MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobro. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dobro. Pokaż wszystkie posty

13/11/2017

Wpadła plamka na kawę…


Kiedy zachciało mi się coś uczynić – zasiadłem do pisania, aż tu nagle wpadł do mnie promyk złoty.
Przez okno wpadł zamknięte, jak to promyki zawsze praktykują od kiedy Słońce jest i świeci, korzystając iż przesłonięte dokładnie nie było grubą moją brokatową zasłoną.
Wrzucił on cieplutką i wibrującą jaskrawo plamę kolorową, milutką i radosną na szary mój stół i na beżową na nim serwetę.
Tak więc owa plamka – na kawę wpadła właśnie zaparzoną, na papier do pisania jeszcze całkiem biały, bo nie zasłonięty pismem i na moje padła zimne od starości ręce…
Chciałem już pisać, ale szkoda mi było i nie śmiałem rąk cofnąć od ciepła i jasności cudownej przechadzającej się wolno po stole; rad bardzo byłem i jasności tak niespodziewanej w tej szarości mojej codziennej i tego pocałunku ciepłego odczuwanego przez dłonie i tak trwałem cierpliwie z przymkniętymi oczyma, bez ruchu czekając, tak długo aż się plamka sama zsunie z rąk moich…
Że mi radość uczyniła to oczywiste, ale pomyślałem niespodziewanie: cóż tam ja; może to jej potrzeba trochę szarości tego najzwyklejszego stołu mojego – w oszałamiających, tęczowych kolorach jej świata, może to raczej jej potrzeba nieco goryczy tej zwykłej kawy mojej – w otaczającej ją przesłodkiej jasności, może to ona właśnie tak bardzo pragnie nieco chłodu rąk moich, tak jak ja – jej ciepła i tak – nawzajem radość odczuwamy z tego samego…
Dlatego właśnie nie cofnę rąk, nie dosunę zasłony, i tak czekać będę cierpliwie, aż się plamka ta złota nasyci tym wszystkim, czego jej potrzeba a i ja przecie przy okazji rozkoszować się będę w duchu jej cudowną jasnością, ciepłem i słodyczą – w tym samym czasie.
Czasie którego przecie nie szkoda, który żadną miarą zmarnowany nie będzie...

18/11/2016

Czy warto…

(refleksje na temat wiersza)

Pewnie jest wiele pesymizmu, może nawet pewnej zgorzkniałości wynikłej z doświadczenia życiowego – w myśli, że skoro zwiędnięcie, uschnięcie i zgnicie lilii jest już wpisane w ich – a więc i naszą – historię jeszcze zanim się je posadzi, to – może nie warto tego robić.

Może nie warto – dla jednej, zbyt krótkiej chwili zachwytu, bo po niej trzeba będzie – właśnie z powodu takiej naszej snobistycznej zachcianki – wziąć udział i w dalszym spektaklu ich usychania, „umierania”… bo to jest nierozdzielne. Nie można sobie wybrać tylko dobra, wziąć „tylko rodzynki” z tego ciasta…
Można to pytanie, ten dylemat roztoczyć na wszystko, absolutnie wszystko; lilie to tylko poetycki przykład.

Może zbyt łatwo szafujemy swoimi zachciankami, jak krnąbrne dziecko, które „chce i musi” koniecznie teraz zjeść całą paczkę ptysiów na raz – choćby nawet wiedziało, że potem będzie mu niedobrze, będzie bolał brzuszek, będą wymioty i głodówka lub przymusowa niesmaczna dieta następnego dnia…
Dziecko jest niedoświadczone, ale czyż my jako dorośli nie postępujemy tak właśnie… Może nie każdy, a nie podejmę się określania w tej sprawie jakichś relacji ilościowych – dokonując wyboru, decydując się na zrobienie czegokolwiek – zastanawia się nad tą „otoczką” integralnych konsekwencji, nad przyszłością.
W tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym „nadużyciem” a więc przekroczeniem granicy rozsądku w jedzeniu słodyczy, nadużyciem do którego dziecko ma prawo co najmniej raz, właśnie po to by mogło skorzystać ze swojego niezaprzeczalnego prawa do posiadania osobistego doświadczenia i opierania się na nim.

