MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jezus. Pokaż wszystkie posty

01/04/2018

Wielka Noc.

(...) Wzięli więc ciało Jezusa i wraz z wonnościami owinęli je w płótna, zgodnie z żydowskim zwyczajem grzebalnym. W miejscu zaś, gdzie został ukrzyżowany, był ogród, a w ogrodzie nowy grobowiec, w którym jeszcze nikt nie był złożony. Tam zatem, ze względu na żydowski Dzień Przygotowania — gdyż blisko był grobowiec — położyli Jezusa. A pierwszego dnia tygodnia, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena przychodzi do grobowca i widzi, że kamień zamykający grobowiec jest odsunięty. Biegnie więc, przychodzi do Szymona Piotra oraz do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i mówi do nich: Wzięli Pana z grobowca i nie wiemy, gdzie Go położyli. Wyszedł więc Piotr oraz ten drugi uczeń i ruszyli do grobu. Biegli zaś razem; jednakże ten drugi uczeń pobiegł przodem, prędzej od Piotra, i pierwszy przybył do grobowca. Gdy się schylił, zobaczył leżące płótna; jednak nie wszedł. Przybył też Szymon Piotr, który podążał za nim, wszedł do grobowca i zobaczył leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale złożoną osobno na jednym miejscu. Wtedy wszedł i ten drugi uczeń, który pierwszy przybiegł do grobowca, zobaczył — i uwierzył. Wciąż bowiem nie rozumieli Pisma, że musi powstać z martwych. Znów zatem uczniowie odeszli do siebie.

Maria tymczasem stała na zewnątrz grobowca i płakała. Płacząc nachyliła się do grobowca i oto widzi dwóch aniołów w bieli, jednego siedzącego u wezgłowia, a drugiego u nóg, [w miejscu], gdzie leżało ciało Jezusa. Ci pytają ją: Kobieto! Dlaczego płaczesz? Ona zaś: Wzięli mojego Pana, a nie wiem, gdzie Go położyli. A gdy to powiedziała, obróciła się za siebie i zobaczyła stojącego Jezusa, ale nie rozpoznała, że to jest Jezus. Wówczas Jezus zwrócił się do niej: Kobieto! Dlaczego płaczesz? Kogo szukasz? Ona [natomiast], w przekonaniu, że to jest ogrodnik, mówi do Niego: Panie! Jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go złożyłeś, a ja Go zabiorę. Jezus przemówił do niej: Mario! Ona [zaś] obróciła się i powiedziała po hebrajsku: Rabbuni! co znaczy: Nauczycielu! Jezus jej na to: Nie trzymaj Mnie już, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca; idź raczej do moich braci i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego. Poszła więc Maria Magdalena i oznajmiła uczniom, że widziała Pana i że jej to powiedział.

Gdy nastał wieczór tego właśnie dnia, pierwszego po szabacie, i — z obawy przed Żydami — drzwi były zamknięte tam, gdzie przebywali uczniowie, zjawił się Jezus, stanął pośrodku i powiedział: Pokój wam! Po tych słowach pokazał im ręce i bok. Uczniowie ucieszyli się, że zobaczyli Pana. (...)

10/09/2017

To - co najważniejsze.

Co jest dla człowieka najważniejsze? Cóż; to ciekawe pytanie, jest jednak zbyt ogólne a więc liczba możliwych odpowiedzi prawdopodobnie mogłaby być nieskończona. Odpowiedź zależałaby od tak wielu czynników, że takie zapytanie traci sens jako źródło jakichkolwiek uogólnień, uniwersalnych wniosków.
A zadając takie pytanie - poszukujemy przecież odpowiedzi uogólniającej, uniwersalnej, jakby ogólnoludzkiej; nie chodzi o to, by dogłębnie i "naukowo" analizując temat - utonąć wówczas w przywołanych szczegółach i niuansach, jak to mają w zwyczaju niektórzy filozofowie…

