MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kaczyński. Pokaż wszystkie posty

28/04/2014

Sekwencja zdjęć ze Smoleńska; interpretacje.

Jak wygląda kabina pilotów samolotu Tu 154. Jak wyglądają podstawowe przyrządy sterownicze. Jak się ich używa, jak się je trzyma przy „ręcznym” prowadzeniu samolotu w locie (czyli – bez autopilota). Z pewnością bardzo niewielu ludzi prócz zawodowych lotników to wie, widziało to osobiście.
Znalazłem w Internecie filmik przedstawiający właśnie „ręczne” lądowanie samolotem Tu 154 – widziane przez obserwatora znajdującego się w kabinie pilotów, tuż za ich plecami. Proponuję więc przypatrzeć się temu, przy czym szczególną uwagę proszę zwrócić na sposób trzymania przez pilotów tzw. wolantu czyli elementu sterowniczego – jakby odpowiednika kierownicy w samochodzie. Filmik jest pod adresem http://www.youtube.com/watch?v=Qe50R7Iufls a przynajmniej jeszcze niedawno tam był. (*)



Widzimy tu dłonie pilota w pozycji wertykalnej, zaciśnięte na pionowych uchwytach wolantu, poruszającego się do przodu i w tył oraz obracającego się w lewo i prawo – zależnie od zamiaru pilota; urządzenie to steruje kierunkiem lotu i jego zmianami oraz wysokością lotu – łącznie z urządzeniami sterowania silnikami. Jest to po prostu bardzo charakterystyczny układ dłoni.
Kilka godzin po katastrofie rządowego (**) samolotu RP w Smoleńsku, już po zapadnięciu zmroku pewien fotograf zrobił sekwencję zdjęć ukazujących Prezydenta Rosji Władymira Putina przybyłego na miejsce katastrofy, oraz rozmawiającego z nim Prezesa RM Donalda Tuska. Oryginały zdjęć zostały przekazane do KPRM i tam jakoś dziwnie się „zawieruszyły”. Sekwencja oznacza serię zdjęć aparatem fotograficznym nastawionym na automatyczne robienie wielu zdjęć jedno po drugim z dość dużą prędkością (niewielkim odstępem czasowym); w tym wypadku aparat działa podobnie jak klasyczna kamera filmowa, niewiele tylko wolniej.
Zdjęcia te jakoś jednak „wyciekły” z archiwów CIR (Centrum Informacyjne Rządu) i zostały uznane za niezwykle ważne a dla niektórych wręcz przerażające z powodu możliwości ich interpretacji.
Jedno z nich jesienią ubiegłego roku znalazło się na okładce popularnego tygodnika, oczywiście wraz z „odpowiednim” do profilu pisma komentarzem.

Donald Tusk odmówił jednak wyjaśnienia czy choćby jakiegoś komentarza na jego temat, uznając tygodnik za „nieprzyzwoity” a zdjęcie na manipulację i fotomontaż. To ewidentny pretekst by unikać wypowiedzi na ten temat.
Pewnie właśnie dlatego dość szybko inny popularny magazyn opublikował całą przedmiotową sekwencję zdjęć, aby udowodnić że o żadnym fotomontażu nie może być mowy a zdjęcie nie jest manipulowane.
Taka sekwencja zdjęć, odtworzona dość szybko jedno po drugim stanowi coś w rodzaju namiastki filmiku.

Można to – być może – jeszcze znaleźć pod adresem https://www.youtube.com/watch?feature=player_embedded&v=2Z4jratifdM


Donald Tusk rozmawia tu z Putinem zaraz po wyjściu z namiotu, jaki tam doraźnie przygotowano dla odbycia „narady roboczej” na której ustalono między innymi, że podstawą do dalszego wyjaśniania katastrofy będzie tzw. Konwencja Chicagowska dotycząca cywilnego lotnictwa pasażerskiego.  Po wyjściu z namiotu – w trakcie rozmowy, w odpowiedzi udzielanej Putinowi i tłumaczonej na rosyjski przez tłumaczkę (którą była żona jednego z post-PRL-owskich generałów), Tusk unosi w pewnym momencie prawą rozprostowaną dłoń a następnie wykonuje dziwny gest obiema zaciśniętymi dłońmi trzymanymi równolegle przed sobą, jednocześnie uśmiecha się szyderczo czy ironicznie, podobnie jak tłumaczka i sam Putin – dla którego to „przedstawienie” najprawdopodobniej nie wymagało nawet tłumaczenia…
Gesty te są różnie w Polsce interpretowane przez komentatorów, co zależy od intencji – jak to doskonale i obiektywnie wyjaśnił na filmiku p. Antoni Macierewicz. Niektórzy dopatrują się w tym ruchu Tuska „gestu zwycięstwa”, jakby odpowiednika ” hura, udało się nam!”, inni widzą w tym jakieś gimnazjalne "żółwiki" - pewnie zależy to także od poziomu inteligencji osoby interpretującej. Rzecznik PIS widzi w tym „zdradzieckie spoufalanie się” Tuska z Putinem, dowód na doskonałe humory ich obu – w tym czasie i miejscu, na „podejrzaną” nić porozumienia…
Generalnie – zdjęciom można nadać poprzez propagandową interpretację różne znaczenia i rzecznik PIS oraz wielu „prawicowych” dziennikarzy a za nimi i niektóre osoby z rodzin ofiar - robi to w sposób całą sprawę kompromitujący; cyniczny, histeryczny, infantylny, dogmatyczny – współpracując w tym wbrew swojej woli z politykami i urzędnikami rządowymi starającymi się zdjęcia i interpretacje zdezawuować.

Mam inne zdanie na ten temat i dlatego na wstępie przywołałem film z kabiny pilotów Tu-154. Moim zdaniem to jest ten sam gest; Donald Tusk pokazuje tu Putinowi gest „trzymania wolantu” przez pilota samolotu Tu-154. Co do poprzedzającego to – gestu uniesienia prawej dłoni z wyprostowanymi palcami prawie na wysokość głowy, myślę, że chodzi tu o symboliczny gest salutowania, czyli oddawania honorów wojskowych; to gest który żołnierz, także i pilot wojskowy – postępując zgodnie z regulaminem musi wykonać po odebraniu rozkazu; mówi wówczas w odpowiedzi na wydane mu polecenie: „rozkaz” – jednocześnie salutując – po czym przystępuje do jego wykonania(***).
Chodzi tu o gest będący niemalże synonimem żołnierskiej dyscypliny. Oczywiście – jest on przez Tuska zaledwie markowany; jeszcze tego by brakowało by wykonał on taki gest (salutowania) przed Putinem w sposób prawidłowy, pełny. To by dopiero „patriotyczna prawica” miała pole do popisu…

Wyobrażając sobie tę rozmowę na podstawie obrazu, sądzę że Putin mógł wówczas pytać – „… ale dlaczego oni lądowali pomimo mgły!”, „Jak to się mogło stać” itp. a Tusk – odpowiadając na to gestykulacją, bez słów, prawdopodobnie zasugerował, że piloci otrzymali od przełożonego, od kogoś w samolocie taki rozkaz by, zaraz lądować (tu gest salutowania) i rozkaz wykonali (tu gest dłoni kurczowo zaciskających się na wolancie)(****).
A co do szyderczego, złośliwego uśmiechu Tuska – podchwyconego przez Władymira Putina… cóż można powiedzieć; działo się to kilka godzin po tragicznej śmierci pilotów wojskowych, Prezydenta Rzeczypospolitej i kilkudziesięciu innych osób będących na pokładzie samolotu rządowego. Jeśli jest w tym wszystkim coś przerażającego – to chyba jedynie to; ten szyderczy, ironiczny uśmiech to wyraz skrajnego braku utożsamiania się z tragiczną sytuacją, z tym samolotem, jego załogą, pasażerami, państwem, narodem… czyli to wszystko co w postawie Tuska i jego urzędników obserwowaliśmy przed katastrofą; nienawiść w mowie i działaniach, lekceważenie, pogardę, wyrażany przez Ministra Spraw Zagranicznych zamiar „dorżnięcia watahy”…

Wygląda więc na to, że wersja o „naciskach na pilotów” ze strony polityków lub (i) generałów będących na pokładzie samolotu lub nawet samego Prezydenta – by wówczas za wszelką cenę lądować – wyszła od samego Donalda Tuska już wtedy, w dniu katastrofy, kilka czy kilkanaście godzin po niej i dopiero na skutek tego, odpowiednio przez Rosjan rozwinięta znalazła się w rosyjskim raporcie gen. Tatiany Anodiny i dalszych polskich oficjalnych wersjach „rządowych”. Ostatecznie – dlaczego nie, skoro Polacy sami tak uważają, ich Premier sam to od początku sugeruje…
Niestety; nikt kto choć trochę zna wojsko oraz relacje na styku wojsko-politycy – nie powie, że to – by taki rozkaz padł – jest absolutnie niemożliwe. Z drugiej strony - nic przecież ( a zwłaszcza stenogramy rozmów w kabinie) nie wskazuje, by ten samolot w ogóle próbował lądować...

Donald Tusk może to wreszcie szczerze wyjaśni, jak to powinien był zrobić natychmiast po opublikowaniu jednego ze zdjęć na okładce tygodnika, albo… może nadal – niczym obrażona primadonna uznawać za „nieprzyzwoite” kolejne osoby i periodyki wracające do tej sprawy – jako niewyjaśnionej – oczekującej wyjaśnienia. To by jednak wymagało odwagi - powiedzieć; "tak wówczas uważałem i nadal uważam, że piloci dostali wtedy rozkaz lądować i wykonując go spowodowali katastrofę, więc tak to wyjaśniałem wówczas Putinowi, starając się osobiście odżegnać od tego rozkazu, z powodu jego skutków". Dlatego Tusk wolał zachowywać się jak diva lub inna urażona primadonna...

Ostatnie ze zdjęć tej serii odpowiada dokładnie momentowi, w którym ktoś (niewidoczny w kadrze) podszedł zameldować Putinowi, że właśnie odnaleziono ciało Prezydenta RP - Lecha Kaczyńskiego
_______________________________________________
(*) niestety oryginalne filmy z tego czasu bardzo szybko były z portalu YouTube wycofywane lub po prostu „znikane”, albo zastępowane podróbkami lub nawet pastiszami. Tak się dzieje i teraz.
(**) Prezydent Polski nie ma samolotu (aby można go było nazwać „prezydenckim”); Tu 154 M 101 był samolotem rządowym Rządu RP – jedynie udostępnianym Prezydentowi na zasadach porozumień pomiędzy Kancelariami RM i Prezydenta.
(***) Żołnierz może w pewnych okolicznościach rozkazu nie wykonać, co jest dokładnie określone regulaminem wojskowym (Ogólny Regulamin Sił Zbrojnych RP p. 26)
(****) Później okazało się, że Pilot chcąc uratować samolot tak mocno zacisnął dłonie na wolancie, że aż połamał sobie palce zanim zginął (w rozpadającym się samolocie). Oczywiście Tusk nie mógł wówczas tego wiedzieć, ale nadaje to szczególnej wymowy temu zdjęciu.

12/04/2014

Gdzie ci politycy, prawdziwi tacy…

W wyborach prezydenckich jakie odbędą się w Ukrainie w maju, obywatele mają w sposób demokratyczny wybrać przywódcę, który „na fali Majdanu” uporządkuje państwo i wprowadzi je na drogę zasadniczych reform, mających zbliżyć Ukrainę do europejskich standardów.
Nie jest wykluczone, że część obywateli zupełnie inaczej widzi tam rolę prezydenta i kierunek zmian.
Chodzi mi jednak o to, że do wyborów stanęło tam 46 kandydatów na prezydenta, zarejestrowanych przez Komisję Wyborczą. Trzeba przyznać, że jak na polskie warunki jest to liczba szokująco wysoka. Jeszcze bardziej szokuje ona, gdy wziąć pod uwagę, że aby zostać oficjalnym kandydatem na prezydenta, trzeba w odpowiednim terminie dostarczyć do Komisji Wyborczej komplet wymaganych dokumentów a także wpłacić na konto Komisji odpowiednią kaucję pieniężną, wynoszącą obecnie dwa miliony (2.000.000,00) hrywien, co obecnie odpowiada mniej więcej 250.000 USD. Nie sądzę, by mogły to w tym akurat przypadku być tzw. „brudne” pieniądze, a więc każdy z rejestrujących się kandydatów musiał być zdolny do wykazania legalnego źródła pochodzenia tej kwoty. W Ukrainie nastąpiło zresztą coś w rodzaju „weryfikacji” czy „lustracji” osób bogatych, oligarchów i np. obecnie kandydujący Petro Poroszenko czy Julia Tymoszenko – przeszli ją pozytywnie.

Nasuwa się tu samoczynnie refleksja dotycząca wielu kandydatów do naszego Sejmu, Senatu czy nawet Parlamentu Europejskiego, dla których „pensja” parlamentarzysty PE wynosząca kilka tysięcy euro miesięcznie przez kadencję trwającą pięć lat – jest wystarczającym i jedynym tak naprawdę celem, jedyną motywacją pchającą ich do tego kandydowania. Mamy tam do czynienia jak się wydaje zbyt często ze specyficznym negatywnym kluczem wyboru kandydatów; mają się nie wtrącać, nie znać na polityce, głosować jak każe klub i „zajmować miejsce” – stąd praktyka desygnowania celebrytów, aktorów, ludzi kompletnie spoza polityki, ekonomii i administracji, których prestiż i pensja parlamentarzysty sama w sobie w pełni zadowala, więc by to uzyskać – politykom „nie przeszkadzają”.

