapotrzebowania na ich pracę, braku - który między innymi i on właśnie wywołał. Nie wystarczy przecież produkcja dla produkcji, gdy wyroby stoją w magazynach fabrycznych. Produkcja ma wartość dopiero po jej sprzedaniu. Rośnie produkcja ale przez to maleje potencjalny zbyt (zapotrzebowanie), co grozi załamaniem sprzedaży i plajtą. Oczywiście to schemat i uproszczenie, chodzi mi jedynie o ukazanie zależności. Mechanizmy te nie działają szybko i równomiernie dlatego w praktyce trudniej je zauważyć, jest to rozłożone w czasie.

Generalnie jednak wiadomo, że problem ten będzie narastał i ujawniał się z coraz większym nasileniem. Sytuacja taka w konsekwencji „budzi demony” rewolucji robotniczej, zasila ideologie nacjonalistyczne i sprzyja wszelkim radykalnym ruchom obiecującym przywrócenie „sprawiedliwości i równości”, co zazwyczaj kończy się jeszcze większą niesprawiedliwością i nierównością oraz wielkimi ofiarami ludzkimi i materialnymi.
Cóż więc można na to poradzić.

Należałoby raczej zapytać czy w ogóle można.

Wypada zauważyć, że siłą napędową procesu likwidacji miejsc pracy jest w tej początkowej fazie ludzka chciwość, zachłanność, żądza władzy i nieograniczonego bogactwa; to chyba popycha prywatnych przedsiębiorców nie tylko do wyzysku, łamania prawa pracy, oszustw podatkowych i ubezpieczeniowych, ale i do wdrażania nowych rozwiązań technicznych i automatyzacji (robotyzacji), by eliminować „czynnik ludzki”, czyli pracownika najemnego z jego potrzebami i prawami.

Obawiam się, że prywatnemu inwestorowi i przedsiębiorcy nie da się nic „nakazać” ani narzucić mu obowiązku zatrudniania. Można próbować wpłynąć na opłacalność zatrudniania takimi metodami, jak to zrobiono w ustawie o PFRON, ale to są rozwiązania możliwe do zaakceptowania jedynie w tak szczególnym przypadku w jakich je zastosowano a nie powszechnie.
Nadzieja w tym, że nie wszystko jeszcze da się produkować przemysłowo i wielkoseryjnie, poza tym jest dość obszerna sfera usług między innymi naprawczych.

Czynnikiem który jest powołany dla złagodzenia wspomnianej rozbieżności interesu doraźnego przedsiębiorcy i pracownika – jest państwo. To państwo ma stwarzać „otoczenie prawne” w którym prowadzona jest działalność gospodarcza, w tym i wielki przemysł produkcyjny i to właśnie ono ma łagodzić wspomniany konflikt. Państwo ma przy tym planować działania tak, by uwzględnić interes społeczny i skutek społeczny a nie tylko interes finansowy i gospodarczy biznesu. By tak było, państwo musi być niezależne od sfer biznesu i wielkich finansów prywatnych; musi być w równym stopniu przyjazne biznesowi jak i społeczeństwu, w szczególności jego części uzależnionej materialnie od dochodów z pracy najemnej. Państwo ma łagodzić naturalną rozbieżność interesów w tej sprawie.

Generalnie – można sobie wyobrazić dwie tendencje: sztuczne utrzymywanie potrzebnej liczby miejsc pracy, na przykład kosztem hamowania postępu technicznego nie wpływającego na jakość a wyłącznie na ilość.
Druga możliwa przynajmniej teoretycznie tendencja – to zaspokajanie podstawowych potrzeb materialnych osób pozbawionych zatrudnienia przez środki z funduszy publicznych. W tym wypadku państwo nie ingerowałoby w politykę zatrudnieniową przedsiębiorstw a jedynie zbierało od nich takie środki, by utrzymać na podstawowym poziomie osoby których przedsiębiorcy pozbawili zatrudnienia, wykorzystując do tego środki pobrane od przedsiębiorców czy to w formie podatku czy celowej składki na ten cel. Prowadzi to do destrukcji.
Trzecia ewentualność – to jest to co w wydaniu koalicji Platformy Obywatelskiej widzimy obecnie a co jest już coraz powszechniej dostrzegane i ganione: „romans z dwoma jednocześnie”, czyli udawanie walki z bezrobociem, udawanie pomocy społecznej, udawanie wolności gospodarczej i udawanie rynku pracy – a jednocześnie obok tego dyskretne gromadzenie własnych osobistych i całkiem nie udawanych majątków.

Teoretycznie można sobie na skalę globalną wyobrazić i inne „rozwiązania”; na przykład – pozostawienie ludzi pozbawionych pracy na pastwę losu i udawanie że oni nie istnieją – co napędzi z pewnością rozwój świata kryminalnego, organizacji przestępczych i wszelkiej nędzy ludzkiej, organizacji terrorystycznych i rewolucyjnych itp. – co już obserwujemy globalnie, albo też zlikwidowanie bezrobocia poprzez zlikwidowanie całej „bezużytecznej” nadwyżki populacji ludzkiej, tak by pozostałym żyło się długo i przyjemnie (depopulacja). A to można osiągnąć poprzez wywołanie ograniczonej wojny nastawionej głównie na „straty ludzkie” a nie na straty materialne, poprzez użycie broni biologicznej, chemicznej lub neutronowej. Są tacy którzy twierdzą, jakoby to właśnie już się zaczęło… pod postacią rzekomego „planu globalnej depopulacji”.
Jedno jest pewne: przed ludzkością stoi wielki problem do rozwiązania: problem ekwiwalentności pracy i pieniądza.
Nauka, w szczególności ekonomia jako nauka społeczna powinny pilnie szukać tu rozwiązania, zanim nie jest jeszcze zbyt późno…

30/12/2013

Co mówi Papież Franciszek – o pracy i bezrobociu.

Papież Franciszek dobrze zna rzeczywiste znaczenie pojęcia „bezrobocie”; jego wypowiedzi są więc autorytatywne nie z powodu funkcji jaką pełni w kościele rzymsko-katolickim a z powodu osobistego doświadczenia i rozeznania.
Z pewnością też nie wypowiadał żadnych idiotyzmów na temat rzekomego „dobrowolnego bezrobocia”, podobnie jak i nic na ten temat nie pisał w swoich listach apostolskich Apostoł Jezusa – Paweł. Określenie to jest czyimś prywatnym wymysłem, durną zbitką słów pozostających w całkowitej sprzeczności; jeśli już „bezrobocie” to z samego znaczenia tego słowa – nie dobrowolne!
Zamiast więc zastanawiać się nad takim idiotyzmem i doszukiwać się w nim znaczenia którego tam nie ma, przytoczmy kilka – przypadkowych, oderwanych od towarzyszącym im okoliczności wypowiedzi Papieża na temat pracy, bezrobocia i godności ludzkiej. 

Na marginesie dodam, że w pełni zgadzam się z nimi. Jeśli miałbym mieć jakiekolwiek zastrzeżenia, to jedynie takie, iż słowa te są zbyt słabe i zbyt ciche.

Ale przecież nie tylko Papież; za jego przykładem w kościele krzyczeć powinni codziennie wszyscy księża, biskupi i kardynałowie; krzyczeć o krzywdzie, o wyzysku, o upodleniu, o nieludzkim państwie i nieludzkiej władzy pozbawiającej ludzi nie tylko życia, ale i godności.
Dlaczego tego nie robią…?

Papież mówi:

… „Dzisiaj musimy powiedzieć „nie” dla ekonomii wykluczenia i nierówności społecznej! Ta ekonomia zabija! Nie może tak być, że nie staje się wiadomością dnia fakt, iż z wyziębienia umiera człowiek zmuszony, by żyć na ulicy, natomiast staje się nią spadek na giełdzie o dwa punkty. To jest wykluczenie. Nie można dłużej tolerować faktu, że wyrzuca się masowo żywność, podczas gdy są ludzie cierpiący głód. To jest nierówność społeczna. Dzisiaj wszystko poddane jest prawom rywalizacji i prawu silniejszego, gdzie możny pożera słabszego. W następstwie tej sytuacji wielkie masy ludności są wykluczone i marginalizowane: bez pracy, bez perspektyw, bez dróg wyjścia. Samego człowieka uważa się za dobro konsumpcyjne, które można użyć, a potem wyrzucić. Daliśmy początek kulturze odrzucenia, którą wręcz się promuje. Nie chodzi już tylko o zjawisko wyzysku i ucisku, ale o coś nowego: przez wykluczenie zraniona jest w samej swej istocie przynależność do społeczeństwa, w którym człowiek żyje, ponieważ nie jesteśmy w nim nawet na samym dole, na peryferiach czy pozbawieni władzy, ale poza nim. Wykluczeni nie są wyzyskiwani, ale są odrzuceni, są „niepotrzebnymi resztkami”.
… „Nie można określić jako sprawiedliwe takie społeczeństwo, które nie daje wszystkim pracy lub wyzyskuje pracujących”.
… „Wszystkich, którzy odpowiadają za politykę proszę, aby nie zapominali o dwóch rzeczach: godności ludzkiej i dobru wspólnym”.
… „Praca daje nam godność! Ten, kto pracuje, ma szczególną godność, godność osoby: mężczyzna i kobieta pracujący są ludźmi posiadającymi godność. Natomiast ci, którzy nie pracują, pozbawiani są tej godności. Jest jednak tak wiele osób, które chcą pracować, a nie mogą! Obciąża to nasze sumienie, bo kiedy społeczeństwo jest zorganizowane w taki sposób, że nie każdy ma możliwość pracy, żeby być namaszczonymi godnością pracy, to takie społeczeństwo nie funkcjonuje dobrze: nie jest sprawiedliwe! Sprzeciwia się samemu Bogu, który chciał, aby nasza godność od tego się zaczynała”.
… „Jeśli nie płaci się tego, co się należy, jeśli nie daje się pracy, bo patrzy się jedynie na zyski przedsiębiorstwa, na to ile można samemu skorzystać – to działania przeciw Bogu! Ileż razy czytaliśmy o tym na łamach „L’Osservatore Romano” …. Tytuł, który zrobił na mnie wielkie wrażenie w dniu tragedii w Bangladeszu, «Przeżyć za 38 euro miesięcznie» – taka była płaca ludzi, którzy zginęli w owej fabryce. To się nazywa „praca niewolnicza”. Jest dziś w świecie owo niewolnictwo, które czyni się z tego, co jest najpiękniejszym darem Boga dla człowieka: zdolności do tworzenia, do pracy, do kreowania w ten sposób swojej godności. Jak wielu braci i sióstr na całym świecie jest w tej sytuacji, z powodu takich postaw gospodarczych, społecznych, politycznych … „. 
… „Przypomina to nam o godności i znaczeniu pracy. Księga Rodzaju mówi, że Bóg stworzył mężczyznę i kobietę powierzając im zadanie napełnienia ziemi i czynienia jej sobie poddaną. Nie oznacza to jej rabunkowej eksploatacji, ale pielęgnowanie i strzeżenie jej, dbanie o nią swoją własną pracą (por. Rdz 1, 28; 2, 15). Praca jest częścią planu miłości Boga. Jesteśmy powołani do pielęgnowania i strzeżenia wszystkich dóbr stworzenia i w ten sposób uczestniczymy w dziele stworzenia! Praca jest kluczowym elementem godności osoby. By posłużyć się obrazem, praca „namaszcza” nas godnością, napełnia nas godnością; czyni nas podobnymi do Boga, który pracował i pracuje, nieustannie działa (por. J 5,17). Pozwala ona utrzymać siebie, swoją rodzinę, przyczynić się do rozwoju naszej ojczyzny. W tym momencie myślę o trudnościach, na jakie napotyka dziś w różnych krajach świat pracy i przedsiębiorczości. Myślę o ludziach nie tylko młodych, pozbawionych pracy, bardzo często z powodu pewnej ekonomiczno-materialistycznej koncepcji społeczeństwa, dążącej do egoistycznego zysku, poza kryteriami sprawiedliwości społecznej. Pragnę skierować do wszystkich apel o solidarność, a do osób odpowiedzialnych za sprawy publiczne zachętę, by podjęli wszelkie możliwe wysiłki na rzecz pobudzenia na nowo zatrudnienia. Oznacza to troskę o godność osoby. Nade wszystko jednak chciałbym powiedzieć, by nie tracić nadziei. Także św. Józef miał trudne chwile, ale nigdy nie stracił ufności i umiał je przezwyciężyć, będąc pewnym, że Bóg nas nie opuszcza. Chciałbym się też zwrócić szczególnie do was, dzieci i młodzieży: przykładajcie się do waszych codziennych obowiązków, do nauki, pracy, relacji przyjaźni, do pomocy innym ludziom. Wasza przyszłość zależy również od tego, jak potraficie przeżyć te cenne lata życia. Nie lękajcie się wysiłku, poświęcenia i nie patrzcie z lękiem w przyszłość. Podtrzymujcie żywą nadzieję: zawsze jest światło na horyzoncie.
Jeszcze jedno słowo o innej szczególnej sytuacji pracy, która budzi mój niepokój: chodzi mi o to, co możemy określić jako „pracę niewolniczą”, pracę zniewalającą. Jak wiele osób na całym świecie jest ofiarami tego typu zniewolenia, gdzie osoba służy pracy, podczas gdy to praca powinna służyć osobom, aby miały godność. Wzywam braci i siostry w wierze i wszystkich ludzi dobrej woli do podjęcia zdecydowanej działań wymierzonych w handel ludźmi, w czym też mieści się „praca 

