MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biblia. Pokaż wszystkie posty

07/02/2014

Jezus z Betlejem – Miasta Dawidowego.

Jeśli Ewangelia jest dla nas autorytatywna, to sprawa samej istoty osoby Jezusa nie jest niczym niejasnym ani zagmatwanym; trudny do zrozumienia jest raczej związek Jezusa z Ojcem w sensie „współistnienia” o którym mówił sam Jezus do swoich uczniów – tak jak to nam przekazali Apostołowie – Ewangeliści, przede wszystkim Jan.
Najwięcej informacji przekazał nam na ten temat właśnie Jan – ten który jest szczególnie autorytatywny jako szczególnie umiłowany i zaufany uczeń Jezusa – wraz z Szymonem zwanym przez Jezusa – Kefas (po grecku Petrus) oraz swoim bratem – Jakubem stanowiący „ciało” nazwane przez Jezusa „Syn Gromu”. Jan był szczególnie związany z Panem i Nauczycielem; jak przekazuje to Ewangelia często siadywał przytulony do Jezusa jako „ten którego Jezus szczególnie miłował”, był też do końca – jako jedyny uczeń – pod krzyżem, gdzie Jezus powierzył mu opiekę nad swoją matką a matce – wskazał go jako „przybranego” syna – zamiast siebie.
Być może właśnie z powodu tej bliskości i uwagi jaką Jan darzył każde słowo Jezusa, przekazał on w swojej Dobrej Nowinie najwięcej informacji dotyczących wypowiedzi Jezusa, jego nauczania o Ojcu i o jego siedzibie; jego Ewangelia wyraźnie różni się od pozostałych relacji kanonicznych tzw. synoptycznych – nastawieniem nie tylko na opis zdarzeń, relację o czynach Nauczyciela, ale także w równej mierze na te jego słowa – kierowane do uczniów wybranych do tego by poznać „tajemnice Królestwa Bożego” – tłumaczące istotę Chrystusowej misji i jej źródła – woli Ojca i Jego polecenia.

Zapowiedź przyjścia Mesjasza – naznaczonego przez Boga odkupiciela pojawiała się w wielu wypowiedziach Proroków na setki lat przed Jezusem, dlatego Żydzi – znając pisma prorockie – oczekiwali ich wypełnienia, widząc w tym także i obiektywny miernik autentyczności czy też wiarygodności tego co widzą i słyszą; autentyczności i wiarygodności wynikającej z wcześniejszych zapowiedzi w Pismach. Wiele tekstów prorockich potwierdza istnienie Chrystusa wraz z Ojcem przed przyjściem do ludzi, musiał więc on istnieć w Domu Ojca w formie pozamaterialnej, duchowej – tak jak Bóg. Jezus jednoznacznie stwierdzał, że był w domu Ojca, następnie został wysłany do ludzi by wykonać misję powierzoną mu przez Ojca po czym ma powrócić do Domu Ojca jako swojej właściwej i oryginalnej siedziby (patrz – przypisy). Jednak Jezus powiedział także uczniom, że jego Ojciec – Bóg – jest duchem (Jana 4/24-26) i że to on; Jezus – jest Mesjaszem [Chrystusem]. Mówiąc „duch” mamy na myśli mało znaną nam niematerialną formę istnienia, w zasadzie nawet ponad-materialną, bo pozbawioną materialnych ograniczeń fizycznych, czasowych itp. Jeśli tak – to i jego siedziba czyli Królestwo Boże – nie jest materialne. Jeśli więc Jezus jako Chrystus był w domu Ojca skąd został wysłany do ludzi, musiał tam istnieć w formie duchowej; także i aby powrócić do Ojca musiał powrócić do swojej oryginalnej duchowej formy – opuszczając ciało ludzkie, czyli z ludzkiego punktu widzenia – umrzeć, co się stało po jego ukrzyżowaniu w miejscu zwanym Golgota (patrz:15).
Jezus potwierdził to też Poncjuszowi Piłatowi, mówiąc: moje królestwo nie jest z tego świata (Jan 18/36) a także Żydom w Jeruzalem (Jan 8/23).