Oczywiście wcale nie uważam, że dobrym systemem jest taki system wyborczy który preferuje głównie osoby majętne, bogaczy; może na stanowisko prezydenta kraju – tak, ale w parlamencie nie byłoby to korzystne. Skład Parlamentu powinien chyba odpowiadać przekrojowi społeczeństwa, jeśli poważnie traktować służebną rolę posła wobec środowiska jego wyborców ale i wobec całości; oczywiście służebną co do idei, postawy politycznej i społecznej, a nie – rozumianą dosłownie i bezpośrednio – jak to było za tzw. „słusznie minionych” czasów. Poseł nie ma być przecież jakimś „super-urzędnikiem” – załatwiającym konkretne, jednostkowe i banalne w skali kraju problemy obywatela, zamiast odpowiedzialnych za to urzędów i urzędników. Przypomina mi się zapamiętana w dzieciństwie opowieść, jak to towarzysz Lenin załatwił raz jednym telefonem – wóz węgla na zimę pewnemu biednemu a dzieciatemu kolejarzowi, który go prosił o pomoc, gdyż urzędnicy od aprowizacji odsyłali go ciągle z „kwitkiem”. Niestety wielu polskich polityków prezentuje podobną mentalność, choć urodzili się w czasach, gdy takich „bajek” dzieciom już nie opowiadano…

Gdy pomyśleć o polskim politycznym podwórku – od lat nasuwa to nam bardzo niedobry obraz. Wielu ludzi, zbyt wielu ludzi w Polsce musiałoby przyznać, że tak naprawdę nikt ich nigdy nie reprezentował w Parlamencie i odwrotnie; że sami nigdy nie mogli się w pełni utożsamić z żadną z istniejących sił politycznych a co za tym idzie – nie mieli na kogo głosować w wyborach powszechnych. Jeśli nawet czasem głosowali – to przeciw tym których uważali za skrajnych przeciwników swoich poglądów politycznych czy wręcz interesów a nie – by poprzeć w pełni akceptowaną kandydaturę, opcję, linię programową, ideologię itp.
Zastanawia mnie – gdzie się podziewają coroczni absolwenci politologii w tym kraju. Wiadomo, że w ubiegłym roku nieco ponad 3700 z nich zarejestrowanych było jako bezrobotni, w Powiatowych Urzędach Pracy. Wykształcenie wyższe w kierunku politologii jest dziś skrajnie „odległe” od tak zwanego „rynku pracy”, który żadnym rynkiem przecież nie jest. Jednocześnie bezpośrednio w naszym „życiu politycznym” widzimy w zasadzie stały, stosunkowo niewielki jak na prawie czterdziestomilionowy naród „zestaw” przewijających się przed kamerami ludzi, przynajmniej wyglądem nieraz jedynie zbliżonych do homo sapiens. Tak jak i w PRL, za rządów PO polityka jako zajęcie objęta jest jakimś odium nieuczciwości, cynizmu, chciwości, zakłamania, draństwa, sprzedajności i sobiepaństwa. Dlaczego wykształceni politolodzy często bywają bezrobotni lub jeśli pracują – to w sklepach warzywnych lub na zmywakach w KFC – natomiast komentowaniem wydarzeń politycznych w „mediach” czyli działalnością opiniotwórczą zajmują się bardzo młodzi ludzie o „dziwnie znanych” nazwiskach, czasem po policealnym studium dziennikarstwa a czasem i nie, dla których największy problem w pracy, to nie – zrozumieć i wyjaśnić czytelnikom i słuchaczom zawiłości, przyczyny i skutki wydarzeń politycznych a – trzymać się faktów i zmieścić się w ramach podstawowej poprawności gramatycznej i ortograficznej.

Trudno mi sobie wyobrazić, by większość młodych ludzi wybierała studia politologiczne bez zamiaru zajęcia się działalnością polityczną w przyszłości, po prostu na tej zasadzie, że skoro stale brak reprezentacji pewnych opcji politycznych w życiu tego kraju – to należy je stworzyć dla siebie i obywateli i wyborców tego szukających; życie podobno nie zna próżni i jeśli powstaje wyraźna „luka” – powinna być zapełniona… Powinna. Któż miałby to zrobić jeśli nie politolodzy. Dlaczego więc nie robią tego a zostają bezrobotnymi…
W Polsce powinno tętnić intensywne życie polityczne, aktywizujące społeczeństwo i poszukujące najlepszych rozwiązań, ktoś powinien czegoś chcieć, do czegoś dążyć i proponować to innym… Tymczasem obserwujemy stale od lat tę samą menażerię stu czy dwustu obmierzłych gęb, drańskich mord, chłystków zgranych jak ruska talia kart, buców „niewyobrażalnie wprost chamskich”, oszustów uwikłanych w afery i aferki, nawzajem się obrażających i przepraszających, udających „niezależność” ale kurczowo trzymających się koryta. Przecież nie da się w pełni zaakceptować ani „Platformy Obywatelskiej” ani „Prawa I Sprawiedliwości”, normalność jest gdzieś pośrodku. Parafrazując ryżego „klasyka” można śmiało powiedzieć, że „polityka polska to jest dla nas jakaś narzucona nam nienormalność”.

Politycy polscy to najczęściej ludzie starsi, prezentujący też z tego powodu specyficzną i społecznie niebezpieczną „mentalność starucha”; młodzi – to durni gamonie, dorobkiewicze bez charakteru i poglądów, za to umiejący świetnie liczyć bez kalkulatora – jeszcze bardziej niebezpieczni bo nieobliczalni w swojej zachłannej głupocie; poza tym różne „dziwadła” w stylu „Sztukmistrza z Lublina”, albo cyniczni krętacze ogłupiający z natury skłonną do kontestacji wszystkiego młodzież swoimi „monarchistycznymi” teoryjkami i złotymi myślami no i całkiem nieźle z tego sobie żyjący (zamiast uczciwie pracować) – jak ten znany pajac z muszką i kapelusikiem, pozujący na „arystokrację herbową” … Ta cała cholerna ferajna; czasem współpracująca, albo „zakiwana na śmierć” we wzajemnych „dryblingach” i podchodach harcerskich, wygodnie sobie żyjąca na koszt społeczeństwa pomimo własnych, często niemałych już majątków – ulokowanych na wszelki wypadek za granicą.
Czy nie czas tę „stajnię Augiasza” przewietrzyć?!

Dziś wielu Polaków patrzy protekcjonalnie, z góry – na Ukraińców, co najwyżej jak na ubogich krewnych z prowincji. Obawiam się jednak, że gdy tak dalej będzie i nic się tu nie zmieni – że to oni właśnie pod przywództwem Prezydent Julii Tymoszenko i partii „Ojczyzna” bardzo szybko zreformują i unowocześnią swój kraj, korzystając efektywnie z pomocy UE i z własnych zasobów materialnych i ludzkich, także i z krytycznej analizy tych błędów jakie myśmy popełnili w czasie naszej „reformy ustrojowej” i później. Ukraina ma spory problem, jak wyjść z systemu oligarchicznego i z azjatyckiej kulturowości a my przecież dopiero ten „system oligarchiczny” tworzymy – dzięki „ideologii chciwości” Platformy Obywatelskiej, ze sporymi sukcesami dla jej „elity”. Ministrowie budują sobie pałace z organami w salonie, posiadłości na wielohektarowych działkach, choć do ukraińskich oligarchów im jeszcze dość daleko…

Polska powinna zacząć pilnie i rzetelnie w sposób świadomy kształcić swoich przyszłych polityków, kandydatów na przyszłych parlamentarzystów i wyższych urzędników państwa. Praktyka wskazuje, że kierunek politologii powinien zostać w tym celu zreformowany w ten sposób – by go połączyć z ekonomią (ekonomia polityczna) oraz z kierunkiem administracji państwa, by uczelnie takie kładły nacisk również na kulturę ogólną, na rzetelną znajomość historii i „głównych” języków obcych, oraz by wolność polityczna mogła być praktycznie realizowana. Nikt w tym kraju nie powinien móc twierdzić, że „nie ma na kogo głosować” – jak dziś mówi prawie połowa obywateli.

Jak to kiedyś śpiewała Danuta Rinn: „… gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, … orły, sokoły, bażanty; gdzie ci mężczyźni, na miarę czasów: gdzie te franty – gdzie…”
Ja bym to dziś odniósł najbardziej do mężczyzn – polityków.

09/08/2013

Wpuścić kogoś na minę…(czyli "im gorzej - tym lepiej")

Gdy sytuacja pogarsza się, władza stara się tę sytuację naprawiać, dążąc przede wszystkim do utrzymania poprzedniego wyniku wyborczego, dającego jej prawo do tworzenia rządu, decydowania o wszystkim co dotyczy państwa poprzez większość parlamentarną w obu izbach parlamentu itp.
Niestety – często władza już od chwili ogłoszenia wyniku wyborów zaczyna tracić kontrolę nad tym co może zrobić. Dzieje się tak z powodu… chęci objęcia władzy, przerastającej poczucie rozsądku a często nawet i przyzwoitości. To jednak nie tylko „zgniłe” od początku koalicje. By zapewnić sobie władzę, często tworzy się koalicje z dużo słabszym partnerem, po to by zyskać wsparcie wyborcze jego zwolenników (głosy) a już po – łatwo „wyłączyć”, zdeprecjonować, zmarginalizować wpływ takiego koalicjanta na własne działania; w ostateczności czasem to „kosztuje” kilka intratnych stanowisk dla kilku „ważnych działaczy” niczym przynęta na haczyk na wygłodniałą rybkę…

To oczywiste; sporym także a mniej znanym zagrożeniem, jakie szczególnie objawiło się w przypadku „Platformy Obywatelskiej” – jest także pewna „pozorność” wsparcia przez niektóre grupy wyborców, grupy reprezentujące określone interesy. Wspierają one partię walczącą o władzę nie dla jej programu, jej zamiarów politycznych, gospodarczych czy społecznych, jej ideologii politycznej. Wystarczy, że partia ta deklaruje zagwarantowanie pewnej „swobody” działania. Działa to na zasadzie: niech oni wygrają, obejmą władzę i w tym im pomożemy, po to jedynie by potem móc robić swoje, zajmować się jedynie własnymi interesami – korzystając z pewnego „długu” jaki władza ma wobec nas za poparcie.
Było to spektakularne w przypadku hierarchów Kościoła Katolickiego, udzielających pomocy w walce z władzami PRL – na zasadzie „inwestycji” w przyszłe korzyści otrzymywane na zasadzie „odpłaty za pomoc, za wsparcie, za ochronę – często bezpośrednią, w formie ukrywania osób poszukiwanych przez PRL-owski aparat „bezpieczeństwa”.
Zresztą po 1989 roku władza zawsze była uwikłana w tego typu zależności, uwikłała się w nie także i PO poprzez głoszoną ideologię „liberalizmu gospodarczego” będącą wówczas jasnym sygnałem zachęty dla wszelkiej maści cwaniactwa, krętactwa i bezwzględności rodzimego „biznesu”, biznesu w cudzysłowie z prawdziwą przedsiębiorczością nie mającego nic wspólnego. Kapitał też był w rękach ludzi najgorszego autoramentu; dawnych cynkciarzy, partyjniaków, ubeków, nowobogackich wzbogaconych na aferach i przewałkach, upadłościach i prywatyzacjach lat dziewięćdziesiątych i początku obecnego wieku.
Pewne zależności powstały pomiędzy władzą a aparatem administracji państwowej i w pewnej mierze – samorządowej. Stanowi ona zasadnicze, naturalne i pewne zaplecze poparcia władzy, na zasadzie wzajemnego interesu: my wam dajemy spokojna i pewną pracę, stabilizację, zarobki i premie, obsługę socjalną o jaką dziś trudno gdziekolwiek indziej – a wy nam za to (także i we własnym interesie utrzymania status quo) – swoje głosy, poparcie, lojalność.
Oczywiście prowadzi to natychmiast po wyborach do częściowego ubezwłasnowolnienia władzy, która staje się zakładnikiem administracji. Pomimo kilkakrotnych publicznie ogłaszanych planów redukcji przerostu administracji – powiększa się ona nadal stosownie do swoich potrzeb, korzystając z zawartego, nieformalnego lecz silnego „kontraktu z władzą”.

Gdy sytuacja się pogarsza, jak obecnie – władza zostaje jak pomiędzy młotem a kowadłem – pomiędzy koniecznościami wynikającymi z zasad ekonomii czy choćby zdrowego rozsądku a ograniczeniami wynikającymi ze wspomnianego uwikłania.
Taką sytuację przewiduje w przyszłym roku prof. Rybiński, obawiający się w najbliższych miesiącach dramatycznego przełomu szczególnie w sferze finansowej państwa . Jest dobrze, dopóki władza wywiązuje się ze swoich zobowiązań wobec swoich „wierzycieli” dzięki którym stała się władzą; cóż jednak – gdy staje się to już niemożliwe? Niemożliwe z powodów obiektywnych, bezwzględnych. Co – gdy nieuchronnie zbliża się konieczność redukcji rozdętej administracji, bo po prostu naprawdę nie ma już na nią pieniędzy i nie ma też komu ich zabrać, by zapewnić administracji zachowanie przywilejów?
Administracja zaczyna się burmuszyć na władzę, gotowa podstawiać władzy nogi a nawet ją wręcz wykoleić. Sługa jest w stanie podnieść rękę na swojego pana, bo w rzeczywistości nigdy nie był sługą, był zakamuflowanym draniem i cynikiem walczącym o „swoje” i umiejącym sprzeda się władzy. Podobnie „biznesmeni” – gdy nie da się już tak łatwo „doić” społeczeństwa, gdy władza stara się desperacko ratować finanse wzrostem podatków albo zaczyna wreszcie rzeczywiście je egzekwować od wszystkich, nie tylko od najbiedniejszych. Współdziała to wszystko – czynnie lub biernie, celowo lub na zasadzie przypadku z działaniami tak zwanej „opozycji”, która w tym kraju nie jest opozycją polityczną a jedynie środowiskiem chętnych do „porządzenia” po swojemu.