niewolnicza”. 
… „Praca to godność, to chleb i miłowanie innych. Tam, gdzie nie ma pracy, brakuje godności”. Zaznaczył, że jest to problem nie tylko Sardynii, choć tu jest on szczególnie silny, i nie tylko Włoch czy niektórych krajów Europy, ale jest następstwem wyboru światowego, systemu gospodarczego, który prowadzi do tej tragedii, systemu, którego ośrodkiem jest bożyszcze, zwane pieniądzem. Bóg chciał, aby w centrum świata był nie jakiś idol, ale mężczyzna i kobieta, aby swoją pracą posuwali naprzód świat. Teraz jednak pośrodku tego systemu bez etyki stoi bożek i świat stał się bałwochwalczy, sławiący tego bożka – pieniądz!” 
… „My musimy mówić: chcemy systemu słusznego, który sprawi, że wszyscy będziemy kroczyć naprzód. Nie chcemy tego zglobalizowanego systemu gospodarczego, który wyrządza tak wiele zła. (…) Dlatego też różne podmioty polityczne, społeczne i gospodarcze są powołane do promowania innego podejścia, opartego na sprawiedliwości i solidarności. Słowom tym grozi dziś wykluczenie ze słownika. «Solidarność» wydaje się niemal słowem brzydkim! Nie! Solidarność jest ważna, ale ten system nie chce za bardzo dobra, woli je wykluczyć. Tę ludzką solidarność gwarantującą wszystkim godną możliwość pracy. Praca jest dobrem wszystkich, dobrem, które powinno być dostępne dla wszystkich!” 
… Papież zacytował średniowiecznego rabina, który swojej żydowskiej wspólnocie opowiadał historię budowy Wieży Babel. „Kiedy cegła, przez pomyłkę, upadła, był straszliwy problem wręcz skandal: „Popatrz, co zrobiłeś!”. Ale jeśli jeden z tych, którzy wznosili wieżę spadł: mówiono „Wieczny odpoczynek…”, i nie troszczono się o człowieka. Ważniejsza była cegła od osoby. Mówił o tym ów średniowieczny rabin i to także dzieje się teraz! Ludzie są mniej ważni niż rzeczy, które dają zysk tym, którzy mają władzę polityczną, społeczną, gospodarczą. W jakim punkcie jesteśmy? Doszliśmy do tego, że nie zdajemy sobie sprawy z tej godność osoby i tej godności pracy. Ale dzisiaj postać św. Józefa, Jezusa, Boga pracującego – będącego naszym wzorem – uczą nas drogi ku godności”.
… Ojciec Święty zaznaczył, że warto dziś posłuchać na nowo głosu Boga skierowanego do Kaina, po zabiciu Abla: „Gdzie jest brat twój”. Zauważył, że dzisiaj natomiast słyszymy głos Boga: „Gdzie jest twój brat, który nie ma pracy!? Gdzie jest twój brat, który zmuszony jest do pracy niewolniczej!?”.

Źródło cytatów:
http://www.niedziela.pl/artykul/9175/Papiez-Franciszek-o-pracy-bezrobociu-i


05/08/2013

Kapitalizm prawdziwy to człowieczeństwo. Kilka zdań o Johannesie von Quistorp…


Coraz bardziej zadziwia mnie, jak niewiele wiemy (my – zwykli ludzie nie zajmujący się tymi sprawami zawodowo) o Pomorzu, jego historii i ludziach. Ludziach choćby takich jak Johannes von Quistorp.
Był światłym przedsiębiorcą ale i filantropem, rozumiejącym doskonale i działalność gospodarczą z jej wymogami ekonomicznymi, i potrzeby ludzi biorących udział w tej działalności.

Dobrym przykładem idei tego przedsiębiorcy była fabryka cementu portlandzkiego w Lubinie na wyspie Wolin, nazywając się wówczas (Pommerische Portlandzementfabrik Lebbin aus Wollin), którą Quistorp wybudował w 1855 roku po czym stale rozbudowywał i unowocześniał. Cement był wówczas tu, na Pomorzu materiałem niemalże cudownym, niezwykle nowoczesnym, prawie jeszcze ekstrawaganckim i szanowanym do tego stopnia, że nawet pomniki nagrobne wykonywano czasem ze szlachetnego betonu i były one zapewne wówczas droższe niż tradycyjne kamienne. Trzeba też ze smutkiem przyznać, że beton ten był tak doskonałej jakości o jaką dziś trudno, głównie dzięki jakości cementu. Wykonywane były z niego wówczas także różne konstrukcje „pokazowe” – dziś nazwalibyśmy je reklamowymi, jak „łuki” obok Jeziora Szmaragdowego w Zdrojach, w pobliżu Fabryki Cementu „Stern” – która co prawda nie należała do Quistorpa, ale pracowała w ramach tego samego Związku Przemysłowego (Pommerische Industrie V. a. A) co i jego fabryka w Lebbin i kilka innych pobliskich dużych fabryk pomorskich. Fabryka cementu Quistorpa była przez pewien czas największą w Europie, produkowała w czasie swego rozkwitu ponad 80 000 ton cementu rocznie a więc dwa razy więcej niż „Stern”. Fabryka Quistorpa była bardzo nowoczesna i posiadała także własny port oraz… własną stocznię.
Tak: stocznię. Podkreślam to tak bardzo – wyrażając sam pewne zadziwienie i myślę dziś ze współczuciem… ile to musieli się starać przede mną ukryć informacji o Pomorzu, o Szczecinie - ci moi biedni nauczyciele ze szkoły podstawowej czy średniej , którzy sto lat po zbudowaniu tej fabryki otrzymali za zadanie „repolonizować” Szczecin w umysłach nowego powojennego pokolenia… ukrywając wszelkie pomorskie osiągnięcia.
Tak; Quistorp w swojej stoczni na przełomie wieków zbudował co najmniej 24 jednostki, barki parowe i statki żaglowe do transportu towarów i surowców pomiędzy fabrykami na Rugii – skąd sprowadzał surowiec do produkcji, i innymi zakładami w Wolgast, Jassmund, Ueckermünde oraz w Skolwinie, gdzie funkcjonowała huta a przy niej koksownia, cementownia i cegielnia.
Fabryka Quistorpa miała więc własny port Lebbin – dostosowany do własnych potrzeb transportowych.





Produkcja cementu opierała się na lokalnych złożach kredy i jej miejscowym wydobyciu, co tym bardziej wspomagało gospodarkę lokalną.

Trzeba tu wyraźnie rozdzielić okres powstawania fabryki i zarządzania nią przez Quistorpa od późniejszego okresu rozwoju ideologii faszystowskiej i Trzeciej Rzeszy Niemieckiej. Jak pamiętamy – Johannes zmarł jeszcze w XIX wieku a jego syn i następca – w 1929 roku, więc pod tym względem nie ma tu żadnego związku. Fabryka ta istniała, służyła i była rozbudowywana także i w czasie wojny, na potrzeby wojny, aż do zajęcia jej przez Armię Czerwoną, co już z Johannesem i Martinem von Quistorp nic wspólnego nie ma.
Mnie interesuje tu jedynie ten pierwszy wspomniany okres, czas rozkwitu lokalnego przemysłu w jego aspekcie ekonomicznym i socjalnym, ludzkim. A interesuje mnie jako… przykład do naśladowania dla obecnych przedsiębiorców i władzy lokalnej.

Jak wiadomo Quistorp wybudował 150 mieszkań dla pracowników fabryki i ich rodzin, ale funkcjonował także przy niej „Dom Wdów” ze specjalną kasą zapomogową dla nich, była także „Sala Spotkań” – coś w rodzaju świetlicy, miejsca wypoczynku, biblioteka dla pracowników i ich rodzin a także „Instytut Kształcenia” w którym młodzi, pracowici, zdolni i „dobrze się zachowujący” chłopcy pochodzący z sierocińców lub bardzo ubogich rodzin otrzymywali szansę zdobycia szanowanego zawodu, wydobycia się z upadku losowego, szansę na rozwój i godne życie. Szansę której Polska bardzo wielu swoim młodym obywatelom odmawiała i co najdziwniejsze – odmawia nadal.
Tutaj należałoby przypomnieć – jako rys charakterystyczny osoby Johannesa Quistorpa – jego działalność opiekuńczą, wspieranie wielu sierocińców i domów opieki, szczególnie związaną Zakładem Opiekuńczym „Bethanien” w Stettinie; zakładem a właściwie szpitalem opiekuńczym prowadzonym, zarządzanym i finansowanym przez zbór ewangelicki. Cecha ta wynika zapewne z pochodzenia z bardzo szlachetnego rodu i ze starannego, mądrego wychowania poprzez pracę, mądre stawianie zadań (a Johannes rozpoczął pracę już w wieku 16 lat, jako asystent w dużej firmie produkcyjnej, gdzie uczył się „biznesu”), ze specyficznej kultury – wiązanej także z tradycją ewangelicką – bardzo różną w aspekcie społecznym od znanej nam tradycji katolickiej obrządku rzymskiego; różną chyba w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu.