Kiedyś – zastanawiając się nad sensem życia w ogóle, doszedłem do doraźnego wniosku, że to być może doskonałość w miłości bliźniego, miłości wszechogarniającej – jest sensem a więc i jest najważniejsza. Stwierdziłem tam, że celem życia może być wyrobienie sobie poglądu o Jezusie i to obojętnie nawet – jakiego poglądu. Życie może być po to, by na podstawie wszystkiego co się w nim wydarza i obserwuje – przyjąć wiarę w Jezusa i jego przesłanie, albo odrzucić je. Lecz wiara ta - mogłaby wynikać tylko z miłości a miłość jest postawą naśladowania. Sensem a więc czymś najważniejszym – byłoby rozwinąć w sobie zdolność do miłości bezwarunkowej, dziecięcej, miłości "za nic", takiej – jak została ona opisana przez Pawła z Tarsu w pierwszym jego liście do Koryntian:


„… Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i miał tak wielką wiarę, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic mi nie pomoże.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie. Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne. Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz. Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany. Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: największa z nich [jednak] jest miłość.”
(1 Kor 13, 1-13)

Gdy Jezus mówił swoim uczniom w innym miejscu, iż powinni stać się jak dzieci i że kto nie będzie „jak dziecko” – nie wejdzie do Królestwa Niebieskiego – miał na myśli prawdopodobnie to, że to dzieci właśnie umieją kochać czystą, bezwarunkową i wielką miłością „za nic”; umieją kochać czystym sercem a nie rozumem.

Jeśli więc uznać, że celem życia jest nauczyć się prawdziwej miłości i rozwinąć ją najbardziej jak potrafimy, musielibyśmy przyznać, że to miłość jest dla człowieka najważniejsza.  Że może ona być niejako ważnymn ale i trudnym „progiem rozwoju”, który trzeba pokonać, by móc – już na tej nowej a koniecznej „platformie istnienia” – przejść do dalszego etapu rozwoju. 
To oczywiste, że gdy pytamy o sens, zakładamy istnienie ciągłości „egzystencji” jednostki, wiecznej i niezniszczalnej żywej istoty. Bez tego założenia - mówienie o sensie jest bezprzedmiotowe. 

No dobrze; ale miłość taka jak ją opisał Apostoł Paweł zdaje się absolutnym ideałem, czymś praktycznie niezwykle trudnym do osiągnięcia w ciągu jednego życia, zawsze zbyt krótkiego i zbyt obciążonego przeróżnymi trudnościami…

Otóż przyszło mi na myśl, że drogą do takiej miłości – jest głównie akceptacja. Wbrew pozorom w życiu jest o nią bardzo trudno. Warunki zewnętrzne z pewnością jej nie ułatwiają; świat żyje w pośpiechu, żyje różnicowaniem i konkurencją, wszystko nastawione jest na walkę, zmaganie się, zdobywanie, konkurowanie, indywidualizm. Szczególnie konkurencja i indywidualizm są „znakiem czasu” nie tylko w Europie, ale i na innych kontynentach. Akceptacja zależy od dobrej woli, z czegoś wynika, ale można jej też dopomóc a kluczem do tego jest jak się wydaje określona „intymność” jakiejś świadomie „chcianej” relacji z innym człowiekiem, wzajemnego kontaktu (oczywiście nie mam tu na myśli w tym rozważaniu kontaktu seksualnego czy erotycznego a wyłącznie emocjonalny, choć należy przecież przyznać, że w praktyce kontaktu osób różnej płci – element „seksualności” należący do sfery erotyki w jej jak najbardziej subtelnych objawach jest po prostu nie do oddzielenia od innych cech).
Tego typu relacja  rozciąga się nie tylko na innych ludzi a wręcz – na wszystko i nie jest ograniczona nawet banalnym faktem „istnienia” bądź „nieistnienia”. Zaryzykowałbym nawet  twierdzenie, iż ona wręcz nie potrzebuje w ogóle dla siebie przedmiotu…