Kiedy zaczyna być bardzo źle, władza jeszcze walczy o poprawę sytuacji jak i o utrzymanie dobrych notowań, o zachowanie prawa do rządzenia na przyszłość. Kiedy zaczyna być już zupełnie źle – kiedy sytuacja przekracza pewien trudno uchwytny punkt zwrotny – władza zaczyna działać odwrotnie niż wcześniej. Wiadomo już, że najbliższych wyborów nie da się już wygrać, że wygra je dotychczasowa opozycja. Dlatego okazuje się, że działania do tego momentu podejmowane na rzecz naprawy sytuacji – stają się wbrew woli działaniami na rzecz opozycji, dla dobra jej przyszłego rządu. A na to władza się zgodzić nie chce. Od tego momentu, w sposób niejako naturalny choć prymitywny włącza się tu mechanizm „im gorzej – tym lepiej”. Władza zaczyna szkodzić, a skoro sobie już bardziej zaszkodzić nie może – pogarszając sytuację – szkodzi opozycji w świadomości zbliżającego się momentu objęcia przez nią władzy. Skoro opozycja ma objąć władzę i jest to już w zasadzie nieuniknione, to trzeba jej zgotować jak najgorszą sytuację ekonomiczną, finansową, polityczną i społeczną aby się na tej „minie” szybko wykończyła. Są problemy nie do pokonania bez zasadniczych drastycznych zmian a one nigdy nie podobają się opinii publicznej. I gdy się wszystko szybko zawali, wtedy właśnie my powrócimy – jako ten „mąż opatrznościowy” i wyratujemy naród z opresji, sobie przypisując wszelkie zasługi, powodzenia i zwycięstwa a winę za wszystko co złe zrzucając na opozycję. Potocznie nazywa się to właśnie „wsadzaniem kogoś na minę”.

Czy to już teraz ma miejsce?
Pyta o to wielu dziennikarzy, pyta i np. Hartman: dlaczego Tusk pozwolił na tak wielką degenerację PO, dlaczego miesiącami jest nieobecny publicznie, dlaczego nic w zasadzie nie robi by ratować sytuację, walczyć o wzrost poparcia społecznego, ignoruje głosy krytyczne…
Niestety w systemie dwóch stosunkowo silnych partii politycznych otoczonych małymi ugrupowaniami z których można sobie do woli dobierać koalicjantów – kołowrotek taki może się kręcić w nieskończoność.

Przerwać ten chocholi taniec może jedynie… ingerencja z zewnątrz tego układu. Może nią być samorzutny poważny „protest społeczny” odnoszący się do realiów życia tak zwanego szarego obywatela. Tego typu sytuacje też mogą być niestety inspirowane i stanowić część działań jednej z dużych partii przeciw innym. Ingerencją z zewnątrz w sensie dosłownym może być jakiś stan poważnego zagrożenia pochodzącego spoza granic państwa, wojna rozprzestrzeniająca się także na tereny innych państw wcześniej niezaangażowanych. Wreszcie nie można pominąć i stanu zagrożenia państwa mającego swoje źródło wewnętrzne; zamach stanu sił spoza tych dwu największych partii przerywa niewątpliwie błędne koło walki o władzę pomiędzy nimi. Ale stwarza dyktaturę nie zawsze możliwą do zaakceptowania a też często nie zawsze chętną do oddania władzy gdy wypełni już swoje zadanie…

Tylko – zapyta ktoś: gdzie tu jest ten właśnie zwykły człowiek, „szary” obywatel, jego dzieci, rodzina, plany osobiste, pasje, zamiłowania, prywatne ambicje życiowe… jego indywidualne, niepowtarzalne życie… Gdzie jest państwo, które wykształciło się przecież jako sposób organizacji społeczeństwa w wielowiekowym procesie rozwoju cywilizacji ludzkiej a miało służyć człowiekowi, być dla człowieka, być obywatelskie, służyć każdemu człowiekowi, jego dobru, dobru każdego – właśnie na zasadzie ingerencji w naturalne „oprawo silniejszego”.
Tego tu nie ma.

I to – nie ma świadomie, celowo, programowo.
Władza w ferworze walki o przetrwanie – zapomina o tym, że każde jej działanie lub zaniechanie wpływa na ogromne masy ludzi, wpływa najczęściej negatywnie.
Nikt tego nie bierze pod uwagę, nie zwraca na to uwagi – walcząc o władzę, wielkie pieniądze i zaspokojenie chorobliwych ambicji.

27/12/2012

„Banda Pięciorga” z wielką świtą nażartych „przydupasów”! Obrzydliwość!

W lawinie tematów, newsów i „newsów” – tych podrzucanych, wymyślanych lub tworzonych specjalnie na potrzeby socjotechniki manipulowania społeczeństwem, znikł niemalże całkowicie temat bezrobocia.
Mam na myśli oczywiście nie ekonomiczno-gospodarcze podejście do bezrobocia, „modne” ostatnio dzięki propagandzie peowskiej „ideologii chciwości” – podejście wyłącznie makroekonomiczne operujące dla zafałszowania wniosków wyłącznie statystyką globalną.
Mam na uwadze wyłącznie jego odniesienia społeczne.

To ważne i kompletnie oryginalne, bo w narastającym zdziczeniu polityki i życia społecznego, jakiejś zaskakującej barbaryzacji ludzi, których nigdy wcześniej byśmy o to nie podejrzewali, barbaryzacji i zdziczenia ogólnego – zapomina się o człowieku;  o człowieku jako tym który ma być w centrum jako podmiot i jednocześnie jako przedmiot wszelkiej społecznej czy politycznej aktywności.

Tymczasem sytuacja opisywana przeze mnie od ponad roku w wielu tekstach w tym blogu, jeszcze się pogarsza.
Jeszcze kilka miesięcy temu ilość zarejestrowanych bezrobotnych posiadających (czasowe) prawo do zasiłku dla bezrobotnych określano na ok. 20%. Oznacza to obrazowo, iż tylko co piąty z zarejestrowanych bezrobotnych otrzymywał tę minimalną pomoc w utrzymaniu się przez jakiś czas w zdolności i gotowości do podjęcia pracy zarobkowej.
Dziś oznajmia się beznamiętnie, że jest to już tylko 16%. Oznacza to, że tylko 16 na 100 osób bezrobotnych otrzymuje czasową niewielką pomoc finansową.
Jak żyje pozostałe 84% osób.
Jak się utrzymują i czy rzeczywiście utrzymują się. Czy rzeczywiście pozostają zdolni do podjęcia pracy zawodowej.

Pisałem już o tym niejednokrotnie.
Spełnia wymogi definicji ustawowej „osoby bezrobotnej” ten, kto jest gotów przyjąć od pośrednika pracy PUP natychmiast każdą ofertę „odpowiedniej” pracy w pełnym wymiarze, sam stale i aktywnie poszukuje zatrudnienia oraz nie uzyskuje dochodu w postaci wynagrodzeń. Dowodziłem i argumentowałem, że definicja ta jest co najmniej niewspółczesna. A dokładniej - jest z minionej epoki, bo zakłada otrzymywanie przez bezrobotnego zasiłku jako powszechną normę (stąd zakaz uzyskiwania dochodów z wynagrodzeń).
Chodzi o to, że – by być bezrobotnym w sensie definicji prawnej, ale i – by nim szybko przestać być – trzeba posiadać pieniądze na podstawowe utrzymanie. By skutecznie poszukiwać zatrudnienia – nie można odbiegać od jakiejś podstawowej normy wyglądu, stanu zdrowia czy stanu higieny a do tego niezbędny jest „dach nad głową” oraz minimalny dochód na podstawowe utrzymanie.
W Unii Europejskiej (starej) zasiłek otrzymuje 70 – 80% bezrobotnych. Tam jest to oczywiste, że by rozmawiać z pracodawcami, szukać zatrudnienia a szczególnie by je podjąć i spełniać podstawowe wymogi współżycia, trzeba mieć „dach nad głową”, trzeba się umyć, ogolić, założyć uprasowaną, czystą koszulę, codziennie zmieniać skarpety itp. i że to wszystko kosztuje, że ktoś mieszkający z powodu bezrobocia a w konsekwencji bezrobocia – z powodu bezdomności - w kanałach ciepłowniczych i śpiący na snopku siana – nie ma żadnych szans na jakąkolwiek pracę właśnie z tego powodu. Ale tam nie ma tak silnie zakorzenionych tradycji bezwzględnego wschodniego barbarzyństwa, bezduszności, tak silnej tradycji „magicznego myślenia” rządzących.
Tutaj, w tym kraju natomiast zasiłku odmawia się osiemdziesięciu czterem procentom osób pozostających bez zatrudnienia. Banda nie zadała sobie pytania: za co żyją. Przynajmniej w większości żyją, bo pewien – nieznany i nikogo nie interesujący procent – ginie śmiercią samobójczą lub stacza się do poziomu kloszarda i szybko umiera; z niedożywienia, chorób, wychłodzenia, skrajnego alkoholizmu (czy raczej należałoby napisać „denaturyzmu”), z powodu samobójstw mniej lub bardziej ewidentnych, najczęściej rejestrowanych jako „wynik alkoholizmu”, „śmiertelne zatrucie”, „zamarznięcie” itp. choć wiadomo, że alkoholizm jest tu często ubocznym skutkiem, sposobem na "znieczulenie" a nie przyczyną.

Dotychczas w tym kraju ani bandy, ani nikogo innego to nie interesowało, dlatego nie ma takich precyzyjnych danych nawet choćby kompletnych danych statystycznych.
Przypuszcza się, że część tych ludzi korzysta z pomocy społecznej.
Tak zwana „pomoc społeczna” jest innym rodzajem skandalu, jest straszliwą machiną marnotrawstwa środków publicznych społecznych, czyli „niczyich”, pochodzących z budżetu tego państwa. Mniejsza już, że jest to system źle zorganizowany, jak szacuje Fundacja FOR – w połowie rozkradany, ale daje on jakieś śmieszne kwoty „pomocy” na poziomie 25 – 30% absolutnie minimalnych potrzeb pozwalających na przetrwanie.
Przede wszystkim jest to system wspomagania dodatkowego osób które „coś mają” lecz mają za mało – proporcjonalny do już posiadanego dochodu zgodnie z tzw. „kryterium dochodowym”. Lecz bezrobotni którym odmówiono zasiłku za to, że są bezrobotni długotrwale (90% przypadków) i na dodatek w myśl definicji ustawowej nie maja prawa zarabiać – nie mają dochodu do którego można by zastosować owo „kryterium dochodowe” pomocy społecznej…

Z samej „pomocy społecznej” nie można się utrzymać nawet na poziomie absolutnie podstawowym, nie wspominając już, że wymaga to całkowitego wyzbycia się godności osobistej, honoru, poczucia wartości i prawa do intymności. Społeczeństwo „pomaga” jedynie tym, co się całkowicie zeszmacili i popadli w patologię, podczas gdy pomoc społeczna powinna być nakierowana na prewencję, zapobieżenie temu a nie na oczekiwanie aż ktoś się znajdzie w „rynsztoku”, z którego dopiero „pomoc społeczna” może go wyciągnąć.

Wiadomo na przykład, że problemy z zatrudnieniem początkowo mają często charakter „chwilowy” i wystarczyłaby stosunkowo drobna pomoc by zapobiec np. utracie dachu nad głową a przez to zapobiec upadkowi człowieka, ale pomoc społeczna zdecydowanie i z zasady odmawia pomocy w opłaceniu nawet najskromniejszego, wynajętego pokoju osobie bezrobotnej aktywnie szukającej zatrudnienia i mającej na nie spore szanse, bo twierdzą – że „mają własne domy opieki”… Biernie czeka się aż ktoś się znajdzie „na ulicy”, tracąc przez to szanse na jakiekolwiek zatrudnienie, aż stanie się w sposób nieunikniony brudnym, śmierdzącym „wrakiem człowieka” leżącym w parku pod krzakiem, bez możliwości a nawet już wtedy i chęci zrobienia czegokolwiek, by ewentualnie ruszyła wtedy machina biurokratyczna „pomocy społecznej” – bardziej nastawiona na zapewnienie zatrudnienia swoim pracownikom a nie pomocy społecznej potrzebującym.
To wszystko jest skandalicznie wynaturzone; nazywanie takiego państwa zdziczałym, nieludzkim nie zawiera w sobie żadnej przesady. Banda zajmująca się „manewrami przy żłobie”, „życiem korporacyjnym” w resortach za pieniądze podatnika i funduszy unijnych, nie zniża się do takich „mało ważnych” szczegółów…

Jest jakaś część osób zarejestrowanych jako bezrobotne, które faktycznie pracują zarobkowo. Albo są zatrudnione na jakichś „umowach śmieciowych” przy których zatrudniający nie ma obowiązku opłacania składek na ubezpieczenie społeczne, chorobowe i składki na NFZ – i dzięki zarejestrowaniu uzyskują prawo do korzystania z „publicznej służby zdrowia”, albo zarabiają całkowicie nielegalnie, bez żadnej umowy, opłacania składek i podatków, całkowicie „na gębę” dostając zupełnie nie imponujące wynagrodzenie „do ręki”.
To po prostu łamie prawo, co najmniej kilka obecnie obowiązujących ustaw, z Konstytucją na czele…

Nikomu to specjalnie nie przeszkadza, szczególnie bandzie, bo proces ogólnej deprawacji państwa jest już zbyt daleko posunięty; o „szarej strefie gospodarczo-podatkowej” mówi się już głośno i oficjalnie jak o czymś oczywistym i legalnym. To po prostu takie „legalne bezprawie” zgodne z „ideologią chciwości” PO. Nikogo więc nie dziwi, gdy „bezrobotny” wezwany na wyznaczony termin do obowiązkowego stawienia się w PUP – przybywa tam prosto z pracy, ubrany w drelich roboczy, kombinezon i gumiaki po czym stwierdza na piśmie, że nie uzyskał żadnego dochodu i jest gotów natychmiast przyjąć każdą ofertę zatrudnienia przekazaną mu przez PUP. Nikogo to nie dziwi, bo przecież urzędnik rozumie, że nie da się żyć „za darmo”, jeśli bezrobotny bez zasiłku żyje to znaczy że musi uzyskiwać jakieś pieniądze. Tym bardziej nie da się szukać zatrudnienia bez posiadania środków na podstawowe utrzymanie.

