MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pan i nauczyciel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pan i nauczyciel. Pokaż wszystkie posty

10/11/2016

O Panie, proszę – pomóż mi!



Jedynie Ty – O, Panie jesteś godny osądzać skutki moich uczynków, pragnienia mego serca i prawość myśli moich.


Jesteś jedynym źródłem, więc wszystko wiesz o wszystkim, bo nie ma na tym świecie ani na żadnym innym nic skrytego przed Tobą.


Ty przecież jesteś wzorem, słupem granicznym prawdy, linią światła granicy pośród bezkresu nocy - będącej Twoim dziełem.


Jesteś głosem szepczącym, pouczającą radą, opieką przyjacielską, myślą oświecającą – dla szukających prawdy.


Dla zadufanych w sobie, zazdrosnych i zuchwałych, jesteś – niewysłowioną, niezgłębioną zagadką; jasnością nieprzystępną.


Dla wszystkich serc najczystszych Panem, lecz jednocześnie najlepszym przyjacielem; obiektem uwielbienia, ale też – wielbicielem.


Ty tylko jesteś znawcą bezstronnym, sprawiedliwym, życzliwym i nieomylnym – więc najlepiej uczynię podporządkowując się Tobie.


Wiesz przecież, czego pragnę i słyszysz – o czym myślę, bo – nie będąc stronniczym – troszczysz się jednakowo o każdego i wszystkich.


Jestem teraz jak ślepiec, który jednak próbuje pójść we właściwą stronę, nie zboczyć z Twojej ścieżki – choć gubię się i błądzę.


Choć czasem kuszą skróty, gdzie wielu mnie zaprasza i droga wygodniejsza – zawierzę Twoim słowom, błagając Cię bez końca:


O Panie, proszę – pomóż mi!


W Szczecinie; napisałem 15 grudnia 2012
Paweł Baranowski

10/06/2012

Tak blisko…


Dlaczego tak bardzo cierpię. 
odczuwam tak wielką samotność, 
przecież z własnej woli 
oddalam się od ludzi, 
od absurdu codziennych problemów. 
Podświadomie sam pogłębiam przepaść 
pomiędzy mną a tłumem 
lecz nie potrafię uwierzyć, 
że przecież Ty jesteś tak blisko!

Jak mała iskierka nieba 
wewnątrz mojego serca, 
troskliwy i kochający – 
jesteś świadkiem mych poczynań. 
dajesz mi prawo do błędów, 
cierpliwie czekając, 
aż wreszcie usłyszę, 
własne odpowiedzi, 
aż wreszcie dorosnę 
do dziecięcej szczerości, 
i wyciągnę ręce – wołając:

O Panie! Proszę, pomóż mi !

22/01/2012

Uwierzyć…

Czasem tak bardzo się boję
nawet pomyśleć o Tobie,
gdyż to – o czym dotąd myślałem
nie miało żadnej wartości,
to wszystko – o czym mówiłem
było paplaniną bez sensu,
wszystko – co odczuwałem
było grą wyobraźni,
wszystko – cokolwiek robiłem
okazywało się zbędnym mozołem,
każdy przedmiot zainteresowania
w końcu rozczarowywał mnie...

Wiem, że nie masz złych cech,
bo jesteś absolutem,
to Ty jesteś wyznacznikiem –
co jest dobre lub złe,
lecz w swej głupocie się lękam
takiego rozczarowania,
które odebrałoby sens wszystkiemu:
tak samo życiu – jak i śmierci
temu co nie istnieje – i co jest.
Tak chciałbym Ciebie zrozumieć...
Tak bardzo pragnę uwierzyć...

O Panie, proszę – pomóż mi!


Paweł Baranowski 2008

03/01/2012

Proboszcz – księgowy, czy Księgowy – proboszcz…?