Codzienne życie jest potencjalnym polem funkcjonowania intymności, która może dotyczyć wszystkiego; sposobu rozmawiania, zaangażowania uwagi skupionej na drugiej osobie, kontaktu niewerbalnego a więc pewnych gestów, obecności, bycia. Zdobycie (bo o to trzeba usilnie zadbać) odpowiedniego natężenia intymności w relacji z drugim człowiekiem, na czym powinno zależeć i w sposób naturalny zależy w równym stopniu obu stronom – jest wstępem miłości, ale także i z uczucia wypływa, tam ma swój początek. To powinno harmonijnie się łączyć. Intymność – to między innymi zaufanie, wzajemna lojalność, właściwy stopień natężeniu uwagi w stosunku do wszystkiego co dotyczy innej osoby, umiejętność słuchania, autentyczne zaangażowanie, to podobne łaknienie czerpania przyjemności z wzajemnej obecności, która nigdy się nie nudzi; przyjemności z bycia w tym samym czasie i przestrzeni, przyjemności z tolerancji, wybaczania, życzliwości…

Odczuwanie akceptacji – wzbudza akceptację wzajemną i sprawia przyjemność. Po latach przemyśleń mogę dziś postawić tezę, że może to właśnie akceptacja jest dla człowieka najważniejsza.  Akceptacja w sensie czynnym i biernym; akceptowanie i bycie akceptowanym. Akceptacja to życzliwość, to "łaskawość" dla kogoś, to wszystko.
Przypuszczam też, że to brak akceptacji może być w wielu przypadkach praprzyczyną zmian chemicznych podświadomie „sterowanych” psychicznie, które prowadzą do nierównowagi hormonalnej w postaci zaburzenia pracy mózgu w formie depresji lub nerwicy.  Jeśli nie zawsze tak jest, to z pewnością doznana od kogoś akceptacja jest najlepszym lekiem na te zaburzenia, lekiem niejako „psychicznym” a nie chemicznym – mającym jednak swoje oddziaływanie na reakcje chemiczną, podobnie jak w przypadku przyczyny. Prawdziwy „lek psychiczny” oddziałuje na przyczynę psychiczną a nie jedynie łagodzi skutek zmian „biochemicznych” jak w przypadku farmaceutyków.
Wzajemne oddziaływania psychiczno-chemiczne są już dziś oczywistością dla nauki.
Intymność – to szczerość odpowiedzialna, wzajemna otwartość, może nawet – wzajemne zamiłowanie do siebie.
Akceptacja jaka człowieka spotyka ze strony innego człowieka wyzwala w nim wszystko co najlepsze i to – absolutnie naturalnie, „bezinwazyjnie”. Być może właśnie dlatego także Jezus urodził się jako człowiek.

Wynikałoby z tego, że pojęcia akceptacja, intymność i miłość – są w pewnym sensie synonimami tego samego, są jednoznaczne. Kogoś, kto się spotkał z taką akceptacją należałoby mieć za szczęśliwego, bo to nie zdarza się na co dzień.
Skrajnym przykładem akceptacji można uznać postawę Jezusa, który „umiłował do końca” wszystkich ludzi „co byli na świecie”, także i tych złych, niesprawiedliwych i niewdzięcznych, chciwych, był niezmiennie wyrozumiały, łagodny, życzliwy, opanowany, umiarkowany, wreszcie uczynił z siebie ofiarę za nich a przecież – „większej miłości nikt nie ma nad tę, gdy ktoś życie swoje kładzie za przyjaciół swoich”.

Ale akceptacja w wymiarze ludzkim - także bywa spotykana i dostępna wśród ludzi, zdarza się pomiędzy ludźmi, mimo że to nie jest pospolite. To wielkie szczęście i dar.
Stwierdzenie więc, że to właśnie akceptacja jest najważniejsza w życiu człowieka wydaje się w pełni uzasadnione.

19/06/2017

Miłość Jezusowa.