Może to bezrefleksyjność, brak umiejętności dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych, albo po prostu prozaiczna niechęć do myślenia, zastanawiania się, przewidywania skutków, tendencji zmian, z podstawowym założeniem tymczasowości i przemijalności. Założeniem wynikającym przecież z doświadczenia życiowego; jeśli nie osobistego (w sensie własnych doznań i przeżyć) to – wynikającym z obserwacji, ze znajomości życia na podstawie jego obserwacji i analizy dokonywanej „z dystansu”.

Jednak w tym rozważaniu nie chodzi mi o nadużycia, wręcz przeciwnie.
Posadzenie lilii i ich właściwe pielęgnowanie dla tej małej chwilowej naszej radości wynikającej z wykonywania tych czynności i ich skutku w postaci przepięknych kwiatów, o których mówił Jezus, że „… nawet Salomon w całej swojej chwale nie był tak ubrany, jak jedna z nich…” – jest czynnością bynajmniej nie zawierającą w sobie żadnego elementu „nadużycia” a jednak faktem jest, że kto sadzi lilie i pielęgnuje je czerpiąc z tego radość, musi przyjąć i nieodłączny fakt ich nieuniknionego  przekwitnięcia, zwiędnięcia i zgnicia – co już nie jest piękne; brzydota śmierci i spustoszenia nie budzi radości…
Podobnie i ze wszystkim; istotami nam bliskimi, z naszymi uczuciami, ulubionymi przedmiotami, bliskimi miejscami…

Można więc zapytać: może nie warto sadzić lilii, jeśli to jedyny sposób, by nie patrzeć na ich nieuniknioną śmierć.
Może nie warto dopuszczać do siebie uczucia, gdyby to miał być jedyny sposób na uniknięcie jego „śmierci”; zawodu, rozczarowania, zdrady, znudzenia, rozpadu, rozstania…
Jeśli cierpienie będące dalszą konsekwencją przemijania miłości przesłania jej wcześniejsze piękno i dobro – to może faktycznie „nie warto”. Tu problem mogą mieć ci, którzy nie przyjmują do wiadomości duchowej strony istnienia, odrzucają nawet możliwość „czegoś poza” materią fizyczną i „czegoś dalej” – po ustaniu życia fizycznego na skutek działania praw fizyki w świecie materialnym.

Niektórzy uważają, że życie materialne jest tylko etapem rozwoju, że kontakt z materią i jej nieubłaganymi prawami przemijania jest rodzajem szkoły czy może „poligonu”, na którym uczymy się kochać, tolerować, pomagać, współczuć, rozpoznawać rzeczywiste wartości i odróżniać je od pozornych. Uczymy się – na potrzeby dalszego istnienia w świecie duchowym, co nadaje sens temu wszystkiemu; w przeciwnym wypadku ta nauka byłaby bezsensowna. W takim ujęciu każde doświadczenie nam przypisane ma nam służyć, jest nam dedykowane celowo i należy nauczyć się to dostrzegać i przyjmować. Ludzie tak nastawieni mają nawyk zastanawiać się; po co mi to trudne doświadczenie zesłał mój Pan i Nauczyciel; co mam zrozumieć, czego mam się z tego nauczyć, czego dowiedzieć.

Ostatecznie – nawet pobieżna obserwacja życia przekonuje nas, że można na tej drodze rozwoju osiągnąć sukces wpływający dodatnio na obecne życie. Rzadko – ale spotyka się ludzi sterujących mądrze swoimi decyzjami i postępowaniem, nie narażających się głupio na zawody, dramaty, cierpienie – wynikające z zachłanności, nieopanowania czy chciwości.

Trzeba przyznać, że Ewangelia zawiera nieprzebrane pokłady wiedzy, nauki o tym – jak żyć właściwie – właściwie w powyżej rozpatrywanym rozumieniu. Jeśli się z niej powszechnie nie korzysta, to dlatego, że jest ona „ogniem rzuconym na Ziemię”, jest w centrum walki dobra ze złem. Ponadto – ludzie zawsze poszukiwali porad(ników), które by im niczego nie zabraniały a raczej potwierdzały ich własne, najczęściej samolubne, egoistyczne przekonanie.