Tak na marginesie: Ciekawi, dlaczego w „szarej strefie” pracuje się „na czarno”… nawet w tym banda nie wykazuje konsekwencji…

Choć bandy to zupełnie nie interesuje bo nie zniża się do tak przyziemnych spraw, przypuszcza się jednak, że większość bezrobotnych, a większość z nich przy takiej postawie państwa jest już bezrobotna długotrwale – utrzymuje się „na powierzchni” czyli poza śmietnikiem wyłącznie dzięki pomocy krewnych, rodzin, oczywiście znacznie obciążając je swoim istnieniem, rewanżując się jedynie ewentualną pomocą domową. W ten sposób banda ustanowiła coś w rodzaju szantażu moralnego dotyczącego losu czy życia części obywateli, ustanowiła coś w rodzaju nieformalnego podatku który osoby zarabiające muszą wnosić na rzecz swoich bliskich pozbawionych możliwości zatrudnienia. To podatek nieformalny, nielegalny i niemoralny; ale tym się banda raczej nie przejmuje.
Bezrobotni niegdyś lepiej zarabiający sprzedają dziś dorobek swojej pracy za grosze, wyprzedając co się da, tracąc ów dorobek bezpowrotnie; tożsamość, pamiątki, mieszkania, oszczędności całego dotychczasowego życia zawodowego, nawet przedmioty codziennego użytku… W konsekwencji przybywa rodzin znajdujących się w skrajnie trudnej sytuacji materialnej. Po raz pierwszy od kilku lat dramatycznie wzrosła liczba rodzin żyjących w nędzy; to ponad dwa miliony sześćset tysięcy (2.600.000) osób. Eksperci zapowiadają, że w przyszłym roku liczba ta gwałtownie wzrośnie bo wzrośnie też i bezrobocie. Co na to banda?
Tu nie ma problemu pieniędzy na skalę państwa, gospodarki; jakieś pieniądze przecież są a chodzi jedynie o ich sposób wykorzystania. Jakiś dochód narodowy jest, chodzi o to na co i w jakiej części go przeznaczyć. Nie ma problemu braku wiedzy czy braku wzorców, rozwiązań; u naszych sąsiadów zachodnich czy skandynawskich funkcjonują przecież wspaniale systemy zwalczania bezrobocia, można je dostosować do naszych potrzeb, sprowadzić ekspertów, wysłać tam naszych po nauki…
Trzeba chcieć.
Ale to by było sprzeczne z ideologią władzy. Ideologią chciwości i ideologią liberalizmu – w wydaniu polskim (peowskim) dającego wolność elicie a zabijającego wolność całej reszty.
Banda zajmuje się swoimi sprawami, rozgrywkami, przepychankami, wzajemnym obrażaniem się i przepraszaniem, a społeczeństwo jak dotychczas – czeka.
Dlaczego?
Na co?
Jak długo jeszcze?

06/11/2012

… i dlatego będę mówił „ten kraj”!

Rozczarowanie…?
Tak. Wielkie rozczarowanie.
Wydarzenia polityczne na które czekałem od początku września, zmagając się z narastającą depresją, upewniły mnie jedynie w przekonaniu, że źródłem decyzji dzisiejszej władzy w Polsce nie są obecnie warunki ekonomiczne a po prostu ideologia, dominująca nad wszystkim i decydująca o kierunku zmian lub o ich blokowaniu.

Poniekąd to normalne; ideologie po to są, by sterowały działaniami.
Problem w tym, że mamy do czynienia z dziwnym zjawiskiem rozdzielenia społeczeństwa. Nie ma jak się okazuje znaczenia, że siedemdziesiąt procent społeczeństwa chce zmiany kierunku, korekty założeń początkowych wraz ze zmianą ludzi odpowiadających w rządzie za ich realizację. Ma znaczenie, że władza dzięki przewadze głosów piętnastu osłów spreparowała niewątpliwy fakt; nie tylko medialny ale i polityczny, że Rząd uzyskał formalne wotum zaufania Parlamentu. Połowy Parlamentu, większością 15 głosów. Ale jednak. To jednak wystarczy by ogłosić zwycięstwo polityczne.
Trudno to lekceważyć, pominąć, wiedząc nawet, że to z całą pewnością nie odpowiada woli społeczeństwa.
Niestety jak dotychczas wiele wskazuje na to, że praktycznie nic się nie zmieni z punktu widzenia przeciętnego tzw. „szarego” obywatela, z trudnością utrzymującego się „na powierzchni”. Poziom zaślepienia społecznego Premiera a tym samym zapewne i jego ministrów jest po prostu przerażający. Dotyczy to Donalda Tuska w o wiele większym stopniu niż Jarosława Kaczyńskiego. To zaślepienie w przypadku Tuska pochodzi jednak nie z wyizolowania społecznego a z ideologii; dziwacznej , wykoślawionej, durnej i barbarzyńskiej, czyli ogólnie mówiąc – polskiej – odmiany „liberalizmu” dającego sukces „elicie” a odbierającego wolność większości.

"Liberalizm" odbierający wolność.
Premier jest po prostu realizatorem ideologii więc cóż ma mówić; w swojej dbałości o PR bredzi o „utrzymaniu tempa dotychczasowego rozwoju” zapominając jednak, że pojęcie „rozwój” byłoby tu uzasadnione, gdyby dotyczyło wszystkich. Tymczasem sytuacja osób w wieku umownie ustalonym (jako granica umownego podziału) – na 50 lat – stale się pogarsza.
Stopa bezrobocia co najmniej nie maleje w dużych ośrodkach w sposób istotny, w małych ośrodkach czyli „w Polsce” – często rośnie.
Można by było mówić o wzroście gospodarczym gdyby nie tylko poprawiała się rentowność przedsiębiorstw, rosło PKB, ale gdyby także w stopniu istotnym malało bezrobocie, skutecznie działała osłona socjalna osób jakie znalazły się w najgorszej sytuacji. Sytuacja w której bezrobotni nadal są pozbawieni ofert pracy czyli środków do życia a przedsiębiorcy notują zysk – nazywa się narastającym rozwarstwieniem społecznym a nie wzrostem gospodarczym!
To natomiast prowadzi do katastrofy, jeśli nie spotka się ze skutecznym przeciwdziałaniem. Musi doprowadzić do katastrofy.
Rozwarstwienie społeczne przestaje dotyczyć jedynie sytuacji materialnej ludzi; zaczyna najwyraźniej objawiać się w sposobie myślenia, sposobie widzenia zjawisk w bliskim i dalszym otoczeniu. Zasadniczej roli nabiera tu ten obrzydliwy „warszawski punkt widzenia” – jak kalectwo dotykający szczególnie właśnie tych, którzy podejmują decyzje a więc powinni mieć szczególnie szerokie spojrzenie na rzeczywistość, głównie tę społeczną, socjalną. Gorączka „nachapania się póki można” przesłania uczciwość, rozsądek, odpowiedzialność czy choćby podstawowe współczucie. Najgorsza jest przebijająca z wypowiedzi Premiera Tuska i jego polityków pogarda dla Konstytucji, stanowiąca już niejako polską tradycję narodową… jeśli się w Polsce mówi o Konstytucji – to tylko tej z 3-go Maja i tylko w dniu 3-go Maja…
Pomimo narastającej depresji, pomimo topniejących możliwości przetrwania, trzeba jakoś przypominać publicznie o tym, co niewygodne, o czym rząd nie ma zamiaru wspominać.

W najgorszym przypadku – zawsze lepiej być po stronie prawdy, sprawiedliwości czy solidarności…
Ale to – nie jest moja Polska!
To nie jest moja Ojczyzna!

… i dlatego będę mówił „ten kraj”.

11/06/2012

Agnieszka Holland i inni egoiści…

Ktoś niedawno powiedział „…brakuje już epitetów…”

Kiedyś wszystko było prostsze; wystarczyło jedno odpowiednie słówko „magiczne” i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaraz był pozew o obrazę lub zniesławienie, prasa się rozpisywała – dlaczego to kwestionowane stwierdzenie jest niesłuszne, ale na sali sądowej wreszcie i „obrażony” musiał w obecności publiczności wysłuchać prawdy o sobie i pełnego uzasadnienia na zastosowanie wobec niego kwestionowanego określenia; przysyłanie samego adwokata czy przedstawiciela zamiast osobistej obecności powoda było też źle przez sędziów widziane, nawet gdy przyznawali mu rację…
I tak się bawili politycy z dziennikarzami, dziennikarze z celebrytami, celebryci ze sobą nawzajem…
Dziś już chyba nie tak łatwo kogoś obrazić. Nie tylko wynika to jednak z „korozji” epitetów, gdy ich powszechne używanie oraz intensywna od kilku już lat praca „słowotwórcza” najbardziej skrajnych i zawziętych buców polityki i „towarzystwa” – komentatorów i parlamentarzystów, spowodowała niejako wyczerpanie zasobów językotwórczych czy słowotwórczych oraz złagodzenie siły ich „obraźliwości” na skutek spowszednienia, przyzwyczajenia.

Mimo jednak kryzysu, zakląłem szpetnie pod nosem, gdy przeczytałem na portalu Gazeta.pl rozmowę z panią Agnieszką Holland.
Przytoczę kilka wybranych, najistotniejszych zdań:

„Możliwe, że to tendencja w PO, żeby odciąć przymiotnik „obywatelska” i zamienić nazwę na Platformę Kolesiów, Platformę Biurokratów albo Ignorantów. Nie wiem, skąd to się bierze – sposób traktowania wyborców, obywateli, ludzi kultury to pewien trend”

Reżyserka Agnieszka Holland stwierdziła w rozmowie z radiem TOK-FM:
[...]Minister kultury reprezentuje chwilowe interesy ministra finansów. Problemem tej władzy jest to, jak traktuje kulturę i ludzi kultury, widać tu całkowity brak wizji. Są za to poszczególne, chaotyczne, na ogół szkodliwe decyzje. [„Rozmowy o poranku” z Jackiem Żakowskim]. […] Arogancja władz samorządowych w Warszawie osiągnęła monstrualne rozmiary. […] Możliwe, że to tendencja w PO, żeby odciąć przymiotnik „obywatelska” i zamienić nazwę na Platformę Kolesiów, Platformę Biurokratów albo Ignorantów. Nie wiem, skąd to się bierze – sposób traktowania wyborców, obywateli, ludzi kultury to pewien trend…[…].

Ktoś może zapyta: co wywołało taki ogromny protest, takie „święte” oburzenie pani reżyser? Otóż stała się rzecz straszna: ktoś rzucił pomysł, aby nowym dyrektorem Teatru Dramatycznego (w Warszawie) został Tadeusz Słobodzianek…
Nie mam pojęcia i nie chcę mieć, kim jest "jakiś tam" Tadeusz Słobodzianek i dlaczego miałby on być uznany za mniej kompetentnego niż większość innych dyrektorów, szczególnie tych obejmujących swoje funkcje „z nadania” a nie przez wybór (konkurs).
Poza tym, oczywiście zgadzam się w pełni z oceną sytuacji; Minister Kultury reprezentuje chwilowe interesy Ministerstwa Finansów, tyle że robi dokładnie to samo, co Minister Pracy i Polityki Społecznej oraz wszyscy inni ministrowie. Wiele wskazuje na to, że Minister Vincent Rostowski ma priorytet, swobodę decyzji i nikogo, być może prócz Premiera – nie pyta, komu i z jakiej puli odebrać kolejne pieniądze, by zabezpieczyć „chwilowe interesy Ministerstwa Finansów”.
Przerażające i nie do przyjęcia jest dla mnie to, że pani reżyser wyżej stawia i za ważniejsze uważa narzucenie jakiemuś teatrowi nowego dyrektora, zmierzające jak rozumiem do realizacji cięć finansowych wobec tego teatru, wszystkich teatrów czy też całego środowiska – niż zajęcie przez ministra finansów 5 miliardów a do końca tego roku – 7 miliardów z 10 miliardów zgromadzonych w Funduszu Pracy, przeznaczonego na niezbędne działania zmierzające do trwałego zmniejszenia bezrobocia.
Owszem, może „każdy bronić swego”, ale wtedy nie ma prawa pretendować nawet do miana „człowieka kultury”!

