MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unia. Pokaż wszystkie posty

09/08/2014

Niezbędność idei politycznej; jest ona warunkiem istnienia państwa.

Trzeba powrócić do sprawy tak zwanych założeń podstawowych. Założeń ideowych państwa.

Nie jest trudno dziś być w opozycji do polityków Platformy Obywatelskiej, gdy partia ta spada właśnie na przysłowiowy pysk z piedestału, na który sama się wywindowała, popychana przez bezideowych klakierów, gdy traci poparcie już w stopniu wyrażanym liczbą dwucyfrową – w stosunku do poparcia aktualnej opozycji. Jakaś ideologia jest niezbędna a najbardziej – to ta „właściwa” ideologia. Właściwa jest ideologia odnosząca się także do sprawy losu „zwyczajnych” ludzi i roli w tym państwa. O tym trzeba mówić, trzeba do tego ciągle wracać i przypominać przynajmniej istnienie takiego problemu. 

To dziś niestety bardziej budzi niepokój niż cieszy; cieszy za to przynajmniej sama perspektywa zmiany; jakiejkolwiek zmiany byle wyjść z zastoju, z sitwy, z bezduszności i z milczenia, co najwyżej zastępowanego kłamliwym bełkotem polityków i kłamliwym potakiwaniem dziennikarzy.
Musi się coś zmienić, choćby początkowo nawet i na gorsze; nie może już być tak, jak jest… a Platforma Obywatelska z pewnością już nie zmieni się, co najwyżej będzie próbowała znów oszukać wszystkich pozorami zmian, hasełkami medialnymi, przefarbowaniem rudego na szatyna a siwego (Jarosława Kaczyńskiego) – na szatana…
Nie pora jednak na takie zabawy, na dowcipy, bale kostiumowe i mordobicie na Wiejskiej, jakby tam była wiejska karczma a nie Sejm Najjaśniejszej Rzeczypospolitej…

Być może rzeczywiście w pewnym momencie historycznym pojęcie „ideologii” kojarzone mogło być jedynie i konkretnie z ideologią PZPR czy ideologią partii proletariackiej (robotniczej) w ogóle, władzy ludowej, komunistycznej itp, stąd pomysł jego późniejszego odrzucenia wraz z wszystkim co PRL-owskie. Ideologiczne – znaczyło złe. To oczywiście prostacka próba pójścia „na łatwiznę” przez ówczesnych „polityków z właściwym rodowodem S”. Ale można próbować wytłumaczyć wspomniane zjawisko tym właśnie powiązaniem myślowym, kalką „PZPR – ideologia” czy „komunizm – ideologia”.
Tak zwany kapitalizm jednak także ma u podstaw określoną ideologię.

Pojęcie ideologii ma znaczenie ogólne. To po prostu pewien określony zespół założeń początkowych, schemat, plan ogólny, zespół definicji, lista priorytetów – zespół poglądów posługujący się wartościowaniem zjawisk przy ich ocenie. Pisząc „wartościowanie zjawisk” mam na myśli to, że obserwowane lub nawet jedynie teoretycznie przewidywane zjawiska są oceniane, jako dobre lub złe (przydatne, korzystne, moralne – lub nie) według konkretnej „miary” jaką jest właśnie zespół wstępnie przyjętych poglądów czy norm zwanych ideologią. Ideologię można też szczególnie powiązać ze sposobem wartościowania zadań czy celów, to znaczy – co uznajemy za bezwzględnie społecznie konieczne, co za dopuszczalne a co za niedopuszczalne, niekorzystne, negatywne. Co jest społecznie ważniejsze a co mniej, co ma pierwszeństwo realizacji i finansowania a co jest ustawione w dalszej kolejności lub nawet wykluczone z punktu widzenia katalogu zadań państwa.
Platforma Obywatelska została stworzona właśnie jako organizacja planowo nie-ideologiczna (bo mam poważne wątpliwości, czy można tu użyć określenia „partia” w sensie klasycznym, które już samo w sobie ma skojarzenie z jakąś ideologią). Może anty-ideologiczna, choć to sugerowałoby niesłusznie jakieś przeciwstawienie. Poniekąd – Prawo i Sprawiedliwość niewątpliwie stara się opierać na konkretnych założeniach podstawowych, w związku z czym ma co najmniej od trzech kadencji Sejmu obszerny i jawny program polityczny w formie pisanej i powszechnie dostępnej, więc można by tu dostrzec jakieś przeciwstawienie, gdyż PO ujawniała tylko szczątkowe informacje o ewentualnych zamiarach a jedynym „programem” była i jest ulotna i ogólnikowa „gadanina” Donalda Tuska np. w formie „expose”, czyli wystąpień już po wyborach ("gadka-szmatka").

Mamy tu więc nowe i zadziwiające zjawisko głosowania na partię „w ciemno”; na partię która nie ogłasza dokładnie swoich zamiarów, stanowisk w poszczególnych kluczowych kwestiach, jedynym jasnym przesłaniem jest „ciepła woda w kranach” obiecana „wiernym i biernym” oraz zaślepiona i zaślepiająca nienawiść do opozycji, doprowadzająca nawet do aktów zbrodni, morderstwa na tle politycznym, deklaracji Ministra Spraw Zagranicznych dotyczących potrzeby „dorżnięcia tej (PIS)watahy” polityków opozycyjnych. To oczywiście nie jest jakaś „nowa ideologia” a raczej próby zapełnienia pustki z braku ideologii. Powstanie takiej „partii wodzowskiej” było oczywistym zamachem na istotę państwa i demokracji, w dodatku wymusiło niejako dostosowanie struktury i funkcjonowania innych partii do tego modelu.
Jak PO wygrywała wybory? Wyborcy niestety zostali odzwyczajeni od analizy programu partii i porównywania go ze swoim własnym interesem. Przyzwyczajono ludzi do modelu partii „wodzowskich” personifikowanych przez osoby przywódców. Głosowano - "na Tuska" a zwyciężała - PO. Programy polityczne zastąpiła wzajemna pyskówa liderów, wspomagana przez „przydupnych” giermków i szczekaczy. Walkę na argumenty w imię utożsamienia się z interesem jakiejś grupy wyborców, zastąpiło ogólne „naparzanie się maczugami”, złośliwości, cyrk z „Sabą” lub piciem „małpek” przed kamerami… happeningi, oryginalne autorskie demonstracje ofert sklepów erotycznych, nieustający spektakl teatralny wzajemnego obrażania się i ostentacyjnego przepraszania lub ostentacyjnej odmowy itp; I oczywiście „straszenie” opozycją, do czego wspaniałe preteksty ta opozycja umiała stwarzać niekompetencją i brakiem doświadczenia swoich funkcjonariuszy.

To chyba właśnie „głosowanie w ciemno”, czyli na partię „naszych”, mimo iż nie wiadomo co mającą zamiar robić – dało pretekst do ukucia porównania głosujących z lemingami, na podstawie znanego mitu o zachowaniu tych zwierzątek.
PO miała być pragmatyczną partią, a więc opierać się na osiągnięciach nauki, np. ekonomii – jako nauki, bez ich politycznego wartościowania. Miała rezygnować z planowania i koordynacji, zwłaszcza planowania długofalowego, odżegnywała się od wszelkich „wizji” założeń wstępnych rozwoju, czy zmian. „Kto ma wizje – niech się pospiesznie uda do psychiatry” – mówił „naczelny buc” PO, jako poseł delegowany do chamstwa, „obszczekujący jak kundel” wszystkie poczynania opozycji, bredzący o szczawiu i mirabelkach.
Tak też jest postrzegany ten Rząd, jako bezideowy, bezplanowy, pozbawiony wizji celu, do którego dąży; prowadzący przez to działania cząstkowe i nieskoordynowane; opanowany przez dorobkiewiczów, cyników, korzystających ze zbyt szerokiej swobody działania poszczególnych ministrów i ich resortów, bardzo słabo się ze sobą komunikujących. Rząd improwizacji, bałaganu, łatania dziur, niewidzialnej (dla prokuratury) ręki i cudu samoregulacji.
Tyle, że ekonomia jest z natury nauką polityczną, to znaczy opiera się na naukowych (matematycznych) zasadach, ale też ten naukowy aparat jest stosowany do realizacji tego, co najpierw zostało przyjęte za założenia wstępne, założenia natury politycznej.