Koniec roku, dzień 31 grudnia, to - ostatnio - dzień "sprawozdawczy" w Kościele. Przyznam, że tak jakoś moje sprawy układają się od lat, że nie bywałem w tym dniu w moim ulubionym kościele, ani na balach czy "baletach" zresztą także nie… Nie rejestruję więc w swojej świadomości zmian bieżących, ciągłych zmian, jakie mają tam miejsce. Mówi się, że Kościół Katolicki obrządku rzymskiego jest podobno najbardziej konserwatywną ze znanych nam „organizacją”, gdzie bardzo trudno o zmiany w ogóle, ale one jednak następują. Czy w wystarczająco szybkim tempie, we "właściwym" społecznie kierunku, to znaczy kierunku mającym istotne społecznie znaczenie – to odrębne, ważne zagadnienie.
Lecz w takich sytuacjach „kontrastowych”, właśnie wówczas, gdy nie mamy ciągłości kontaktu z danym otoczeniem, które przy codziennym kontakcie stopniowo akceptujemy niejako mimo woli – wówczas widzimy zmiany, jako jaskrawe, – mimo iż w rzeczywistości są one bardzo w czasie rozłożone.
Jest to po prostu efekt kontrastu; tego, co mamy w pamięci z tym, co nagle dostrzegamy w otoczeniu.

Tym razem, to znaczy w minioną sobotę, 31 grudnia wracając do domu by się skryć przed absurdalną kanonadą, szaleństwem zdziczałych, pijanych lub naćpanych współobywateli, czczących (?) w ten sposób Nowy Rok – wstąpiłem do kościoła, do którego zawsze wstępuję.
I trafiłem – na sprawozdanie finansowo-księgowe za rok 2011 z gospodarki tegoż kościoła, połączone z promocją, "usług", zwalczaniem konkurencji i napomnieniem niesfornej „klienteli”.

Przedstawiam to świadomie w sposób nieco uszczypliwy, choć zacny i mądry człowiek, jakim jest niewątpliwie Ksiądz Proboszcz tego kościoła, może po prostu wykonuje polecenia swoich przełożonych, instrukcje Watykanu dotyczące organizacji struktury kościelnej, albo polecenia naszego Biskupa Andrzeja – nomen-omen – Dzięgi. (*dzięgi – to po rosyjsku pieniądze, stąd skojarzenie fonetyczne).
A kościół to nie jest zwyczajny; to bazylika tzw. mniejsza, niejako druga po katedrze a poza tym na dodatek kościół farny. Wspominam o tym, gdyż ma to znaczenie praktyczne w sprawie, o której piszę. Przepisy Kościelne wyraźnie bowiem określają, jaki kościół może być bazyliką katedralną, albo może odwrotnie: jakim kościołem musi być bazylika; ile ma mieć ołtarzy, jakie ma mieć wyposażenie liturgiczne, ile obrazów… Odzwierciedla to poniekąd nastawienie materialne charakterystyczne dla Kościoła Rzymskiego, a odrzucone niegdyś przez Kościół Protestancki.
Lubię to miejsce, choć przyglądam mu się z rosnącą obawą; lubię też i zacnego Proboszcza, któremu także jednak z rosnącą obawą się przysłuchuję…

Dotychczasowa bieda – po prostu maskowała tę różnicę podejścia, wynikającą z odmiennego rozumienia sedna wiary, istoty Ewangelii. Chodzi o to, że Kościół Rzymsko – Katolicki na wzór Rzymskiej Stolicy Biskupiej – preferuje najwspanialsze wystroje; złoto, marmury, freski, zdobienia architektoniczne, rzeźby Świętych, obrazy religijne i liturgiczne, klejnoty, dary wotywne itp. i na stworzenie i utrzymanie tego ściąga ogromne datki z biednych i biedniejących parafian, natomiast Kościół Protestancki – neguje to wszystko, opierając swoje działania na tekście Ewangelii, może nawet na (większej części) Biblii i nie uznaje w zasadzie wizerunków, obrazów, rzeźb, złoceń itp. preferując bardziej surowy i minimalistyczny wystrój kościoła, przy - stosunkowo dużo bardziej zamożnych parafianach. Wynika to z istoty samego „protestu” Martina Lutra, jego słynnych postulatów i wielu następujących po tym jego traktatów, rozwoju tej myśli i tej drogi religijnej.

Wracając jednak do rozpoczętej myśli; dotychczasowa bieda niwelowała tę różnicę, gdyż kościoły parafii Rzymsko-Katolickich bywały równie skromne i surowe jak protestanckie, tyle że te pierwsze – z biedy, a te drugie – z zasady, z wyboru i z przekonania.