Oryginalną formą istnienia Jezusa jako Chrystusa jest więc forma duchowa w duchowym (pozamaterialnym) królestwie jego Ojca, jak stwierdził sam Jezus – istniał on w takiej formie nawet jeszcze przez narodzeniem Abrahama (patrz: 11), także przed stworzeniem świata (patrz: 16). By wypełnić swoją misję – Chrystus przyszedł na świat rodząc się w Betlejem jako Jo-szua (po grecku - Jezus), Syn Marii, by wypełnić misję poleconą mu przez Ojca, po czym powrócił do domu Ojca.
Imię Jezus jest więc jakby imieniem „ziemskim” Chrystusa – Syna Bożego, lecz jest to ta sama osoba.
Bóg nie stworzył swojego syna jako człowieka, Jezusa urodzonego przez Marię w Betlejem; stworzył go o wiele wcześniej w swojej duchowej siedzibie, jako duchową osobę tego Chrystusa - Posłańca, którego zadaniem było przybrać materialne ciało poprzez narodzenie z Marii i wypełnić Bożą misję rozmawiając z ludźmi jako „jeden z nich” pod imieniem Jezus, lecz i nie przestając być doskonałym Synem Bożym pozostającym w ciągłym i trwałym związku z Ojcem.
Jezus wiele wyjaśniał swoim mało wierzącym i zadziwiająco mało pojętnym uczniom o tym, co mu polecił przekazać Ojciec, ustanowił nowe przymierze z Bogiem oparte o polecenia i przykazania jakie podał i wyjaśnił swoim uczniom by nauczali „wszystkie narody”, po czym powrócił w swojej duchowej postaci do Domu Ojca.
Pojęcie „wcielenia” oznacza nadanie ciała materialnego istocie z natury niematerialnej, duchowej. W tym sensie narodzenie Jezusa w Betlejem było „narodzeniem” tylko w sensie ludzkim, materialnym, tak jak każde narodzenie jest „powstaniem ciała materialnego” , ale jednocześnie było także i „wcieleniem” w sensie nadania ciała materialnego wcześniej istniejącej istocie duchowej, niematerialnej jaką był Chrystus – Syn Boży, pierwotnie „narodzony” przez Boga jeszcze przed stworzeniem materii.
Dlatego dziś czasem stosuje się imię Jezus Chrystus co nie jest przecież „imieniem i nazwiskiem” osoby a oznacza tożsamość osoby Jezusa z osobą Chrystusa, tyle że mówiąc Jezus mamy bardziej najczęściej na myśli jego formę „materialną” i „osobę fizyczną” a mówiąc Chrystus – jego oryginalną formę duchową i jego misję „odkupieńczą”. Mówi się czasem wręcz potocznie, że Jezus to imię a „Chrystus” – to funkcja, tak bardzo osoba Syna Bożego łączona jest z jej misją wśród ludzi.

Czasem określa się też Jezusa jako „słowo które stało się ciałem i mieszkało między nami” – jak to przedstawia piękna pieśń bożonarodzeniowa. Nie chodzi tu jednak bynajmniej o to, że Chrystus był jedynie słowem, czy też istniał jedynie w „planie”; zamierzeniu Bożym, w naszym ludzkim rozumieniu. W planie Bożym było jedynie to, że istniejąca i odwieczna w Domu Ojca osoba Chrystusa, jedynego Syna Bożego, ma się „wcielić” czyli urodzić w świecie materialnym jako Jezus – cudownie narodzony Syn Marii – będącej wówczas dziewicą, panną przyrzeczoną Józefowi – potomkowi Króla Dawida. Wydarzenie to było zapowiadane nawet na setki lat wcześniej przez Proroków – zanim się spełniło. Możliwe jest, że Jan pisząc o „Słowie” w pierwszych zdaniach swojej Ewangelii – miał na myśli „słowo” pism prorockich jako natchnionych przez Boga, będących w tym znaczeniu „Słowem Bożym” w sensie jak najbardziej dosłownym, zapowiadające Boży plan na wieki przed jego realizacją.

Cudowność tego narodzenia polegała na tym, że to Bóg będący stwórcą Chrystusa, był także Ojcem jego „wcielenia” materialnego – czyli syna Marii – Panny. Trudno by było inaczej, skoro chodzi o jedną i tę sama istotę, osobę umiłowanego i jednorodzonego Syna Bożego. „Słowem” o którym wspomina Jan rozpoczynając swoją Dobrą Nowinę – była tu więc zapowiedź istnienia Chrystusa w planie Bożym, podawanym wieki wcześniej natchnionymi przez Boga słowami przez Proroków (w szczególności Izajasza) a nie osoba odwiecznego duchowego Syna Bożego. Możliwe zresztą, że pomiędzy Bożym zamysłem a jego realizacją nie ma tak istotnej różnicy, jaką my znamy z naszego ludzkiego doświadczenia; w tym sensie Boże słowo, myśl czy „spojrzenie” może być wystarczającym powodem zaistnienia, czymś tożsamym ze znanym nam istnieniem.

Innym problemem jest tożsamość samego Jezusa i jego związek z Ojcem w czasie bezpośredniej działalności wśród ludzi; to oddzielne zagadnienie wymagające odrębnego omówienia.

06/04/2013

Wielka Noc.