Można to chyba dość dobrze porównać do biura projektowego, które ma pierwotną wizję architekta przekształcić w plany realizacji technicznej tej wizji, stosując do tego cały dostępny aparat naukowy, techniczny, informatyczny itp. Najpierw jest wizja – odpowiadająca założeniu ideologicznemu a po niej cały proces realizacji projektu odpowiadający organizacji i regulacji państwa. Narzędzia, jakie daje nauka – nie są wizją (założeniem, planem) i jej nie są w stanie zastąpić.
To dziwne, skąd taki pomysł twórców PO; można zastanawiać się poważnie, czy jest to pomysł „w dobrej wierze” czy może maskowane działania nie nastawione na służenie nikomu prócz sobie. Rząd nie miał, nie opracowywał i nie ujawniał programu, planu długofalowego, dotyczącego co najmniej jednej kadencji. Oczywiście współgrały z tym pewne założenia „liberalne” wyczytane przez Tuska i Bieleckiego w programowych pracach „klasyków”; świadome powstrzymanie się od kierowania gospodarką, przekazanie wszelkiej inicjatywy samym przedsiębiorcom, ograniczenie się państwa do obserwowania, „co zrobią przedsiębiorcy”, „jak zareaguje gospodarka” itp.

Trzeb tu jednak uwzględnić także fakt wstąpienia Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. Niewątpliwie bardzo zmieniało to warunki funkcjonowania państwa na szczeblu narodowym. Można by nawet zaryzykować twierdzenie, że opisane wyżej zjawiska mogły być próbą przygotowania polityków do funkcjonowania w zupełnie innym świecie, w którym wszelkie działania mają znaczenie ponadnarodowe i w gremiach ponadnarodowych muszą być uzgadniane, ustalane, wypracowywane czy wymuszane. Plan założycielski czy ideologia państwa musiała niejako zostać poddana planowi i ideologii Unii w jej działaniu wspólnotowym. Stąd – bezideowy charakter władzy mógł być po prostu wymuszony procesem wstępowania Polski do Unii Europejskiej. Tworzenie wspólnoty – to automatyczna rezygnacja z części samorządności, niepodległości.
Jeśli tak, to interesująco i niepokojąco wyglądają perspektywy zwycięstwa wyborczego partii opozycyjnej, która opiera się na modelu podstawowego założenia ideologicznego państwa i dokładnego programu realizacji tego modelu na szczeblu narodowym, bez odniesienia do Unii, jako wspólnoty. Trudno sobie wyobrazić realizację takiego programu bez zasadniczych konfliktów ze wspólnotą europejską, chyba, że program polityczny partii ubiegającej się o zwycięstwo wyborcze będzie stale uaktualniany z uwzględnieniem wszelkich ograniczeń wynikających z ponadnarodowego charakteru wspólnoty, ograniczającego zasadniczo kompetencje władzy narodowej w wielu zasadniczych sprawach. Wynika z tego zasadnicze pytanie o suwerenność państw Unii w wyborze drogi politycznej określanej założeniami wstępnymi uzyskującymi poparcie społeczeństwa, czyli wyborców.

W wyniku wyborów może się zasadniczo zmienić profil polityczny ekipy obejmującej władzę w państwie członkowskim Unii a co za tym idzie i w zasadzie wszystko, co nie stanowi zobowiązania państwa leżącego u podstaw członkostwa we wspólnocie. W tym sensie państwa Unii chyba nie są tak całkowicie pozbawione suwerenności na rzecz Unii, gdyż zmiana taka – jasno wynikająca z aktu wyborczego – nie byłaby możliwa a możliwa być musi.
Pod tym względem najbliższe wybory parlamentarne będą bardzo ciekawym doświadczeniem. Jednocześnie mamy chyba ostatni moment na próby wpłynięcia na treść programu partii posiadającej dziś znaczną przewagę poparcia społecznego nad konkurencją polityczną, predestynowanej do zwycięstwa i objęcia władzy.

Niezbędność idei politycznej jako podstawowego założenia konstrukcyjnego państwa nie przesądza oczywiście o tym, jaka to miałaby być idea a tu z kolei mamy do czynienia z interesującym zjawiskiem; z jednej strony jest to domeną absolutnej wolności, gdyż rzeczywistość polityczna jest zawsze przecież pewną mieszaniną nurtów politycznych będących „materiałem konstrukcyjnym” państwa w różnych proporcjach i kombinacjach (no może poza skrajnymi przypadkami totalitaryzmu), z drugiej strony mamy do czynienia z „utwardzaniem” podziałów poprzez ich przejaskrawianie i skrajnym szufladkowaniem, świadomą redukcją wolności pod tym względem, dążeniem do jaskrawych podziałów i przeciwstawień zredukowanych do kilku możliwości wybranych z mnogości i na dodatek nigdy kompletnie nie odpowiadających rzeczywistości.

25/10/2013

„… Za to, żeście nadzy, za to żeśmy winni, obojeście umrzeć powinni…”

Dotarło do mojej świadomości zadziwiające zjawisko, z tych które da się dostrzec i zrozumieć jedynie z pozycji osoby bezpośrednio zaangażowanej…
Ostatecznie to naturalne, że rozwijamy się poprzez doświadczenia życiowe i ten proces rozwoju, jak wznoszenie się w górę, poszerza nasze pole widzenia czy przestrzeń odczucia, jakby coraz odleglejszy horyzont. Nie dość jednak, że są ludzie na to odporni, to jeszcze na dodatek wcale nie działa to tak automatycznie; rozwój często nie jest dość równomierny, by umożliwił efekt wznoszenia się na wyższy poziom, poszerzenia granic, doskonalenia człowieczeństwa. Mam na myśli równowagę bądź jej brak – pomiędzy rozwojem wiedzy a rozwojem człowieczeństwa. Bo wbrew temu co głoszą skrajni materialiści – wiedza (w znaczeniu oficjalnie naukowym) nie jest człowieczeństwem. Podobnie i uczucie, intuicja, współczucie – bez wiedzy są jedynie częścią tego, co nazywamy człowieczeństwem.

Niestety wiele wskazuje na to, a w szczególności obserwacja własnego życia, że człowiek może w pełni zrozumieć jedynie to – co leży z obszarze jego bezpośredniego doświadczenia. Doświadczenie daje wiedzę a jednocześnie może otwierać człowieka w pełni na współczucie – dając w wyniku cechę zwaną empatią.
Uważam, że jedynie wzrost empatii – jest rozwojem człowieczeństwa.
Sama wiedza – nie wystarczy. Empatia to umiejętność zrozumienia uczuć innego człowieka, jego odczuć, motywacji, postaw, decyzji – które nigdy przecież w praktyce nie wynikają wyłącznie z obiektywnej wiedzy naukowej. Często nie są obiektywne ani optymalne, ale nie mogą być inne, bo są kształtowane także przez jego przeżycia, własne doświadczenia i wyciągnięte z nich niegdyś wnioski, poziom samooceny, stopień ambicji i stopień ich realizacji, charakter, cechy charakterologiczne związane z płcią, doraźną sytuacją materialną i rodzinną i tak dalej.

Empatia – to w rzeczywistości miłość.
Miłość do człowieka, do ludzi. I nie tylko do ludzi. Oczywiście nie mam na myśli miłości „erotycznej” a raczej to, co kierowało czynami wielu dobroczyńców posługujących innym ludziom potrzebującym pomocy – z humanistycznej miłości, przy okazji często i nieprzypadkowo nacechowanej wartościami chrześcijańskimi.
Przykład – Matka Teresa z Kalkuty opiekująca się trędowatymi, przekonana że w ten sposób „pomaga Jezusowi” i namawiająca wszystkich spotykanych ludzi do tego samego. Potrafiła dość przypadkowych ludzi, przyjezdnych, naukowców ekspertów od epidemii przybyłych z USA i rozmawiających ze sobą o sposobach pomocy potrzebującym – zaangażować do pędzla i wapna, mówiąc: możecie gadać, ale jednocześnie pobielcie mi wapnem tę izbę dla trędowatych, pomóżcie Jezusowi…
Można zrozumieć drugiego człowieka tylko przez miłość, posługującą się także sprawdzoną wiedzą. To spostrzeżenie bardzo ogólne…