Teraz, na fali przemian po roku 1989 – Kościół Rzymsko-Katolicki zyskał możliwość by się wreszcie „ubogacić” – jak to dowcipnie określają Biskupi, więc różnice te zaczęły objawiać się już nawet w stopniu uderzającym. Tenże „mój” kościół także przeszedł ogromną przemianę, od odbudowy (odtworzenia) zniszczonej podczas wojny wieży, poprzez remont kapitalny i modernizację, połączoną z rekonstrukcją elementów historycznych, do rozbudowy i restauracji wyposażenia ozdobnego i liturgicznego – by sprostać wymogom przepisów obowiązujących dla statusu Bazyliki Mniejszej.

Wracając więc do dnia 31 grudnia, przyszło mi wysłuchać w Domu Bożym długiego sprawozdania: ile zebrano w darach, w ofiarach i z jakich źródeł, ile zapłacono za poszczególne pozycje „kosztowe”, jak ogrzewanie, witraże, nowe ołtarze i wielkie obrazy malowane współcześnie „na zamówienie”…
Szanowny Proboszcz uzupełniał te dane o własne apele, nagany, upomnienia i prośby. Zapamiętałem z wymienianych tam liczb, że w parafii liczącej około 11300 osób ochrzczonych – zgodnie ze statystykami sporządzanymi w tej parafii – na msze niedzielne przychodzi ok. 9% (dziewięć procent) ogólnej liczby parafian. Gdzie jest ta reszta! – grzmiał już w tym momencie Proboszcz, z palcem groźnie uniesionym do góry. Dlaczego nie przychodzą; przecież są to ludzie ochrzczeni?!

Nie wiem - dlaczego; są na to różne wyjaśnienia, niestety przeważnie stronnicze i tendencyjne. Ale nie wszystkie. Chcę tylko zauważyć, jak bardzo statystyka ta godzi w prawdziwość mniemania, że Polska jest w 90% katolicka. A tu raczej widać wyraźnie – że odwrotnie: w 90% nie jest katolicka. O ile uznać, że zewnętrznym a wystarczającym objawem katolicyzmu jest chodzenie w niedzielę do kościoła. Kwestia definicji...
Ilościowo – pod względem chrztów – być może tak, ale chrzty niemowląt nie odzwierciedlają przecież ich późniejszej postawy… A jeśli ta proporcja (9% aktywnych) odzwierciedla podobną tendencję narastającą w całym Kraju…

Po raz drugi nasz zacny Proboszcz zagrzmiał, gdy wspomniał o słabiutkim rozchodzeniu się nakładu prasy katolickiej w tym naszym, jak wspomniałem – „nie byle jakim” – kościele. To oczywiście w ramach rozliczenia dochodów. Jak to możliwe – grzmiał – że w parafii o ponad jedenastu tysiącach „wiernych” – rozchodzi się łącznie przez rok nie więcej jak 100 (sto) egzemplarzy spośród kilku tytułów prasy stale dostępnych w kościele. Co ci ludzie czytają? – pytał retorycznie choć z uniesieniem nasz kochany Proboszcz.
Prawdopodobnie – nic; słuchają muzyki pop albo rock, oglądają program telewizyjny Trwam i słuchają odpowiedniego Radia z którego czerpią wiedzę o wszystkim co ich powinno interesować, jeśli już czytają – to nadchodzące rachunki do zapłacenia i lokalny dziennik informacyjny… Kurier... ale to już tylko niektórzy, bo "lokalny dziennik informacyjny" także bardzo narzeka na słabą „sprzedawalność”. No może niektórzy jeszcze - Harrego Pottera... a dzieci - lektury (bo muszą).

Gdy natomiast po raz trzeci zagrzmiał nasz Proboszcz – poczułem się już wręcz zażenowany. A doszedł był on wówczas do pogrzebów. Przyznał ze - szczerą chyba jednak - radością, że po raz pierwszy od lat liczba urodzeń w Parafii przewyższyła liczbę zgonów. Że więcej się ludzi rodzi niż umiera. Świetnie.
Przepraszam, ale to także jest sprzeczne z oficjalnie przez Rząd PO podawanymi danymi statystycznymi. Jakaś „nietypowa” , "nienormalna" parafia? – czy może ktoś tymi oficjalnymi ogólnopolskimi danymi manipuluje w sobie znanych celach politycznych, usprawiedliwiając tym na przykład manipulacje przy Ustawie Emerytalnej albo innych przepisach prawa…