Jezus – jak to przekazali ewangeliści – stawiał dzieci za wzór tych cech jakie są pożądane w Królestwie Bożym. Nie tylko pożądane; wręcz konieczne. Mówił; kto z was się nie stanie jak dziecię – nie wejdzie do Królestwa Bożego, a mówił to przecież do dorosłych, doświadczonych mężczyzn, nieraz wręcz starców, mających za sobą wiedzę i doświadczenie życia.
Czytamy o tym w Ewangelii Mateusza, Marka i Łukasza:

(Łk) "... Przynosili Mu również dziecięta, aby mógł się ich dotknąć. Uczniowie widząc to, karcili ich. Wtedy Jezus przywołał je i powiedział: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie zabraniajcie im, gdyż takich [jak one] jest Królestwo Boże. Zapewniam was, kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, na pewno nie wejdzie do niego."

(Mt) "... W tym czasie uczniowie podeszli do Jezusa i zapytali: Kto zatem jest większy w Królestwie Niebios? I przywołał dziecko, postawił je pośród nich i powiedział: Zapewniam was, że jeśli się nie nawrócicie i nie staniecie jak dzieci, na pewno nie wejdziecie do Królestwa Niebios. Kto więc uniży się jak to dziecko, ten jest większy w Królestwie Niebios. I kto przyjmie jedno takie dziecko w moje imię, Mnie przyjmuje. Kto natomiast zrazi jednego z tych małych, wierzących we Mnie, korzystniej byłoby dla niego, aby mu u szyi zawieszono ośli kamień młyński i utopiono w głębi morza. (...)
Potem przyniesiono Mu dzieci, aby włożył na nie ręce i pomodlił się; lecz uczniowie zganili ich. Jezus natomiast powiedział: Zostawcie dzieci i nie zabraniajcie im do Mnie przychodzić, ponieważ takich jest Królestwo Niebios. I włożył na nie ręce, po czym odszedł stamtąd."


(Mk) Przynosili też do Niego dzieci, aby się ich dotknął, ale uczniowie zganili ich. Gdy Jezus to spostrzegł, oburzył się i powiedział im: Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie i nie zabraniajcie im, takich bowiem jest Królestwo Boże. Zapewniam was, kto nie przyjmie Królestwa Bożego jak dziecko, nie wejdzie do niego. Po czym brał je w ramiona i błogosławił, kładąc na nie ręce."

Czym więc dzieci tak bardzo różnią się od dorosłych, że Jezus stawiał je za wzór? Wzór czy może raczej standard szczególnie związany ze środowiskiem w którym nie ma być już zła, a co za tym idzie i wszelkich dualizmów naszego świata. Otóż myślę, że chodzi o miłość, szczerość i otwartość serca, czyli w istocie - o wszystko.

Dziecko kocha czystą miłością „za nic”, nie wymagającą uzasadnienia, nie uzasadnianą żadnym interesem. Jest bezpośrednie, szczere, nie ma w nim egoizmu. Dziecko – dopóki nasza kultura, nasza cywilizacja nie oduczy je tego – kocha tak, jakby nie było zła. Potrafi tak samo mocno kochać osoby, przedmioty, miejsca, widoki, inne żywe istoty, istoty wymyślone istniejące w wyobraźni…
Dopiero wychowanie osadzone w pewnej tradycji kulturowej oraz "realiach" mówi mu, że taka prawdziwa miłość jest "niedojrzałością" a więc jest oceniana jako „gorsza”, dziecinna właśnie czyli śmieszna. Wmawia się dziecku i uczy go też „praktycznie” na każdym kroku jego aktywności – że "dorosła" miłość musi być „za coś”; za wygląd (urodę), za odwagę, za majętność... itp. Że miłością się niejako handluje. Że trzeba na nią "zasłużyć" bądź się na nią nie zasługuje. Wmawia się dziecku, że tylko matka kochała je „za nic” czyli tak jak ono – ją, a od pewnego momentu, wieku - musi już włączyć się w „dorosły” system „uzasadniania” miłości. Oczywiście nie wspomina się dziecku wówczas o zjawisku prostytucji, która z definicji jest właśnie „za coś” (za jakąś nagrodę, albo wręcz trywialne wynagrodzenie).

Przypomnijmy co napisał Św. Paweł w jednym ze swoich listów „apostolskich” do Koryntian, w słynnym psalmie o miłości.

Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecięce...”.