W praktyce człowiek rozumie to, co sam przeżył. I poprzez odwrócenie tego twierdzenia – nie jest w stanie zrozumieć tego, czego nie przeżył, z czym się osobiście i bezpośrednio wprost nie zetknął.
Tak tylko chyba można wyjaśnić wspomniane na wstępie, zadziwiające zjawisko jakie stało się udziałem wielu ludzi w tym kraju: NIENAWIŚĆ DO BIEDNYCH.
Nienawiść, zniecierpliwienie, wyższość, lęk…
Szukając źródła tego, rozważałem historię PRL; bezrobocie było marginalne, bo praca była obowiązkiem każdego obywatela zdolnego do pracy. Osoby uchylające się od podjęcia pracy były napiętnowane jako wrogowie ideowi, ale i wrogowie porządku publicznego. Osoba nie posiadająca w Dowodzie Osobistym adnotacji o miejscu pracy lub meldunku była automatycznie podejrzana w sensie kryminalnym. Bezrobotni, zwłaszcza długotrwale bezrobotni – wywodzili się z tzw. marginesu społecznego, alkoholików, kombinatorów wszelkiej maści albo ze środowiska skonfliktowanego z prawem lub z władzą (np. opozycji politycznej) – gdyż pozbawienie pracy było formą represji politycznej. W obu przypadkach – osoby bezrobotne były napiętnowane przez propagandę we wszelki możliwy sposób i to nie mogło pozostać bez wpływu na dzisiejszy stosunek ludzi do bezrobotnych. Kilkadziesiąt lat indoktrynacji społeczeństwa, wmawiania że bezrobotny to wróg publiczny, nierób, pijak i potencjalny przestępca – może się i dziś odzywać w formie negatywnego stereotypu powtarzanego ze „świętym przekonaniem” przez osoby prymitywne, niesamodzielnie umysłowo, prostackie, mało dociekliwe, skłonne do przyjmowania stereotypów albo nawet nie zdające sobie sprawy z tego, że ich „poglądy” są jedynie powtarzaniem narzuconych im stereotypów.
Czy to mogłoby być wystarczającym wyjaśnieniem wspomnianej postawy?

Nie sposób nie zauważyć, że okoliczności bezrobocia diametralnie się dziś zmieniły. Bogu ducha winni starsi ludzie są nagle zwalniani z wieloletniej pracy po czym latami odmawia im się jakiegokolwiek zatrudnienia, bez jakiegokolwiek wyjaśnienia powodu. Tym powodem jest ich wiek a dokładniej jakiś stereotyp panujący wśród pracodawców na temat znaczenia wieku pracownika, idiotyczna moda na „młode, dynamiczne zespoły”; stereotyp któremu nie przeszkadza nawet to, że prowadzi bezpośrednio do bezprawia (łamania prawa pracy a w nim – zakazu nierównego traktowania kandydatów do pracy i pracowników pod jakimkolwiek względem).
Dziś bezrobotny nie pochodzi z „marginesu społecznego” a raczej to właśnie długotrwałe bezrobocie spycha go na tenże margines. Bezrobotny to ofiara kulawego „rynku pracy”,ofiara idiotycznego eksperymentu "liberalnego", nieudanej akcji szkoleń – przekwalifikowań, która zaowocowała marnotrawstwem miliardów euro pomocy unijnej a dała marginalny efekt pomocowy dla bezrobotnych (za to wielu przedsiębiorców bardzo się wzbogaciło).

Nadal jednak, jeśli ktoś sam nie znalazł się w takiej sytuacji, nie był bezrobotny, jeśli choć nie otarł się o realne zagrożenie całkowitą utratą środków niezbędnych do życia – widzi w bezrobotnych jak za PRL – ludzi którzy pracować nie chcą. Może efekt ten; efekt kilkudziesięcioletniej propagandy – dałoby się złagodzić odpowiednimi działaniami władzy, lecz władza przeważnie milczy, albo przedstawia bezrobocie jako coś nad czym nie ma kontroli, z powodu tak zwanego „kryzysu” oraz z przyczyn ideologicznych Platformy Obywatelskiej.

Powiem szczerze: wydaje się, że ta wersja z PRL – to znaczy traktowanie bezrobotnych jak marginesu społecznego – jest wygodna, bo daje oceniającym samousprawiedliwienie.
Tu nasuwa mi się jeszcze inne wyjaśnienie wspomnianego zjawiska: ludzie nienawidzą bezrobotnych z powodu… własnej bezradności.
W rzeczywistości nie mogą im pomóc – sami nie biedniejąc lub nie wchodząc w konflikt z władzą, ale przecież jakoś to muszą sklasyfikować na potrzeby swojej równowagi wewnętrznej; uczuciowej, emocjonalnej… Muszą nadać temu jakieś wyjaśnienie, usprawiedliwienie – by nie tkwić w psychicznym rozdarciu, ale tego się wyjaśnić ani usprawiedliwić nie da. Stąd efekt niechęci czy wręcz nienawiści do OFIAR, nie do sprawców – staje się jedynym psychologicznie dostępnym wyjściem. Efekt chyba podobny, jaki dotyczy ofiar gwałtu, ofiar przemocy domowej itp. To niechęć do nierozwiązywalnego dla nich problemu, który ich niepokoi, wprawia w dyskomfort, rozterkę.
Mam na myśli oczywiście osoby postronne, bo aparat urzędniczy związany z bezrobociem – od ministra pracy do pośrednika pracy w powiatowym urzędzie, uodpornił się na ten dylemat moralny w sposób doskonały, chowając się jak za tarczą – za przepisami, językiem (żargonem) urzędniczym, procedurami, swoim poczuciem wyższości oraz… zainteresowaniem jak najwyższą stopą bezrobocia, dającą im pracę (interesem).
Wydaje się oczywiste, że państwo Tuska nie spełnia tu swojej zasadniczej roli, roli pośrednika pomiędzy interesem społecznym a interesem biznesu. Wręcz – państwo to biznes. Władza – to syndykat biznesowo-polityczny ponad społeczeństwem czy może obok niego….

Taka „ucieczka w nienawiść” jest także bez wątpienia skrajnie niekatolicka w tym podobno katolickim społeczeństwie, co dowodzi pozorności tej wiary.

___________________________________________________
Tytuł – to fragment przejmującego wiersza Władysława Broniewskiego „Ballady i romanse”. Wiersz dotyczy wojny i holokaustu, ale czy nie ma tu pewnej analogii?

18/08/2013

Ofiary z ludzi – składane bożkowi - „Liberalizmowi” przez barbarzyńców - na śmietnikach.

Przyczyną bezrobocia są dawne i obecne decyzje władzy, na które tak zwany „zwykły” obywatel nie miał i nie ma wpływu. A to właśnie on – „zwykły” obywatel staje się z reguły bezrobotny. Pewną rolę odgrywają tu także przemiany odbywające się poza tym krajem a więc poza zasięgiem decyzyjnym władzy krajowej, zmiany o zasięgu globalnym, ale nie można tego nadużywać jako usprawiedliwienia; po władzę sięga się z pełną świadomością i z pełną odpowiedzialnością za skutek tego.
Bezpośrednią przyczyną bezrobocia, czyli niedoboru popytu na pracę oraz niedostosowania kwalifikacji tych, którzy swoją pracę oferują – są decyzje dotyczące gospodarki a więc decyzje władzy. Z jednej strony wynikają one z braku wizji drogi rozwoju gospodarki czyli „znajomości reguł”; To coś jak gra – w nie wiadomo jaką grę. Zarówno inwestorzy jak i potencjalni obecni oraz przyszli pracownicy mogą i wręcz powinni opierać swoje plany na wiedzy o tym, jak władza ma zamiar gospodarować. Chodzi o spójną, sięgającą w przyszłość wizję działań organizatorskich, na przykład – jak ma się rozwijać energetyka, które gałęzie przemysłu będą rozwijane na rynku krajowym na potrzeby wewnętrzne ale także z nastawieniem na walkę o rynki eksportowe, a które zostaną oparte o import dobrych wyrobów, przy braku aktualnie możliwości konkurencji z obcym przemysłem pod tym względem czy braku dostatecznych przewidywalnych środków inwestycyjnych. Władza ma mieć taką wizję, taki plan – uwzględniający przy tym liczbę obywateli zdolnych do pracy, specyfikę rozkładu podaży kwalifikacji w poszczególnych segmentach oraz prosty fakt, że praca jest zasadniczym źródłem dochodu obywateli niezbędnym do ich samodzielnego egzystowania, jest także zasadniczym elementem funkcjonowania ekonomii.