Co do pogrzebów jednak – bardzo się rozsierdził nasz Proboszcz, znów gromił parafian z palcem uniesionym wysoko w górę, że z tych co umierają, niewiele więcej jak połowa pogrzebów odbywa się w naszej Bazylice. Oczywiście – religijnych obrzędów pogrzebowych. Tu poczułem się zażenowany, choć jestem niewinny, bo przez miniony rok ani się nie rodziłem ani też cudem jeszcze nie umarłem...
Proboszcz grzmiał na rodziny, nie na zmarłych: ci ludzie żyli w naszej wspólnocie, byli tu w tym kościele, nieraz codziennie i mają prawo do chrześcijańskiego pogrzebu w Bazylice. Dlaczego tylko połowa miała odpowiedni pogrzeb a pozostali odeszli nie zaopatrzeni po chrześcijańsku na tę ostatnią drogę. Kto za nich teraz weźmie odpowiedzialność, gdy rodziny nie chciały a Kościół - nie miał możności. Ja i nasi kapłani jesteśmy do dyspozycji całą dobę, jeszcze nigdy nie odmówiliśmy udania się do chorego czy umierającego…

Tu zacny nasz Proboszcz postanowił rozprawić się z „konkurencją”: ja wiem, że chodzą tacy i rozpowiadają plotki, że pogrzeb w Bazylice kosztuje (?) 10.000 zł, ale to nie jest prawda! Tu podniesionym głosem wymienił podstawowe pozycje ze swoistego „cennika usług duchowych” tej Parafii, padały kwoty 150 zł, 350 zł… poszczególnych pozycji „cennika”…
Pogrzeb w Bazylice wcale nie jest droższy, niż w Zakładzie Usług Komunalnych (tzn. miejskiej firmie pogrzebowej). Nie jest drogo, więc róbcie pogrzeby w naszym kościele, a jak czegoś nie wiecie, to zapytajcie mnie osobiście… wszystko jest jawne i dostępne, na jedno "kliknięcie" w komputer...

Niestety - co zaniepokoiło mnie najbardziej, w tym swoistym wystąpieniu naszego proboszcza nie zabrakło na koniec akcentów wyraźnie anty-protestanckich. Jeśli tak - ciekawe, bo może to wskazywać na jakieś konkretne a jeszcze nie ujawniane opinii publicznej zmiany "ilościowe" w liczbie członków Kościoła... Na dodatek, ten akurat kościół nigdy nie był protestancki; od powstania ponad 200 lat temu, w dawnym pomorskim Stettinie była to świątynia i parafia rzymsko-katolicka, skupiająca niewielką grupkę żyjących tu Polaków.
Może z krótkim okresem nazistowskim, po aresztowaniu i zamordowaniu błogosławionego dziś Księdza Lamperta i pozostałych tutejszych księży... Tak więc - skąd dziś aluzje anty-protestanckie...?

Patrzyłem na wielki ołtarz – wspaniały tryptyk cały w złoceniach, na sprowadzoną specjalnie wierną kopię „Całunu Turyńskiego”, na bezrobotnych stoczniowców z byłej Stoczni Szczecińskiej, papierników z upadłej Papierni Szczecin, cukrowników z lokalnej byłej Cukrowni, hutników z naszej zlikwidowanej „Huty Szczecin”, chemików z pod-szczecińskiego „Wiskordu”, rybaków ze zniszczonego Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich… Patrzyłem też na figurę Ukrzyżowanego ponad ołtarzem, na Krzyż…
Jakiś Ksiądz w sutannie i komży, który w najważniejszym momencie Mszy, pomiędzy drugą a trzecią modlitwą eucharystyczną, gdy cytowane są znamienne słowa Jezusa wypowiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy - biegał po kościele z „tacą” – zbyt długo machał mi nią przed nosem, nim zrozumiał, że nie mam co tam wrzucić lub też – nie mam takiego zamiaru, chcąc być wiernym pouczeniu Pańskiemu… Wiernym Ewangelii.