Uważał, że gdy nadejdzie Królestwo Boże prawdziwa zdolność do miłości zostanie mu niejako automatycznie przywrócona - tylko dzięki temu. Uważał, że miłość jest cechą Królestwa Bożego, emanuje z niego na ludzi.

Pisał: „… Gdy przyjdzie to co jest doskonałe, zniknie to co jest tylko częściowe”…

Sądził wiec, że to Bóg uczyni go (i jemu podobnych) niejako automatycznie zdatnym do Królestwa. Że to sprawa łaski czy daru otrzymywanego w odpowiedniej chwili.
Ale Jezus - nauczając mówił przecież, że to człowiek swoim wysiłkiem ma powrócić do utraconej dziecięcej wrażliwości, szczerości, do dziecięcej miłość – i że to ma się stać zanim nadejdzie Królestwo Boże, bo gdy wówczas nie będzie ponownie „jak dziecko” - Królestwo nie stanie się jego udziałem. Zdaniem Św. Pawła miłość nadaje wartość wszelkim dobrym uczynkom i działaniom, dobroczynności, wiedzy, wierze.

Jaka ma być ta "prawdziwa" miłość? Pisze Św. Paweł w swoim liście apostolskim:
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma...”

Określenia te o charakterze przymiotnikowym są nam znane i całkowicie dla nas zrozumiale. Oto są niejako wytyczne dla ludzi – jak kochać a więc jak żyć, by spełnić standard Królestwa Bożego. Miłość taka jest elementem przemiany wewnętrznej, wznoszącej człowieka na wyższy poziom rozwoju niezbędny w dalszym istnieniu. Jeśli poddamy się przemianie - cechy te rozwijają się w nas, wewnątrz nas niejako automatycznie. Warto zauważyć - i dlatego właśnie na wstępie wspomniałem o destrukcyjnym wpływie wychowania – że oczekiwania te jednoznacznie zaprzeczają temu wszystkiemu, co się wtłacza dziecku do umysłu w procesie „przekształcania w dorosłego” poza środowiskiem religijnym. Stanowią coś dokładnie odwrotnego - niż nauczał Jezus.
To potężny i szczelny system indoktrynacji zaprzeczający nauce Jezusa. Bastion rozdziału wiary od życia codziennego. Jedyna możliwość ucieczki od tego, poza świadomą religijną rodziną – to świadomy wysiłek własny człowieka zmierzający do powrotu do tych odebranych mu wraz z dzieciństwem cech.
Św. Paweł nieprzypadkowo wspominał w swoim liście także o wierze i nadziei jakie towarzyszą miłości. Pójście z wiarą i nadzieją we właściwą stronę w tej walce „o miłość” - niewątpliwie wygeneruje także i pomoc, wsparcie, ochronę. Nie zastąpią one własnego wysiłku człowieka, ale niejako „wychodzą mu naprzeciw” kiedy człowiek podąża we właściwym kierunku.
... Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość...”

Nie czekajmy więc aż nadejdzie Królestwo Boże i wyzwoli w nas dobrą zmianę, przywróci nam właściwe rozumienie wszystkiego i zdolność do prawdziwej miłości.
Odwrotnie.
Wyzwólmy sami w sobie dobrą zmianę z pomocą Jezusa a wtedy ujawni się wewnątrz nas Królestwo Boże, które – jak mówił Jezus – zawsze było i od początku jest - w nas.

17/06/2017

Czy Bóg rzeczywiście powołuje wilki na pasterzy swojego stada?

Wszystko co złe w Kościele dzieje się za sprawą ludzi.

Działalność Pocieszyciela i Ducha Prawdy którego Jezus obiecał przysłać po swoim powrocie do Ojca, jeśli ma miejsce - nie może przecież zlikwidować zła, powszechnego dualizmu i konieczności dokonywania wyborów przez ludzi; wyborów pomiędzy dobrem a złem opartych o ich wolną wolę, własne decyzje, siłę ich wiary i ich własnego charakteru. To tymi codziennymi wyborami człowiek ma kształtować swoją istotę, dopóki zło nie zostanie ostatecznie pokonane po powtórnym przyjściu Jezusa, jak to zapowiedział swoim uczniom przed ukrzyżowaniem i jak to ujrzał Apostoł Jan w swojej wizji.