Niestety takiej wizji i takiego planu od wielu lat nie ma. To nie przez przypadek.
Władza w postaci grupki niedouczonych absolwentów politologii, zaćpanych pokątną „maryhą” i niedopilnowanych przez rodziców, postanowiła założyć partię „obywatelską” – bo to tak ładnie brzmi, wdrażającą w tym kraju wolność. Naczytawszy się amerykańskich lub francuskich teoretyków, odpowiedników Marksa lub naszego Magika-Cynika we fraczku i cylinderku, jeżdżącego po kraju z idiotycznymi „wykładami” i mieszającego młodym zapaleńcom w i tak nie do końca już uporządkowanych zwojach mózgowych – postanowili zaprowadzić tu „liberalizm”. A co to jest liberalizm? No to przecież każdy wie: liberalizm to znaczy, że „wszystko wolno”. Jeśli zaś wszystko wolno – to jakiekolwiek planowanie czy analizowanie nie ma już żadnego sensu; niewidzialna ręka rynku sama wszystko zorganizuje i ustali, przedsiębiorcy będą robili wszystko z korzyścią dla siebie a jeśli czegoś robić nie zechcą, to znaczy że tego robić nie trzeba…

To pewnie dość złośliwe, ale tak sobie wyobrażam moment powstania PO i jej założycieli; Tuska i Bieleckiego, Liberadzkiego i innych. Władza zastąpiła zarządzanie gospodarką – przyglądaniem się „co zrobią przedsiębiorcy, jak zareaguje rynek” oraz ślepą wiarą w „samoregulację” i „niewidzialną rękę rynku” itp. i to właśnie jest źródłem dzisiejszego nieszczęścia. Donald Tusk jest szefem partii tworzącej rząd oraz jednocześnie Prezesem Rady Ministrów – więc to on bierze na siebie całą odpowiedzialność.

Można to stwierdzić trafnie i jednocześnie dość lapidarnie: to wina Tuska. Takie sformułowanie - totalnie ośmieszane przez przydupasów władzy - jest po prostu trafne i owo usilne ośmieszanie tylko to potwierdza.

Bezrobocie jest ogromnym nieszczęściem dla co najmniej dwóch milionów obywateli w tym kraju. Bezrobocie – to głównie brak popytu na pracę lub odmowa zatrudnienia. Może ona mieć różne przyczyny.
Brak kwalifikacji poszukiwanych przez pracodawców; zjawisko dość częste a wynikające także bezpośrednio ze wspomnianego wcześniej braku reguł, braku planowania gospodarczego. Istnieją też miejsca pracy – niezbędnej, ale nie wymagającej szczególnych kwalifikacji. Widocznie jednak liczba takich osób jest większa niż liczba takich miejsc pracy, dlatego część z nich pozostaje bez zatrudnienia. Pytanie – z czego żyją – powoduje zazwyczaj wzruszenie ramion i to nie tylko u władzy ale i u sporej części społeczeństwa.
W wielu zapewne przypadkach dostosowanie kwalifikacji tych osób do potrzeb byłoby realne, dość łatwe i opłacalne – biorąc pod uwagę koszty pomocy społecznej sięgające kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie. Wydaje się to oczywiste i nawet dziecko w wieku szkolnym odpowiedziałoby: trzeba się zorientować czego brak poszczególnym osobom do spełnienia konkretnych oczekiwań pracodawców i pomóc im uzupełnić ten brak. Cwaniacy zwietrzyli w tym znakomity interes i tak też zrobili: stworzyli wspaniały biznes organizowania „szkoleń dla bezrobotnych” z ogromnym dofinansowaniem z funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego. Wydano, nazwijmy to wprost: zmarnowano i „sprywatyzowano” zarazem ogromne kwoty, a skutek okazał się marginalny. Niewiele to dało, bo też i nie miało wiele dać; chodziło o pretekst do transferu ogromnych pieniędzy z funduszy unijnych do prywatnych kieszeni, ale jednocześnie w taki sposób, by nie popsuć „platformy biznesowej” jaką była, jest i ma nadal być tak zwana „pomoc dla bezrobotnych”.

Znaczne ograniczenie bezrobocia jest z punktu widzenia biznesowego po prostu nieopłacalne a koszty „ludzkie” czy „społeczne” nikogo z „liberałów” przecież nie obchodzą. Tym bardziej nie robi na nich wrażenia to, że bezrobocie powstałe głównie na fali „liberalizmu gospodarczego” – odbiera wolność a nawet prawo do życia dwóm czy trzem milionom ludzi w tym kraju.
Liberalizm – odbierający wolność?

Na fali krytyki i powoli następującej ewaluacji dotychczasowych działań – władza zrobiła coś jeszcze głupszego i podlejszego: całkowicie wyeliminowała szkolenia dla bezrobotnych jako formę przekwalifikowania czy uzupełnienia kwalifikacji wykorzystującą przeznaczone na ten cel pieniądze z EFS. Wiąże się to zapewne i ze świadomością, iż „brak kwalifikacji” był dla pracodawców często jedynie pretekstem odmowy zatrudnienia a poza tym – niezależnie już od kwalifikacji – brak ogromnej ilości miejsc pracy w ogóle, rozpatrując to liczbowo. Wynika to z dewastacji krajowej gospodarki na przełomie wieków, likwidacji wielu lokalnych przedsiębiorstw a nawet całych gałęzi gospodarki – z przejściem na import wyrobów gotowych produkowanych przez światowe koncerny. Skoro miejsc pracy jest zbyt mało (o milion) to żadne szkolenia nie zmniejszą bezrobocia a mogą jedynie spowodować jakieś ruchy kadrowe, np. zastępowanie starszych pracowników równie wykwalifikowanymi młodszymi.

Tak jak system polityczny oparty na marksizmie i zaplanowany przez Lenina nazywano dyktaturą proletariatu – tak obecnie nie mniej ideologicznie hermetyczny system zbudowany przez Platformę Obywatelską i Donalda Tuska śmiało można by nazwać „dyktaturą biznesu”, systemem Tuska czy wręcz po prostu „juntą biznesowo-polityczną”, tyle że podczas gdy dawniej proletariat w rzeczywistości nie miał nic do powiedzenia a jeśli już – to wyłącznie do „powiedzenia” (pogadaj sobie i dalej rób co ci kazano), tak współczesna dyktatura jest o tyle groźniejsza, że jest rzeczywista, jest autentyczna, wspierana nie tylko przez władzę ale i przez tych co na niej dzięki władzy żerują. Zadbano o to, by ofiary dyktatury nie stanowiły większości a więc by nie miały dużych możliwości obrony, przez brak poparcia. Nie można zmienić systemu, gdy w wyniku tej zmiany "większość" miałaby gorzej niż wcześniej – oto cała perfidia PO. O tyle więc nie można spodziewać się spektakularnego sukcesu najbliższych protestów związkowych 11 września.

Nim społeczeństwo dojrzeje do powrotu na drogę normalnego, zrównoważonego rozwoju, szacunku dla życia innych ludzi – zabije na swoich śmietnikach bardzo wielu swoich współobywateli, wyrzuconych na margines i potraktowanych jak śmieci. Ale nie martwmy się tym: Historia, Ekonomia, Politologia i Kościół – znajdzie na to wystarczające, ludzkie usprawiedliwienie. A Bóg…

02/12/2012

Cyniczna „pomoc” dość mało pomocna.

Pewien facet kupił okazyjnie fortepian.
Kupił od człowieka likwidującego swoje mienie z powodu wyjazdu za granicę, który miał nastąpić już nazajutrz. Fortepian piękny, w doskonałym stanie, tani na skutek okoliczności w jakich musiał być odsprzedany, z jedną tylko wadą; musiał być odebrany jeszcze tego samego dnia – co jest oczywiste w związku z kontekstem sytuacyjnym. A w takim terminie transportu profesjonalnego się nie załatwi.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że fortepian jest przeważnie dość spory, ma też dwie nawzajem jakby sprzeczne cechy: jest niezmiernie delikatny a jednocześnie – waży przeciętnie nieco ponad 400 kg. Można go nieco przysposobić do transportu ale największą część nierozbieralną w zasadzie nosi się w rękach, ewentualnie na twardej i gładkiej i poziomej powierzchni można się posłużyć specjalnym wózeczkiem.
Piszę to by uświadomić czytelnikowi, że metoda podzielenia na małe kawałki i transportowania ich oddzielnie tu nie może mieć zastosowania.
Oczywiście do noszenia takiego fortepianu potrzeba odpowiednią liczbę osób mniej więcej o jednakowej sile „w ręcach” no i oczywiście wyposażonych o odpowiednie do tego pasy parciane, bo fortepian rączek do uchwycenia za nie w ilości 10 szt. nie posiada. Potrzeba jest 8 do 10 mężczyzn do wykonania tej trudnej operacji.