Po mszy nie minęła nawet i minuta od zakończenia pieśni "na wyjście kapłana", gdy rozpoczął się swoisty "spektakl na wyjście" dla ludzi w mszy uczestniczących; specyficzne stopniowe wygaszanie świateł w kościele poczynając od strony ołtarza - w kierunku wyjścia (exit), jednoznacznie dający do zrozumienia ludziom, że stali się tu już "zbędni", że powinni już wyjść, a przy wyjściu jeszcze coś wrzucić do skarbony "na remont kościoła", cała ta krzątanina osób usługujących jednoznacznie oznaczająca: czekamy aż wyjdziesz! Pospiesz się! Czas naszej "pracy" skończył się i czekamy tylko na ciebie... Bo stanem normalnym dla kościoła, jest "stan zamknięty".
Prawie jak w teatrze - po spektaklu. Popatrzeć, pomodlić się - możesz przez kratkę z przedsionka pomiędzy drzwiami zewnętrznymi a wewnętrznymi.

Mam ciągle w pamięci inny Kościół. Kościół mojego dzieciństwa będący oazą Jezusowego pokoju dla każdego przez cały dzień. Kościół otwarty przez całą niemalże dobę, od świtu do 21, gdzie można było wejść każdej chwili w potrzebie zebrania myśli, ochłonięcia, uspokojenia, zastanowienia. Pamiętam Kościół, gdy był bardziej Domem Bożym niż "przedsiębiorstwem usługowym" a księża – osobami duchownymi, sługami Pana i ludzi – a nie księgowymi na etacie zwanym dziś "zawód - ksiądz".
Faktycznie: zawód...

21/12/2011

Czas właściwy.

Czasem jeszcze łapię się na odruchach naiwności. Naiwności właściwej raczej ludziom bardzo młodym, o wielkim potencjale optymizmu, zaufania w dobroć człowieka, jego mądrość albo choćby podstawowy rozsądek czy instynkt samozachowawczy. Wydaje mi się wówczas, że niewiedza czy niezrozumienie są podstawowym powodem zła na tym świecie. Pewnie w znaczeniu ogólnym, można by powiedzieć – ostatecznym, rzeczywiście tak jest, ale w codziennej obserwacji, codziennych sprawach i sprawkach widać zło nie wynikające z niewiedzy, zło jakby samoistne. Ujawniające się w postępowaniu wyrachowanym i dobrze skalkulowanym dla uzyskania zaplanowanego efektu zła.
Przyjemnie jest myśleć i wierzyć, że wystarczyłoby po prostu zrozumieć i wyjaśnić rzeczywistość innym, by przez to samo - wyeliminować zło…
Jest wiele problemów; przytłaczający chaos, zniechęcający nawet do prób – by coś wyjaśnić, uporządkować. Jakże trudno dziś o te uczucia, jakie – jak to opisują Ewangeliści – dominowały w chwili narodzenia Pana w Betlejem, w Judei. Ostatnio zachwycają mnie Psalmy Dawidowe spisane z łaciny przez Jana Kochanowskiego z Czarnolasu. Mam na myśli oczywiście teksty użyte w zbiorze pieśni chóralnych „Melodie na Psałterz Polski” - spisane piękną, choć dziś już nieraz bardzo archaiczną polszczyzną. Jest w nich coś szlachetnego, autentycznego…
Otacza mnie wiele problemów, troska o byt – nawet już w sensie dosłownym, jak wielu ludzi oszukanych i zdradzonych przez władzę, wyrugowanych gdzieś poza obszar zainteresowania Państwa, prostackiej i mało szlachetnej, niedorozwiniętej uczuciowo i emocjonalnie „elity” władzy - nie narzekającej na nadmiar wiedzy i zrozumienia; instytucji nie spełniających swojej roli… Wydawałoby się, że wystarczy pomóc, wyjaśnić, podać argumenty i fakty, przekonać… Ale nie.
Psalmy spisane przez Jana z Czarnolasu są dziś niemalże nierozerwalnie związane właśnie z muzyką Mikołaja Gomółki – wydaną po raz pierwszy w Krakowie w 1580 roku. Wykonanie wokalne, dobry chór – podkreśla sens, nastrój tekstu psalmów do tego stopnia, że czytany później bezpośrednio zapis słowny wydaje się wręcz niekompletny, rozczarowuje tego kto słuchał „Melodii na Psałterz Polski” w dobrym wykonaniu, gdy tekst i śpiew, cudowna polifonia przenikających się głosów nawzajem się uzupełniają.