Takim poradnikiem „na życzenie” Ewangelia nie jest i nigdy nim prawdopodobnie być nie miała.
Przeciwnie: prawdopodobnie miała być „ciasną bramą” o której wspominał Jezus; bramą wiodącą do "prawdziwego" szczęścia i sukcesu.

11/11/2016

„… Bo czyż zbierają winogrona - z ciernia,
albo z ostu – figi?”

Jeżeli napotkasz kiedyś - przechodzącą obok ciebie - jasną, cudowną istotę w przepięknych świetlistych szatach, z pięknymi skrzydłami u ramion i promieniejącą złotem aureolą nad głową; postać o pięknych oczach i łagodnym spojrzeniu pełnym mądrości i zrozumienia; o postawie wyrażającej dobroć i miłość – w żadnym wypadku nie idź za nią! To bardzo niebezpieczne! Pójdź wtedy raczej w kierunku przeciwnym; w tę stronę – z której ta istota przybyła, skąd nadeszła. Jeśli tam napotkasz wielu ludzi bardzo smutnych, strapionych, cierpiących; wielu ludzi o oczach pełnych łez; osamotnionych, ludzi pozbawionych nadziei, bardzo biednych, nieszczęśliwych, samot-nych, zdradzonych, rozczarowanych, opuszczonych  – bądź pewna, że tą mijającą cię istotą - nie był Anioł. Wręcz przeciwnie. Choćby nie wiem jak bardzo piękne były jego szaty, łagodne jego spojrzenie i urocze skrzydła – to z pewnością nie był Anioł. Spróbuj wtedy naprawiać zło, które ona wyrządziła. Jeśli natomiast spotkasz tam ludzi szczęśliwych, radosnych i pełnych miłości – zawsze zdążysz zawrócić, by jeszcze dogonić tę cudowną istotę. A gdyby nawet nie udało ci się jej już odnaleźć – pozostań na tym miejscu i bądź jej wdzięczna za wskazanie ci tamtego miejsca szczęśliwego życia, które to ona stworzyła samą swoją obecnością.
Ten, kto pozostawia za sobą płacz, łzy, wielki smutek i niesłuszne oskarżenia - mimo stwarzanych pozorów piękna i szlachetności z pewnością nie służy dobru.

"List niewysłany" do E.

28/06/2012

Już rozumiem…

Jestem taki samotny.
osaczony przez pułapki życia.
O, Ukojenie Samotności!
czemu jesteś tak odległy?

Mój umysł z trudnością przenika
barierę głupoty, niewiedzy,
kiedy usiłuję nieudolnie
wyobrazić sobie Twą postać.
odmawia mi posłuszeństwa,
gdy chcę zrozumieć – kim jesteś.
Moje poszukiwania
akceptacji, zrozumienia i miłości,
pomiędzy mnie podobnymi –
nie powiodły się…

      … teraz wiem: to nie Ty ode mnie.
to ja jestem tak odległy od Ciebie,
gdyż to Ty zawsze jesteś
na właściwym sobie miejscu.
Jestem nieszczęśliwy i samotny,
bo oddaliłem się od Ciebie
jak krnąbrne dziecko od ojca,
zajęte tylko błahostkami…

O Panie, proszę, pomóż mi!

*

„Jak przedziwne imię Twoje – Panie
gdy patrzę na Twoje niebo, Księżyc i gwiazdy,
któreś Ty utwierdził, dzieło rąk Twoich.
Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz…”

06/02/2012

Jak się uchronić od narastającego w nas oburzenia, gniewu…

Sytuacja staje się bardzo trudna. Z jednej strony coraz bardziej jak się wydaje uwidacznia się, że prawdopodobnie rzeczywisty stan spraw państwa nie był dotychczas w pełni ujawniany. Ma to oczywiście co prawda swoje poważne uzasadnienie – w dbałości o nastroje inwestorów, nie tylko tak zwane „rynki finansowe” ale także i nastroje przedsiębiorców. Wszystko jest w płynnej, chwiejnej równowadze opartej wbrew pozorom na zupełnie nieracjonalnych podstawach, takich jak obawy, leki, nastroje, wróżby, przepowiednie, noga którą przedsiębiorca dziś wstał... Po prostu jest tu istotny czynnik pozarozumowy i trzeba to przyjąć do wiadomości.
Któż jednak wie; czy gorzej jest znać nie najweselszą prawdę, czy pogrążać się w nieufności – widząc że optymizm jest udawany a oficjalny obraz coraz bardziej się różni od tego widocznego. Czy lepiej wiedzieć jak jest, czy wiedzieć, że z pewnością nie jest tak jak się wydaje (czyli w domyśle – gorzej?). Ukrywanie prawdy z czasem staje się widoczne i budzi nieufność, co może prowadzić do reakcji jeszcze groźniejszej, niż gdyby prawda była znana.