(…) A gdy się z niego naśmiali, zwlekli go z onego płaszcza szkarłatowego i oblekli go w jego szatę, i wiedli go, aby był ukrzyżowany. A wychodząc, znaleźli człowieka, Cyrenejczyka, imieniem Szymona; tego przymusili, aby niósł krzyż jego. A przyszedłszy na miejsce rzeczone Golgota, które zowią miejscem trupich głów, dali mu pić ocet z żółcią zmieszany; a skosztowawszy, nie chciał pić. A ukrzyżowawszy go, rozdzielili szaty jego i miotali los, aby się wypełniło co powiedziano przez proroka: „rozdzielili szaty moje a o odzienie moje los miotali”. A siedząc, strzegli go tam. I przybili nad głową jego winę jego napisaną: Ten jest Jezus, Król Żydowski. Byli też ukrzyżowani z nim dwaj zbójcy, jeden po prawicy a drugi po lewicy. A ci, którzy chodzili mimo, bluźnili go, chwiejąc głowami swojemi, i mówiąc: Ty, co rozwalasz kościół a w trzech dniach budujesz go, ratuj samego siebie; jeźliś Syn Boży – zstąp z krzyża. Także i przedniejsi kapłani z nauczonymi w Piśmie i z starszymi, naśmiewając się, mówili: Inszych ratował a samego siebie ratować nie może; jeźliż jest Król Izraelski, niech teraz zstąpi z krzyża a uwierzymy mu. Dufał w Bogu, niechże go teraz wybawi, jeśli się w nim kocha, boć powiedział: jestem Synem Bożym. Także też i zbójcy, którzy byli z nim ukrzyżowani, urągali mu. A od szóstej [dwunastej] godziny stała się ciemność po wszystkiej ziemi, aż do dziewiątej [piętnastej] godziny. A około dziewiątej godziny zawołał Jezus głosem wielkim, mówiąc: Eli, Eli, Lama Sabachtani! to jest; Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił. Tedy niektórzy z tych co tam stali, usłyszawszy to, mówili: Elijasza ten woła. A zarazem, bieżawszy jeden z nich, wziął gąbkę i napełnił ją octem a włożywszy na trzcinę, dał mu pić. A drudzy mówili: zaniechaj, patrzajmy jeźli przyjdzie Eiljasz aby go wybawił. Ale Jezus, zawoławszy powtóre głosem wielkim, oddał ducha. A oto zasłona przybytku rozerwała się na dwoje od wierzchu aż do dołu i trzęsła się ziemia a skały się rozpadały. I groby się otwierały, a wiele ciał świętych, którzy byli zasnęli, powstało. A wyszedłszy z grobów po zmartwychwstaniu jego, weszli do miasta świętego i pokazali się wielom. Tedy setnik i ci co z nim Jezusa strzegli, widząc trzęsienie ziemi i to co się działo, zlękli się bardzo, mówiąc: Prawdziwieć ten był Synem Bożym. A było tam wiele niewiast, które były przyszły za Jezusem od Galilei, posługując mu, między któremi była Maryja Magdalena i Maryja matka Jakóbowa i Jozesowa i matka synów Zebedeuszowych. A gdy był wieczór, przyszedł człowiek bogaty z Arymateyi imieniem Józef, który też był uczniem Jezusowym. Ten przyszedłszy do Piłata, prosił o ciało Jezusowe. Tedy Piłat rozkazał, aby mu było ono ciało oddane; a Józef wziąwszy ono ciało uwinął je w czyste prześcieradło i położył je w nowym grobie swoim, który był w opoce wykował, a przywaliwszy do drzwi grobowych kamień wielki, odszedł. A była tam Maryja Magdalena i druga Maryja, które siedziały przeciwko grobowi. A drugiego dnia, który był pierwszy po przygotowaniu, zgromadzili się przedniejsi kapłani i Faryzeusze do Piłata, mówiąc: Panie! wspomnieliśmy iż on zwodziciel powiedział, gdy jeszcze żyw był: po trzech dniach zmartwychwstanę. Rozkaż tedy obwarować grób aż do dnia trzeciego, by snadź przyszedłszy uczniowie jego w nocy, nie ukradli go i nie powiedzieli ludowi iż powstał od umarłych i będzie pośledni błąd gorszy niż pierwszy. Rzekł im Piłat: Macie straż, idźcież, obwarujcie jako umiecie. A oni poszedłszy, osadzili grób strażą, zapieczętowawszy kamień. A gdy kończył się Sabat i już świtało na pierwszy dzień onego tygodnia, przyszła Maryja Magdalena i druga Maryja, aby grób oglądały. A oto stało się wielkie trzęsienie ziemi; albowiem anioł Pański zstąpiwszy z nieba, przystąpił, odwalił kamień ode drzwi i usiadł na nim. A było wejrzenie jego jako błyskawica a szata jego biała jak śnieg. A ci którzy strzegli grobu drżeli, bojąc się go i stali się jako umarli. Ale Anioł odpowiadając, rzekł do niewiast: Nie bójcie się wy, boć wiem, że Jezusa ukrzyżowanego szukacie. Niemaszci go tu, albowiem powstał jako powiedział; chodźcie, oglądajcie miejsce gdzie leżał Pan. A prędko idąc powiedźcie uczniom jego; a oto uprzedza was do Galilei; tam go ujrzycie. Otom wam powiedział. Tedy wyszedłszy prędko od grobu z bojaźnią i z radością wielką bieżały, aby to opowiedziały uczniom jego. A gdy szły, aby to opowiedziały uczniom jego, oto Jezus spotkał się z niemi, mówiąc: Bądźcie pozdrowione. A one przystąpiwszy, uchwyciły się nóg jego i pokłoniły się mu. Tedy im rzekł Jezus: Nie bójcie się; idźcie, opowiedzcie braciom moim, aby poszli do Galilei a tam mnie ujrzą. A gdy one poszły, oto niektórzy ze straży przyszedłszy do miasta oznajmili przedniejszym kapłanom wszystko co się stało. Którzy zgromadziwszy się z starszymi i naradziwszy się, dali niemało pieniędzy żołnierzom, mówiąc: Powiadajcie, iż uczniowie jego w nocy przyszedłszy, ukradli go gdyśmy spali. A jeźliby się to do starosty doniosło, my go namówimy a was bezpiecznymi uczynimy. A oni, wziąwszy pieniądze, uczynili jako ich nauczono. I rozniosła się ta powieść między Żydy, aż do dnia dzisiejszego. Lecz jedenaście uczniów poszli do Galilei na górę, gdzie im był naznaczył Jezus. A Jezus przystąpiwszy, mówił do nich a rzekł: Dana mi jest wszelka moc na niebie i na ziemi. Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, ucząc je przestrzegać wszystkiego com wam przykazał. A oto jam jest z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.