Nie ma nic odkrywczego i w dalszych stwierdzeniach pani Holland, dotyczących pozorności przymiotnika „obywatelska” w nazwie partii rządzącej, bo dla nikogo od dawna nie ulega wątpliwości, że to partia kolesiów, biurokratów i ignorantów – dokładnie tak samo jak inna partia określana pozornie słusznie przymiotnikami „prawo” i „sprawiedliwość”; dramat polega na tym, że zdecydowała się ona „zauważyć” te cechy władzy dopiero teraz, gdy zaczęły one bezpośrednio dotyczyć, czy wręcz zagrażać jej środowisku.
A co z ponad dwoma milionami ludzi dotychczas pozbawionych zatrudnienia, z których większość stała się wcześniej ofiarami „chwilowych interesów Ministerstwa Finansów”?
Tak się zawsze kończy „zabawa w chowanego” ze znieczulicą, tumiwisizmem, pogardliwym stosunkiem do biedniejszych, która prędzej czy później obraca się przeciwko tym wszystkim jednostkom zobojętniałym, wyzutym z podstawowej obywatelskiej uczciwości wobec osób słabszych.
Dla prawdziwego człowieka kultury nie jest żadną trudnością wartościowanie, ocena wagi czy skali ważności spraw; nie według bliskości od własnej dupy, a zgodnie z jakimś podstawowym wyczuciem humanistycznym, z którym większość ludzi po prostu rodzi się. Jak widać jednak – nie wszyscy. Może tak być musi, ale dlaczego akurat ci pozbawieni owego wyczucia tak bardzo chcą być nazywani „ludźmi kultury”?

W Szczecinie ilość osób „grzebiących po śmietnikach” wzrasta lawinowo, a budżet powiatowego urzędu pracy znów miesiąc temu został obcięty o ponad 3 miliony złotych. Nie widać tych ludzi tak bardzo, jeszcze większość z nich nie wyróżnia się bardzo negatywnie, a to dzięki licznym sklepom z odzieżą używaną, czyli „ciuchbudom”, jakie najliczniej powstają, – obok sklepów z wódą i banków – świadcząc o „wzroście gospodarczym” miasta i Kraju. Takie ubranie kupione za kilka złotych, uprane i uprasowane – pozwala ukryć na jakiś czas prawdę, wygląda schludnie choć jest najczęściej delikatnie określając – mało modne.
Tylko czasem, gdy natknę się na mieście na kogoś wcześniej znajomego, kogoś bardzo zdolnego, pracowitego i porządnego – grzebiącego dziś w śmietnikach z powodu wpadnięcia w pułapkę bezrobocia, a on – błaga mnie wzrokiem abym udawał, że się nie znamy, bym oszczędził mu jeszcze tego upokorzenia i wstydu, tłumaczenia się przede mną i przed sobą samym – odwracam głowę i biegnę do komputera, by znów napisać kilka zdań, list do Prezydenta Miasta albo do ministra; nikomu nie potrzebny i przez nikogo nie czytany list… Biedni ci moi znajomi; nie wiedzą, że ja niczym się już od nich nie różnię, prócz tego, że postanowiłem nigdy nie grzebać w śmietnikach. Nigdy, aż do końca.

Nie chodzi o to, by teraz doszli do nich aktorzy i pracownicy pomocniczy teatrów. By wszyscy oni uzupełnili „klasę” bezrobotnych. Ale ograniczanie się osób na takim poziomie jak pani Holland do walki o swoje, walki o swoich – przy dotychczasowym milczeniu, pomimo oczywistego obowiązku walki w imię słabszych – uważam za degradujące. To równoważne ze zgodą moralną na poświęcenie dwóch milionów ludzi cierpiących i staczających się do poziomu kloszardów, byle teatry nie poniosły szkody, byle aktorzy i reżyserzy mieli prace, angaże i emerytury.
To zaprzeczenie kultury nie mniejsze, niż to – przez panią Holland krytykowane!
Znaną piosenkę, dziś już nie zakazywaną – Pani Agnieszce Holland dedykuję:
„… Jak tu być i o czym śnić?
Hycle nam nie dają żyć!
Wszak kultura nie zabrania
Robić takie polowania…”
(…)
PS.
Jestem przekonany, choć może ktoś byłby skłonny uznać to za naiwne lub idealistyczne, że ludzie obdarzeni zdolnościami mają "dług" do spłacenia. Uważam, że talent, zdolności, geniusz - otrzymuje się jako "wrodzony" nie dla zaspokojenia własnych ambicji, nie jako osobistą nagrodę, dar na dostatnie życie i przebywanie jedynie w "wyższych sferach". Pani Agnieszce Holland nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówi talentu, zdolności. Jest ona tu, w moim tekście jedynie przykładem postaw takich osób. Uważam, że dostają oni swój talent, geniusz - nie jako dar dla siebie, narzędzie zdobycia sławy i bogactwa a jako narzędzie do "opieki" nad tymi "maluczkimi", nad tymi zwykłymi, głupimi ludźmi, prostymi, nawet często niezdobywającymi podstawowego wykształcenia, nieumiejącymi dbać o swoje interesy, zabiegać o swoje życie inaczej niż tylko przez krwawe, barbarzyńskie rewolucje.
Dla mnie spełnianie tej roli jest wyznacznikiem kultury "ludzi kultury" a nie ich majątki, samochody i wybryki celebryckie czy zachowania egoistyczne, wywyższanie się, budowanie świata elity.
Kto dziś nie upomni się o los bezrobotnych; nie swoich kumpli ze szkoły, z zawodu, ale tych prostaczków bez zawodu - nie jest godzien miana człowieka kultury.
Tak uważam, choć jestem tylko skromnym człowieczkiem, może trochę łatwiej piszącym i trochę rzadziej robiącym błędy niż wielu innych. Tak uważa również na szczęście wielu prawdziwych ludzi kultury.

03/06/2012

Chamska gospodarka.

Motto:
"...Są jednak sprawy na temat których się nie żartuje w konkretnych okolicznościach. Człowiek kulturalny wie, że przy młodej wdowie wracającej właśnie z pogrzebu kochanego męża, raczej się nie opowiada kawałów, a szczególnie już - w stylu Macieja Zembatego. I to wcale nie dlatego, że Zembaty też już nie żyje. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że człowiek kulturalny w ogóle nie opowiada kawałów,szczególnie w tym stylu, a jeśli już to zrobi przy wspomnianej wdowie - nie powinien się dziwić, że dostanie od kogoś w pysk...!"


Uważam się za człowieka zupełnie nie "świętoszkowatego", ale też jednocześnie i niezbyt skłonnego do używania słów, wśród osób kulturalnych uważanych za niekulturalne. Ale teraz - wyjątkowo właśnie napiszę wprost i drastycznie, że rzygać mi się chce, jak czytam "porady" dla osób szukających zatrudnienia, które się zderzyły ze skrajnie wypaczonym, antyspołecznym, bezprawnym "systemem" stworzonym w tej dziedzinie przez Platformę Obywatelską, czy nawet ogólnie - przez Państwo.

Z poradami - na jakikolwiek zresztą temat - trzeba bardzo ostrożnie.
Rzecz w tym, że realia są diametralnie różne od tej z maniackim uporem lansowanej wersji, jaką spotyka się w tzw. mediach. Dlaczego tak jest? Nie wiadomo, choć są różne mniej lub bardziej prawdopodobne interpretacje. Któż zresztą powiedział, że to jedna z nich musi być słuszna a inne dzięki temu nie. To skomplikowane zagadnienie na tyle, że w każdej próbie wyjaśnienia może być jakaś część prawdy. Wchodzi tu w rachubę i "czarny PR" tworzony wokół bezrobocia i bezrobotnych, i to z wielu stron (głównie przez same Urzędy Pracy) i zapewne z wielu pobudek, jak i "dobry PR" jaki zawodowcy i amatorzy starają się tworzyć wokół aktualnej władzy, zupełnie się nie przejmując prawdą, no i odwrotnie także; "czarny PR" tworzony wokół aktualnej władzy przez jej przeciwników, instrumentalnie posługujących się bezrobociem jako pretekstem, oraz "dobry PR" tworzony wokół bezrobocia przez ludzi czy instytucje zainteresowane jego istnieniem, zarabiających na tym.

To może w końcu nie jest ważne, nie ma znaczenia, ot czasem wystąpi jakiś jeszcze jeden „znawca”… albo kolejny "służbowy" walczący o lecące na pysk "słupki poparcia" władzy...
Tylko, że trudno się przecież dziwić, że w tak dramatycznych okolicznościach, taka jałowa gadanina, tak drastycznie odbiegająca od tego co w rzeczywistości widzą, czują i przeżywają osoby pozbawione pracy - te osoby po prostu dotyka, obraża.

"Bojownicy władzy" jak zauważyłem stosują ostatnio nową taktykę; coraz trudniej jest zaprzeczać rzeczywistości i coraz więcej osób odważa się przyznać, że "widzą i rozumieją", dlatego "bojownicy" zostawiają sobie furtkę; napiszą jakiś paszkwil i czekają na reakcję. Jeśli jest zbyt mocno negatywna - to natychmiast następuje próba zamiany wszystkiego w żart, tłumaczą że to "tak na prawdę" miało znaczyć zupełnie coś innego, bo to ironia, satyra itp. Jeśli reakcja jest "słuszna" to oczywiście i tekst pozostaje "poważny".

Są jednak sprawy na temat których się nie żartuje w konkretnych okolicznościach. Człowiek kulturalny wie, że przy młodej wdowie wracającej z pogrzebu męża raczej się nie opowiada kawałów, a szczególnie już w stylu Macieja Zembatego. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że człowiek kulturalny w ogóle nie opowiada kawałów w tym stylu, a jeśli już to zrobi przy wspomnianej wdowie - nie powinien się dziwić, że dostanie od kogoś w pysk...

Można dla przykładu zwrócić uwagę, jak debilne są wymagania stawiane kandydatom do zatrudnienia przez różnych autorów ogłoszeń; wiek do 25 lat, a w tym wieku - ukończone studia na dwóch kierunkach, znajomość trzech języków obcych, kilka lat doświadczenia... Pewnie tam będzie umowa-zlecenie za 700 zł miesięcznie. Niestety takie ogłoszenia w rzeczywistości są bardzo częste, szczególnie w regionalnych portalach ogłoszeniowych, które zupełnie nie przyjmują na siebie odpowiedzialności za ich treść i dlatego zgadzają się je publikować (odpłatnie - i o to chodzi). Do absurdalnych wymagań jeszcze dochodzą stwierdzenia niejasne, ale sugerujące zamiar łamania prawa; "pełna dyspozycyjność" - co to znaczy? Prawo pracy określa wyraźne granice dyspozycyjności, a nie posługuje się pojęciem "pełna dyspozycyjność". Są minimalne normy odpoczynku i maksymalne normy pracy, bardzo elastyczne możliwości organizacji każdej pracy, ale ujęte w zamkniętym i określonym katalogu. Prawo pracy z powodów oczywistych narzuca pewne parametry graniczne wynikające z rozwoju cywilizacji, podstawowych norm etycznych czy wreszcie stanu nauki (ergonomii, medycyny). Już widzę jak taki „burak” pracodawca będzie o każdej porze dnia i nocy wydzwaniał do asystentki z jakimiś swoimi własnymi albo swojej firmy sprawami, a to jest bezprawne w świetle prawa pracy, choć dopuszczalne w umowie cywilnej. Znany mi jest przypadek dotyczący pracownicy biura firmy logistycznej, która miała obowiązek przez całą dobę "być pod telefonem", a po wielu tłumaczeniach wreszcie .otrzymała zgodę na nieodbieranie telefonu służbowego pomiędzy godz. 22.00 a 6.00, ze względu na tę jej wadę i niedyspozycyjność - iż... musiała spać 8 godzin. I to codziennie. Na dodatek - nie z nim... Jaka strata czasu dla "buraka" pracodawcy.

Zamiar łamania prawa także sugeruje stwierdzenie "nienormowany czas pracy"; nienormowany czyli nielegalny!, bo w prawie regulującym stosunki pracy nie ma takiej możliwości!. Czas pracy jest zawsze normowany, bo właśnie prawo pracy jest czynnikiem normującym i odstępstwo od tego jest wykroczeniem przeciwko prawu!. Inaczej – możliwe jest tylko takie ustalenie czasu pracy jakie zostało dopuszczone w prawie pracy. I tu znowu: każdą działalność gospodarczą można wspaniale zorganizować w zgodzie z prawem, są bardzo elastyczne możliwości normowania czasu pracy, czyli jej organizowania, ale samo normowanie jest konieczne i zamknięte w ściśle określonych granicach prawa. Natomiast w przypadku umów cywilnych - w ogóle nie ma pojęcia "czas pracy" ani nawet "prawo pracy", a więc i nie ma żadnego normowania bo nie dotyczy to wówczas prawa pracy a raczej swobody zawierania umów cywilnoprawnych i ich treści.

Przytoczę inny przykład autentycznego ogłoszenia:
Sprzątanie klatek schodowych Data: 28.01.2012
ID: 557606
Szczecin - zachodniopomorskie - Polska
Zatrudnię samotna panią w wieku 30-40 lat do sprzątania raz w tygodniu klatek schodowych w nowym budownictwie tel. kont. XXX-XXX-XXX
Adres: Rugiańska Szczecin

Bardzo fajna praca, jak na takie bezrobocie, ale ogłoszenie to w kilku słowach łamie kilka obowiązujących przepisów prawnych, dlatego PUP musiał odmówić jego przyjęcia i publikowania. Czy pracodawca był tu takim "burakiem" że miał w nosie prawo, czy też był jeszcze większym "burakiem" bo nie zna prawa i nawet mu do głowy nie przyszło zapoznać się z zasadami przyjmowania pracowników, prawem unijnym dotyczącym zakazu dyskryminacji, mimo że są dziesiątki stron i portali w Internecie, do znudzenia powtarzających te proste zasady. Problem w tym, że "buractwo" wielu pracodawców objawia się w braku chęci poznania tych zasad a nie w ich nieznajomości, która jest dopiero skutkiem tej pierwszej cechy. Burak jest przekonany, że wolność - to znaczy "wszystko mi wolno".

Trzeba to wyjaśniać wprost, poważnie i w nieskończoność, bo niestety takie "oferty pracy" pomimo upływu lat ciągle są obecne a także nasila się nawet ostatnio jakieś zadziwiające nastawienie "anarchistyczne" przedsiębiorców zatrudniających pracowników; anarchistyczne w sensie przenośnym - negowania prawa pracy i jakichkolwiek regulacji ustawowych w ogóle.