Ów zespół obiektów opiekuńczych i leczniczych zbudowany w latach 1867 – 73 nosił nazwę „Bethanien” i był to stale powiększany i unowocześniany kompleks urbanistyczny, posiadający własną kotłownię i centralne ogrzewanie (a mało kto wie, że wynalazcą CO był Szczecinianin włoskiego pochodzenia – o nazwisku San Galli), wyposażony w oddziały szpitalne, odrębny oddział zakaźny, sale operacyjne, stację prześwietleń rentgenowskich itp. Zakład opiekuńczo-leczniczy posiadał własną stałą kadrę lekarzy zamieszkujących na terenie szpitala a obsługą pacjentów zajmowały się diakonisy ze zboru ewangelickiego mającego tu także swoją siedzibę.
Zakład opiekuńczy posiadał schronisko (internat) dla panien przybywających do miasta z pobliskich wiosek w poszukiwaniu pracy, który został zafundowany przez prywatną osobę i od jej imienia nazwany Ernestinenhof. Te dziewczęta – bezpieczne dzięki temu w portowym, obcym i dla nich niebezpiecznym mieście, uczyły się tam wszystkiego co potrzebne kobiecie; prac gospodarskich, gotowania, pisania, liczenia i czytania, szycia, właściwej opieki nad dzieckiem i osobą starą, następnie przechodziły do dobrze płatnej pracy u bogatszych rodzin, by w końcu po zamążpójściu – stać się samodzielnymi paniami domu, żonami i matkami przygotowanymi do tego w sposób właściwy. Jednocześnie już ucząc się – wykonywały pewne prace gospodarcze czy opiekuńcze odpłatnie – co pozwalało finansować ich naukę i utrzymanie internatu przy założeniu „non profit”.
Jest tu widoczna jedna charakterystyczna cecha tego rozwiązania, możliwa zapewne dzięki umiejscowieniu tego w środowisku kulturowym zboru ewangelickiego: wszyscy korzystali – nikt nie tracił. Wszyscy byli zadowoleni i coś zyskiwali a nikt dużo nie dopłacał i nie był wykorzystywany…

Cecha ta towarzyszyła stale przedsięwzięciom Johanesa Quistorpa.
Dzięki przypadkowi dowiedzieliśmy się dużo ciekawych rzeczy o Fabryce Quistorpa i o samym tym wspaniałym człowieku.
Otóż zaraz po zakończeniu zasadniczej budowy fabryki w Lebbin, zbudował on tam także i kościół – ewangelicki wówczas. Na wieży tego kościoła wybudowanej w 1857 roku zamontowano jak to zwykle – banię miedzianą, a na niej – ozdobny krzyż. W takich baniach najczęściej umieszczano szczególny „list” do następnych pokoleń w postaci aktu erekcyjnego kościoła i innych ważnych dokumentów historycznych, w ten szczególny sposób „wyniesionych pod niebo”; polecanych Bogu , jak i polecanych pamięci następców, przyszłych pokoleń.
Jesienią 2004 roku z powodu bardzo silnej wichury odlany z żeliwa krzyż umieszczony na szczycie bani spadł na ziemię i rozpadł się na kilka części. Pospawano go, ale dla zamocowania na swoim miejscu trzeba było wejść na szczyt wieży a wówczas okazało się że w bani jest miedziana puszka zawierająca dość zniszczone dokumenty (zniszczone z powodu częściowego rozhermetyzowania).
Wśród nich – dzięki pieczołowitości i wkładowi pracy pani Rogowskiej z Wolina – odkryto Statut z 1857 roku wspomnianego wcześniej Instytutu Kształcenia – funkcjonującego przy Fabryce Quistorpa w Lebbin.
Lektura tej części Statutu jest dla mnie wręcz wzruszająca, zachwyca szacunkiem i dbałością o człowieka, mądrością zasad tam zawartych – a chodzi tu przecież o połowę dziewiętnastego wieku.

Można się z tym dokumentem (tłumaczeniem) zapoznać na stronie: http://www.naszewycieczki.pl/aktualnosci/521-niecodzienne-znalezisko-w-lubinie

Urodziłem dużo później w domu odległym o 200 m od dawnego domu Quistorpa i jego Szpitala Opiekuńczego Bethanien, w polskim Szczecinie, pod rządami radzieckich zasad wychowawczych tow. Makarenki – zmierzających… w dokładnie przeciwnym kierunku niż Quistorp: mianowicie w kierunku stworzenia ateistycznej, niewykształconej, prymitywnej, prostackiej, durnej, chlejącej tanią wódę z czerwoną kartką – „klasy robotniczej” w kufajach i gumiakach, która się nie będzie buntowała, której się wmówi że to ona „rządzi”, ale którą będzie łatwo sterować z komitetów, komend i rad partyjnych, która nie będzie miała ani ambicji, ani wymagań ani też innego wyjścia – jak ciężko pracować od ukończenia szkoły podstawowej lub zasadniczej – do emerytury, do śmieci, albo do… renty powypadkowej, oraz chlać by o tym nie myśleć…
Jak się jednak okazało – nie powiodło się to tak bardzo… jakby chciał Makarenko, Stalin czy Bierut.

Jednak zasady zawarte w tym Statucie zachwycają właśnie postawą wprost odwrotną szacunkiem do młodego człowieka; człowieka podupadłego, biednego, zaniedbanego… ale przecież zasługującego na pomoc, podanie z szacunkiem pomocnej dłoni, bez uwłaczających godności „zasiłków” z opieki społecznej.
Wracając jednak do postaci Johannesa Quistorpa, zmarł on w Stettinie 9 maja 1899 roku i został on pochowany na niewielkim cmentarzu na terenie Zakładu Opiekuńczego, lecz w „ferworze walki o repolonizację” miejsce jego spoczynku nie jest dziś dokładnie znane. Przykro to przyznać, ale można tu moim zdaniem śmiało mówić o profanacji grobu Johannesa i jego syna Martina.

Nadal jednak szokujące jest, gdy uświadomimy sobie, że Quistorp był przecież kapitalistą (!), nie był komunistą ani socjalistą…! Jak więc to się ma do indoktrynującej nas przez pół wieku propagandy czasów PRL-u? Do „szufladek” jakie nam wyznaczono i w które poukładano proste definicje polityczne? Jak to się ma do postawy dzisiejszych „kapitalistów” polskich – pozostających jeszcze – niezależnie od wieku – pod wpływem kilku dziesięcioleci ruskiej indoktrynacji…

Johannes Quistorp był światłym kapitalistą, przedsiębiorcą, ale jednocześnie i humanistą. Podkreślam to stwierdzenie – gdyż wielu nam współczesnych „kapitalistów” tkwi w błędnym przeświadczeniu, iż połączenie tego jest niemożliwe, niewykonalne a w szczególności – skrajnie nieopłacalne. Jego postawa mogłaby i moim zdaniem powinna być inspiracją dla współczesnych przedsiębiorców.

Oto stocznie Quistorpa w Lebbin:



Z tej olbrzymiej fabryki do dziś przetrwało niestety niewiele. Po wojnie Rosjanie wywieźli stąd nie tylko maszyny i cenne wyposażenie, ale praktycznie wszystko prócz cegły… Cegły za to wywoziła Warszawa, Poznań… a teren fabryki przechodził kilkakrotnie w różne ręce. Pozostały ruiny, głaz dziękczynny ku czci Johannesa Quistorpa i… wspomnienia. Wspomnienia miejscowej, osiadłej tu ludności.
Dzisiaj Lubin jest malutką, biedną wioską z małą przystanią rybacką nad Zalewem Szczecińskim.




Zastanowił mnie jednak autentyczny komentarz do opisu Lubina, anonimowy tekst o obecnej sytuacji i jej przyczynach – napisany najwyraźniej przez tamtejszego mieszkańca:

„… Zgadza się, te maszyny zostały zabrane na złom przez Rosjan. Lubin był ważniejszą miejscowością – dzięki Quistropowi – niż Międzyzdroje! Były tam sklepy, sala, dwa kina, restauracje z dancingami itd; dziś nie ma tam – prócz małego sklepiku – nic. Tylko ośrodek ZUS; – szkolenia i kolonie dla „swoich”. Nawet małej knajpki nie opłacało się właścicielce prowadzić… nad Zalewem była plaża kameralna z domkiem basenowym. Dziś – zaniedbane miejsce dzikich ognisk, obok na terenie Fabryki – dzikie wysypisko… smutne to…
Mamy nadzieję że ranga Lubina znów kiedyś urośnie, że nawiąże do dawnej świetności! Tak nam dopomóż Bóg!”…


To mądre i wzruszające słowa.
Czy czytał je ktoś z Zachodniopomorskiego Sejmiku Samorządowego ?
Czy czytał je Prezydent Miasta Szczecin – miasta pragnącego być metropolią i głównym ośrodkiem w województwie ?
Pomyślałem w pierwszej chwili, że na całe szczęście… przynajmniej na razie jeszcze słowa te nie dotyczą Szczecina… Na razie jeszcze…

Kapitalizm, czyli jak to dziś mówimy – „gospodarka rynkowa” – nie musi być agresywna, bezwzględna, nieludzka. Kapitalizm może być bardzo „ludzki” i nadal być kapitalizmem, to zależy tylko od podejścia, poziomu moralnego i osobistego ludzi, przedsiębiorców. Nic zasadniczego nie przeszkadza, by dzisiaj realizowany był podobny program, z podobnym szacunkiem dla potrzeb i dla życia ludzi – pracowników najemnych, jaki stworzył Johannes Quistorp.

Nie tylko Lubin ale i Szczecin i cała Polska potrzebuje takich ludzi jak Johannes Quistorp, o takich wartościach moralnych i umiejętnościach organizatorskich. Potrzebuje zmiany programu politycznego i ekonomicznego, a wcześniej – systemu edukacji.

Platforma Obywatelska, „partia kolesiów” – prezentuje sobą i realizuje program dokładnie odwrotny; kapitalizmu drapieżnego i bezwzględnego, zupełnie nie liczącego się z człowiekiem, opartego na biernej i bezmyślnej obserwacji poczynań przedsiębiorców, bez pomysłu, planu, założeń kierunkowych… To jakby powtórzenie wszelkich złych doświadczeń rozwojowych kapitalizmu amerykańskiego czy zachodnioeuropejskiego sprzed ponad stu lat. Ale trzeba się przecież uczyć na błędach innych, a to oznacza unikanie tychże błędów, nie ich powtarzanie. Trzeba korzystać z dobrych wzorców lokalnych. Ta „ameryka” została już dawno odkryta…!
Da się połączyć w jeden system przedsiębiorczość kapitalistyczną z jej rachunkiem ekonomicznym – z szacunkiem do potrzeb człowieka, pracownika najemnego – i umożliwieniem ich zaspokajania. To jest możliwe i nie jest nawet trudne.

Na zakończenie zacytuję jeszcze ostatnie zdanie z przedmowy do Statutu Instytutu Kształcenia Johannesa Quistorpa – której autorem był właśnie sam Johannes Quistorp:

„W interesie J.Quistorpa jako właściciela fabryki jest nie tylko rozbudowa fabryki ale również zadbanie o religijność i należyte zachowanie robotników. Inaczej mówiąc: pobudzić, pielęgnować i utrzymać”.

__________________________________________________________________________
W felietonie wykorzystano częściowo informacje pochodzące ze strony domowej Rodu Quistorpów – jedynie w celu ilustracji tekstu i hołdu dla pamięci Johannesa v. Quistorp.
http://www.quistorp.de/Quistorpia/Johannes99Martin136Quistorp.pdf

17/07/2013

Egoizm ma kolor starego złota.