07/01/2013

Przypowieści ewangeliczne i ich zrozumienie.

Wiele razy czytałem Ewangelię, stale powracając chyba najczęściej do Łukasza i Mateusza. Czytałem z przyjemnością a więc i bez wysiłku – dla ich ogromnego uroku który mnie urzekł już w dzieciństwie. Ewangelia jest szczególnym przekazem, do którego się chętnie powraca bez cienia znudzenia czy przesytu, za każdym razem odnawiając z przyjemnością swoje własne wyobrażenia miejsc, zdarzeń i osób tam przedstawianych.
Uczniowie Jezusa ledwie zdawali sobie sprawę z wyjątkowości tego w czym uczestniczą, aż Nauczyciel musiał zwrócić ich uwagę na ten fakt, mówiąc im na osobności: „Błogosławione oczy które widzą, co wy widzicie. Powiadam wam; wielu proroków i królów pragnęło zobaczyć to na co wy patrzycie a nie ujrzeli, i słyszeć co wy słyszycie a nie usłyszeli”.
Postać Jezusa, jego słowa i czyny są oczywiście najważniejsze, bo jest on Panem i Nauczycielem. Ale też – jak to określił sam Jezus – każda, nawet niewymieniona tam z imienia postać występująca w Ewangelii oznacza kogoś szczególnie szczęśliwego, wyróżnionego, wybranego, wyniesionego nawet ponad wielu królów i proroków – poprzez sam fakt obecności tam, możliwość widzenia i słuchania Jezusa. Prócz zawartości merytorycznej.
Ewangelia jest piękna i polski przekład przekazuje ten urok.
I właśnie wersje tłumaczeń z czasów mojego dzieciństwa pozostały dla mnie najwartościowsze pod względem tego jakiegoś niesamowitego piękna języka, tajemniczego, nieuchwytnego poprzez analizę – uroku słów, określeń czy opisów; choćby słynne ptaki niebieskie; pewnie zwykłe szare wróbelki, ale jednocześnie całkiem niezwykłe, bo są „spod nieba” – czyli niebieskie… albo te dziecięta, które Jezus przygarnął kiedyś do siebie z miłością i wręcz postawił za najlepszy wzór swoim uczniom, doświadczonym mężczyznom i usługującym mu swoim majątkiem kobietom, starcom niejednokrotnie uznawanym za mędrców; wzór gotowości na wejście do Królestwa Bożego.

Każdy kto tego doświadczył, ma zapewne jakieś swoje wyobrażenia, inspirowane też często obrazami o tematyce ewangelicznej malowanymi „od zawsze” przez genialnych malarzy, inspirowane jakimiś współczesnymi, kolorowymi ilustracjami do Biblii z których słyną np. wydawnictwa tak zwanych Świadków Jehowy a nawet i doskonałymi niejednokrotnie przedstawieniami scen z Ewangelii funkcjonującymi w postaci tzw. drogi krzyżowej, której „stacje” (wybrane charakterystyczne sceny) przedstawione na freskach, płótnie lub w postaci reliefów (płaskorzeźb) rozmieszczane są na ścianach nawy głównej kościoła, w części przeznaczonej dla przychodzących tu ludzi (czyli – dla ludu).