Wielkim problemem wiary jest dogmat o nieomylności Papieża (w sprawach wiary i kościoła) oraz dogmat o „Bożych powołaniach” jeśli tak można skrótowo określić problem związany z powołaniem do duchowieństwa.
Historia papiestwa ma w sobie wiele zła; cynizmu, chciwości, ignorancji, nawet zbrodni… A Przecież dogmat głosi, że Papieża spośród kardynałów zebranych na Konklawe wskazuje Bóg. Wskazuje najlepszego spośród kandydatów mimo że wybór odbywa się metodą głosowania przez ludzi. Jeśli więc jeden z Papieży wybrany dzięki „woli Bożej” chwali publicznie „… tę wspaniałą legendę o Jezusie, dzięki której jego dwór się może tak bardzo bogacić...” oznacza to iż Papieżem został człowiek niewierzący w Jezusa czyli w Boga.
Czy Bóg mógł wskazać takiego kandydata, powołać na Papieża człowieka niewierzącego…?

Dogmat katolicki ustanowiony przez papieży głosi, iż Papież jest nieomylny jak sam Bóg, jego decyzje nie podlegają więc ocenie; czy decyzje Papieża niewierzącego – mogą być nieomylne, prowadzą do Królestwa Bożego czy raczej do piekła? A przecież to właśnie szok spowodowany porównaniem tego co w Ewangelii z tym „co w Rzymie” wywołał sprzeciw religijny, rozłam w Kościele przez ludzi którzy pod przewodnictwem Martina Lutra postanowili pozostać wierni Ewangelii i Jezusowi.
Ten sam dylemat można oczywiście przenieść niżej; na poziom kardynałów, biskupów (episkopów), księży (prezbiterów) i zakonników. Kościół katolicki ustanawiając człowieka prezbiterem mówi o jego „powołaniu kapłańskim” a więc akcie wynikającym z woli Bożej, przez Boga spowodowanym lub co najmniej akceptowanym. Jednak „osoby duchowne” w nazbyt dużym procencie okazują się potem zupełnie nie duchowne, tkwiące w jak najbardziej przyziemnych ludzkich słabościach, emocjach, wadach... Nie mają w sobie nic z cech charakteru i zachowania polecanych przez Jezusa jego uczniom, apostołom będącym pierwo-wzorem dzisiejszego episkopa czy prezbitera.

Przeciętni ludzie, świadomi swoich słabości, chcą w prezbiterze czyli tzw. księdzu widzieć potwierdzenie, iż można być takim jak to zalecał Jezus oraz apostołowie w swoich listach i Dobrej Nowinie; potwierdzenie że to w ogóle jest możliwe i dlatego jest sens „starać się”, walczyć o siebie – ze sobą samym, czy też może z Synem Zatracenia – panem i gospodarzem, tego świata – jak go nazywał Jezus. Jeśli widzą w księdzu chciwca, oszusta, obłudnika, mąciciela wywołującego konflikty, pijaka, dziwkarza, hazardzistę ulegającego zachciankom i uciechom tego świata, lenia korzystającego ze swojego statusu w celu zapewnienia sobie łatwego i sytego życia na koszt parafian… jeśli widzą takiego księdza – gorszą się. Czują się oszukani, odchodzą z kościoła lub unikają udziału w życiu parafii i często nawet w obrządkach religijnych. Każdy ksiądz, biskup, kardynał lub papież – zachowujący się skandalicznie – gorszy „maluczkich” i oddala ich od Boga zamiast ich do Niego przybliżać.
Gdyby Kościół to natychmiast oceniał, ujawniał i potępiał – dążąc do zachowania standardów ustanowionych przez Jezusa wobec jego uczniów, takie przypadki stałyby się sporadyczne. Ale Kościół postępuje inaczej; ukrywa takie fakty, odmawia reakcji lub zwleka z nią latami gdy ukrywanie się nie powiedzie, ale przede wszystkim co najgorsze – zamiast stanowczo wymagać utrzymania standardu – zmniejsza wymagania, usprawiedliwia odstępstwa od nauki Jezusa, bojąc się spadku liczby „powołań” bardziej niż spadku liczby chrztów i liczby wierzących systematycznie uczestniczących w życiu religijnym. To też liczba osób uczestniczących w życiu parafii stale spada, często jest to ledwie kilka procent parafian, kościoły stoją opuszczone, są burzone, zamieniana jest ich przynależność wyznaniowa lub nawet przeznaczenie budowli...