O sytuacji bezrobocia w Szczecinie pisałem już między innymi w felietonie:
Balkony Pana Prezydenta
Serdecznie zachęcam do przeczytania go, gdyż poniższy tekst jest kontynuacją poprzedniego.
Szczecin jako aglomeracja miał wiele dużych zakładów pracy; nie tylko stocznię produkcyjną i stocznie remontowe oraz stocznię jachtową. Była tu papiernia w dzielnicy Skolwin, była Huta Szczecin w dzielnicy Stołczyn, Cementownia, Koksownia, słynne zakłady motoryzacyjne „POLMO”, spora wytwórnia sprzętu oświetleniowego „SELFA” i wiele innych.
Wielkie zakłady powstawały tu w czasach pruskiej świetności, miedzy innymi dzięki tak wielkim osobowościom, jak światły kapitalista i dobroczyńca Johannes von Quistorp, działający na Rugii i w Szczecinie.
Dla przykładu – huta postała tu już w 1897 roku. Huta nosząca wówczas nazwę Kratzwick (od nazwy pobliskiej miejscowości, położonej na północ od ówczesnych granic miasta) posiadała już w 1906 roku trzy wielkie piece, koksownię, cementownię oraz cegielnię. Specjalizowała się w produkcji różnych asortymentów surówki żelaza na potrzeby odlewni. Po wojnie stała się samodzielnym zakładem produkcyjnym w 1950 roku pod nazwą Huta Szczecin. W 1992 roku huta jako przedsiębiorstwo państwowe zaprzestała działalności z powodu ponoszenia znacznych strat i utracenia płynności finansowej. Powstały spółki dzierżawiące majątek huty i prowadzące dalej działalność produkcyjną. W 1996 roku po zakończeniu procesu upadłościowego huty przekształcono ją w jednoosobową spółkę skarbu państwa pod nazwą Huta Szczecin S.A. – a zadłużenie wobec wierzycieli spłacono akcjami tej spółki. Produkcja wynosiła wówczas ok. 200.000 ton surówki rocznie. w 2004 roku właścicielem huty została firma „Kronospan”. W 2008 roku zakończono działalność i rozpoczęto rozbiórkę zakładu. Teren do dziś jest nadzorowany przez spółkę – córkę Kronospanu i służy do drobnych przeładunków i magazynowania metanolu.
Podobnie papiernia w sąsiedniej dzielnicy Skolwin (wszystkie te zakłady umiejscowione były bezpośrednio nad brzegiem Odry).
Powstała w latach 1886 – 1911 roku stopniowo, na koniec jako Feldmühle, Papier- und Zellstoffwerke, Scholwin bei Stettin, zakłady produkcji papieru największe wówczas w Europie. Po wojnie Rosjanie zdemontowali i wywieźli do siebie większość wyposażenia zakładu traktując je jako zdobycz wojenną, tak że zdolność produkcyjną przywrócono papierni dopiero w 1952 roku. Pracowało wówczas pięć maszyn papierniczych. W 2005 roku, gdy podupadły zakład przejmował duński inwestor Norhven A/S pracowały już tylko trzy maszyny papiernicze. Inwestor ten unowocześnił i utrzymał w ruchu tylko jedną maszynę papierniczą, która produkowała 180 ton papieru na dobę, a w 2007 roku, z powodu braku środków inwestycyjnych – zlikwidował papiernię.
Przykłady te nie są jakimś ewenementem, to tylko jedne z wielu, historia niszczenia polskiego przemysłu, upadku niezłych zakładów, celowego doprowadzania do upadłości, rozgrabiania, robienia majątków na „dzikich” prywatyzacjach i „planowych likwidacjach”. Czyli – całej tak zwanej polskiej „transformacji”. To przerażający i zawstydzający obraz polskiej niemożności, jakiejś bylejakości, niezborności; brakuje tu właściwie dobrego określenia, różne ciała kontrolne i prokuratury także go nie znalazły…
Prócz niewielu drobnych wyjątków – w zasadzie cały szczeciński przemysł po prostu znikł; obecna „Selfa” jako niewielki prywatny zakład powstały „na gruzach” dawnej wielkiej „Selfy” – nie ma dla rynku pracy specjalnego znaczenia, choć oczywiście bardzo dobrze, że istnieje i z powodzeniem działa jako producent elementów grzejnych i automatyki z tym związanej.
A chodzi tu właśnie o wpływ wspomnianych przemian na ilość miejsc pracy, na rynek pracy. Dla Szczecina ogromną stratą pod tym względem była szczególnie likwidacja Stoczni Szczecińskiej, oznaczająca stratę kilku tysięcy miejsc pracy.
Dziś Szczecin wyludnia się; ma ok. 360.000 (było ponad 420.000) mieszkańców, a wśród nich ok. 17.000 zarejestrowanych bezrobotnych. Stopa bezrobocia wynosiła tu w ubiegłym roku nieco ponad 16%.
Miasto jest od dawna w bardzo niekorzystnym położeniu, głównie przez konflikt Prezydenta Miasta z lokalnymi władzami PO. Miastem od lat rządzi prezydent bezpartyjny, przy pomocy lokalnej koalicji z PIS i SLD. Mówi się, że „Wawszawa nie lubi Szczecina”. Wiele oznak wskazywało dotychczas, że może to być prawda; że na szczeblu centralnym są podejmowane działania blokujące miasto, podejmujące decyzje dla miasta niekorzystne, chyba na zasadzie „jak nie rządzi PO – to nie ma prawa być dobrze”.
Wspominał o tym na swoim blogu także i Prezydent Miasta – Piotr Krzystek w tekście pt. ”Warszawa znowu spycha nas na margines”:
Warszawa znów spycha nas na margines
Miasto postawiło na zwiększenie usługowej bazy biurowej w postaci nowoczesnych biurowców, by przyciągnąć tu duże firmy na stałe, by miały miejsce na dogodne siedziby. Zainwestowano w nową halę widowiskowo sportową, filharmonię, nowoczesny kompleks sportowy dla sportów pływackich „Floating Arena”. Wszystko to jednak zupełnie bez istotnego wpływu na powstanie znaczącej liczby nowych miejsc pracy dla osób, które utraciły zatrudnienie w wyniku likwidacji i upadłości oraz absolwentów corocznie wchodzących na rynek pracy, w dużej części trafiających do rejestru bezrobotnych.
Szczecin ostatnio bardzo liczył na przyciągnięcie inwestorów zewnętrznych dzięki stworzeniu dobrych warunków inwestycyjnych dla inwestycji przemysłowych. Najlepszym na to sposobem są tzw. „Specjalne Strefy Ekonomiczne” (SSE), w których inwestor dostaje np. uzbrojony i przygotowany plac do budowy zakładu (hali), szczególne warunki finansowe, pewne okresowe ulgi zachęcające do inwestowania i pomagające przetrwać w okresie rozruchu itp.
I tu znów – z winy władz rządowych (wojewody) miasto utraciło prawo do powoływania własnych stref. Jedynym wyjściem okazała się współpraca z istniejącymi już w Polsce strefami, w tym przypadku głównie – Mielecką Specjalną Strefą Ekonomiczną – poprzez otwieranie przez nią swoich oddziałów (podstref) w Szczecinie. Niebawem zakończyć się powinno przygotowanie SSE w dzielnicy podmiejskiej Trzebusz. Pozostały też atrakcyjne tereny po-stoczniowe oraz Szczecińskiej Stoczni Remontowej „Gryfia”, bardzo podatne na ponowne przekształcenie w czynne tereny produkcyjne.
Trwa tu jednak polityczno-biznesowy chocholi taniec polityków z osobami uważającymi się za oszukane przy upadłości zakładów, przepychanka lokalnych polityków – do i od koryta, zmagania ambicyjek i pieniactwa. Wszystko to otoczone obojętnością tych, którym jest dobrze…
Obecnie znalazł podobne zainteresowanie także i teren pomiędzy byłą hutą o papiernią.
Firma TELESKOP chce tu zbudować wielką fabrykę i dać trwałe zatrudnienie dla 1000 osób, inwestując na początek 60 – 70 mln zł w budowę hali produkcyjnej o powierzchni 30 – 40 tys. m. kw. oraz budując ok. 300 mb nabrzeża.
Z kolei na terenie SSR „Gryfia” chce zainwestować konsorcjum KSO – tworząc nowy zakład kosztem własnej inwestycji (docelowo 300 mln zł.) mający zatrudnić na stałe ok. 500 osób.
Wraz z innymi szykującymi się inwestycjami przemysłowymi przy ul. Andrzeja Struga i w Trzebuszu oraz dzielnicy Łasztownia – to wielka szansa dla miasta, szansa na „odżycie”, na rozwój, zatrzymanie odpływu wykwalifikowanych, młodych kadr, już bez żadnej żenady „odławianych” tu przez Poznań i wszelakich innych „łowców głów”.
Zresztą: udana jedna inwestycja – jest najlepszą promocją dla nowych inwestorów; najtrudniej zawsze jest zacząć, przekonać że można i że opłaca się.
Jest też jedno ale: wszystko to jest oparte na założeniu… powstania w tych miejscach Specjalnych Stref Ekonomicznych – jako podstrefy Mieleckiej SSE w Gryfii oraz Kostrzyńsko – Słubickiej SSE w Skolwinie. Wniosek miasta w tej sprawie został właśnie w maju br. zablokowany przez Ministra Finansów Jacka V. Rostowskiego.
Komitet Rady Ministrów odroczył decyzję w tej sprawie, z zamiarem ustalenia jakichś „nowych kryteriów” powstawania SSE…
Czyżby znów miały to być kryteria, których Szczecin „z pewnością nie będzie w stanie spełnić”?
Inwestorzy z niepokojem czekają na decyzję, mają już gotowe plany, pewne konkretne uzgodnienia i wymagane zgody budowlane… czas mija, jest już połowa lipca, decyzji brak…
A może brak decyzji to jest właśnie decyzja…
* * *
Zadziwiające jest, jak mało jest wokół nas, a może raczej – w nas, zrozumienia, współczucia, empatii, solidarności w tym najlepszym z możliwych znaczeń. Spora część mieszkańców miasta ma jakąś pracę zarobkową. Przecież nie widać tak na co dzień na ulicach jakiejś masowej biedy, bezdomności, nędzy. Nikt nie umiera masowo na ulicach z głodu. Ludzie chodzą dobrze ubrani, kupują towary ekskluzywne, wyroby z pewnością nie dla wszystkich niezbędne czyli luksusowe, pełne są wielkie centra handlowe, wieczorami trudno czasem o miejsce w kawiarni…
A jednak kilkanaście tysięcy osób nie ma oficjalnej, stałej pracy.
Często niewiele różnią się od innych, a to z powodu coraz lepszej jakości ubrań „używanych” kupowanych na wagę po 5 czy 10 zł za kilogram. Daje to zaskakujący czasem efekt kolorystyczny, ale daje też wrażenie pewnej „schludności” pomimo wszystko…
Ci którym się powodzi, szczególnie pracownicy licznej administracji rządowej, samorządowej i biurowej, służb mundurowych, instytucji budżetowych, oświatowych i miejskich – są zadowoleni; kryzys nie bardzo im doskwiera, nie martwi ich przyszłość, przynajmniej dotychczas.
Problemem dla nich jest za to zaniedbana fontanna, brak kąpieliska dla dzieci, brak starego rynku jako miejsca relaksu po pracy, mało koncertów czy imprez rozrywkowych. Jednocześnie obok nich ludzie pozbawieni pracy z trudnością egzystują w ciągłym strachu, napięciu, depresji, poszukując jakiegokolwiek sposobu na zarobienie choć kilkunastu złotych by przetrwać, doczekać do poprawy sytuacji na rynku pracy. Lecz ci „zadowoleni” ich nie dostrzegają a jeśli – uważają za pijacki margines społeczny, za tych co nie chcą pracować.
Tym „zadowolonym” – nie są potrzebne inwestycje w przemysł dający miejsca pracy; oni przecież pracują. Dla nich najważniejsze są fontanny, ułatwienia, ozdoby, upiększenia miasta, inwestycje w to – aby im, głównie im – było tu przyjemniej i łatwiej.
To nie do wiary – w społeczeństwie, gdzie 90% to przecież ludzie wierzący, katolicy kierujący się miłością bliźniego, miłosierdziem, litością. Faktycznie: nie do wiary… katolickiej.
Przez lata naznaczone wzrostem bezrobocia, narastaniem tragedii ludzi wykluczonych, wypychanych z rynku pracy, odrzuconych przez „zadowoloną” resztę – obserwujemy bardzo kosztowne zabiegi mające zadowolić postulaty upiększenia miasta, zamiast najpierw stworzyć miejsca pracy dla bezrobotnych, dając im szansę normalnego życia i włączenia się w pełni w życie tego miasta; ich rodzinnego miasta. Taka kolejność działań powinna być oczywista dla katolika jak i dla każdego normalnego człowieka mającego choć cień współczucia i solidarności z innymi współmieszkańcami. Niestety – mamy milionowe inwestycje w przebudowy basenów pożarowych na fontanny, rozpoczynającą się budowę Aquaparku, absurdalne inwestycje w słynną już i godną kontroli NIK „Aleję Kwiatową”… Zadowoleni chcą być jeszcze bardziej zadowoleni i jeszcze lepiej się bawić.
Prezydent postanowił odnowić Urząd Miejski usadowiony w zabytkowym, przedwojennym budynku z lat 1924 – 27 o tym samym dawniej przeznaczeniu, nazywany „szpinakowym urzędem” – od koloru ścian zewnętrznych. To olbrzymi cztero-skrzydłowy kompleks przylegający do dzielnicy parkowej, zatrudniający ok. 1500 urzędników – bardzo zadowolonych osób, przeważnie o „dziwnie znanych” nazwiskach. Wymieniono pokrycia dachów, w trakcie remontu głównego wejścia odkryto ślady złoceń na architektonicznych elementach zdobniczych, dlatego podczas odnawiania całego budynku złocenia te są także odtwarzane. To ważne dla estetyki i dbałości o odtworzenie wartości historycznej zabytkowego budynku.
Zadowolonym urzędnikom będzie się z pewnością przyjemniej pracowało.
Ludzie są jacy są i nie od wszystkich można tego samego wymagać. Człowiek w zasadzie ma prawo być samolubny, egoistyczny, niewrażliwy, nieczuły. Można jednak wymagać od władzy, by choćby z obowiązku jeśli nie z własnej woli miała na uwadze interes wszystkich, w szczególności tych najsłabszych.
Dla człowieka normalnego, to znaczy uczciwego i myślącego oczywiste jest, że najpierw trzeba posiadane środki skierować na zapewnienia miejsc pracy dla wszystkich a potem dopiero – na ulepszenia, upiększanie, odnawianie i ułatwianie życia tym, dla których ono jest już łatwiejsze.
Możliwości znaczącej poprawy sytuacji na lokalnym rynku pracy – są; inwestorzy czekają… Na co czeka władza?