Piękno epizodów i scen Ewangelii oraz języka je opisującego – to jedno; ważna jest jednak przede wszystkim treść a więc i jakość merytoryczna przekładu.
Język przekładów musi być uwspółcześniany co jakiś czas, gdyż inaczej Ewangelia szybko przestałaby być nawet jako tekst zrozumiała, szczególnie dla najmłodszych jej czytelników. Cały ogromny problem polega przy tym na piętrzących się przed tłumaczem trudnościach w sferze językoznawczej dotyczącej starożytnej greki i języka aramejskiego, przepastnych różnic kulturowych, historycznych, geograficznych, sporych wbrew pozorom luk w naszej wiedzy o starożytności, wywołujących też spory naukowców – promujących zawsze własne teorie.
Włączając w to zasoby biblioteczne, dostępnych jest bardzo wiele wersji tłumaczeń opartych na rzymskokatolickiej tradycji tłumaczeniowej, ale i wiele wersji katolickich nie związanych z Rzymską Stolicą Biskupią, wersji poza-katolickich itp. Różnice treści dotyczą więc nie tylko jakości przekładu ale i założeń teologicznych (doktryny) danego środowiska religijnego kształtujących proces tłumaczenia a więc w rezultacie i treść. To ważne spostrzeżenie, bo bardzo by się mylił ktoś, kto by mniemał, że każde (profesjonalne, rzetelne naukowo) tłumaczenie tekstu powinno dać taki sam efekt, tak jak różne metody poprawnych działań matematycznych zmierzających do rozwiązania określonego zadania muszą dać ten sam wynik.
Ograniczając jednak to rozważanie do katolicyzmu i protestantyzmu – różne wydania Biblii (głównie interesują mnie tu Ewangelie) potrafią bardzo się różnić i to nie tylko w drugorzędnych szczegółach ale i we fragmentach mających zasadnicze znaczenie. Wystarczy tu wspomnieć, że np. nie wszystkie księgi starotestamentowe kanonu rzymskiego są uznane w kanonie protestanckim, a protestanckie tłumaczenia stanowią uznawany standard.

Wspominam o tym wszystkim – tytułem wstępu – zupełnie nieprzypadkowo.
Piszę to wszystko w związku z zaskakującym mnie aktualnie spostrzeżeniem; pomimo wielokrotnego czytania Ewangelii ciągle można w niej znaleźć fragmenty trudne do zrozumienia, zaskakujące czytającego wyraźnym i uderzającym w chwili czytania „brakiem logiki”, zdaniami których w pierwszym odruchu nigdy byśmy nie przypisali Jezusowi a wręcz uznali taki pomysł za obelgę. To oczywiście nie jest żadna „magia”; po prostu to my się zmieniamy, dojrzewamy, ogarniamy coraz więcej naszym rozumem i uczuciem, poszerza się horyzont naszego pojmowania - jeśli tego pragniemy. Zapewne; między innymi także i na skutek poprzednich chwil poświęconych lekturze Ewangelii czy medytacji o jakimś jej fragmencie.
Jest to możliwe, bo działa tu ciekawa a nie zawsze dostrzegana własność rozumu ludzkiego: jeśli jakiś problem nas autentycznie zainteresuje, zaangażuje, zajmuje naszą uwagę poprzez aktywne myślenie o tym, porusza nasze emocje – to proces analizowania nie kończy się wraz z zajęciem się inną sprawą, przeniesieniem naszej uwagi na coś innego, a jest on kontynuowany jako nieświadomy (podświadomy) dużo dłużej, także i w czasie snu, aż do osiągnięcia jakiegoś rozwiązania, które uznamy za zadowalające. Trwa to nawet miesiącami. To zjawisko znane psychologii, wyjaśniające przypadki tzw. nagłego „olśnienia” zrozumieniem, często właśnie we śnie. Nagle uderza nas jasne zrozumienie czegoś, albo odwrotnie; dostrzeżenie dotychczas niezauważonego fragmentu kompletnie niezrozumiałego; nagle uderza nas nasze niezrozumienie.
Uważamy więc często, że znamy dość dobrze Ewangelię, nagle jednak mimo to mówimy: to niemożliwe! Jezus nie mógł tak powiedzieć! Jest tu jakaś pomyłka! Tu musi być jakiś błąd – jeśli nie współczesnego tłumacza to pisarza ewangelisty – często także będącego tłumaczem – jak Łukasz, spisujący na bieżąco opowiadania Apostoła Pawła z jednoczesnym ich tłumaczeniem na grekę koine.
Takie też i bywają komentarze do trudno zrozumiałych fragmentów publikowane nawet przez księży katolickich; tego nie da się zrozumieć, bo ewangeliści jako pisarze i tłumacze też nie byli ideałami, nie sprawdzali dokładnie spójności całego tekstu prawdopodobnie redagując (kompilując) go z wielu bardzo różnych fragmentów innych autorów, nie byli dość drobiazgowi w korekcie, po prostu mogli się pomylić… Cóż;… trudno poważnie traktować takie stanowisko, podobnie jak i słynną wersję pewnej piosenkarki – celebrytki, wspominającej kiedyś publicznie o „napruciu się winem” i „najaraniu jakimiś ziołami” – jako genezie Ewangelii.