Wracając po tych wyjaśnieniach do naszego bohatera, trzeba stwierdzić, że znalazł się on w dość trudnej sytuacji; dokonał „interesu życia” kupując za bezcen wspaniały instrument, ale jak teraz „skonsumować” ten sukces, czyli odebrać fortepian i przewieźć go do siebie. A mieszkał niezbyt daleko, „zaledwie” jakieś kilkaset metrów dalej, przy tej samej ulicy.
Przypomniał sobie o znajomym ze szkoły, działającym tam nadal w charakterze druha drużynowego miejscowej drużyny harcerskiej; opowiadał mu kiedyś ów znajomy, że stworzył z harcerzy „brygadę natychmiastowej pomocy” interweniującą w razie potrzeby dla pomocy okolicznym mieszkańcom oraz ma się rozumieć, dla Ojczyzny, efektu pedagogicznego i chwały ZHP.
Zadzwonił.
Sukces: ależ oczywiście drogi kolego, zaraz tam będziemy z chłopakami i pomożemy. Faktycznie; harcerze wydawali się zachwyceni już samym faktem, że będzie okazja coś zrobić, wykazać się siłą i wytrzymałością. Wynieśli fortepian z mieszkania sprzedawcy, znieśli z piętra na ulicę, tu zrobili sobie zdjęcia „na pamiątkę akcji”, poprosili o wpis pamiątkowy do księgi drużyny. Ośmiu niosło fortepian na pasach w pozycji „na boku”, trzech następnych niosło nogi fortepianu, każdy po jednej, dwóch kolejnych – skrzydło oddzielone od reszty by tym ośmiu było lżej a druh drużynowy filmował wszystko kamerką na promocję do „You Tube” oraz rozdawał mijającym ich przechodniom wizytówki i zaproszenia do dofinansowania jego drużyny pomocowej – pomagającej jak widać…
Tak przebyli kolejne 150 metrów w kierunku docelowym, czyli mieszkania nowego właściciela.

Nagle druh rozkazał postawić ładunek i zarządził pilny odwrót; zapomniał że drużyna zobowiązała się o tej godzinie pomóc w przeprowadzce pary staruszków do domu opieki. Tak więc postawili fortepian, pożegnali się, zasalutowali, czuj czuj czuwaaaj i poszli spiesznie dalej świadczyć „bezinteresowną” pomoc innym potrzebującym.
Właściciel fortepianu zbaraniał; cóż miał powiedzieć na taki nagły i zaskakujący rozwój wypadków. Powinien przecież być wdzięczny za pomoc a jednocześnie został nagle sam na sam z fortepianem na ulicy, nadal dość daleko od domu, choć jednak trochę bliżej niż początkowo… Zmierzchało się już, na dodatek zanosiło się na deszcz a jak wiadomo fortepiany niczego tak źle nie tolerują, jak nadmiaru wody i nadmiaru utworów niejakiego Franza Lista…

Historia ta nasunęła mi pytanie, nasuwające się zresztą niejako automatycznie: czy mu pomogli? Czy mu rzeczywiście pomogli?

Może to dziwne, ale nie da się powiedzieć, że nie.

Ani też jednocześnie mówienie, że pomogli – nie wydaje się w pełni uzasadnione.

To sprawa niejednoznaczna, jak większość spraw w życiu. Ocena tego zależy od perspektywy, i nic na to nie poradzę prymitywnym osobnikom, którzy już od dawna mają wyrobiony jednoznaczny pogląd na wszystko; jak wiara – to dogmat, jak bezrobocie – to „każdemu micha zupy i cześć” i tak dalej…
Może i przybliżyli oni nabywcę fortepianu nieco do sukcesu w postaci dotachania fortepianu do domu, ale przecież nic to nie dało, niczego nie zmieniło, nie zmniejszyło zagrożenia czyhającego na ten instrument ani też nie umniejszyło niepokoju i kłopotu właściciela. Fortepian znalazł się bliżej miejsca docelowego ale nadal zbyt daleko by to pozwoliło odpowiednio go zabezpieczyć. Żeby nie wiem jak się wysilał – sam nie da rady. Nie można twierdzić, że niczego nie zrobili, ale jednocześnie – mimo że coś robili nie dało to sensownego wyniku, nie zmieniło istoty problemu. Nie zmieniło sytuacji.

Jedyne co można powiedzieć z całą pewnością, to że owa drużyna sama dla siebie odniosła sukces, produkując materiał reklamowy, rozsiewając wokół własny „dobry PR”, promując się i zyskując dla siebie nowych sponsorów. Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że druhowi od początku tylko o to chodziło. Że z wyrachowaniem od początku pozorował pomoc tylko dla urządzenia sobie odpowiedniego planu dla filmiku reklamowego. Krótko mówiąc – że od początku miał tego swojego kolegę wraz z jego fortepianem-problemem w przysłowiowej głębokiej dupie, traktując go wyłącznie jako pretekst do osiągnięcia własnych korzyści.
A co do naszego bohatera: podobno pomogli mu… bezrobotni. Za darmo. I w ogóle doskonale go rozumieli i potraktowali go jak swego; z pełnym zrozumieniem sytuacji… jakby spotykali się z taką sytuacją na co dzień.
Nie wiem dlaczego…

A Ty – szanowny czytelniku: wiesz?

Tekst ten dedykuję Ministrowi Pracy i Spraw Społecznych Władysławowi Kosiniak Kamyszowi i jego naukowo utytułowanym przydupasom..

01/08/2012

Polak-pracownik – chłopak na posyłki.

Przeczytany niedawno tekst – rozmowa z Krzysztofem Inglotem – Dyrektorem Działu Rozwoju Rynków w firmie Work Service S. A. wywołał na mnie ogromne wrażenie, bo uświadomił mi on nagle, iż po prostu widocznie nie nadążam za zmianami w Polsce – tkwiąc w starych a gwałtownie odchodzących gdzieś w przeszłość przyzwyczajeniach, pewnikach, zasadach… Zasadach moralnych – szanujących godność człowieka, godność pracy, dbających o rozwój pracownika nie tylko zawodowy ale i osobisty itp. ideałach…

Przeraziło mnie jednak nie tylko tempo tych przemian ale głównie – ich kierunek, niewątpliwie mający swoje źródło w ideologii politycznej środowiska Platformy Obywatelskiej czy samego jej „herszta”.
Trzeba wreszcie odrzucić propagandową zabawę w „dobrego i złego szeryfa” i sprowadzanie woli obywateli do wyboru „mniejszego zła”. Takie „ręczne sterowanie” wyczuwa się przecież nie tylko w tej sprawie; a podrzucanie powszechnie obowiązujących tematów na które „należy się wypowiadać”, wypracowanie obyczaju polegającego na tym, że władza zadaje tematy przez siebie wyznaczone (tzw.”główny nurt”) a wszyscy grzecznie i koniecznie nimi i tylko nimi się zajmują w głównych mediach… Oczywiście tematy na które rzeczywiście warto się wypowiadać do tych „g(ł)ówno-nurtowych” nie należą, to też przeważnie – bez Policji, bez cenzury i bez Służb – giną gdzieś na marginesie uwagi i zainteresowania… Społeczeństwo zawzięcie dyskutuje na tematy wskazywane codziennie rano przez "dyrygenta". Matka Madzi. Kot Kaczyńskiego. Dziecko księdza wikarego. Pociąg stanął przed semaforem. Oto największe problemy Polaków… No i każdy szanujący się dziennikarz, każdy bloger musi się na te tematy koniecznie wypowiedzieć. Na żaden inny już nie ma czasu. No oczywiście; dokopać Kaczyńskiemu, gdy ktoś ma ciężką manię prześladowczą – to daje lekką choć krótkotrwałą poprawę samopoczucia…Czy to nie jest ręczne sterowanie?
Faktem jest, że wszystkie ugrupowania polityczne liczące się na scenie mają dziś człowieka, obywatela – dokładnie w tym samym miejscu, co koalicja rządząca, co cieszyć może chyba jedynie lekarzy proktologów, bo zapewni im wiele pracy na najbliższe lata a więc i wiele pieniędzy…
Jednak nawet spadające na łeb wykresy poparcia nie skłaniają nikogo – przynajmniej jak dotychczas – do powrotu do właściwego traktowania człowieka, jako centrum wszystkiego i absolutnie najważniejszego przedmiotu nauki, polityki oraz wszelkiego działania. To zasada. Dotyczy i Palikota, i Millera, Korwina-Mikke i Ziobro, nawet „pajaców którzy są najważniejsi”…

Bardzo bym sobie życzył, by ktoś to w Polsce zrozumiał, zanim ludzie zostaną zmuszeni do przypomnienia tej zasady siłą, zanim wymuszą na władzy jej ponowne stosowanie – jak to często bywa w takich okolicznościach, w formie nadmiarowej, wypaczonej reakcji wybuchowej. To niepojęte, że nawet partie walczące o „wszystko” czyli o przetrwanie z poparciem choćby byle ponad próg wyborczy – konsekwentnie odwracają cię tą właśnie swoją „proktologiczną” częścią do społeczeństwa.