06/11/2012

… i dlatego będę mówił „ten kraj”!

Rozczarowanie…?
Tak. Wielkie rozczarowanie.
Wydarzenia polityczne na które czekałem od początku września, zmagając się z narastającą depresją, upewniły mnie jedynie w przekonaniu, że źródłem decyzji dzisiejszej władzy w Polsce nie są obecnie warunki ekonomiczne a po prostu ideologia, dominująca nad wszystkim i decydująca o kierunku zmian lub o ich blokowaniu.

Poniekąd to normalne; ideologie po to są, by sterowały działaniami.
Problem w tym, że mamy do czynienia z dziwnym zjawiskiem rozdzielenia społeczeństwa. Nie ma jak się okazuje znaczenia, że siedemdziesiąt procent społeczeństwa chce zmiany kierunku, korekty założeń początkowych wraz ze zmianą ludzi odpowiadających w rządzie za ich realizację. Ma znaczenie, że władza dzięki przewadze głosów piętnastu osłów spreparowała niewątpliwy fakt; nie tylko medialny ale i polityczny, że Rząd uzyskał formalne wotum zaufania Parlamentu. Połowy Parlamentu, większością 15 głosów. Ale jednak. To jednak wystarczy by ogłosić zwycięstwo polityczne.
Trudno to lekceważyć, pominąć, wiedząc nawet, że to z całą pewnością nie odpowiada woli społeczeństwa.
Niestety jak dotychczas wiele wskazuje na to, że praktycznie nic się nie zmieni z punktu widzenia przeciętnego tzw. „szarego” obywatela, z trudnością utrzymującego się „na powierzchni”. Poziom zaślepienia społecznego Premiera a tym samym zapewne i jego ministrów jest po prostu przerażający. Dotyczy to Donalda Tuska w o wiele większym stopniu niż Jarosława Kaczyńskiego. To zaślepienie w przypadku Tuska pochodzi jednak nie z wyizolowania społecznego a z ideologii; dziwacznej , wykoślawionej, durnej i barbarzyńskiej, czyli ogólnie mówiąc – polskiej – odmiany „liberalizmu” dającego sukces „elicie” a odbierającego wolność większości.

"Liberalizm" odbierający wolność.
Premier jest po prostu realizatorem ideologii więc cóż ma mówić; w swojej dbałości o PR bredzi o „utrzymaniu tempa dotychczasowego rozwoju” zapominając jednak, że pojęcie „rozwój” byłoby tu uzasadnione, gdyby dotyczyło wszystkich. Tymczasem sytuacja osób w wieku umownie ustalonym (jako granica umownego podziału) – na 50 lat – stale się pogarsza.
Stopa bezrobocia co najmniej nie maleje w dużych ośrodkach w sposób istotny, w małych ośrodkach czyli „w Polsce” – często rośnie.
Można by było mówić o wzroście gospodarczym gdyby nie tylko poprawiała się rentowność przedsiębiorstw, rosło PKB, ale gdyby także w stopniu istotnym malało bezrobocie, skutecznie działała osłona socjalna osób jakie znalazły się w najgorszej sytuacji. Sytuacja w której bezrobotni nadal są pozbawieni ofert pracy czyli środków do życia a przedsiębiorcy notują zysk – nazywa się narastającym rozwarstwieniem społecznym a nie wzrostem gospodarczym!
To natomiast prowadzi do katastrofy, jeśli nie spotka się ze skutecznym przeciwdziałaniem. Musi doprowadzić do katastrofy.
Rozwarstwienie społeczne przestaje dotyczyć jedynie sytuacji materialnej ludzi; zaczyna najwyraźniej objawiać się w sposobie myślenia, sposobie widzenia zjawisk w bliskim i dalszym otoczeniu. Zasadniczej roli nabiera tu ten obrzydliwy „warszawski punkt widzenia” – jak kalectwo dotykający szczególnie właśnie tych, którzy podejmują decyzje a więc powinni mieć szczególnie szerokie spojrzenie na rzeczywistość, głównie tę społeczną, socjalną. Gorączka „nachapania się póki można” przesłania uczciwość, rozsądek, odpowiedzialność czy choćby podstawowe współczucie. Najgorsza jest przebijająca z wypowiedzi Premiera Tuska i jego polityków pogarda dla Konstytucji, stanowiąca już niejako polską tradycję narodową… jeśli się w Polsce mówi o Konstytucji – to tylko tej z 3-go Maja i tylko w dniu 3-go Maja…
Pomimo narastającej depresji, pomimo topniejących możliwości przetrwania, trzeba jakoś przypominać publicznie o tym, co niewygodne, o czym rząd nie ma zamiaru wspominać.

W najgorszym przypadku – zawsze lepiej być po stronie prawdy, sprawiedliwości czy solidarności…
Ale to – nie jest moja Polska!
To nie jest moja Ojczyzna!

… i dlatego będę mówił „ten kraj”.

10/10/2012

Praca i pieniądze.

Współczesny stan robotyki, mechatroniki, automatyki itp. zapewne pozwala już skonstruować linie produkujące automatycznie… no może jeszcze nie wszystko, ale – powiedzmy – prawie wszystko, co człowiek produkuje na skalę przemysłową. Nie chodzi mi o komponenty – bo to już jest, a o gotowe i kompletne wyroby. Może to prowadzić do powstawania automatycznych fabryk, nadzorowanych przez kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu specjalistów (ludzi), których zadaniem byłby faktycznie jedynie nadzór nad prawidłowością procesów i ewentualnie – podejmowanie koniecznych decyzji – w sytuacjach potrzeby ich podejmowania.
Wiąże się to z pojęciem tzw. sztucznej inteligencji - jako oprogramowania informatycznego.
Z drugiej strony – jak tak patrzę na niektórych polityków, szczególnie tzw. „prawicy polskiej” albo co poniektórych tzw. „liberałów polskich” – to ich inteligencja wydaje mi się bardzo sztuczna… Idea naukowa tzw. „sztucznej inteligencji” jest nadal w stanie wstępnego raczkowania, więc… decyzje lepiej niech nadal podejmuje normalny, żywy, kompetentny i uczciwy człowiek.


Nie tylko wytwarzanie części, ich transport międzyoperacyjny jak i stopniowe łączenie tego w ostateczny wyrób i jego testowanie, z punktu widzenia technicznego mogłoby odbywać się automatycznie. Co więcej, także i zasadnicza praca nad serwisem urządzeń produkcyjnych oraz serwisem urządzeń serwisowych może przebiegać automatycznie i być wykonywana przez roboty. Bynajmniej; takie fabryki to nie muszą być jakieś giganty, choć wielkość takiej automatycznej fabryki zależałaby nie od warunków technicznych a raczej innych warunków produkcji.
Więc z punktu technicznego jest to wykonalne.

Można to zrobić a jednocześnie – nie wolno tego zrobić!

Dokładniej; można to zrobić pod względem technicznym, ale nie wolno tego zrobić ze względów społecznych.

Chodzi mi tu oczywiście o cały społeczny wymiar ekonomii, głównie sprawę zatrudnienia ludzi. Okazuje się, że praca najemna ma dla ludzkości ogromne znaczenie, ale to znaczenie przekłada się na każdą jednostkę osobiście. Pominę tu tymczasem nieekonomiczne znaczenie pracy dla każdego „pojedynczego” człowieka, jako temat do omówienia odrębnie.