Taka jest prawdopodobnie jedna z przyczyn kryzysu wiary i kryzysu Kościoła Katolickiego na zachodzie, a jak wiadomo „życie nie znosi próżni” i wypełnia ją czymś innym.
Jak można dziwić się a tym bardziej mieć pretensje do owiec, że się rozproszyły – podczas gdy to pasterze prowadzący stada zabłądzili, zaprzestali wykonywania swoich obowiązków, a być może nawet zawarli „kontrakt” z wilkami…

Jezus wiedział o tym zanim powstał i ukształtował się Kościół w dzisiejszym rozumieniu. Wyraził to w swoim słynnym trzykrotnie powtórzonym pytaniu skierowanym do Kefasa, najbardziej zaufanego z wybranych – ucznia; Czy miłujesz mnie bardziej niźli Ci (pozostali z obecnych w tym miejscu uczniów)…? Rzeczywiste znaczenie tego pytania zadanego Piotrowi już po ukrzyżowaniu Jezusa, podczas gdy ukazał się on uczniom nad brzegiem Jeziora Genezaret – zostało w Ewangelii moim zdaniem zatarte dużo później zredagowanym dopiskiem – o czym pisałem w tekście:

Szymonie, synu Jonasza; miłujesz mnie?
oraz
Dlaczego ludzie odwracają się od Kościoła?

18/11/2016

Czy warto…

(refleksje na temat wiersza)

Pewnie jest wiele pesymizmu, może nawet pewnej zgorzkniałości wynikłej z doświadczenia życiowego – w myśli, że skoro zwiędnięcie, uschnięcie i zgnicie lilii jest już wpisane w ich – a więc i naszą – historię jeszcze zanim się je posadzi, to – może nie warto tego robić.

Może nie warto – dla jednej, zbyt krótkiej chwili zachwytu, bo po niej trzeba będzie – właśnie z powodu takiej naszej snobistycznej zachcianki – wziąć udział i w dalszym spektaklu ich usychania, „umierania”… bo to jest nierozdzielne. Nie można sobie wybrać tylko dobra, wziąć „tylko rodzynki” z tego ciasta…
Można to pytanie, ten dylemat roztoczyć na wszystko, absolutnie wszystko; lilie to tylko poetycki przykład.

Może zbyt łatwo szafujemy swoimi zachciankami, jak krnąbrne dziecko, które „chce i musi” koniecznie teraz zjeść całą paczkę ptysiów na raz – choćby nawet wiedziało, że potem będzie mu niedobrze, będzie bolał brzuszek, będą wymioty i głodówka lub przymusowa niesmaczna dieta następnego dnia…
Dziecko jest niedoświadczone, ale czyż my jako dorośli nie postępujemy tak właśnie… Może nie każdy, a nie podejmę się określania w tej sprawie jakichś relacji ilościowych – dokonując wyboru, decydując się na zrobienie czegokolwiek – zastanawia się nad tą „otoczką” integralnych konsekwencji, nad przyszłością.
W tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym „nadużyciem” a więc przekroczeniem granicy rozsądku w jedzeniu słodyczy, nadużyciem do którego dziecko ma prawo co najmniej raz, właśnie po to by mogło skorzystać ze swojego niezaprzeczalnego prawa do posiadania osobistego doświadczenia i opierania się na nim.