Wracając jednak do tematu; odniosłem wrażenie że dla pana Inglota taki problem nie istnieje.
Wypada wspomnieć coś na wstępie o firmie Work Service S.A.; to firma, która rozpoczynała działalność jako Agencja Pracy Tymczasowej dostarczająca pracowników „śmieciowych” dla hipermarketów a dziś – po dwunastu latach działalności – potężna Grupa Kapitałowa (Spółka Akcyjna) działająca w pięciu krajach, dostarczająca przedsiębiorcom około 150.000 pracowników tymczasowych rocznie, będąca także liczącym się ośrodkiem doradczym i eksperckim nie tylko na rynku outsourcingu, ale i w kontaktach z politykami, z władzą, średnio codziennie obsługująca i zatrudniająca ok. 21.000 pracowników.

Nie jest to jedyna tego typu i formatu firma w Polsce i to właśnie mnie tak nagle przeraziło. Nie wiedzieć kiedy powstała w Polsce ogromna siła, stająca się bezpośrednim partnerem rządu i konfederacji pracodawców, ale działająca w swojej istocie sprzecznie ze wspomnianą wyżej zasadą, działająca antyspołecznie. Działająca w swoim własnym biznesowym interesie na rzecz swoich akcjonariuszy jak każda spółka prawa handlowego. Niepokoi to tym bardziej im bardziej uwidacznia się degrengolada, niewspółczesność, zacofanie i zwyrodnienie związków zawodowych – które powinny być równorzędną siłą w dialogu władzy, biznesu i społeczeństwa (pracowników i ich rodzin). Dlaczego? Bo związki zawodowe nie maja już wystarczającego poparcia społecznego. Dziś Polacy im bardziej dostają „w dupę” – tym bardziej odwracają się od własnych związków zawodowych, potencjalnie dających im przecież jak na całym świecie jedyną szansę samoobrony. Bo „nasz kochany Tuseczek” w przerwie pomiędzy spacerem po plaży w Sopocie a harataniem w gałę nakazał ogłosić, że „związkowcy to złodzieje i darmozjady”… a nawet podał kilka rzeczywistych przykładów… Tuseczek jak Dziadzia Stalin: im bardziej trzyma za mordy – tym bardziej go naród kocha… przynajmniej grubo ponad 30% narodu.

Trzeba tu jeszcze pokrótce wspomnieć – co to jest praca tymczasowa. To namiastka pracy z punktu widzenia społecznego – wypaczenie pracy, ale nieźle służące przedsiębiorstwom poprzez zdjęcie z nich wielu obowiązków i ograniczeń wynikających z prawa pracy. Polega ona na tym, że pracownik zawiera umowę o pracę z Agencją Pracy Tymczasowej która jest jego pracodawcą i wypełnia część obowiązków wynikających z prawa, np. zadania kadrowe, podatkowe itp., natomiast pracownik wykonuje pracę na rzecz przedsiębiorcy do którego został skierowany, zwanego wtedy „użytkownikiem pracownika” z którym pracownik ów nie jest związany bezpośrednio żadną umową. Jest to praca krótkotrwała, u danego „użytkownika” nie wolno wykonywać pracy dłużej niż łącznie 18 miesięcy w ciągu kolejnych 3 lat, najczęściej są to terminy kilkumiesięczne. Umowa z Agencją jest odpowiednikiem umowy na czas określony lub na czas wykonania zadania, można ją swobodnie wypowiedzieć z terminem 3 dni (do 2 mies.) lub 7 dni (powyżej 2 mies.). Jest to właśnie typowa praca „chłopca na posyłki”; biznesmen na przykład dzwoni do Agencji i zamawia sobie „chłopaka na dwa tygodnie, bo ma nawał roboty” – i tego chłopaka dostaje „na użytkowanie” bez podpisywania z nim żadnych zobowiązań.
Z jednej strony można się zastanawiać, co ów „chłopak” z tego ma, prócz banalnej kwoty zupełnie nie imponującego zarobku. Kolorowego idiotycznego papierka pozwalającego kupić coś do jedzenia lub ubranie (bo na jedno i drugie nie starczy). Po prostu – TRWA. Egzystuje. Wegetuje beznadziejnie, kombinując – jak się szybko i na zawsze wyrwać z tego cholernego kraju… Wiadomo: społeczeństwo niemieckie czy angielskie się starzeje i trzeba zadbać o napływ TAM młodych wykształconych kadr…
Tym bardziej mało imponującego, że – i tu jest clou sprawy – „użytkownik pracownika” płaci za tę pracę… Agencji Pracy Tymczasowej a ta – potrąca sobie z tego własne wynagrodzenie i dopiero resztę (kwotę umówioną przy zatrudnianiu) oddaje pracownikowi.

I to jest właśnie tym – co mnie najbardziej przeraziło we wspomnianej rozmowie.
Przeraziło; bo jest w tym dla mnie coś po prostu OBRZYDLIWEGO! Tak naprawdę, to umowy takie są w istocie po prostu umowami na czas określony z tym, że obchodzi się tu ograniczenie ustawowe, polegające na tym, że w umowie o pracę na czas określony do 6 miesięcy włącznie trzeba zawrzeć zastrzeżenie o możliwości jej wcześniejszego wypowiedzenia, okres tego wypowiedzenia wynosi np. 14 dni, bo inaczej jest ona niemożliwa do wcześniejszego zakończenia. Mają one cechy także i umów cywilnych, choćby umowy zlecenia, w każdym razie patrząc na to funkcjonalnie – z łatwością można by osiągnąć podobne warunki za pomocą tych dotychczasowo istniejących prawidłowo stosowanych opcji.

Tu rysuje się ślad celu czy przyczyny takiego rozwoju „instytucji” pracy tymczasowej.
Przypuszczam, że zostało to stworzone z pełnym rozmysłem po to, by jakoś „obejść” ograniczenia skostniałego i praktycznie niemożliwego lub bardzo trudnego do zasadniczej nowelizacji Kodeksu Pracy. Trudnego – z przyczyn politycznych, głównie konieczności współudziału „partnerów społecznych” których nie udało się jak dotychczas całkiem wyeliminować z procesu legislacji. Myślę, że skoro trudno było zmienić Prawo Pracy czy zasady Kodeksu Cywilnego to – by usprawnić wykorzystanie pracowników, osiągać z tego większy zysk kosztem pracowników, trzeba było wymyślić i wdrożyć jakieś inne, nowe, nieistniejące zasady, nie obwarowane tak bardzo społecznymi zastrzeżeniami. Oczywiście bardzo pomocne w tym było także stworzenie sytuacji „sztucznego” bezrobocia, atmosfery zagrożenia utratą pracy z powodu choćby „nadmiernych” oczekiwań płacowych czy nieumiejętności „przygięcia karku” w pozycji „chłopaka na posyłki” – czyli pracownika tymczasowego.

Jednocześnie jednak jest tu i sprawa moim zdaniem zasadnicza: powstało w ten sposób ogromne i bardzo – jak to widać na przykładzie wspomnianej Agencji – zyskowne pole biznesowe. Przestrzeń do robienia interesów. Pole do takiego w gruncie rzeczy całkiem zbędnego pośrednictwa, opłacanego jakby kosztem pieniędzy które by mogły stanowić zapłatę za pracę dla tego pracownika. A model tworzenia zupełnie zbędnych ogniw administracji, absolutnie zbędnych pięter pośredników tylko dla dobrania się do cudzych, np. budżetowych czy unijnych pieniędzy – znamy już całkiem dobrze z historii po 1989 roku. Przez analogię do opisywanego niedawno przeze mnie żerowania na pomocy dla osób bezrobotnych, można by to określić rodzajem żerowania na rynku pracy, dokładniej na ludziach pracujących.