W tym wypadku ogólnym – wiąże się to z absolutną podstawą współczesnej cywilizacji czyli funkcjonowaniem pieniądza i pracy na zasadzie ekwiwalentów. Człowiek dziś z konieczności wysoko wyspecjalizowany, nie może wytworzyć sam tego wszystkiego (dóbr, usług, energii) co jest mu niezbędne do życia, dlatego musi to nabyć za pieniądze, a pieniądze te uzyskuje jako ekwiwalent własnej specjalizowanej pracy wytwarzającej produkty poszukiwane i potrzebne wszystkim. Aby produkt czyjejś pracy posiadał wartość, musi być komuś potrzebny i ten ktoś musi móc (i chcieć) za niego zapłacić, a pieniądze na to uzyskuje.. w tym samym procesie zamiany pracy na pieniądze (tylko np. w innym jego obszarze).
Prostą konsekwencją jest więc, że muszą istnieć produkujący i sprzedający i najczęściej są to równocześnie te same osoby. Dlatego znakomita większość członków społeczeństw tzw. „krajów rozwiniętych” zajmuje się pracą, a i pieniądze w ten sposób uzyskane i wydane – gwarantują pracę innym. Oczywiście pojęcie „praca” jest tu użyte w jak najszerszym zakresie znaczeniowym, nie chodzi tu tylko o bezpośrednią fizyczną pracę w przedsiębiorstwach produkcyjnych.

Automatyczna fabryka „czegośtam” zapewne sporo by kosztowała, ale nie zapominajmy, że chodzi tu o inwestycję a nie prosty wydatek. Nastawienie całego obecnego systemu ekonomicznego na pracę ludzką powoduje pewne „koszty nabycia” pracy, mające charakter ciągły. Możliwe jest, że analogiczne koszty uruchomionej już automatycznej fabryki mogłyby być niższe, co wynika ze zredukowania zatrudnienia np. o 75% w stosunku do analogicznej fabryki tradycyjnej. Jeśli jednak niewielu prócz właściciela fabryki zarabia na jej funkcjonowaniu – to można śmiało pytać: kto i za co kupi produkowane przez nią wyroby. Właściciel – kapitalista zarabia dopóki ma jeszcze komu sprzedać to, co produkuje, lecz po rozpowszechnieniu się takiego rozwiązania – a na gigantyczne zarobki zawsze jest wielu chętnych – szybko zabraknie osób które mogą kupić taki potrzebny im wyrób, gdyż nie miały one szansy same zapracować na wystarczająco dużo „ekwiwalentnych” pieniędzy, by stały się uczestnikami tego procesu.


Dopóki cywilizacja nie wymyśliła innego współczesnego modelu funkcjonowania niż model oparty na ekwiwalencie pieniężnym za pracę, musi organizować życie gospodarcze tak, by istniało dostatecznie dużo miejsc produktywnej pracy dla ludzi a model automatycznej fabryki tego wymogu nie spełnia. Wręcz przeciwnie. Idzie on w przeciwnym kierunku. Niestety możliwe jest moim zdaniem, że pęd do zysku w ramach owej „ideologii chciwości” o której pisałem wcześniej pod wrażeniem blogu p. Ewy Wanat – może wymóc takie rozwiązania, nawet mimo tego, że to prowadzi społeczeństwo do samozniszczenia.
Tu jednocześnie jest widoczna ta cienka linia granicy pomiędzy prostacko rozumianym liberalizmem a anarchizacją. Społeczeństwa nie potrafią się zmobilizować natychmiastowo do obrony przed taką agresją. Obecna władza w Polsce wydaje się stać po stronie prostacko rozumianego liberalizmu gospodarczego, zabijającego w rzeczywistości wolność ludzi, których egzystencja i los zależy od dochodów zdobytych poprzez pracę najemną.


Obowiązująca obecnie powszechnie w Polsce Konstytucja stwierdza

w Art. 65. ust. 5:
Władze publiczne prowadzą politykę zmierzającą do pełnego, produktywnego zatrudnienia poprzez realizowanie programów zwalczania bezrobocia, w tym organizowanie i wspieranie poradnictwa i szkolenia zawodowego oraz robót publicznych i prac interwencyjnych.

Art. 67 ust. 2 :
Obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa.

Państwo Platformy Obywatelskiej w sposób świadomy i celowy uwarunkowany ideologicznie nie realizuje tych, jak i wielu innych kardynalnych zasad ustalonych obowiązująco w Konstytucji.
Tymczasem musi je realizować, jeśli nie dysponuje poparciem społecznym wystarczającym do zmiany Konstytucji.

16/08/2012

Ideologia chciwości.

Miałem zamiar zająć się zupełnie innym tematem. Czasem nasuwa się nam nagle jakaś myśl, zmieniając nasz pierwotny zamiar. Chciałem mianowicie nawiązać do świetnego tekstu Ewy Wanat zatytułowanego „Chciwość”, jaki kilka dni temu opublikowała na swoim blogu w portalu informacyjnym TOK-FM.

Moje poprzednie dywagacje na temat ideologicznej (politycznej) manipulacji tematyką podejmowaną w mediach nie mają z tym jednak nic wspólnego, mimo że od dawna uważam radio TOK-FM za tubę propagandową obecnej władzy czyli ośrodek propagandowy a nie informacyjny sensu stricte. Nie tylko nie zarzucam Autorce tendencyjności w manipulowaniu tematyką a wręcz nawet przeciwnie; wspomniany felieton Ewy Wanat mógłby być przykładem niezależnego, obiektywnego stanowiska i podejmowania tematów raczej mało popularnych, omijanych skwapliwie przez konformistów. Dlatego postanowiłem zacząć mój felieton jeszcze raz.


* * *

Pomimo pozornej rozmaitości poglądów, zdań, punktów widzenia oraz mnogości miejsc gdzie można je wyrażać z mniejszymi lub większymi ograniczeniami – uważam że dość jednak trudno jest znaleźć coś ciekawego w szeroko rozumianych „mediach”. Bardzo rzadko pojawia się coś interesującego, wyrastającego ponad zgiełk, chamstwo, niekompetencję – także tę dziennikarską. Takim ciekawym i rzadkim wyjątkiem jest dla mnie felieton Ewy Wanat pt. „Chciwość” opublikowanym w blogu autorki w portalu informacyjnym TOK-FM.

Zaczyna się świetnie:

„Chciwość – jeden z najsilniejszych motorów ludzkiej aktywności. Gromadzić dobra, zagarniać pod siebie, mieć więcej i jeszcze więcej: pieniędzy, przedmiotów, pieniędzy, przedmiotów, zer na koncie, pieniędzy… Jeszcze więcej pieniędzy.” (…)

Pani Wanat nawiązuje do sprawy Amber Gold – widząc w tym słusznie świetny przykład skutków chciwości, i to chciwości obustronnej; zarówno po stronie firmy jak i jej klientów. Za przykład skutków chciwości podaje i horrendalną sprawę kamienicy w Poznaniu z ulicy Stolarskiej, jej właścicieli, jej „czyścicieli” i ich bezwzględności wobec lokatorów – ofiar. To przykład zdziczałej chciwości, odczłowieczenia jakie ona niesie. Tu muszę z szacunkiem pochylić czoła przed postawą Autorki, objawiającą się nie tylko w pisaniu ale i w zdecydowanej postawie na gruncie „towarzyskim”, postawie wyraźnej i jednoznacznej, jaskrawo wyrażonej dezaprobacie przeciw barbarzyńskim działaniom chciwców oraz postawie aprobującej czy usprawiedliwiającej ich podłe działania.

Felieton ów kończą dość gorzkie stwierdzenia:

 „… Choć i moja naiwność ma swoje granice – widzę, że jest w Polsce przyzwolenie na cwaniactwo, jest podziw dla skuteczności często nie bacząc jakim ona jest kosztem osiągnięta, jest kult siły i bezwzględności, a poza tym zwykłe ludzkie wygodnictwo – po co wchodzić w jakieś spory, po co pryncypialnie stawiać sprawę, po co tracić znajomych – lepiej zamknąć oczy i uszy i udawać, że nic się nie dzieje – choć nasz znajomy dziś dręczy swoich lokatorów, jutro może okradnie klientów, a pojutrze np. zleje żonę – ale nic to. Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało, napijmy się i zapomnijmy o przykrościach, życie tak krótkie, po co się zajmować nieprzyjemnymi sprawami.
Bylebyśmy zdrowi byli i kiełbaska nam się na grillu zbytnio nie przypiekła.”

To jest właśnie sedno sprawy, przykre ale prawdziwe.
Przytaczam czy cytuję ten fragment nieprzypadkowo; jakkolwiek nie można się nie zgodzić (niestety) z żadnym stwierdzeniem tekstu Ewy Wanat, to jednak uważam, że nie jest to kompletny obraz rzeczywistości. Nie jest on kompletny, bo ogranicza się do ocen na płaszczyźnie tylko moralnej, psychologicznej czy socjologicznej. Mówiąc najkrócej – jest dziwnie odpolityczniony. Nie jestem bynajmniej zwolennikiem dopatrywania się polityki wszędzie, szczególnie tam gdzie jej nie powinno być, ale w tym przypadku – taka postawa razi sztucznością.
To mało zabawne, że przypomniało mi to czasy PRL, gdy można było coś krytykować właśnie na płaszczyźnie społecznej, obyczajowej, etycznej – ale niewielu odważało się na postąpienie dalej, zrobienie następnego kroku w poszukiwaniu przyczyn, odkrywaniu prawdy, bo tu wchodził już na teren polityki, partyjnych układów, ideologicznych dogmatów – które były nienaruszalne a w każdym razie – bezdyskusyjne.

Staje się to bardziej zrozumiałe, gdy uświadomimy sobie, że Pani Ewa Wanat jest matką-założycielką a była jeszcze do niedawna (do swojej niespodziewanej rezygnacji) szefową Radia TOK-FM, (czyli – nieco złośliwie – „matką-dyrektorką” radia TOK-FM), natomiast radio to jest po prostu, określając skrótowo – wybitnie prorządowe w sensie negatywnym – szczególnie poprzez swoją zajadłą „antykaczyńskość”; sprzyja nie tylko władzy PO czy Donalda Tuska, ale także ideologii tej władzy.

W tym tkwi problem: łatwiej jest ganić chciwość czy wręcz szydzić z niej na płaszczyźnie psychologicznej i moralnej, bo dzięki temu można pominąć fakt, że taka postawa indywidualnego człowieka jest podstawą realnej ideologii władzy PO. Realnej – czyli tej praktycznej, rzeczywistej a nie deklarowanej w przemówieniach. Przecież to, że we wspomnianej kamienicy w Poznaniu dzieją się takie sprawy przy praktycznej bierności policji, bezradności prawa i akceptacji tak wielu ludzi, to że cyniczny właściciel i jego „plenipotenci – czyściciele” a nawet wynajęci robotnicy budowlani czują się bezkarni a nawet wręcz to oni oczekują pomocy policji w swoich działaniach – to dowodzi, że jest na to akceptacja państwa, akceptacja władzy a akceptacja ta ma swoje umocowanie w ideologii „kapitalizmu” jaki wdraża Platforma Obywatelska.
Ująłem słowo kapitalizm w cudzysłów, bo to przecież ze światłym współczesnym kapitalizmem nie ma nic wspólnego, to wybryk jakichś cynicznych drani lub nieuków którzy się naczytali książek o liberalizmie i nawet nie zdają sobie sprawy, jak – usiłując wdrożyć filozoficzne teorie – są podobni do swoich poprzedników z wypiekami czytających Marksa i Lenina i usiłujących stworzyć państwo doskonałej sprawiedliwości społecznej. Ale skutek obiektywny jest w obu przypadkach ten sam: działanie w interesie niewielkiej grupy kosztem cierpienia większości, kosztem krzywdy, bezprawia, siania zniszczenia. Tyle, że teraz nowi ideolodzy odrzucili całkowicie ideę sprawiedliwości a dali przyzwolenie na gromadzenie majątków, na zarabianie za wszelką cenę – choćby „po trupach”, na dorobienie się, „ustawienie” siebie i swojej rodziny, na gromadzenie wszelkich dóbr dla siebie za wszelką cenę i wszelkimi metodami, kompletnie nie licząc się z innymi ludźmi, moralnością, odpowiedzialnością itp.