Nie bawi mnie politykierskie „gdybactwo” a interesuje mnie raczej praktyczny skutek społeczny.  W odniesieniu do ludzi pozbawionych zatrudnienia, ale też i ogólnie do wszystkich i wszystkiego - śmiało można przyjąć założenie dokładnie odwrotne niż to mają w zwyczaju ideologicznie zaślepieni; nie jest ważne KTO rządzi a raczej – JAK, to znaczy z jakim skutkiem społecznym. Co więcej – dokładnie właśnie nie jest ważny skutek „w ogóle” a jedynie skutek społeczny.
Jedni mogą mówić: trudno, zdechnę z głodu ale najważniejsze żeby za wszelką cenę Kaczyński nie był przy władzy.
Inny powie: nie interesują mnie ludzie zdychający z głodu, ale ci co na mnie głosują, bo najważniejsze aby za wszelką cenę odsunąć Tuska od władzy.
Ta „wszelka cena” i w jednym i w drugim przypadku – to tacy jak ja, jakieś 500.000 osób pozbawionych jakiejkolwiek możliwości zatrudnienia a nawet i całe dwa miliony bezrobotnych w tym kraju.
Tak łatwo jest płacić, sięgając do cudzego portfela…

Wydaje się oczywiste, zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka, że w systemie przyjętym przez cywilizację ludzką i dość powszechnie obowiązującym, nie mającym istotnej alternatywy, polegającym na używaniu pieniądza jako powszechnego ekwiwalentu pracy – człowiek musi mieć dostęp do tego podstawowego systemu, jeśli oczywiście chce. A trudno sobie wyobrazić by nie chciał, biorąc pod uwagę absolutną podstawowość  i powszechność oraz jednocześnie występującą wymienialność pracy i potrzeb, za pośrednictwem umownego ekwiwalentu jakim jest pieniądz.  Jakim trzeba być człowiekiem, i czy zasługuje na to miano ktoś, kto odmawia części społeczeństwa prawa do udziału w systemie wymiany praca-ekwiwalent pracy. Kto świadomie wyłącza masę swoich współobywateli ze społeczeństwa, traktując ich jak zbędnych, jak śmieci które się spycha w kąt, wymiata za próg, by samemu poczuć się lepiej w tak „wysprzątanym” domu. Przecież wiadomo, że człowiek musi zdobywać pieniądze, bo tylko to pozwala mu zaspokoić własne podstawowe potrzeby życiowe i daje mu w ten sposób namiastkę wolności, a najlepiej by było dla wszystkich – by te pieniądze zdobywał poprzez pracę, której wynik jest społecznie użyteczny, służy także innym.
Czy to mózg dziurawy jak ser szwajcarski od „trawki” popalanej po kątach w młodości powoduje, że się tworzy gospodarkę dla elity, jakiś KRYPTO-FASZYSTOWSKI ustrój,  jak na ironię, drwinę z ludzkiego cierpienia nazwany „obywatelskim” w którym jest elita władzy, uprzywilejowanych, „klasa Panów” – zapewniająca sobie wszystko co najlepsze i ustalająca przepisy prawa gwarantujące im i ich rodzinom WSZYSTKO, jest masa zastraszonych, uganiających się za jakimkolwiek zarobkiem „niewolników” których nauczono się bać, zabiegać o przychylność „panów”  wychodząc usłużnie naprzeciw ich wszelkim kaprysom i zachciankom, umizgiwać się do „chlebodawców” sztuką pisania „listów motywacyjnych” i sztuką kłamstw, rezygnacji z własnych potrzeb, odpoczynku, godziwej zapłaty za pracę, rezygnujących z wywalczonych i wypracowanych przez pokolenia praw. No i gdzieś tam na marginesie są „śmieci”, ci co się nie nadają do rączej służby dla Panów, albo co gorsza – nie chcą, trwając przy swoich humanistycznych przyzwyczajeniach myślowych. Ci dla tej władzy nie istnieją, są zbędni, pomijalni, ale skoro już są – to można jeszcze na nich zarobić, uszczknąć coś z udawanej „pomocy”, pozwalającej transferować pieniądze z funduszy publicznych do prywatnych bez poczucia bycia złodziejem, oszustem czy zabójcą. Zresztą – jak wymyślili prekursorzy tego systemu – przecież „zwycięzcy nikt nie sądzi”; przed kim miałby on odpowiadać za skutki swojego działania. A skutki zresztą i tak są nieodwracalne…