Jest jeszcze cały obszar skutków społecznych; pracujący tymczasowo ma co prawda opłacaną najniższą stawkę ubezpieczenia zdrowotnego czy społecznego – najniższą bo liczoną od bardzo niskiej płacy. Ale w sytuacji gdy młody człowiek jest właśnie traktowany jak parobek „na gwizdnięcie” przywoływany do pracy gdy trzeba a po paru dniach czy tygodniach wypychany za drzwi z jakąś zapłatą w ręku, gdy jest takim właśnie „chłopcem na posyłki” raz do takiej a raz do innej pracy bo „jest takie zapotrzebowanie pracodawców” – to jak to wpłynie na jego postawę w stosunku do pracy, do życia. Przecież tak traktowany człowiek niczego się tak naprawdę nie nauczy robić, nie wgłębi się w jakieś zagadnienia wymagające większego zaangażowania, a gdy jest absolwentem – szybko zapomni nawet i tę teoretyczną wiedzę którą posiadł na studiach. Taka praca nie daje poczucia stabilizacji, ani pracownikowi ani tym bardziej bankom czy instytucjom kredytowym, by można było mówić o kupnie mieszkania czy samochodu, co jest już dziś przecież absolutnym standardem cywilizacyjnym, żaden to luksus… Można by wymienić jeszcze wiele istotnych skutków negatywnych, ale wydają się one nie mieć dla władzy żadnego znaczenia; ważne że przedsiębiorcy się bogacą, w tym przypadku wręcz wprost na pracy innych jak wszy na swoim nosicielu, ważne że powstają kapitały, fortuny gotowe do natychmiastowego transferu za granicę wraz z ich wielonarodowościowymi posiadaczami… Czyli – powstaje polski kapitalizm…

Wspomniana rozmowa opublikowana została w portalu Instytucji Rynku Pracy co już samo w sobie świadczy o skali tego wypaczenia. Przecież Instytucje Rynku Pracy – które zostały zdefiniowane w „Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” – mają za zadanie walczyć z bezrobociem i łagodzić skutki bezrobocia istniejącego. Owe tajemnicze instytucje to Wojewódzkie i Powiatowe Urzędy Pracy, OHP, Agencje zatrudnienia, Związki zawodowe, związki pracodawców, instytucje szkoleniowe – a więc jakby się wydawało, podmioty które mają za zadanie zminimalizować bezrobocie, dopomóc każdemu komu można i kto o to zabiega – w powrocie do pracy zarobkowej.
Tymczasem mamy tu rozmowę redaktora portalu z miarodajnym przedstawicielem wielkiej struktury zarządzającej pracą tymczasową – o BIZNESIE. Biznesie jaki jest do zrobienia na dalszym wzroście udziału pracy tymczasowej w całym rynku pracy. Tu nie ma ani śladu problemu społecznego, biedy, niezawinionego cierpienia ludzi pozbawionych zatrudnienia a więc i środków do życia; jest debata osób zainteresowanych wyłącznie zarobieniem na tym. Dla mnie to wręcz uderzające tym swoim skrajnym odhumanizowaniem, skalą wypaczenia czy cynizmu. Rozmówcy skupiają się na planowanym wzroście ilości pracowników tymczasowych, nawet jej potrojeniu w stosunku do obecnej ilości (dziś ok. 500.000) – nazywając to „rozwojem rynku” i trudno się dziwić, wiedząc że wzrost liczby pracowników tymczasowych – to wzrost zysków takich agencji, jeśli jest on częścią zapłaty przedsiębiorcy za wykonaną dla niego pracę. Dla każdego normalnego człowieka „wzrost rynku” oznacza wzrost ilości miejsc pracy a co za tym idzie – spadek bezrobocia, ale dla takiej agencji – „wzrost rynku” to wzrost ich wpływów pieniężnych z „udostępniania pracowników do użytkowania” na zasadzie zbędnego pośrednictwa, czyli w ich interesie jest co najmniej utrzymanie dotychczasowego bezrobocia (w rozumieniu normalnych miejsc pracy, normalnej pracy „stałej”. Dbanie by istniała presja zgody na jakiekolwiek zatrudnienie byle tylko jakoś przeżyć „kryzys”, by było coraz więcej ludzi zmuszonych wbrew woli do akceptowania „pracy tymczasowej” jako roli „chłopca na posyłki” zamiast normalnego zatrudnienia, budowania swojej wiedzy i doświadczenia w wybranej dziedzinie zgodnie z wykształceniem, budowania swojego dobrobytu i pozycji zawodowej – zamiast takiego przypadkowego „popychania raz tam – raz siam”… zazwyczaj siłą rzeczy do prac nie wymagających kwalifikacji, prac doraźnych, pomocniczych, chwilowych, czyli tymczasowych, całego „tymczasowego” życia…

Fakt, że takie materiały ukazują się już w portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia nie tylko budzi moje obrzydzenie do tego rodzaju firm i osób tak zarabiających, ale świadczy moim zdaniem o skali wypaczenia tego co dotyczy pracy i jej funkcji społecznej; wypaczenia jakiego źródła nie umiem dostrzec nigdzie poza ideologią wdrażaną w tym kraju przez Platformę zwaną jak na ironię – Obywatelską, na czele z przywódcą dla którego „polskość to jest taka jakaś narzucona nienormalność”…
Po prostu – ulatuje gdzieś nadzieja, ręce opadają z bezradności….

A może o to właśnie komuś chodzi...

16/06/2012

„Błąd założycielski” polskiego „kapitalizmu”.

Musiałem słowo kapitalizm wziąć w cudzysłów nie tylko z powodu zupełnej rozbieżności tego z czym mamy do czynienia w naszym kraju – z tym co się obecnie rozumie pod pojęciem kapitalizm na przykład w Stanach Zjednoczonych. Zrobiłem to także i dlatego, że jestem przekonany, iż czasy różnych „klasowych” podziałów ideologicznych odnoszonych do ekonomii i gospodarki nieodwołalnie mijają, tak jak w długiej perspektywie czasu przeminie wszelkie nastawienie nacjonalistyczne.

Uważam zresztą, że zwyczajny i normalny człowiek w Polsce chce po prostu, aby wreszcie było   n o r m a l n i e   niezależnie jaką tejże normalności nadamy nazwę. Zresztą trudno się z takim podejściem nie utożsamić; chcę po prostu normalnie żyć, mając możliwość zdobywania środków finansowych własną przedsiębiorczością, pomysłowością, pracowitością, albo pracą dla kogoś takiego – za godziwym wynagrodzeniem. Normalnie żyć będąc wolnym; wolnym od troski o codzienny byt, ale i od stykania się z biedakami powszechnie żebrzącymi na ulicy, buszującymi w śmietnikach lub od troski o swoje mienie i życie – przed desperatami odbierającymi siłą innym to – czego sami nie mieli możności zdobyć legalnie, na przykład pracą.

I tu niestety już pierwsza obserwacja negatywna; władza w tym naszym kraju idzie w kompletnie odwrotnym kierunku. Odnosi się wrażenie, że ktoś, jakiś państwowy cymbał prymitywny, wymyślił sobie że – by w Polsce powstał kapitalizm, trzeba wszystko poświęcić grupie wybrańców, tych którzy już wykazali się odpowiednimi „kompetencjami” podczas tak zwanej dzikiej prywatyzacji, rozkradania majątku społecznego pozostałego po PRL, prywatyzacji poprzez świadome niszczenie dla zmniejszenia kosztów nabycia albo tylko zagarnięcie czegoś z masy upadłościowej, umiejętnością korzystania z cichego lub oficjalnego poparcia polityków i agresywnego lobbingu. Elita zdobywała z lepszym lub gorszym skutkiem kolejne umiejętności – niczym harcerze swoje „sprawności”, afera goniła aferę, a władza usłużnie i konsekwentnie chroniła „podpadziochów”, wyciszała kolejne afery, ogłupiała kolejne komisje śledcze. Dla budowy kapitalizmu władza postanowiła także wyeliminować lub przynajmniej zmarginalizować związki zawodowe, szczególnie „Solidarność” – co się doskonale udało przy doskonałej współpracy części „TW związkowców”. Budowie kapitalizmu sprzyjało także powołanie konfederacji pracodawców – które przy bezczynności związków zawodowych stały się niejako dyktatorami zmian w prawie pracy i wszelkich regulacji odnoszących się do zmniejszania obowiązków i odpowiedzialności pracodawców (czyli kapitalistów) a tworzenia klimatu całkowitej podległości pracowników najemnych. Jednocześnie potrzebny był dla krnąbrnych, rozbrykanych „roboli” jakiś bat i jakaś marchewka; w tym celu wykorzystano ogromne bezrobocie będące niejako pochodną niszczenia i rozkradania dotychczasowych firm, bez zastępowania utraconych miejsc pracy – innymi. Ogromne bezrobocie doskonale nadaje się do zwalczanie aktywności związkowej, daje i przysłowiowy kij (zwolnienie z pracy) i marchewkę (przyjęcie do pracy).
W budowę kapitalizmu wprzęgnięty został także aparat kontrolny Państwowej Inspekcji Pracy – dostrzegającej i respektującej polityczny parasol ochronny rozwinięty nad pracodawcami, nastawiony na ingerowanie jedynie w sytuacje niosące zagrożenie poważnymi wypadkami z niebezpieczeństwem utraty życia, np. w budownictwie a coraz bardziej liberalnymi w sprawach respektowania prawa pracy w odniesieniu do czasu pracy, umów o pracę oraz rozwiązywania tychże umów. Także i wydziały pracy w sądach włączyły się w budowę kapitalizmu, wyraźnie przechylając szalę ślepej muzy na stronę pracodawców.
Oczywiście tylko kompletny dureń mógłby się spodziewać, że to doprowadzi do budowy kapitalizmu, bo przecież całe dotychczasowe doświadczenie historyczne ludzkości dowodzi, że to jest wyłącznie droga do rewolucji, do wojny i zniszczenia.