Ewa Wanat zastanawia się z wyraźnym zdziwieniem, skąd się wzięła postawa dość licznego przyzwolenia na krytykowane czy wręcz napiętnowane przez nią zachowania. To jednak nie tylko chciwość – jako osobista cecha charakteru. To przyzwolenie polityczne, ideologiczne na to, by chciwość zdominowała postawy ludzi. To przyzwolenie na „ukradnięcie pierwszego miliona”. Widać to było przecież już dawno, w czasach dzikich prywatyzacji, słynnych „prywatyzacji przez podpalenie”, wielkiego, pochwalanego i kultywowanego pędu do tego by się „nachapać” póki można, choćby i na upadłościach czy likwidacji całkiem dobrych zakładów produkcyjnych, na krzywdzie ludzkiej czy tragedii osób pozbawionych zatrudnienia. Ale przecież szef Amber Gold należy dokładnie do tego samego grona, nabywca kamienicy wraz z mieszkającymi tam lokatorami, których postanowił usunąć w ciągu co najwyżej kilku miesięcy metodami gangsterskimi po prostu czuje za sobą wsparcie ideologii „liberalnej” i „świętego prawa właściciela” . Czuje za sobą wsparcie państwa, Tak zwanej „Rzeczypospolitej Polskiej”, która już nie jest republiką…

Szkoda, że nie wspomniała Autorka o problemie bezrobocia, który przecież w oczywisty sposób ma związek z chciwością ludzi, bynajmniej nie tylko przedsiębiorców, związany jest z uczynieniem z zysku – współczesnego bałwana któremu się oddaje hołd, zasadą maksymalizacji zysku własnego – jako absolutnie nadrzędnej nad uczciwością, etyką czy współczuciem, solidarnością i temu podobnymi naiwnymi pojęciami. Szkoda, że nie wspomniała o faktach dotyczących bezrobocia, szczególnie dotyczącego bardzo dużej grupy osób w wieku „produkcyjnym” ale mających ponad (umowne) 50 lat życia, zarówno tych którzy jeszcze szukają możliwości zatrudnienia jak i tych którzy zrażeni niepowodzeniem już przestali na to liczyć – nie da się wytłumaczyć inaczej, jak założeniem ideologicznym władzy i postawami pracodawców opartymi na tej ideologii. Ludzie ci zostali pozbawieni środków do życia, odrzuceni przez społeczeństwo, obdarci z godności a ostatnio nawet z nadziei. Pozostawiono ich bez żadnej pomocy samym sobie, czasem na utrzymaniu rodzin, czasem bez niczego, ale nikt dotychczas nie wyjaśnił przekonująco, dlaczego z zasady odmawia się im zatrudnienia. Nikogo tu nie razi ani absurdalność ekonomiczna tej sytuacji, ani jej zasadnicza sprzeczność z Konstytucją RP – która ma ostatnio w zderzeniu z bieżącą ideologią Platformy Obywatelskiej wartość co najwyżej papieru, ani jej niemoralność, sprzeczność z ustawami dotyczącymi pracy… Podczas wyborów, ani w pierwszej ani w obecnej (ostatniej?) kadencji tego rządu nie przedstawiano takich planów, takich skutków ani zamiarów, doprowadzono do celowej sytuacji „głosowania na (rzekomo) mniejsze zło”. Ktoś niedawno doskonale nazwał rzeczywistość pisząc, że w Polsce demokracja istnieje wyłącznie przez kilka miesięcy kampanii wyborczych a natychmiast po ogłoszeniu wyników wyborów – zaczyna się dyktatura. Dyktatura partii która wygrała wybory i w tym momencie przestała słuchać, przestała pytać oraz liczyć się z kimkolwiek, realizując własny scenariusz, w przypadku Platformy Obywatelskiej na dodatek zupełnie podczas wyborów nie zapowiadany.

Krytykując stan społeczeństwa, nie da się po prostu pominąć przyczyn tkwiących w ideologii politycznej środowiska polityków aktualnie rządzących, więc w aspekcie tego co napisałem wcześniej rozumiem, dlaczego Ewa Wanat tego robić nie chciała. Albo – jej szefowie na to nie zezwolili. To problem głównie skuteczności, gdyż apelowaniem do sumień, do etyki, moralności czy uczciwości – nic się zmienić w takiej sytuacji nie da. To może jest efektowne, gdy pozwala nam postawić się moralnie ponad tymi których krytykujemy, ale niczego nie zmieni, bez zmiany założeń ideologicznych.

Nie ma tu oczywiście mowy o skrajnościach, bo szufladkowanie skrajności to także wymysł ideologicznych propagandystów. Tym krajem ani tym bardziej światem nie musi rządzić ani kapitalizm dziewiętnastowieczny, ani komunizm radziecki. Nie musi istnieć wybór jedynie pomiędzy socjalistycznym rozpasaniem pracowników najemnych – a dwucyfrowym bezrobociem, pogardą dla pracownika czy ideologicznym tworzeniem współczesnego niewolnictwa. Jest coś pomiędzy dewocją, zwaną „oszołomstwem” – a ateizmem czy antyklerykalizmem który jest „oszołomstwem” nie mniejszym. Pomiędzy totalitaryzmem, państwem policyjnym – a anarchią czy bezprawiem.

To coś – nazywa się „normalność”, lecz Polsce bardzo daleko do tego. Na przeszkodzie stoi tu nie ułomna natura ludzka, nie chciwość „prywatna” a ukrywana obecnie przed społeczeństwem rzeczywiście wdrażana ideologia polityczna władzy, bazująca czy żerująca na prywatnej chciwości, dająca jej usprawiedliwienie a wręcz – legitymacje legalności.

Felieton Ewy Wanat o którym mowa w tekście:
http://www.tokfm.pl/blogi/blog-ewy-wanat/2012/08/chciwosc_/1

01/08/2012

Polak-pracownik – chłopak na posyłki.

Przeczytany niedawno tekst – rozmowa z Krzysztofem Inglotem – Dyrektorem Działu Rozwoju Rynków w firmie Work Service S. A. wywołał na mnie ogromne wrażenie, bo uświadomił mi on nagle, iż po prostu widocznie nie nadążam za zmianami w Polsce – tkwiąc w starych a gwałtownie odchodzących gdzieś w przeszłość przyzwyczajeniach, pewnikach, zasadach… Zasadach moralnych – szanujących godność człowieka, godność pracy, dbających o rozwój pracownika nie tylko zawodowy ale i osobisty itp. ideałach…

Przeraziło mnie jednak nie tylko tempo tych przemian ale głównie – ich kierunek, niewątpliwie mający swoje źródło w ideologii politycznej środowiska Platformy Obywatelskiej czy samego jej „herszta”.
Trzeba wreszcie odrzucić propagandową zabawę w „dobrego i złego szeryfa” i sprowadzanie woli obywateli do wyboru „mniejszego zła”. Takie „ręczne sterowanie” wyczuwa się przecież nie tylko w tej sprawie; a podrzucanie powszechnie obowiązujących tematów na które „należy się wypowiadać”, wypracowanie obyczaju polegającego na tym, że władza zadaje tematy przez siebie wyznaczone (tzw.”główny nurt”) a wszyscy grzecznie i koniecznie nimi i tylko nimi się zajmują w głównych mediach… Oczywiście tematy na które rzeczywiście warto się wypowiadać do tych „g(ł)ówno-nurtowych” nie należą, to też przeważnie – bez Policji, bez cenzury i bez Służb – giną gdzieś na marginesie uwagi i zainteresowania… Społeczeństwo zawzięcie dyskutuje na tematy wskazywane codziennie rano przez "dyrygenta". Matka Madzi. Kot Kaczyńskiego. Dziecko księdza wikarego. Pociąg stanął przed semaforem. Oto największe problemy Polaków… No i każdy szanujący się dziennikarz, każdy bloger musi się na te tematy koniecznie wypowiedzieć. Na żaden inny już nie ma czasu. No oczywiście; dokopać Kaczyńskiemu, gdy ktoś ma ciężką manię prześladowczą – to daje lekką choć krótkotrwałą poprawę samopoczucia…Czy to nie jest ręczne sterowanie?
Faktem jest, że wszystkie ugrupowania polityczne liczące się na scenie mają dziś człowieka, obywatela – dokładnie w tym samym miejscu, co koalicja rządząca, co cieszyć może chyba jedynie lekarzy proktologów, bo zapewni im wiele pracy na najbliższe lata a więc i wiele pieniędzy…
Jednak nawet spadające na łeb wykresy poparcia nie skłaniają nikogo – przynajmniej jak dotychczas – do powrotu do właściwego traktowania człowieka, jako centrum wszystkiego i absolutnie najważniejszego przedmiotu nauki, polityki oraz wszelkiego działania. To zasada. Dotyczy i Palikota, i Millera, Korwina-Mikke i Ziobro, nawet „pajaców którzy są najważniejsi”…

Bardzo bym sobie życzył, by ktoś to w Polsce zrozumiał, zanim ludzie zostaną zmuszeni do przypomnienia tej zasady siłą, zanim wymuszą na władzy jej ponowne stosowanie – jak to często bywa w takich okolicznościach, w formie nadmiarowej, wypaczonej reakcji wybuchowej. To niepojęte, że nawet partie walczące o „wszystko” czyli o przetrwanie z poparciem choćby byle ponad próg wyborczy – konsekwentnie odwracają cię tą właśnie swoją „proktologiczną” częścią do społeczeństwa.

Wracając jednak do tematu; odniosłem wrażenie że dla pana Inglota taki problem nie istnieje.
Wypada wspomnieć coś na wstępie o firmie Work Service S.A.; to firma, która rozpoczynała działalność jako Agencja Pracy Tymczasowej dostarczająca pracowników „śmieciowych” dla hipermarketów a dziś – po dwunastu latach działalności – potężna Grupa Kapitałowa (Spółka Akcyjna) działająca w pięciu krajach, dostarczająca przedsiębiorcom około 150.000 pracowników tymczasowych rocznie, będąca także liczącym się ośrodkiem doradczym i eksperckim nie tylko na rynku outsourcingu, ale i w kontaktach z politykami, z władzą, średnio codziennie obsługująca i zatrudniająca ok. 21.000 pracowników.

Nie jest to jedyna tego typu i formatu firma w Polsce i to właśnie mnie tak nagle przeraziło. Nie wiedzieć kiedy powstała w Polsce ogromna siła, stająca się bezpośrednim partnerem rządu i konfederacji pracodawców, ale działająca w swojej istocie sprzecznie ze wspomnianą wyżej zasadą, działająca antyspołecznie. Działająca w swoim własnym biznesowym interesie na rzecz swoich akcjonariuszy jak każda spółka prawa handlowego. Niepokoi to tym bardziej im bardziej uwidacznia się degrengolada, niewspółczesność, zacofanie i zwyrodnienie związków zawodowych – które powinny być równorzędną siłą w dialogu władzy, biznesu i społeczeństwa (pracowników i ich rodzin). Dlaczego? Bo związki zawodowe nie maja już wystarczającego poparcia społecznego. Dziś Polacy im bardziej dostają „w dupę” – tym bardziej odwracają się od własnych związków zawodowych, potencjalnie dających im przecież jak na całym świecie jedyną szansę samoobrony. Bo „nasz kochany Tuseczek” w przerwie pomiędzy spacerem po plaży w Sopocie a harataniem w gałę nakazał ogłosić, że „związkowcy to złodzieje i darmozjady”… a nawet podał kilka rzeczywistych przykładów… Tuseczek jak Dziadzia Stalin: im bardziej trzyma za mordy – tym bardziej go naród kocha… przynajmniej grubo ponad 30% narodu.