Po takim wstępie chciałbym w kilku oddzielnych felietonach przeanalizować niektóre przypowieści Jezusa zawarte w Ewangelii a stanowiące treść jego nauczania, nigdy nic nie tracącego z aktualności i mądrości.

28/06/2012

Już rozumiem…

Jestem taki samotny.
osaczony przez pułapki życia.
O, Ukojenie Samotności!
czemu jesteś tak odległy?

Mój umysł z trudnością przenika
barierę głupoty, niewiedzy,
kiedy usiłuję nieudolnie
wyobrazić sobie Twą postać.
odmawia mi posłuszeństwa,
gdy chcę zrozumieć – kim jesteś.
Moje poszukiwania
akceptacji, zrozumienia i miłości,
pomiędzy mnie podobnymi –
nie powiodły się…

      … teraz wiem: to nie Ty ode mnie.
to ja jestem tak odległy od Ciebie,
gdyż to Ty zawsze jesteś
na właściwym sobie miejscu.
Jestem nieszczęśliwy i samotny,
bo oddaliłem się od Ciebie
jak krnąbrne dziecko od ojca,
zajęte tylko błahostkami…

O Panie, proszę, pomóż mi!

*

„Jak przedziwne imię Twoje – Panie
gdy patrzę na Twoje niebo, Księżyc i gwiazdy,
któreś Ty utwierdził, dzieło rąk Twoich.
Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz…”

09/02/2012

Modlitwa bezrobotnych…

PSALM XIII 
Dokąd mię chcesz zapomnieć?


Dokąd mię chcesz zapomnieć? 
Dokąd święte swoje twarz przede mną kryć będziesz? 
Dokąd dusze moje frasunki trapić będą, Ojcze Dobrotliwy!? 
Dokąd mię deptać będzie człowiek zazdrościwy!?

Dosyciem znał dotychmiast uszy Twe zamknione, 
Dosyciem znał i nazbyt oczy odwrócone; 
Chciej na mię kiedy wejźrzeć, chciej uprzejme moje
prośby, o wieczny Panie, przyjąć w uszy swoje!

Rozświeć moje ciemności swym nieogarnionym Światłem, 
abych nie zasnął snem nieprzebudzonym; 
Niechaj tej ze mnie nie ma nieprzyjaciel chluby, 
Aby miał rzec: "Jam go zstarł i przywiódł do zguby."

Upad mój wielka rozkosz przeciwnikom moim, 
Ale ja, Panie, ufam w miłosierdziu Twoim, 
Że mię Ty nie opuścisz, a ja w głośne strony 
Będę imię Twe sławił, Boże niezmierzony!




Jan Kochanowski z Czarnolasu; Psalmy

02/02/2012

Wolność; prawda, miraże, marzenia…


Wolność wydaje się stanem naturalnym. Podobnie jak w pewnym sensie - jej brak.
Wydaje się…

Lubię czasem letnim popołudniem, takim jak dziś, kiedy słońce wyraźnie zmierza już ku horyzontowi, czyli jak to określa przepięknie Ewangelia – dzień się już nachyla, usiąść na ławce w pobliskim parku, który znam od najwcześniejszego dzieciństwa, w dużej otwartej przestrzeni jaka stanowią Jasne Błonia zwane dawniej "Quistorp Aue", okolone ze wszystkich stron gęstym szpalerem dwustu platanów a od wschodu elewacją ogromnego gmachu Urzędu Miejskiego. To bardzo duża jak na warunki śródmiejskie powierzchnia pustej, otwartej przestrzeni, odsłaniającej też i dużą połać nieba ponad nią, okolona wierzchołkami koron pięknych, rozłożystych drzew. Kiedy się siedzi, z boku - prawie na krawędzi koron drzew po jednej stronie, z twarzą zwróconą w stronę przeciwnego szpaleru, w stronę zachodzącego Słońca, z oczyma pełnymi światła, a na niebie przesuwają się niewielkie obłoczki, szczególnie gdy Słońce zsunie się już za krawędź koron drzew po przeciwległej stronie i nie razi w oczy a podświetla jeszcze owe chmury przesuwające się wolno po niebie – ma się cudowne wrażenie nieskończonego ogromu przestrzeni. Nasuwa to oczywiście myśl o wolności.
Ta przeogromna świetlista przestrzeń pociąga swoją czystością. Przyzywa nas i pociąga. Ale też wprawia w podziw dla Twórcy, dla Pana który jest pełnoprawnym właścicielem, choć też chętnie udostępnia nam swą własność. Przypomina się automatycznie, jak to wyjaśnił w swoich psalmach Król Dawid, że jesteśmy gośćmi, którzy korzystając ze szczodrości gospodarza nie powinni o nim nigdy zapominać.
W przekładzie Jana Kochanowskiego z Czarnolasu brzmi to tak:

I Ziemia i cokolwiek na niej się najduje,
I co pod niebem mieszka, i co się buduje –
Wszytko Panu należy; On rękami swemi
Grunt na morzu założył niewzruszonej ziemi.