Z drugiej strony, jeśli przyjąć że mamy do czynienia z budową kapitalizmu w Polsce – to jest to jakiś „kapitalizm parszywy”, jakaś namiastka, czyli „fałszyfikat”. To troszkę tak, jakby np. budować statki… od razu na dnie morza; no bo skoro i tak tam trafią…
Bo inna by była ocena ogromnych kosztów społecznych tego wszystkiego, gdyby powstawała przynajmniej trwała, silna gospodarka, podstawa czy fundament, w której z czasem można by znaleźć miejsce na właściwe działania prospołeczne, socjalne; po prostu byłoby z czego je finansować bez stawiania pod znakiem zapytania sensu całości. My tymczasem widzimy budowę gospodarki parszywej, opartej na zwolnieniach z kosztów, dotacjach, dopłatach, wyłączeniach z opłat i podatków itp. To specyficzna gra, którą można nazwać „kapitalizmem teatralnym”.

Cwani „aktorzy” w tym teatrze używają tu z powodzeniem taktyki znanej nam z… gabinetów dentystycznych. Otóż jak wiadomo, dentysta dostosowuje przeważnie (jeśli akurat nie ma ciągotek sadystycznych) swoje działania do tego, jak pacjent sygnalizuje to co odczuwa. Im bardziej pacjent jęczy, kopie, im energiczniej sygnalizuje zamiar natychmiastowego opuszczenia gabinetu lub zmuszenia do tego dentysty – tym ten postępuje delikatniej, bardziej uważa by nie sprawiać pacjentowi nadmiernego bólu, nie urazić. Tym się kierując, niektórzy pacjenci jęczą i kopią gdy tylko znajdą się na fotelu, udają cierpienie zanim cokolwiek zacznie ich boleć, by wymusić na dentyście właściwą delikatność od początku leczenia.
Dokładnie taka sama taktyka „aktorska” służy przedsiębiorcom. Normalnie – w Polsce „nic się nie opłaca”, więc przedsiębiorca może ewentualnie coś robić, prowadzić jakąś działalność i zatrudnić w ostateczności jakiegoś pracownika, ale pod warunkiem, że… I tu zaczynają się pomysły na „ułatwienia” dla pracodawców. A to zwolnić z VAT, zmniejszyć podatek, zwolnić z obowiązku płacenia składek na ubezpieczenie, dać pełną dowolność w nawiązywaniu i zrywaniu stosunku pracy, zezwolić albo „przymykać oko” na łamanie prawa pracy szczególnie dotyczące omijania uprawnień pracowniczych i obowiązków pracodawcy. Jedno się liczy: musi być tanio, a to dlatego że tak naprawdę – to wszelkie te wyłudzone dotacje, zwolnienia, ułatwienia i dofinansowania – wymuszone szantażem – służą wyłącznie maksymalizacji zysku własnego przedsiębiorcy.

Całe to sztucznie tworzone i sztucznie podtrzymywane bezrobocie oraz wymuszana pomoc publiczna przeznaczona na zwalczanie skutków bezrobocia – trafia w rezultacie do kieszeni przedsiębiorców jako dodatkowy zysk.

Problem w tym, że teraz już – po zniszczeniu tak wielu miejsc pracy które nie musiały zostać zniszczone – bezrobocie jest bardzo wysokie i jest rzeczywiste, nie jest fikcją.
Jedyną metodą likwidacji bezrobocia czyli rozwoju gospodarki jest tworzenie rzeczywistych, trwałych miejsc produktywnej pracy. Nawiasem mówiąc – jest to OBOWIĄZKIEM KONSTYTUCYJNYM państwa jako organizatora (a nie przedsiębiorcy), nikt tego nie anulował ani nie zniósł, po prostu państwo nagle przestało ten swój obowiązek spełniać, bezczelnie ignorując Konstytucję. Konstytucja, prawo – to już na władzy nie robi żadnego wrażenia; któż zresztą miałby władzę za to rozliczyć? Archaiczne, sprytnie zmarginalizowane związki zawodowe? Opozycja zupełnie wyobcowana z realnego życia jak Prezes, „tyłem” odwrócona do zwykłych ludzi i ich codziennych problemów, uwikłana w prywatne wojenki, ambicyjki i zemsty?

Na każdym kroku widać, że cała aktywność przedsiębiorców nastawiona jest wyłącznie na ograniczenie kosztów a jedynym uzasadnieniem jest tak naprawdę nie jakiś tam „kryzys” a chęć zmaksymalizowania swoich własnych doraźnych zysków.

Przeglądając oferty zatrudnienia widzimy przede wszystkim wiele ofert dla uczniów, studentów, osób do 26 roku życia. Czy podstawowym zadaniem życiowym ucznia lub studenta jest pracować, często na 2 lub 3 zmiany? Nie! uczeń ma przede wszystkim uczyć się. Ale dla przedsiębiorcy ważne jest tylko to, że za pracę ucznia lub studenta nie odprowadza się składek na ubezpieczenie społeczne, czyli robota jest zrobiona a jest  t a n i o. Znajduje się sporo ofert adresowanych jednoznacznie wyłącznie do osób z orzeczeniem o stopniu niepełnosprawności. Zadziwiające jest że prace bardzo ciężkie takie jak sprzątanie biur albo ochrona fizyczna – czyli prace jakby się wydawało wymagające podwyższonej właśnie, szczególnej sprawności – oferowane są prawie wyłącznie osobom niepełnosprawnym. Dlaczego? Bo można w ten sposób zmniejszyć wymaganą od pracodawcy obowiązkową składkę na PFRON, czyli… jest   t a n i e j. To samo – umowy śmieciowe, wykorzystywanie umów cywilnoprawnych ewidentnie zamiast umów o pracę, spotykane ostatnio coraz częściej próby zatrudniania pracowników zamiast na umowy o prace – na umowy agencyjne. Na dodatek wszystkiego, nikogo już nie dziwi ani nie razi istnienie i lawinowy rozrost tzw. „szarej strefy” – funkcjonującej najwyraźniej za błogosławieństwem i cichym przyzwoleniem władzy, rządu Platformy Obywatelskiej i Donalda Tuska. Dlaczego? Bo jest   t a n i e j!

W ten sposób powstaje fikcyjna gospodarka, oparta na małych, słabych firmach nastawionych jedynie na masowe wyłudzenia dotacji, zwolnień z obowiązków, ulg, dopłat itp. a bez nich – szybko znikających wraz z byłymi właścicielami i wyłudzonymi w ten sposób zyskami. Ci „szmaciani” przedsiębiorcy – niczym bojaźliwy pacjent u dentysty – już zawczasu jęczą, straszą likwidacją miejsc pracy, zwolnieniami, ograniczaniem zatrudnienia – byle wymusić dotacje i dopłaty i policzyć je do czystego zysku właścicieli.
Dotowanie zatrudnienia jest oszustwem; tylko pozornie i tylko na czas dotowania rozwiązującym problem bezrobocia. Znikają dotacje – to znika i miejsce pracy – bo już się „nie opłaca”. Jest to po prostu kryminalny transfer publicznych pieniędzy do kieszeni prywatnych przedsiębiorców i jest on wymuszany szantażem. Ludzie nie mogący znaleźć zatrudnienia są pionkami w rękach szantażystów – przedsiębiorców, ale ich bieda, ich cierpienie fizyczne i psychiczne jest prawdziwe. Ludzie naprawdę, nie na niby staczają się do poziomu kloszardów z powodu utraty źródła podstawowego dochodu jakim dla nich była kiedyś praca najemna. Ludzie w starszym wieku ale w wieku produkcyjnym, wyłączeni z powodu wieku z zatrudnienia, naprawdę od nieraz kilku lat walczą codziennie o przetrwanie i o jakiekolwiek zatrudnienie. To nie jest fikcja, to rzeczywisty koszt społeczny tej „zabawy”. Wydaje się jednak, że ogromna cierpliwość społeczeństwa już się kończy…

Po stronie władzy nastąpiła dziwna cisza. Nie jest to przecież jeszcze „sezon ogórkowy”.
Nie wiem, gdzie się podział Premier tego „naszego” (?) kraju. Znikł z mediów. Gdzie się podziewają ostatnio niektórzy ministrowie. Może już się pakują na emigrację, szykują się na powroty „do swoich”, albo pospiesznie załatwiają „zielone karty” do Stanów Zjednoczonych dla swoich dzieci…
Boją się „wariantu rumuńskiego”?