Sprawom prawa pracy, chciałbym poświęcić oddzielny tekst.

Gdy tworzono sytuację tak drastycznego bezrobocia, prawdopodobnie zrobiono to celowo właśnie po to; ludzie nie upominają się o swoje prawa, starają się często podporządkować najbardziej bezczelnym wymysłom takich "buraczanych pracodawców" mających głęboko w dupie całe prawo pracy, najczęściej z cichym błogosławieństwem Państwa. Odnosi się wręcz nieodparte wrażenie, że władza z pełną świadomością stworzyła warunki do całkowitego bezprawia i nadal - jeśli już następują jakieś zmiany w przepisach kodeksu pracy - to idące w kierunku ograniczenia uprawnień pracowniczych, rozmycia obowiązków, a jeśli nie następują zmiany w tym kierunku, to i tak jest „ciche przyzwolenie” i „parasol ochronny” nad pracodawcami w ich ignorowaniu prawa, może poza drastycznymi błędami dotyczącymi bezpieczeństwa pracy ludzi, w których PIP jeszcze jako-tako interweniuje, szczególnie w budownictwie, a to wyłącznie z powodu ogromnej liczby poważnych wypadków na budowach.

Obawiam się niestety, że to może być plan polityczny Donalda Tuska i rządu PO - tak rozumianej - na sposób dziewiętnastowieczny - „budowy kapitalizmu” właśnie poprzez rozbicie i stłamszenie związków zawodowych, ograniczenie aktywności Inspekcji Pracy, zmian w prawie a szczególnie w praktyce jego stosowania w sądach – likwidujących kolejne ograniczenia "naturalnego" dla "buraczanych" polskich kapitalistów bezprawia i wyzysku, ale szczególnie poprzez celowe stworzenie tak ogromnego bezrobocia, by ludzie dochodzili do takich wniosków jak Daria Pawlicka: płaca nie jest najważniejsza, czas pracy też nie jest ważny, żeby tylko w ogóle jakąkolwiek pracę znaleźć za jakiekolwiek pieniądze, choćby w sklepie albo hipermarkecie… Żeby tylko dali żyć! Nawet kosztem zapieprzania dwanaście godzin na dobę, w poniżeniu i upokorzeniu, na umowę „śmieciową”… Po prostu: "mentalność niewolnika". Postawy ludzi zajmujących się biznesem i zatrudniających ludzi, przemiana jaka następuje w człowieku z pracownika najemnego stającym się pracodawcą - to ciekawy temat na obszerną analizę psychologiczną czy socjologiczną.

I o to chodziło władzy! Pełny sukces Tuska i jego "zdziczałych" ministrów. Mało mnie pociesza fakt, że przy innym potoczeniu się spraw mógłbym w poprzednim zdaniu napisać: i o to chodziło władzy; pełny sukces Kaczyńskiego i jego "zdziczałych" ministrów. Albo jeszcze w innej wersji, z innym nazwiskiem. Ważne jest życie a nie Tusk.
Po to przecież stworzono takie bezrobocie i po to zamiast z nim walczyć – Urzędy Pracy robią wszystko aby ono nie zmalało. Po to wymyślono pracę tymczasową, umowy śmieciowe; przecież ktoś musi wypracować te kapitały i majątki osobiste „klasy wyższej” a dobrowolnie nikt by tego nie chciał zrobić... Jakiś czas też potrwa, zanim wypracowane w takich warunkach kapitały przedsiębiorców zaczną być inwestowane w rozwój, w poprawę warunków pracy, w kadry. Tymczasem jak dotychczas wszystko co można wyciągnąć z takiego traktowania biznesu i pracowników - idzie na "konsumpcję" właścicieli; ich "poziom życia, widzialny luksus, domy i samochody "do chwalenia się", wyjazdy zagraniczne. Że to prymitywne czy prostackie, czyli takie "buraczane" właśnie - o to mniejsza, ale słaba w tym nadzieja tych skazanych na pracę najemną.
Ironia losu polega na tym, że to wszystko się zrodziło w głowach kolegów po fachu Darii Pawlickiej; politologów z wcześniejszych roczników studiów, którzy dziś „robią za polityków” w tym "kraju durniów", czy jak mówią na Zachodzie - "kraju ludzi bez głowy".

Inni durnie piszą w swoich ogłoszeniach, że poszukują kobietę do pracy - choć już samo to też jest złamaniem prawa, albo co gorsze - nie tylko "kobietę", ale nawet panienkę i to pod warunkiem, że złoży oświadczenie, że w ciągu najbliższych kilku lat nie ma zamiaru wychodzić za mąż i rodzić dzieci. To nic, że prawo pracy zabrania nawet pytać kandydata do pracy o jego stan cywilny, albo o plany rodzinne, ustala konkretny i zamknięty katalog okoliczności o które wolno pytać kandydata; pracodawcy mają to w dupie i co najgorsze – mogą bezkarnie mieć to w dupie!

Jest przecież oddzielny ustalony przez Ustawę i obowiązujący wzór wzór kwestionariusza osobowego dla kandydatów (na czas prowadzenia naboru do pracy) i nie zawiera on pytania o stan cywilny, plany rodzinne ani inne informacje wymienione w ustawie jako mogące być przedmiotem nierównego traktowania, co przecież jest przestępstwem.
Pracodawca może bezkarnie łamać prawo, bo z natury czuje się poza jakimikolwiek ograniczeniami, jak "szlachcic na zagrodzie - równy wojewodzie", a w przypadku pretensji – mówi że on „nie wiedział” i bardzo się oburza, że prawo go w czymkolwiek ogranicza. Przecież łaskawca "daje pracę"...
Sprawie mentalności typowego polskiego "biznesmena" także chciałbym poświęcić odrębny tekst.

Urzędy Pracy poradziły sobie z problemem "bezprawnych ogłoszeń" w ten sposób, że odmawiają przyjmowania od pracodawców ofert zatrudnienia, zawierających jakiekolwiek sformułowania łamiące prawo. I nic dziwnego; jeszcze tego by brakowało, by instytucja samorządowa za publiczne pieniądze współdziałała w łamaniu prawa! Dlatego właśnie w PUP jest tak mało ofert, czasem tylko kilka dziennie.

Portal „Infoludek.pl” nie musi mieć tych skrupułów, zrzucając całą winę na ogłoszeniodawcę w swoim regulaminie publikowania ogłoszeń, dlatego duża część z nich jest pozaprawna.

Państwowa Inspekcja Pracy powinna mieć obowiązek z "urzędu" karać autorów ogłoszenia najwyższym mandatem albo kierować „z urzędu” takie firmy do sądu, ale wtedy podniósłby się wrzask, jak to się w Polsce gnębi przedsiębiorców, szykanuje pracodawców, jakie tu panuje „roszczeniowe myślenie” itp. Bo PIP - obawiam się - ma nałożony „polityczny kaganiec” by umożliwiał drogą łamania prawa stworzenie kapitalizmu w Polsce. Stworzenie III Rzeczypospolitej opartej o bezrobocie, cierpienie fizyczne i psychiczne, łamanie prawa, dręczenie bezrobotnych i bezdomnych brakiem szans na wyrwanie się z pułapki bezrobocia, organizowanie taniej siły roboczej poprzez celowe i świadome nakręcanie bezrobocia i stworzenie dwumilionowej grupy ludzi gotowych na każdą pracę w każdych warunkach, byle móc przeżyć.

Ale to jest właśnie ten powód, z którego Donald Tusk i jego rząd powinien stanąć przed Trybunałem Stanu, bo Rząd nie ma upoważnienia do tego; takie działania są całkowicie sprzeczne z Konstytucją, a łamanie Konstytucji jest zdradą stanu!. Wynik wyborów nie upoważnił zwycięzców do zmiany konstytucji, co oznacza że nie upoważnił ich też do jej lekceważenia, pomijania, nie zwolnił z jej wykonywania. W takim ujęciu bardzo wiele z działań PO nie mieści się w założeniach Konstytucji. Tworzone są dziesiątki ustaw z góry nastawionych na złamanie Konstytucji, z nadzieją że nikt ich nie zaskarży do TK. Ale tu Platforma Obywatelska w niczym się nie różni od komunistycznych zbrodniarzy PRL-u: Konstytucja Rzeczpospolitej - swoje, a oni - swoje... tak jakby Konstytucji nie było...

29/04/2012

ZAMACH! (Zamach na prawdę i prawdziwe człowieczeństwo)

Bardzo się cieszę zawsze, gdy mam okazję być w moim ulubionym mieście niemieckim – Lubece, starym hanzeatyckim mieście portowym założonym w 1143 roku w miejscu osady Liubice, zniszczonej pięć lat wcześniej przez Słowian.
Miasto posiada wiele przepięknych zabytkowych budowli, ale jednym z najważniejszych dla mnie i najbardziej wzruszających tam miejsc – jest z pewnością kościół ewangelicki St. Jakobi (Św. Jakuba), w częściowo ocalałej z alianckich nalotów dywanowych w czasie wojny a następnie skrzętnie odrestaurowanej, najstarszej części miasta. W pobliżu jest też dom Güntera Grassa oraz dom rodziny Mannów, z której pochodził znany pisarz – Thomas Mann (ten od „Rodziny Buddenbroków”). Stare Miasto Lubeki od 1987 roku wpisane jest na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO, jest cudownym przykładem gotyku z czerwonej cegły klinkierowej tzw. „Backsteingotik”. W szczególności dotyczy to kościoła St. Jakobi, sprawiającego na nas co prawda swoim wnętrzem wrażenie pewnej surowości, obcości – ze względu na zasadnicze różnice obrządku protestanckiego i rzymskiego obrządku katolickiego, co odzwierciedla się także w dogmatach liturgicznych, którym podporządkowany jest i wygląd kościoła, jego wyposażenie, jednak tym bardziej właśnie piękno budowli, starych organów z 1467 roku – robi na mnie zawsze ilekroć tam jestem – ogromne wrażenie.

 Bulwar An der Untertrave z przystanią dla łodzi żaglowych.
 
Jest coś niesłychanie wzruszającego i wartościowego w wiekowych starych murach z cegły klinkierowej, monumentalności i strzelistości okien, sklepień, detali architektonicznych. Możemy to do pewnego stopnia dostrzec i w poniemieckich kościołach na ziemiach zachodnich, w Szczecinie czy np. w Goleniowie. Przeznaczenie świątyni, jako Domu Bożego czyni z niej miejsce piękne, w którym to – prócz Boga – ludzie tam przychodzący powinni być elementem najwartościowszym i najpiękniejszym; nie rzeźby, figury czy obrazy kapiące od złota – jak to bywa w tradycji rzymskiej i wschodniej. Mamy więc tu stosunkowo surowe wnętrze, często malowane na biało, z nielicznymi ozdobami, w którym najistotniejszy jest prosty krzyż drewniany bez figury oraz ołtarz w postaci sześciennego postumentu otoczonego czterema palącymi się świecami. Gromadzą się tam za to szczęśliwi i szanujący się nawzajem ludzie, dobrze zorganizowana społeczność ludzi przeważnie stosunkowo majętnych, pracowitych, wspomagających się nawzajem psychicznie, moralnie i materialnie. Jest mi za każdym pobytem tam niezmiernie przyjemnie obserwować to, z pewnym skrywanym zawstydzeniem swoją „polskością” w jej negatywnych objawach…

Jednak to inne powody za każdym pobytem w Lubece skłaniają mnie do odwiedzenia tego kościoła. Jest tam w jednej z naw szczególna ekspozycja i zarazem uświęcone, symboliczne miejsce pamięci marynarzy z żaglowca „Pamir”.
I o tym chciałbym tutaj opowiedzieć.

 Model Żaglowca Pamir wyeksponowany w kościele St. Jakobi
 
„Pamir” był pięknym i dzielnym czteromasztowym barkiem niemieckim z początków ubiegłego wieku. Był to jeden z serii ośmiu żaglowców zbudowanych w stoczni Blohm&Voss w Hamburgu w pierwszych latach ubiegłego wieku dla prywatnego armatora Ferdinanda Laeisza. „Pamir” zwodowany został w 1905 roku. Żaglowiec ten o długości 94,5m i nośności 6420 ton, czteromasztowy bark o łącznej powierzchni 31 żagli wynoszącej 4100 m. kw. woził dla armatora saletrę z Argentyny i Chile, potrzebną wówczas do wyrobu materiałów wybuchowych i produkcji nawozów, przygotowany był do pokonywania trasy wokół Przylądka Horn, rozwijał prędkość nawet do 16 węzłów. W 1949 roku odbył swoją ostatnią podróż handlową a w 1950 roku – już po śmierci armatora – wziął udział w ostatnich regatach wraz z siostrzanym barkiem „Passat”, po czym przeznaczony został przez spadkobierców armatora na złom.
Jednak wówczas konsorcjum 40 armatorów niemieckich odkupiło go w związku z powstałym wówczas pomysłem stworzenia ze starych żaglowców bazy szkoleniowej dla kadry przyszłych oficerów floty niemieckiej.
Po gruntownym remoncie w 1951 roku w Kilonii, rozpoczął on taką właśnie służbę żaglowca szkolnego, jednak aby uwiarygodnić warunki normalnej pracy na morzu oraz zapewnić fundusze na jego utrzymanie – prócz roli szkoleniowej spełniał dalej do pewnego stopnia dawną rolę zwykłego masowca, przewożąc ładunki do Ameryki Południowej i z powrotem. Odbył pięć takich rejsów, nim w 1957 roku z portu w Lubece wyruszył w – jak się potem okazało – ostatni swój rejs z 86 osobami załogi i kadetów na pokładzie. Rejs z północnych Niemiec w tropiki – musiał być zapewne niesamowitym wydarzeniem, spełnieniem marzeń dla dzielnych 19 i 20 letnich chłopców, kadetów w których widziano nie tylko wspaniałych synów i wnuków, ale i przyszłość kadr niemieckiej floty handlowej. Cóż więc mogło się stać nieprzewidzianego w takich korzystnych okolicznościach… ?