Trzeba tu jeszcze pokrótce wspomnieć – co to jest praca tymczasowa. To namiastka pracy z punktu widzenia społecznego – wypaczenie pracy, ale nieźle służące przedsiębiorstwom poprzez zdjęcie z nich wielu obowiązków i ograniczeń wynikających z prawa pracy. Polega ona na tym, że pracownik zawiera umowę o pracę z Agencją Pracy Tymczasowej która jest jego pracodawcą i wypełnia część obowiązków wynikających z prawa, np. zadania kadrowe, podatkowe itp., natomiast pracownik wykonuje pracę na rzecz przedsiębiorcy do którego został skierowany, zwanego wtedy „użytkownikiem pracownika” z którym pracownik ów nie jest związany bezpośrednio żadną umową. Jest to praca krótkotrwała, u danego „użytkownika” nie wolno wykonywać pracy dłużej niż łącznie 18 miesięcy w ciągu kolejnych 3 lat, najczęściej są to terminy kilkumiesięczne. Umowa z Agencją jest odpowiednikiem umowy na czas określony lub na czas wykonania zadania, można ją swobodnie wypowiedzieć z terminem 3 dni (do 2 mies.) lub 7 dni (powyżej 2 mies.). Jest to właśnie typowa praca „chłopca na posyłki”; biznesmen na przykład dzwoni do Agencji i zamawia sobie „chłopaka na dwa tygodnie, bo ma nawał roboty” – i tego chłopaka dostaje „na użytkowanie” bez podpisywania z nim żadnych zobowiązań.
Z jednej strony można się zastanawiać, co ów „chłopak” z tego ma, prócz banalnej kwoty zupełnie nie imponującego zarobku. Kolorowego idiotycznego papierka pozwalającego kupić coś do jedzenia lub ubranie (bo na jedno i drugie nie starczy). Po prostu – TRWA. Egzystuje. Wegetuje beznadziejnie, kombinując – jak się szybko i na zawsze wyrwać z tego cholernego kraju… Wiadomo: społeczeństwo niemieckie czy angielskie się starzeje i trzeba zadbać o napływ TAM młodych wykształconych kadr…
Tym bardziej mało imponującego, że – i tu jest clou sprawy – „użytkownik pracownika” płaci za tę pracę… Agencji Pracy Tymczasowej a ta – potrąca sobie z tego własne wynagrodzenie i dopiero resztę (kwotę umówioną przy zatrudnianiu) oddaje pracownikowi.

I to jest właśnie tym – co mnie najbardziej przeraziło we wspomnianej rozmowie.
Przeraziło; bo jest w tym dla mnie coś po prostu OBRZYDLIWEGO! Tak naprawdę, to umowy takie są w istocie po prostu umowami na czas określony z tym, że obchodzi się tu ograniczenie ustawowe, polegające na tym, że w umowie o pracę na czas określony do 6 miesięcy włącznie trzeba zawrzeć zastrzeżenie o możliwości jej wcześniejszego wypowiedzenia, okres tego wypowiedzenia wynosi np. 14 dni, bo inaczej jest ona niemożliwa do wcześniejszego zakończenia. Mają one cechy także i umów cywilnych, choćby umowy zlecenia, w każdym razie patrząc na to funkcjonalnie – z łatwością można by osiągnąć podobne warunki za pomocą tych dotychczasowo istniejących prawidłowo stosowanych opcji.

Tu rysuje się ślad celu czy przyczyny takiego rozwoju „instytucji” pracy tymczasowej.
Przypuszczam, że zostało to stworzone z pełnym rozmysłem po to, by jakoś „obejść” ograniczenia skostniałego i praktycznie niemożliwego lub bardzo trudnego do zasadniczej nowelizacji Kodeksu Pracy. Trudnego – z przyczyn politycznych, głównie konieczności współudziału „partnerów społecznych” których nie udało się jak dotychczas całkiem wyeliminować z procesu legislacji. Myślę, że skoro trudno było zmienić Prawo Pracy czy zasady Kodeksu Cywilnego to – by usprawnić wykorzystanie pracowników, osiągać z tego większy zysk kosztem pracowników, trzeba było wymyślić i wdrożyć jakieś inne, nowe, nieistniejące zasady, nie obwarowane tak bardzo społecznymi zastrzeżeniami. Oczywiście bardzo pomocne w tym było także stworzenie sytuacji „sztucznego” bezrobocia, atmosfery zagrożenia utratą pracy z powodu choćby „nadmiernych” oczekiwań płacowych czy nieumiejętności „przygięcia karku” w pozycji „chłopaka na posyłki” – czyli pracownika tymczasowego.

Jednocześnie jednak jest tu i sprawa moim zdaniem zasadnicza: powstało w ten sposób ogromne i bardzo – jak to widać na przykładzie wspomnianej Agencji – zyskowne pole biznesowe. Przestrzeń do robienia interesów. Pole do takiego w gruncie rzeczy całkiem zbędnego pośrednictwa, opłacanego jakby kosztem pieniędzy które by mogły stanowić zapłatę za pracę dla tego pracownika. A model tworzenia zupełnie zbędnych ogniw administracji, absolutnie zbędnych pięter pośredników tylko dla dobrania się do cudzych, np. budżetowych czy unijnych pieniędzy – znamy już całkiem dobrze z historii po 1989 roku. Przez analogię do opisywanego niedawno przeze mnie żerowania na pomocy dla osób bezrobotnych, można by to określić rodzajem żerowania na rynku pracy, dokładniej na ludziach pracujących.

Jest jeszcze cały obszar skutków społecznych; pracujący tymczasowo ma co prawda opłacaną najniższą stawkę ubezpieczenia zdrowotnego czy społecznego – najniższą bo liczoną od bardzo niskiej płacy. Ale w sytuacji gdy młody człowiek jest właśnie traktowany jak parobek „na gwizdnięcie” przywoływany do pracy gdy trzeba a po paru dniach czy tygodniach wypychany za drzwi z jakąś zapłatą w ręku, gdy jest takim właśnie „chłopcem na posyłki” raz do takiej a raz do innej pracy bo „jest takie zapotrzebowanie pracodawców” – to jak to wpłynie na jego postawę w stosunku do pracy, do życia. Przecież tak traktowany człowiek niczego się tak naprawdę nie nauczy robić, nie wgłębi się w jakieś zagadnienia wymagające większego zaangażowania, a gdy jest absolwentem – szybko zapomni nawet i tę teoretyczną wiedzę którą posiadł na studiach. Taka praca nie daje poczucia stabilizacji, ani pracownikowi ani tym bardziej bankom czy instytucjom kredytowym, by można było mówić o kupnie mieszkania czy samochodu, co jest już dziś przecież absolutnym standardem cywilizacyjnym, żaden to luksus… Można by wymienić jeszcze wiele istotnych skutków negatywnych, ale wydają się one nie mieć dla władzy żadnego znaczenia; ważne że przedsiębiorcy się bogacą, w tym przypadku wręcz wprost na pracy innych jak wszy na swoim nosicielu, ważne że powstają kapitały, fortuny gotowe do natychmiastowego transferu za granicę wraz z ich wielonarodowościowymi posiadaczami… Czyli – powstaje polski kapitalizm…

Wspomniana rozmowa opublikowana została w portalu Instytucji Rynku Pracy co już samo w sobie świadczy o skali tego wypaczenia. Przecież Instytucje Rynku Pracy – które zostały zdefiniowane w „Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” – mają za zadanie walczyć z bezrobociem i łagodzić skutki bezrobocia istniejącego. Owe tajemnicze instytucje to Wojewódzkie i Powiatowe Urzędy Pracy, OHP, Agencje zatrudnienia, Związki zawodowe, związki pracodawców, instytucje szkoleniowe – a więc jakby się wydawało, podmioty które mają za zadanie zminimalizować bezrobocie, dopomóc każdemu komu można i kto o to zabiega – w powrocie do pracy zarobkowej.
Tymczasem mamy tu rozmowę redaktora portalu z miarodajnym przedstawicielem wielkiej struktury zarządzającej pracą tymczasową – o BIZNESIE. Biznesie jaki jest do zrobienia na dalszym wzroście udziału pracy tymczasowej w całym rynku pracy. Tu nie ma ani śladu problemu społecznego, biedy, niezawinionego cierpienia ludzi pozbawionych zatrudnienia a więc i środków do życia; jest debata osób zainteresowanych wyłącznie zarobieniem na tym. Dla mnie to wręcz uderzające tym swoim skrajnym odhumanizowaniem, skalą wypaczenia czy cynizmu. Rozmówcy skupiają się na planowanym wzroście ilości pracowników tymczasowych, nawet jej potrojeniu w stosunku do obecnej ilości (dziś ok. 500.000) – nazywając to „rozwojem rynku” i trudno się dziwić, wiedząc że wzrost liczby pracowników tymczasowych – to wzrost zysków takich agencji, jeśli jest on częścią zapłaty przedsiębiorcy za wykonaną dla niego pracę. Dla każdego normalnego człowieka „wzrost rynku” oznacza wzrost ilości miejsc pracy a co za tym idzie – spadek bezrobocia, ale dla takiej agencji – „wzrost rynku” to wzrost ich wpływów pieniężnych z „udostępniania pracowników do użytkowania” na zasadzie zbędnego pośrednictwa, czyli w ich interesie jest co najmniej utrzymanie dotychczasowego bezrobocia (w rozumieniu normalnych miejsc pracy, normalnej pracy „stałej”. Dbanie by istniała presja zgody na jakiekolwiek zatrudnienie byle tylko jakoś przeżyć „kryzys”, by było coraz więcej ludzi zmuszonych wbrew woli do akceptowania „pracy tymczasowej” jako roli „chłopca na posyłki” zamiast normalnego zatrudnienia, budowania swojej wiedzy i doświadczenia w wybranej dziedzinie zgodnie z wykształceniem, budowania swojego dobrobytu i pozycji zawodowej – zamiast takiego przypadkowego „popychania raz tam – raz siam”… zazwyczaj siłą rzeczy do prac nie wymagających kwalifikacji, prac doraźnych, pomocniczych, chwilowych, czyli tymczasowych, całego „tymczasowego” życia…

Fakt, że takie materiały ukazują się już w portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia nie tylko budzi moje obrzydzenie do tego rodzaju firm i osób tak zarabiających, ale świadczy moim zdaniem o skali wypaczenia tego co dotyczy pracy i jej funkcji społecznej; wypaczenia jakiego źródła nie umiem dostrzec nigdzie poza ideologią wdrażaną w tym kraju przez Platformę zwaną jak na ironię – Obywatelską, na czele z przywódcą dla którego „polskość to jest taka jakaś narzucona nienormalność”…
Po prostu – ulatuje gdzieś nadzieja, ręce opadają z bezradności….

A może o to właśnie komuś chodzi...