To wszystko budzi sprzeciw. Sprzeciw wewnętrzny, jeszcze mało wyrażany publicznie.

Ludzie mają o wiele za dużo tolerancji, cierpliwości i być może sami sobie tym szkodzą, doprowadzając do narastania problemu podczas gdy odpowiednio wczesne i jasne wyrażenie swojej reakcji mogłoby zapobiec wielu problemom obu stron. Społeczeństwo od ponad dwudziestu lat ponoć "wolne" - musi zacząć być asertywne; asertywne na skalę społeczną. Tymczasem wydaje się być bezrefleksyjną "szarą masą", sprytnie kształtowaną naciskami i zabiegami władzy, "elity", poddającą się im bezwolnie...
Człowiek źle znosi stawianie go w takiej sytuacji, to budzi sprzeciw, bunt. Im sytuacja staje się gorsza, trudniejsza – tym sprzeciw jest bardziej radykalny, na dodatek staje się równie co poczynania władzy ideologiczny, zamknięty, zaciekły i oporny na dialog. Zasada adekwatności akcji i reakcji ma tu swój szczególny wyraz.

Prawdziwy problem zjawia się człowiekowi w konflikcie z własnymi przekonaniami. Pomijając już skalę czy platformę społeczną tego, powstaje konflikt wewnętrzny, problem sumienia. Oczywiście własnego sumienia, tego które jest indywidualnym „rejestratorem” postaw i czynów człowieka i przed którym nie ma się gdzie skryć. Człowiek który zna i przyjmuje zasady, pouczenia zawarte w Ewangelii, chce im sprostać bo jest przekonany o ich prawdziwej wartości, ale jednocześnie widzi – obserwując samego siebie tym „okiem wewnętrznym” które nigdy nie zasypia, które widzi w ciemności i we mgle – że dramatyzm sytuacji w której został postawiony, poczucie własnej niemożności – nasila w nim agresję, postawę radykalną pewnie na skalę ludzką całkowicie zrozumiałą ale diametralnie sprzeczną z wyznawanymi wartościami, na przykład wskazanymi w Ewangelii.
Jezus pouczał, by nie przykładać zbyt dużego znaczenia, zbyt dużej wartości do swojego życia, nie przyzwyczajać się zbytnio do niego a troszczyć się raczej o to – co ma być zwieńczeniem wszystkiego; o to co ostateczne. To jednak jest bardzo trudne dla człowieka, tak bardzo osadzonego w materializmie świata, przez siebie postrzeganego jak jedynie realny.