Czy rola umiłowanego, oczekiwanego gościa – ogranicza jego wolność?
Czy człowiek musi mieć poczucie własności i niczym nie skrępowanych możliwości władania, eksploatowania, wykorzystania lub nawet zniszczenia – by czuł się wolny?
Wydaje się, że wręcz przeciwnie: przecież właściciel ma też ogromne obowiązki; nie tylko stworzyć, ale i utrzymywać, odnawiać, pilnować, regulować a tego użytkownik nie musi przecież robić. Jak dziecko bawiące się zabawką otrzymaną od ojca, cieszy się i zajmuje zabawą, uważając zabawkę za swoją jako otrzymaną w prezencie, ale gdy coś nie funkcjonuje właściwie – powie: tata – zepsuło się, napraw. Ja nie umiem i nie muszę, ja chcę się tylko bawić…
Czy prawo podziwiania, korzystania i cieszenia się wszystkim, ale tylko jako miły gość, szczodrze obdarowany – jest rodzajem wolności?

Ale niezależnie już od tego, sama już wielka przestrzeń nieba także kojarzy nam się z wolnością. To cudowne, że bardzo gruba warstwa powietrza, atmosfera ziemska - rozprasza światło słoneczne w taki sposób, że wydaje się ona mieć kolor i na dodatek jest to kolor błękitny. Szczególny i niepowtarzalny kolor nazywany "sky-blue". Błękit Nieba, przyjmujący niezliczoną liczbę wprost niesamowitych odcieni. Białe chmurki – baranki przesuwające się wolno, nieraz na różnych wysokościach i z różną prędkością – gdy wiatr je popycha z różną siłą zależnie od pułapu – objawiają nam tę ogromną przestrzeń w której dopatrujemy się podświadomie właśnie wolności.

Wolność w tym przypadku – to brak tych ograniczeń fizycznych dotyczących poruszania się jakie towarzyszą nam na co dzień; jakiś zakaz, znak, tabliczka, jakieś ogrodzenie, płot wyznaczający teren na który nam wejść nie wolno, chodnik oddzielony od jezdni, torowiska i trasy różnych pojazdów… Nie wolno nam wybierać własnej drogi poruszania się, grozi to śmiercią, odpowiedzialnością lub co najmniej mandatem za deptanie trawnika…
Czy dla człowieka żyjącego na ziemi - istnieje wolność?

Gdyby nie efekt rozpraszania spektrum światła słonecznego, niebo nad naszymi głowami miałoby – tak jak to jest ponad oraz całkiem poza atmosferą, w kosmosie – kolor czarny. Ta sama przestrzeń poza warstwą atmosfery otulającej nas jak kołderka - zupełnie wiec nie kojarzy się z wolnością a wręcz przeciwnie; czarna otchłań jest dla nas czymś strasznym, pustym, nieprzychylnym, zimnym i groźnym, ograniczającym nas pod każdym względem. To próżnia w której nie ma życia, nie ma ciepła, wody i powietrza, albo też i jest ale za to pod nieprzyzwoitym i niebezpiecznym nadmiarem... W tej naszej błękitnej przestrzeni natomiast, w przestworzu - może lotnik a szczególnie szybownik doznawać odczucia wolności, ale jest on też zmuszony pamiętać o tak wielu szczegółach technicznych, parametrach wskazywanych przez urządzenia, o tak wielu ważnych okolicznościach w samolocie i na ziemi, wreszcie ma wiedzę o budowie swojego statku powietrznego co daje też świadomość, że są to urządzenia techniczne, których awarii nie da się przewidzieć ani jej prawdopodobieństwa sprowadzić do zera.
Czy to jest wolność?