Wracając do nastroju, do realiów życia – przychodzi mi na myśl Psalm CXXX – Ad profundis clamavi ad Te, Domine. (fragmenty)

W troskach głębokich ponurzony,
Do Ciebie, Boże niezmierzony,
Wołam, racz smutne prośby moje
Przyjąć w łaskawe uszy swoje!
Cieszy mię, Panie, dobroć Twoja,
Cieszą mię słowa; dusza moja
Upatrzą Twego smiłowania
Barziej niż nocna straż świtania.
Lecz nie jest na to teraz czas właściwy.
Jest czas na radość z narodzenia Pana, z jego obecności. Czyż sam Jezus trzydzieści kilka lat później nie wyjaśnił tego w sposób doskonały, mówiąc: „...ubogich zawsze wśród siebie mieć będziecie, ale mnie nie zawsze mieć będziecie.” A w innym miejscu mówił: "...Jeszcze na małą chwilę światłość jest wśród was. Chodźcie, póki światłość macie, aby was ciemność nie ogarnęła; bo kto w ciemności chodzi, nie wie, dokąd idzie. Wierzcie w światłość, póki światłość macie, abyście się stali synami światła."

Noc Bożego Narodzenia, Wigilia czyli radosne oczekiwanie - to symboliczny powrót jasności do tego naszego mrocznego świata, nie widziany a odczuwany w sercu, gdy ktoś bardzo pragnie i jest mu dane odczuć to. Trudno dziś, będąc w rozpaczliwym położeniu, przeżyć Boże Narodzenie tak jak się powinno, mając w pamięci i rozważając wszystko to, co o tym opowiada Ewangelia.
Na czas Bożego Narodzenia przypomnijmy raczej Psalm CXXXIII – Ecce quam bonum, et quam incundum. (fragmenty)

Jako rzecz piękna, jako rzecz przyjemna
Patrząc, gdzie miłość panuje wzajemna,
A bracia sforni w szczerej uprzejmości
Strzegą jedności.
Bo kędy zgoda święta przemieszkawa,
Tam Pan niebieski wszytko dobre dawa
Wzbudzając zawżdy na miejsce ojcowe
Potomstwo nowe.
Więc cóż: coraz trudniej o nadzieję, o zaufanie do przyszłości – więc tego właśnie – w najbliższych dniach - wszystkim życzę. Skąd wziąć tę nadzieję... oznajmia Psalmista, a za nim Jan z Czarnolasu: Psalm CXLV - Exaltabo Te, Deus, meus rex. (fragment)
 
Ciebie chwalę, Boże mój, imieniowi Twemu
Na wieki błogosławić będę chwalebnemu;
Żaden mi dzień bez Twojej chwały nie upłynie,
Imię Twe sławić będę, póki świat nie minie.
... A do tego – odrobina poczucia odpowiedzialności… za słabszych, mniej zaradnych, zagubionych, pozbawianych możliwości pracy...

19/09/2011

Niepełnosprawne dobro.

Czasem, – gdy widzimy osoby niepełnosprawne fizycznie, z trudnością poruszające się samodzielnie lub jedynie na wózkach, nawet czasem tylko z pomocą innej osoby ten wózek popychającej, gdy są obok nas z ich trudem, ograniczeniem, z ich cierpliwością, pogodą ducha – zastanawiają nas opisane w Ewangelii uzdrowienia dokonywane przez Jezusa z Nazaretu. Najczęściej, gdy widzimy właśnie takich ludzi z trudnością poruszających się o kulach, ludzi często młodych, poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych lub podczas uprawiania jakiejś dyscypliny sportu albo nawet czasem już podczas porodu – odczuwamy niezdarne współczucie oraz… coś w rodzaju zakłopotania. Kalectwo, długotrwałe ograniczenie fizyczne nie zawsze odbija się negatywnie na wrażeniu, jakie może odnieść postronny obserwator przy takim spotkaniu. Wręcz przeciwnie, to ludzie sprawni często zupełnie nie doceniają swojej sprawności, swoich możliwości, nie korzystają z nich w tym aspekcie.
Często przecież, zależnie od okoliczności – są niepełnosprawne osoby bardzo wykształcone, wartościowe, wybitnie uzdolnione, niezwykle sympatyczne… trudno nam przyjąć do wiadomości i pogodzić się z ich trudnościami fizycznymi, ich cierpieniem. Jednocześnie nie do końca przecież rozumiemy istotę problemu życiowego widzianej osoby, nie wyobrażamy sobie cierpienia fizycznego i psychicznego, przez jakie przeszła, bo to nas nie dotyka osobiście, jest poza zakresem naszego osobistego doświadczenia. Mimo tego jednak wydaje się nam to całkowicie nienaturalne, niesłuszne, niepotrzebne i niczym nie usprawiedliwione. W cierpieniu, w niepełnosprawności jest coś z gruntu nieuzasadnionego, dziwnego, sztucznego; coś, z czym właściwie nie można się wcale pogodzić – patrząc na to z boku, z punktu widzenia osoby zdrowej i sprawnej. To całkowicie nieusprawiedliwiony stan, który chciałoby się natychmiast zmienić, poprawić – jak przypadkową pomyłkę losu, jak przypadkową zmarszczkę czy fałdę na wielkim, barwnym, cudownym kobiercu życia… Tym bardziej trudno nam wyobrazić sobie, że osoba niepełnosprawna m u s i a ł a znaleźć w sobie umiejętność pogodzenia się z tym…