Jakże trudno jest – gdy zmysły, instynkt samoobronny podpowiadają nam zamiast uległości i niezaangażowania emocjonalnego, działania bardziej kojarzące się z postaciami filmowymi odtwarzanymi np. przez aktora Sylwestra Stallone – trzymać się tych wartości w które się wierzy i które uważa się za wyższe, wyższe pod każdym względem. Zasada ludzkiej, fizycznej i bezpośredniej, proporcjonalnej odpowiedzialności, tak dobitnie wyrażonej szczególnie w prawie mojżeszowym, bliska ludzkiemu naturalnemu sposobowi rozumowania intuicyjnego – jest bardzo odległa od prawa zalecanego przez Nauczyciela, do dziś nawet ludzie uważający się za uczniów Jezusa intuicyjnie i wbrew pouczeniom Pana powracają do zasad reprezentowanych przez Prawo, np. „oko – za oko, ząb – za ząb”. Tyle, że zasada ta stosowana przez obie strony każdego konfliktu, prowadzi do zapętlenia; po czasie już każdy ma swoje autentyczne powody do zemsty, do agresji a każda następna zemsta rodzi kolejną zemstę drugiej strony. To nie jest więc dobra droga, ma rację Nauczyciel, że ktoś musi ustąpić a - by ustąpić – musi mieć mimo wszystko wiarę w sprawiedliwość, tyle że nie "tu i teraz" i przez siebie wymierzaną a scedowana na istotę wyższą, obiektywną, uprawnioną do osądu zawartości każdego sumienia, jak taśma video przechowującego  czyny i słowa.
To jednak jest bardzo trudne, bo życie materialne wydaje się człowiekowi czymś najcenniejszym co ma, słowa o prawdziwym, duchowym Królestwie Bożym, w którym nie ma materialnych trosk a do którego wejdą jedynie ci, co spełnią określony przez Nauczyciela standard – wydają się tak bajeczne, tak abstrakcyjne…

Jezus nauczał:
„… Ale biada wam, bogatym, gdyż w pełni odbieracie swą pociechę. Biada wam, teraz opływającym w dostatki, gdyż spadnie na was głód. Biada wam, zuchwale roześmianym, gdyż będziecie się smucić i płakać. Biada wam, ilekroć wszyscy będą mieli o was dobre zdanie; bo takie o fałszywych prorokach mieli ich ojcowie. Lecz wam, słuchającym, polecam: Kochajcie swoich wrogów, bądźcie dobrzy dla tych, którzy was nienawidzą, dobrze życzcie tym, którzy was przeklinają, módlcie się za tych, którzy wam szkodzą. Temu, kto ci wymierza policzek, nadstaw też drugi, a temu, kto ci odbiera płaszcz, nie broń i koszuli. Każdemu, kto cię prosi, dawaj, a od tego, kto bierze, co twoje, nie żądaj zwrotu. Traktujcie innych tak, jak sami chcecie być traktowani. Jeśli kochacie tych, którzy was kochają, to cóż tu wam wynagradzać? Przecież i grzesznicy kochają tych, którzy ich darzą miłością. Albo jeśli czynicie dobrze tym, którzy dla was są dobrzy, to cóż tu wam wynagradzać? Grzesznicy czynią to samo. I jeśli pożyczacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, to cóż tu wam wynagradzać? Grzesznicy również pożyczają grzesznikom, aby odebrać tyle samo. Ale kochajcie waszych wrogów, czyńcie dobrze, pożyczajcie nie oczekując nic w zamian, a otrzymacie hojną zapłatę i będziecie synami Najwyższego; On bowiem jest życzliwy dla niewdzięcznych i złych. Wzorem też swego Ojca bądźcie miłosierni. Przestańcie również sądzić, a na pewno nie zostaniecie osądzeni, i przestańcie potępiać, a nie zostaniecie potępieni; przebaczajcie, a dostąpicie przebaczenia. Dawajcie, a będzie wam dane; wtedy miarę dobrą, napchaną, utrzęsioną i z naddatkiem wsypią także w wasze zanadrze; bo jaką miarą mierzycie, taką i wam będzie odmierzone.”

Człowiek  dziś tak podle pozbawiany dostępu do pracy zarobkowej jako jedynego źródła ekwiwalentu pieniężnego pozwalającego mu nie tylko żyć, ale i mieć poczucie pewnej osobistej wolności, czuje przecież i najczęściej rozumie trafność tych rad. Musi podejmować walkę z samym sobą, by zastąpić naturalne, "prymitywne" odruchy - postępowaniem świadomie sterowanym przyjmowanymi zasadami odróżniającymi go diametralnie od jego krzywdzicieli.

Lecz jak znaleźć w sobie wystarczającą siłę charakteru; jak się mimo to uchronić od narastającego oburzenia, sprzeciwu, gniewu… Jak pozostać człowiekiem...



_________________________________________________________
W tekście zacytowałem fragment Ewangelii św. Łukasza w bliskim mi przekładzie ewangelickim (protestanckim) EIB.