W tej dramatycznej historii widać, jak czasem cały ciąg nawet drobnych błędów, zbiegów okoliczności a czasem nawet przypadków – układa się konsekwentnie w scenariusz dramatu; morze nie wybacza błędów, zaniedbań, rutyny, braku przygotowania, beztroski, zbytniej pewności, pychy – co obserwowaliśmy wielokrotnie i w historii naszej floty handlowej. Wiele katastrof ma w swoich początkach zwykłe, często wielokrotnie nakładające się na siebie błędy ludzkie, niestety często możemy je prześledzić dopiero po katastrofie, dopiero po fakcie, ale doświadczenie, jakie pochodzi z analizy takich zdarzeń wbrew pozorom także najczęściej nie jest w stanie zapobiec przyszłym tragediom.

Odnosząc to jednak do „Pamira” wiemy, że doświadczonego dotychczasowego kapitana Hermanna Eggersa zastąpił w tym rejsie – z powodu choroby dotychczasowego dowódcy – mało doświadczony kapitan Johannes Debitsch, po raz pierwszy dowodzący tym statkiem. Pierwszy Oficer (prowadzący nawigację i zastępujący Kapitana) także nie znał dobrze własności żaglowca, bo był to jego drugi rejs na tym statku, bosmanem (odpowiedzialnym za prace pokładowe i obsługę żagli) był w tym rejsie człowiek zapewne bardzo kompetentny, lecz już siedemdziesięcioletni…

Żaglowiec szkolny w swojej szóstej podróży przewiózł ładunek z Europy do Ameryki Południowej, po czym – by zarobić na podróż powrotną – zawinął do portu w Buenos Aires, aby na drogę powrotną dokonać załadunku jęczmienia. Niestety nadal rozwijał się ciąg okoliczności bezpośrednio związanych z nadchodzącą katastrofą. W trakcie załadunku „Pamira” w porcie wybuchł strajk robotników portowych i by dokończyć załadunek, zatrudniono załogę, kadetów odbywających na żaglowcu swój rejs szkolny oraz wojsko. Załogę żaglowca, prócz nielicznej kadry stałej, zawodowców z doświadczeniem morskim, stanowili kadeci – kandydaci na przyszłych oficerów marynarki, dwudziestoletni młodzieńcy, chłopcy okrętowi, młodzi marynarze, w pewnym sensie elita młodzieży niemieckiej w jak najlepszym znaczeniu tego określenia. Prace załadunkowe z powodu braku strajkujących doświadczonych trymerów portowych – zostały wykonane niezbyt fachowo, bo przez pracowników nie znających się na tej pracy. Kadeci pracowali przy tym bardzo ciężko fizycznie, choć za dodatkowym wynagrodzeniem. Jęczmień załadowano do ładowni w stanie sypkim, luzem. Na dodatek kapitan by zarobić jeszcze dodatkowe 15 tysięcy dolarów za dodatkowy ładunek – nakazał wypełnić lżejszym od wody jęczmieniem także i zbiorniki balastowe (powinna być w nich woda dla właściwego obniżenia środka ciężkości statku, czyli zapewnienia jego stateczności pod żaglami).

Po wyjściu w rejs powrotny do Europy, we wrześniu 1957 roku na Północnym Atlantyku „Pamir” znalazł się niespodziewanie w rejonie jednego z największych huraganów o nazwie „Carrie”, który kierował się trasą od Wysp Zielonego Przylądka ku Waszyngtonowi, lecz nagle i niespodziewanie zmienił swój kurs na wschodni, by spotkać na swej drodze właśnie „Pamira”. Tajfuny zawsze są do pewnego stopnia nieprzewidywalne w swojej trasie, lecz w tym przypadku efekt nagłej zmiany kierunku przemieszczania się tajfunu dołączył do łańcucha przyczyn i okoliczności wymienionych wcześniej, realizując fatalny finał.

Tragedia rozegrała się 21 września 1957 roku. Kapitan w ostatnich chwilach przed spotkaniem z huraganem chciał jeszcze uciec przed nim i rozkazał postawić na żaglowcu kilka sztormowych żagli, jednak jak się okazało – było już za późno; gwałtowny atak huraganu o prędkości 180 km/h spowodował – właśnie przez te żagle – gwałtowny przechył statku, a przechył – trwałe przemieszczenie sypkiego ładunku jęczmienia w ładowniach, dlatego żaglowiec pozostał już w przechyle, nabierając wody niezabezpieczonymi bulajami, które w powodu gwałtownego przechyłu znalazły się poniżej poziomu wody i przez to przechylając się coraz bardziej. O godzinie 14 żaglowiec nadał swoją radiostacją pierwszą informację o utracie żagli i narastającym przechyle, wówczas ponad 35 stopni na lewą burtę. Gwałtowny i duży przechył uniemożliwił normalne spuszczenie szalup, kilka z nich na szczęście zerwało się jednak samoczynnie. Kiedy zaskoczona załoga była gotowa do opuszczenia statku, żaglowiec już tonął leżąc na lewej burcie a chłopcy ci – kurczowo trzymający się prawego relingu – mieli pod sobą pionową siedmio czy ośmiometrową „ścianę” pionowego już wówczas pokładu i wodę. Puszczając się relingu spadali w dół, wpadali przy tym jedni na drugich. Wielu utonęło już wówczas, a ci co jeszcze mogli, zaczęli płynąć w kierunku kilku ocalałych, unoszących się na wodzie lekkich, drewnianych, otwartych z góry szalup, niestety nie posiadających żadnego wyposażenia ratunkowego ani zapasów wody pitnej. Był co prawda dzień a więc widno, pomimo huraganowego wiatru podnoszącego z wierzchołków fal pył wodny utrudniający widzenie niczym mgła, bardzo dużego falowania wody, chwilami widać było położenie ocalałych szalup. Mimo tego – jedynie ci, co zdołali dopłynąć do szalup mieli jakiekolwiek szanse na ratunek. O godzinie 14.54 w eterze rozległ się sygnał wezwania pomocy SOS nadany przez radiostację „Pamira”, odebrany przez znajdujący się najbliżej amerykański masowiec, siedem minut później „Pamir” nadał jeszcze jakieś niezrozumiałe sygnały, po czym radiostacja statku zamilkła. Żaglowiec wkrótce przewrócił się do góry dnem i zatonął.
Z chwilą odebrania sygnałów SOS rozpoczęła się wielka akcja ratunkowa, w której wzięło udział 78 statków i 11 samolotów. Dopiero po 56 godzinach amerykański frachtowiec natrafił na roztrzaskaną i zalaną wodą szalupę a w niej pięciu półżywych ludzi; mata z kuchni Dummera, dwóch marynarzy – braci Wirthe i dwóch kadetów Andersa i Kraaza. Cztery doby po zatonięciu żaglowca odnaleziono jeszcze jedną szalupę a w niej jeszcze jednego żyjącego rozbitka – marynarza Güntera Haselbacha. Ponadto odnaleziono pływające przedmioty z żaglowca oraz powiązane ze sobą kamizelki ratunkowe a w nich fragmenty ciał (w tym rejonie na dodatek całego nieszczęścia – grasowało duże stado rekinów). Z 86 osobowej załogi łącznie więc ocalało tylko sześć osób i było to – patrząc na wszelkie okoliczności – ocalenie prawie że cudowne.

Tragedia ta była ogromnym szokiem dla całych Niemiec, wchodzących właśnie w okres powojennego rozkwitu gospodarczego dzięki m. in. planowi Marschala. Nagle, w ciągu kilku godzin zginął kwiat młodzieży, kadetów, kandydatów na oficerów żeglugi. Od tego tragicznego wydarzenia Niemcy zrezygnowali z takiej formy kształcenia kadr morskich, wycofując z eksploatacji także bliźniaczy bark – „Passat”. Do dziś pływa jedynie ostatni z tej serii – żaglowiec „Padua” – teraz pod banderą rosyjską, jako znany i sławny żaglowiec szkolny „Kruzensztern”.

Dziś, czyli po fakcie – łatwiej jest odtwarzać – mimo braku wielu informacji – ogólny przebieg katastrofy, obserwować bezlitosną konsekwencję praw morza, nie wybaczającego takiego zbiegu ludzkich błędów i okoliczności. Będąc w kościele St. Jakobi – myślę jednak o tej tragedii w kategoriach ludzkich, prywatnych; ocean zabrał przecież życie kilkudziesięciu 19 i 20-letnich chłopców, odważnych i zdolnych młodych studentów i marynarzy pochodzących głównie z portowych miast Lubeki, Rostocku i Hamburga, nie oddał nawet ich ciał. Nie jest trudno sobie wyobrazić szok, dramat ich rodziców i rodzin, płacz, żałobę… Wbrew pozorom przy odrobinie empatii – nie jest trudno zrozumieć uczucia rodzin tych chłopców, ich nauczycieli, dziewczyn, przyjaciół szkolnych… a nawet i uczucia „zwykłych” niemieckich obywateli z miast nie-portowych.

Jak to jednak w życiu bywa, po przeminięciu pierwszego szoku rozpoczęły się prace komisji Urzędu Morskiego mające wyjaśnić przyczyny tragedii a tym samym rozstrzygnąć także kwestię ewentualnego rozkładu stopnia winy czy odpowiedzialności. W takiej sytuacji powstaje jak zawsze konflikt stanowisk armatora i rodzin ofiar oraz załogi, ubezpieczycieli; konflikt o prawdę, o odpowiedzialność – w tym i odpowiedzialność „odszkodowawczą”, czyli o banalne pieniądze. Ogrom tragedii nierozerwalnie kojarzy się z winą i ogromną odpowiedzialnością rozkładającą się zwykle na wiele osób a te – pomimo ciężaru tragedii niechętnie chcą przyjmować konsekwencje swoich błędów. Człowiek zazwyczaj podświadomie poszukuje usprawiedliwień, broni się przed poczuciem winy a szczególnie przed odpowiedzialnością karną. Jednak jak się okazuje, bardzo trudno jest powiedzieć po prostu: tak, zawiniłem w tym i w tym, zaniedbałem, nie dopilnowałem, taka jest moja część winy, dlatego odchodzę z zajmowanego stanowiska na którym się nie sprawdziłem, przyjmuję moją część odpowiedzialności moralnej i gotów jestem na odpowiedni do mojej winy ciężar odpowiedzialności prawnej, ofiary i ich bliskich proszę o przebaczenie… To nie cofa zdarzeń a jednak jest tak bardzo ludzkie, uczciwe, godne i… nadzwyczaj pomaga wszystkim znieść to co się stało. W tym przypadku – komisja Urzędu Morskiego po przeprowadzeniu dochodzenia i przesłuchaniu ocalałych świadków winą za tragedię obarczyła Kapitana Debitscha i I Oficera, – którzy stali się jednak ofiarami katastrofy, więc nie mogli złożyć swojej relacji, wyjaśnień, ani bronić się przed oskarżeniami. Adwokat reprezentujący armatora oraz wdowę po kapitanie – starał się bronić dobrego imienia swoich mocodawców – wykazać, że kapitan nie popełnił istotnych błędów a przyczyną zatonięcia statku było pęknięcie kadłuba, czyli niezawiniona przez nikogo awaria techniczna powstała na skutek działania sztormu wywołanego przez tajfun „Carrie”. Faktycznie na podstawie pewnych informacji podawanych przez ocalałych świadków – nie można wykluczyć zasadności takiego wyjaśnienia; zeznania ocalałych osób wskazywały na możliwe uszkodzenie kadłuba statku; najłatwiej jednak zawsze zrzucać wszelką odpowiedzialność na nieżyjącego dowódcę. Nieżyjący nie mają głosu a więc nie mają racji. Rozstrzygnięcie Urzędu Morskiego ogłoszone po roku badania przyczyn katastrofy było więc i jest nadal kwestionowane, jednak z powodu powstałego konfliktu interesów oraz braku niezbitych dowodów – okoliczności katastrofy mogą pozostać już nigdy nie wyjaśnione. Adwokat broniący dobrego imienia kapitana, po trzech latach od tego oficjalnego rozstrzygnięcia wydał książkę negującą jego zasadność i przywołującą wszelkie argumenty uzasadniające wersję o tragicznych, ale „naturalnych”, nie ludzkich a technicznych przyczynach tragedii. Niestety można przypuszczać, że obiektywna prawda nie jest tu już możliwa do osiągnięcia.