Automatycznie niejako nasuwa to skojarzenia z wydarzeniami opisywanymi w Ewangelii.
Ledwie potrafimy sobie wyobrazić, jaką radość odczuwał Jezus z Nazaretu, gdy przywracał w jakimś przypadku ten stan naturalny; stan zdrowia i szczęścia, gdy spotykał na drodze swych wędrówek ludzi chorych, kalekich i mógł po prostu powiedzieć: wstań, weź łoże swoje i chodź, bądź oczyszczony z trądu, z gorączki, przejrzyj na oczy swoje… Powiedzieć to i widzieć wybuch radości, szczerą wdzięczność – i to zwróconą w intencjach ludzi – nie do niego a do Boga, zwycięstwo dobra i wiary nad złem, zwątpieniem i cierpieniem… Podobnie zapewne odczuwać to musieli i uczniowie - powołani, wyposażeni w umiejętności i moc „stąpania po wężach” i z nią rozesłani we wszystkie strony, by leczyli i uzdrawiali wszystkich potrzebujących.

Przypomnijmy tu niezwykle wzruszający opis jednego z niezliczonej liczby takich zdarzeń, z Łukaszowej Ewangelii w przekładzie św. pamięci profesora Zygmunta Kubiaka:
„Wziąwszy z sobą Dwunastu, powiedział do nich: „Oto idziemy w górę, ku Jeruzalem i spełni się wszystko, co prorocy napisali o Synu Człowieczym. Będzie wydany narodom, wyszydzony, znieważony i opluty, ubiczują go i zabiją, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Lecz oni nic z tego nie zrozumieli. Rzecz ta była zakryta przed mini i nie pojmowali, o czym mówi. Kiedy szedł i był już niedaleko od Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Ten, gdy usłyszał, że przeciąga tłum, dopytywał się, co to się dzieje. Obwieścili mu, że przechodzi Jezus z Nazaretu. Zawołał: „Jezu, synu Dawida, zmiłuj się nade mną!” Ci, którzy szli na przedzie, domagali się żeby zamilkł. Lecz on coraz głośniej wołał: „Synu Dawidowy, zmiłuj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. Gdy ten był blisko, zapytał:, „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Ten zaś: „Panie, żebym przejrzał!”. A Jezus do niego: „Przejrzyj. Wiara twoja cię uzdrowiła. I od razu przejrzał, i szedł za Nim, sławiąc Boga. I cały lud, widząc to, dawał chwałę Bogu.