Lecz gdy tak obserwujemy ogromną przestrzeń z jej potencjalnymi możliwościami, czujemy też jak bardzo jesteśmy ograniczeni w naszym życiu codziennym. Budzimy się na dźwięk urządzenia które sami skłoniliśmy do odmówienia nam prawa do dalszego snu, nawet a wręcz – szczególnie wtedy, gdy mamy na to największą ochotę. Musimy się udać do miejsca pracy bacznie pilnując czasu, bo tam zdobywamy środki za które nabywamy dobra niezbędne do istnienia, albo tylko dające zadośćuczynienie zwyczajowi przyjętemu w naszym środowisku - bo nie możemy do końca sami decydować o naszym ubiorze, zapachu, wyglądzie. Jesteśmy skrępowani obyczajem, prawem, uprawnieniami innych. Nie wolno nam się swobodnie przemieszczać, choć są takie środki techniczne, bo nie tylko musimy się chronić przed chorobami na które nasz organizm nie jest odporny ale i przeciwnie; tam gdzie jedziemy - inni chronią się przed nami… Nie możemy się porozumiewać, bo ludzie nas otaczający mówią i piszą setkami zupełnie nam nieznanych języków i pism. Jesteśmy ogromnie ograniczeni niezależną od nas koniecznością snu, wyłączania się naszej świadomości na kilka godzin co jakiś czas, na ten okres musząc poszukiwać bezpiecznego i spokojnego miejsca zapewniającego nam odpowiednie warunki. Podobnie bezwzględnie ogranicza nas konieczność dostarczania organizmowi odpowiedniej dawki dwutlenku wodoru w stanie ciekłym i temperaturze jak najbliższej 20 stopni Celsjusza, na co musimy ciągle zwracać uwagę planując miejsce swojego pobytu z wyprzedzeniem co najmniej trzech dni albo posiadając stale do swojej dyspozycji takiż zapas wspomnianej substancji… substancji którą trzeba nabyć, a co można zrealizować jedynie posiadając konkretną ilość konkretnego rodzaju środków płatniczych, które możemy zdobyć jako zapłatę za naszą pracę...
Czy to jest wolność?

Wreszcie sam fakt, że wolno nam istnieć jedynie przez pewien skończony okres czasu i ani chwili dłużej, ale też i bez świadomości aż do jego zakończenia – jak długi ten okres będzie; jesteśmy w sposób nieubłagany i nieprzyzwoity przemijalni...
Czy to jest wolność?

W każdym z tych przypadków odpowiedź musiałaby być przecząca.
Czy więc człowiek nie jest wolny?

Tu niestety trzeba przestać mówić o człowieku jako gatunku, bo odpowiedź na to pytanie jest odpowiedzią dotyczącą jednostek a nie ogółu. Odpowiedź może być jedynie indywidualna. Człowiek może być wolny jedynie w swoim umyśle, uczuciu i intelekcie. Bo uczucia; miłość, tęsknota – nie podlegają żadnemu ze wspomnianych ograniczeń. Nie podlegają, bo nie maja charakteru fizycznego a duchowy, pozamaterialny. Człowiek może być wolny w wytworach swojego ducha. W tym co pozbawione jest charakteru materii z jej ograniczeniami i wadami. Na przykład genialni kompozytorzy.

Przykładem i dowodem dla mnie jest Johannes Brahms i jego I Symfonia. Kompozytor - gdy ją pisał, miał już 43 lata, był człowiekiem dojrzałym. I Symfonia c-moll op. 68 i jej III część: Un poco allegretto e grazioso. 


 

 
Kiedy rozbrzmiewają pierwsze dźwięki tego utworu (III części Symfonii), wykonywanego przez dobrą, profesjonalną orkiestrę symfoniczną klasy Royal Concertgebau z Amsterdamu czy Berliner Philharmoniker, czy Academy of St. Martin in the Fields, czy choćby DRSO – gdy przymkniemy lekko oczy – widzimy w wyobraźni dokładnie ten obraz - od którego zacząłem; … jak kiedy się siedzi z boku z twarzą zwróconą w stronę zachodzącego Słońca, z oczyma pełnymi światła, a na niebie przesuwają się niewielkie obłoczki, szczególnie gdy Słońce przesunie się już za krawędź koron drzew po przeciwległej stronie i nie razi w oczy a podświetla jeszcze owe chmury przesuwające się wolno po niebie z różną prędkością na różnych wysokościach – ma się cudowne wrażenie ogromu przestrzeni, wielką radość w sercu, uczucie wolności i spokoju. Nasuwa to oczywiście podziw dla Stwórcy…

To niesamowite ale przecież wspaniałe, że człowiek - nie w świecie materii i jej ograniczeń, ale w świecie ducha może wytworzyć coś tak cudownego; nieskończoną głębię przestrzeni zakreślonej dźwiękiem, w której jest wolny. W której ma się wrażenie całkowitej wolności nie mającej nic wspólnego ze światem, materią, nauką i jej ograniczeniami. Wolności i prawdziwego człowieczeństwa, człowieka - istoty „niewiele mniejszej od aniołów”. Wolności intelektu, geniuszu, miłości - czyli ducha. Wolności wyobraźni, której nikt nam także jako odbiorcom czy świadkom ograniczyć ani odebrać już nie może.


Wspomniana III część Symfonii o której mowa w tekście - zaczyna się od 28'25"