Za każdym pobytem w Lubece odwiedzam tę szczególną nawę kościoła, gdzie ustawiono jedną z odnalezionych szalup (Nr 2). Jest tam także kamienna posadzka z wyrytymi imionami, nazwiskami i stopniami morskimi wszystkich tych chłopców, odnaleziona deska z pokładu żaglowca a także położona pod tą nawą krypta z symbolicznymi urnami, przed nawą płonie wielka świeca liturgiczna, pachną świeże kwiaty… Wyeksponowano także w kościele duży dokładny model żaglowca „Pamir”, tablice i plakaty upamiętniające tę tragedię. Przychodzi tam wielu ludzi, patrzą w zadumie, poprawią wstęgę żałobną na szalupie, przynoszą kwiaty…
Ta ogromna tragedia zrujnowała życie tak wielu ludzi, nie tylko tych marynarzy. Pozostała pustka, która nie jest nicością, jest rzeczywistym bolesnym miejscem, niby pustym, ale zapełnionym obrazami, zdarzeniami, słowami, nadziejami, wspomnieniami. Pozostali samotni rodzice, siostry i bracia tych dzielnych, zdolnych i odważnych chłopców… Pozostał stary i jakby zdziwiony, pogrążony w smutku, jakby uśpiony stary port hanzeatycki Lübeck… czekający wciąż na powrót swojego dzielnego żaglowca…

Zawsze, będąc tam, jestem tak samo wzruszony, pochylam głowę w zadumie myśląc także o innych katastrofach i choć to kościół luterański, odmawiam w myślach nasze polskie „… módl się za nami wszystkimi, teraz i w godzinę śmierci naszej…”
I tylko kamienne lwy przed wjazdem na Burgtorbrücke nadal strzegą starego Zamku…




























Post Scriptum:
Pojawiły się właśnie nowe i niezwykle ciekawe informacje dotyczące katastrofy pasażerskiego liniowca Titanic, obnażające prawdziwe przyczyny jego zatonięcia. A to nie los, nie jakieś fatum, nie skrajnie zła pogoda (tajfun) a prozaiczne błędy ludzkie, takie jak ingerencja armatora w projekt, osłabiająca jego konstrukcję dla banalnej, prostackiej oszczędności kosztów budowy, ryzykowne rozwiązanie konstrukcyjne kadłuba, karygodne błędy akcji ratowniczej oparte na dogmatycznym przeświadczeniu, że statek jest "niezatapialny", które spowodowało, że w szalupach z ludźmi którzy się uratowali, prawie połowa miejsc nie była wykorzystana (mogło się uratować 600 osób więcej, co by zmniejszyło liczbę ofiar z ok. 1500 do 900 osób). Dziś okazuje się, że większość najważniejszych przyczyn tej tragedii była od początku znana, zostały jednak ukryte, zatarto ślady po prawdzie w wielu dokumentach tej sprawy - by uniknąć pogorszenia wizerunku wielkiego armatora a zwłaszcza odpowiedzialności odszkodowawczej w procesach cywilnych, na rzecz rodzin ofiar. Pewne fakty udaje się jednak dziś ustalić dzięki wcześniejszemu ustaleniu pozycji wraku na dnie; jego badaniu bezpośredniemu tam gdzie jest, na dnie oceanu.
W mojej pracy wielokrotnie byłem w sytuacji mało komfortowej, bezsilnie przyglądając się bałaganiarstwu, brakowi kompetencji czy choćby podstawowej rzetelności zawodowej osób które bez skrupułów brały za to pieniądze, pozostawiając mi wstyd za taki wizerunek Polski w kontaktach międzynarodowych. A piszę te kilka dodatkowych zdań, by usprawiedliwić tytuł jaki nadałem mojemu tekstowi a który nie dla wszystkich jak się okazało był zrozumiały co do intencji.
Otóż w tych sprawach, katastrofy "Titanica", opisanego zatonięcia "Pamira" czy też innych katastrof, np. lotniczych - przeraża mnie ogromna, wręcz niewspółmierna różnica "wartości"; tej po stronie sprawców, osób winnych zaniedbań czy nadmiernych oszczędności a z drugiej strony - po stronie życia; życia ludzi którzy tam bezpośrednio zginęli, oraz ich bliskich, którzy także wówczas po części "umarli"...
Niestety; mijają dziesięciolecia a pozostaje zawsze ta niemożliwa do zaakceptowania dysproporcja pomiędzy "kosztem" - życiem ludzi które jest przecież bezcenne nie tylko dla nich, a jakimiś marnymi oszczędnościami, uproszczeniami z lenistwa, zaniedbaniem z pychy lub bezmyślności... jakąś prozaiczną bylejakością, tumiwisizmem... No i próby ukrycia prawdy, uniknięcia odpowiedzialności zawsze są podobne...
Myślę więc, że wszelkie poważne zaniedbania organizacyjne, bezmyślne "obcinanie" kosztów, wszelka nieodpowiedzialność, bylejakość, podbudowana pychą rutyna - to zawsze jest ZAMACH; zamach na prawdziwe człowieczeństwo.
Stąd tytuł...

Fotografie – Paweł Baranowski

07/04/2012

Arogancja władzy… a Euro 2012.

Pisząc to – zdałem sobie nagle sprawę, że to określenie – to już slogan. Choć dziś władza tak ściśle już się kojarzy z arogancją, że niewielu potrafi w tym określeniu dostrzec skrajne przeciwieństwo, swoisty oksymoron. Nie o to chodzi, że nikt nie zdaje sobie sprawy z tego przeciwieństwa znaczeń; władza od czasów wielkiego Maharadży Nandy, króla wielkiej Indii (która była jednym wielkim królestwem) wiele wieków wcześniej, przed okresem szczytowym rozwoju cywilizacji egipskiej (Seti - Ramzes II) – była rozumiana jako służba; dająca sławę, zaszczyty, przywileje, ale jednak służba wobec społeczeństwa, ludu. Służba – związana także i z odpowiedzialnością.

Jak się wydaje, większość ludzi zdaje sobie sprawę, że władza nie może i nie ma prawa być arogancka, ale jednocześnie – ludzie po prostu wiedzą, że jest ona arogancka. Że nie jest taka, jak powinna. Dlaczego? Bo nie funkcjonuje tu łatwy mechanizm wyciągania konsekwencji. Nie funkcjonuje też godność osobista, zasady honoru. A władza – będąc zaangażowanym politycznie stronnikiem konkretnych idei, będąc zaangażowanym finansowo stronnikiem konkretnych interesów – musi po prostu być wobec niektórych arogancka; nie ma innego wyjścia.
Objawia się to na przykład w wybiórczym słyszeniu. Władza słyszy tylko tych których należy słyszeć, z którymi się zgadza i których reprezentuje. Przede wszystkim tych – którzy ją legitymizują, od których zależy. Pozostałych – po prostu pomija. Władza nie dyskutuje z tymi którzy mają inne zdanie; przecież dyskusja oznaczałaby, że inaczej myślący istnieją i mają jakieś znaczenie, mają coś do powiedzenia z czym trzeba się koniecznie nie zgodzić, czemu trzeba koniecznie zaprzeczyć, z czym trzeba się liczyć. Władza jest oparta na myśleniu wybiórczym i dogmatycznym i z natury nie znosi demokracji…
Prócz jednak tych którzy mają wykrystalizowane, zdecydowane i odmienne od władzy poglądy – są jeszcze ci, którzy jako przedmiot działania władzy nie posiadają poglądów ale mają za to konkretne potrzeby. Najczęściej chodzi tu o potrzeby podstawowe, zasadnicze, elementarne.

To nie jest tak jak w słynnym powiedzeniu Jezusa; kto nie jest przeciwko wam – jest z wami… Władza nie jest „przeciwko nim” – bo ich nie dostrzega, nie zauważa. Jak łatwo się domyśleć – z tego samego powodu „za nimi” także nie jest. Nie ma tu miejsca konflikt koncepcji, poglądów, tradycji, rodowodu czy idei. Jest tylko arogancja. Arogancja w skondensowanej, czystej postaci.

Premier postanowił nawoływać z daleka. Tak to jest, że czasem z bliska nie słychać, albo słychać gorzej, ciszej. Trzeba wyjechać na inny kontynent i dopiero z odległości, choćby z Kanady – głos Premiera wzmocniony przez usłużnych współ-propagandystów przyciąga uwagę, z „niewielka pomocą przyjaciół” w mediach. Mam na myśli tę - ni to radę, ni to ostrzeżenie, ni to prośbę – że "Polacy w czasie Euro 2012 nie powinni protestować". Od razu przypomniały mi się dawne uwagi dawnej władzy PRL adresowane do Solidarności, żeby "nie kopała leżących". Opozycja pytała wtedy: to w końcu kiedy ich kopać, gdy oni zawsze leżą...

A dziś? Rozumiem zaniepokojenie władzy, ale nie tędy droga panie Premierze…

Problem w tym, że – w odniesieniu do tego co napisałem powyżej – w czasie Euro 2012 Władza będzie słuchać. Europa będzie słuchać jak i kawałek reszty świata poza Europą także będzie miał oczy i uszy otwarte. Czy logiczne byłoby milczeć wtedy gdy wszyscy słuchają?
A tak należy rozumieć tę „dobrą radę” czy „prośbę–groźbę” Premiera; w czasie Euro nie protestujcie – bo wszyscy będą na was (i na nas) zwracać uwagę, patrzeć i słuchać, a gdy się Euro skończy – wtedy Świat zajmie się swoimi problemami, my – władza przestaniemy znów was słuchać, znów was zaczniemy całkowicie "olewać" jak przed Euro 2012 - to wtedy sobie gadajcie, protestujcie sobie ile chcecie…
Doprawdy; takie „rady” to czysta bezczelność aroganckiej władzy. Bardzo trafnie to określił pan przewodniczący Duda – jako „chyba jakiś ponury żart”...

Od września ubiegłego roku piszę o problemie bezrobocia w grupie obywateli w wieku produkcyjnym, z przedziału wiekowego 45 – 65 (67) lat. Wszelkie próby zwrócenia uwagi władzy ta ten pilny problem, problem życia lub śmierci dla ludzi bez swojej winy pozbawionych możliwości zatrudnienia jako źródła środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych - władza arogancko przemilcza albo co najwyżej arogancko pokrywa bełkotem usłużnych "ekspertów" od "ściemniania"...

Dlatego dziś, pomimo poszczekiwania swojskiego "kundla" (czyli po kaszubsku - tuska) dochodzącego z oddali – twierdzę: ludzie, mówcie głośno i otwarcie co jest waszym zasadniczym problemem życiowym, na przykład o braku możliwości pracy i zdobycia w ten sposób pieniędzy na życie; mówcie teraz – gdy władza słucha. Nie mam na myśli jakichś idiotycznych „kawiarenek dla seniorów” czy "uniwersytetów trzeciego wieku" - fikcyjnych lub trzeciorzędnych postulatów wymyślanych jako kpinę z ludzkiego cierpienia przez panów Boniego, Rostowskiego czy Arłukowicza, a pracę dla osób bezrobotnych „50 plus” dającą im podstawowe środki do życia. Protestujcie teraz, gdy władza słyszy, gdy oczy wielu milionów ludzi będą zwrócona na Polskę i na was!. Władza nie chce nic zrobić w tej sprawie prócz obietnic ”do 2030 roku”. Władza liczy na was, że pokornie i po cichu zdechniecie w krzakach i na śmietnikach i w ten sposób sami uwolnicie "władzę" od swojego problemu. To właśnie chyba mają na myśli - mówiąc o "niewidzialnej ręce" czyli o mitycznej "samoregulacji"; liczą na to, że "sami" wymrzecie i w ten sposób "rynek pracy" się "ureguluje". Co więcej – władza teraz jeszcze bardziej pogarsza waszą sytuację – każąc wam dłużej poniewierać się na zapomogach, zasiłkach albo żebractwie u obcych i rodziny - w oczekiwaniu na prawo do emerytury, która będzie mniejsza o „lata niepłacenia składek” na bezrobociu oraz o część zasobów IKE w ZUS, ewentualnie wcześniej wykorzystaną, by w ogóle dożyć do wieku emerytalnego.

Czasy wrażliwości społecznej władzy jak widać dawno skończyły się, bo jeśli by nie – to by nie doszło do tak dramatycznego problemu w tej sprawie. Władza gdy chce - potrafi reagować natychmiast i podejmować właściwe działania legislacyjne, liczone w czasie na tygodnie a nie na lata czy dekady. Przykład - sprawa wieku emerytalnego, sprawa "dopalaczy" itp.

Walczcie o życie, bo ono nie jest wam dane za darmo. Wasze życie nie interesuje tej władzy, ani wasza śmierć na śmietniku nie zrobi na władzy żadnego wrażenia. Nie tylko na "władzy" ale i na waszych współobywatelach, sąsiadach, znajomych. Protestujcie i demonstrujcie podczas Euro 2012 – bo wtedy może ktoś usłyszy wasz głos i skłoni władzę do natychmiastowej koniecznej interwencji. A jest tu coś do zrobienia, można zrobić wiele i "władza" jest do tego zobowiązana treścią Konstytucji Rzeczypospolitej.

Krzyczcie i domagajcie się działań dopóki ktoś słucha, jak zalecał w swoich naukach w Ewangelii także Jezus. (Szukajcie - a znajdziecie, proście - a będzie wam dane, kołaczcie - a otworzą wam...) Nie dajcie się przekonać, że musicie cicho i potulnie zdechnąć, byle bez rozgłosu i skargi – byle nie zakłócić „panom” dobrej zabawy sportowej, byle żaden cień nie padł na władzę "elity". Byle nie popsuć im ich interesów i biznesów. Tu nie obowiązują „prawa rynku” ani „zasady ekonomii” a raczej zdziczała ideologia „kapitalizmu” – w jej wersji chorej, wypaczonej i drapieżnej.
To co widzisz, co niszczy ciebie i twoje życie - to raczej jakiś "ciężki sen debila" o kapitalizmie. Jakiegoś polskiego "debila" który ma teraz władzę, ma ogromne osobiste dochody, spłaca kredyt za dom i "ustawia się" w życiu na przyszłe wieloletnie pasożytowanie na funduszach publicznych. Prawdziwy kapitalizm w rozwiniętych krajach demokratycznych jest dziś inny; jest ludzki, mądry, przemyślany, przyjazny ludziom pracowitym; daje każdemu szanse a nie odbiera ich - jak tutaj.

Domagajcie się prawdziwej gospodarki rynkowej opartej na ekonomii humanistycznej, a nie podłej imitacji dziewiętnastowiecznego kapitalizmu!

Protestujcie – dopóki ktokolwiek jeszcze was słucha…