To bardzo plastyczny opis, ułatwiający wyobrażenie sobie tej sceny w sposób plastyczny, „filmowy”. Potrafimy wyobrazić sobie nie tylko radość uzdrowionych, – która jest radością ludzką a więc nam bliższą. Ale co z uczuciami samego Jezusa, dokonującego tych wszystkich czynów opisanych w ewangeliach Marka, Łukasza, Mateusza i Jana, które – jak stwierdził na końcu swojej Ewangelii Jan – nie opisują wszystkiego w sposób kompletny, są jedynie częścią wszystkich czynów Jezusa.
Co wówczas czuł Jezus? Czy jesteśmy w stanie choćby wyobrazić to sobie? Był człowiekiem jak my, więc cieszył się tak jak i my byśmy się cieszyli, jednak pozbawiony był pychy i nie przypisywał niczego sobie, jako człowiekowi gdyż jednocześnie przecież – jak wiemy z Ewangelii Jana – Jezus jest Panem; słowem, które stało się ciałem, to On jest tożsamy z Duchem, Bogiem, Jahwe, – który przyjął również ciało ludzkie za pośrednictwem narodzin właściwych człowiekowi.
Wiemy to z rozdziału 14 Ewangelii Janowej; „… Rzekł Mu Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a wystarczy nam. Odpowiedział mu Jezus: Tak dawno jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca; jak możesz mówić: pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że jestem w Ojcu a Ojciec we mnie? Słowa, które do was mówię, nie od siebie mówię, ale Ojciec, który jest we mnie, wykonuje dzieła swoje. Wierzcie mi, żem ja w Ojcu a Ojciec we mnie; a jeśli by tak nie było, to dla samych uczynków wierzcie…”

Więc jeśli tak, – co czuł? Nie widzimy przecież powodu by sądzić, że to musiało być coś dla nas niepojętego, niewyobrażalnego, tajemniczego. Jeśli płakał przed grobem Łazarza wraz z jego siostrami i opłakującymi go Żydami, czyżby nie miał czuć radości, wdzięczności – wraz ze świadkami uzdrowień, których dokonywał? Tak też i było to przyjmowane przez widzów, świadków, uczniów, oczywiście poza niektórymi Żydami widzącymi w tym jedynie zagrożenie… Ludzie uważali to za coś naturalnego, oczywistego i ”chwalili Boga”… tak po prostu…

Podczas spotkań z osobami niepełnosprawnymi ze wzruszeniem myślimy czasem o tym, jakże radosne musiało być dla Pana móc powiedzieć: bądź uzdrowiony z niemocy swojej, przejrzyj na oczy, bądź oczyszczony z trądu, uwolniony od choroby, wyzwolony z brzemienia swojej winy… Przecież dla Niego to nie był żaden cud, była to po prostu okazja do przywrócenia właściwego, naturalnego i oczywistego stanu, jaki niegdyś stworzył; stanu dobra, szczęścia, radości, miłości do Pana i do bliźnich; powrót do stanu, o którym wiedział - że kiedyś był i kiedyś znów powróci…
Może nawet czasem sami chcielibyśmy móc dokonać takiego uzdrowienia, bez pychy czy samozadowolenia dać komuś tę ogromną radość. Dać ją „dla niego” i wraz z nim cieszyć się jego radością, wiedząc, że jesteśmy tylko narzędziem, pośrednikiem, że sami nic nie moglibyśmy zdziałać, a tylko podarowaną nam siłą i tylko w jej imieniu… Nie jesteśmy jednak i nie możemy być zazdrośni o tę moc; moc miłości i dobra. Godne jest, że to jedynie On (i uczniowie – dzięki udzielonej im Jego mocy – jak opisują Ewangeliści) mógł dokonywać takich czynów, przeciwstawić się swoją wolą cierpieniu i niemocy, gdy tylko chciał, a chciał zawsze, szczególnie wówczas – gdy widział w człowieku wiarę, iskierkę dobra. Mówił: wiara twoja uzdrowiła cię, odpuszczone są grzechy twoje, jakoś uwierzył – niech ci się stanie…
Do pewnego stopnia może lekarze, zwłaszcza starsi, ci dobrze wykształceni, światli, pokorni i otwarci na to, co „na progu przeczucia”, czego nie uczą w akademiach – mogą doświadczyć podobnego uczucia. Niepełnosprawność nie jest karą. Jest raczej cechą materii. Czy materia jest karą…?
Sprawiedliwe jest to, że ta radość uzdrawiania ciała i ducha jedynie wolą, myślą, mocą dobra i miłości – przynależy tylko Jemu, Panu, temu który dwa tysiące dziesięć lat temu narodził się wśród ubogich w niewielkim miasteczku Betlejem w Judei, w mizernej i cichej stajence, narodził się w ubóstwie, bo „nie było dla niego miejsca w gospodzie” – Pan i Nauczyciel.
Każda jednak nasza pomoc osobie niepełnosprawnej z taką myślą, z takim nastawieniem – należy do tego samego dziedzictwa. Jest kontynuacją, jest po tej samej stronie zmagających się aż do końca świata sił. Więc pomagajmy…