Może to bezrefleksyjność, brak umiejętności dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych, albo po prostu prozaiczna niechęć do myślenia, zastanawiania się, przewidywania skutków, tendencji zmian, z podstawowym założeniem tymczasowości i przemijalności. Założeniem wynikającym przecież z doświadczenia życiowego; jeśli nie osobistego (w sensie własnych doznań i przeżyć) to – wynikającym z obserwacji, ze znajomości życia na podstawie jego obserwacji i analizy dokonywanej „z dystansu”.

Jednak w tym rozważaniu nie chodzi mi o nadużycia, wręcz przeciwnie.
Posadzenie lilii i ich właściwe pielęgnowanie dla tej małej chwilowej naszej radości wynikającej z wykonywania tych czynności i ich skutku w postaci przepięknych kwiatów, o których mówił Jezus, że „… nawet Salomon w całej swojej chwale nie był tak ubrany, jak jedna z nich…” – jest czynnością bynajmniej nie zawierającą w sobie żadnego elementu „nadużycia” a jednak faktem jest, że kto sadzi lilie i pielęgnuje je czerpiąc z tego radość, musi przyjąć i nieodłączny fakt ich nieuniknionego  przekwitnięcia, zwiędnięcia i zgnicia – co już nie jest piękne; brzydota śmierci i spustoszenia nie budzi radości…
Podobnie i ze wszystkim; istotami nam bliskimi, z naszymi uczuciami, ulubionymi przedmiotami, bliskimi miejscami…

Można więc zapytać: może nie warto sadzić lilii, jeśli to jedyny sposób, by nie patrzeć na ich nieuniknioną śmierć.
Może nie warto dopuszczać do siebie uczucia, gdyby to miał być jedyny sposób na uniknięcie jego „śmierci”; zawodu, rozczarowania, zdrady, znudzenia, rozpadu, rozstania…
Jeśli cierpienie będące dalszą konsekwencją przemijania miłości przesłania jej wcześniejsze piękno i dobro – to może faktycznie „nie warto”. Tu problem mogą mieć ci, którzy nie przyjmują do wiadomości duchowej strony istnienia, odrzucają nawet możliwość „czegoś poza” materią fizyczną i „czegoś dalej” – po ustaniu życia fizycznego na skutek działania praw fizyki w świecie materialnym.

Niektórzy uważają, że życie materialne jest tylko etapem rozwoju, że kontakt z materią i jej nieubłaganymi prawami przemijania jest rodzajem szkoły czy może „poligonu”, na którym uczymy się kochać, tolerować, pomagać, współczuć, rozpoznawać rzeczywiste wartości i odróżniać je od pozornych. Uczymy się – na potrzeby dalszego istnienia w świecie duchowym, co nadaje sens temu wszystkiemu; w przeciwnym wypadku ta nauka byłaby bezsensowna. W takim ujęciu każde doświadczenie nam przypisane ma nam służyć, jest nam dedykowane celowo i należy nauczyć się to dostrzegać i przyjmować. Ludzie tak nastawieni mają nawyk zastanawiać się; po co mi to trudne doświadczenie zesłał mój Pan i Nauczyciel; co mam zrozumieć, czego mam się z tego nauczyć, czego dowiedzieć.

Ostatecznie – nawet pobieżna obserwacja życia przekonuje nas, że można na tej drodze rozwoju osiągnąć sukces wpływający dodatnio na obecne życie. Rzadko – ale spotyka się ludzi sterujących mądrze swoimi decyzjami i postępowaniem, nie narażających się głupio na zawody, dramaty, cierpienie – wynikające z zachłanności, nieopanowania czy chciwości.

Trzeba przyznać, że Ewangelia zawiera nieprzebrane pokłady wiedzy, nauki o tym – jak żyć właściwie – właściwie w powyżej rozpatrywanym rozumieniu. Jeśli się z niej powszechnie nie korzysta, to dlatego, że jest ona „ogniem rzuconym na Ziemię”, jest w centrum walki dobra ze złem. Ponadto – ludzie zawsze poszukiwali porad(ników), które by im niczego nie zabraniały a raczej potwierdzały ich własne, najczęściej samolubne, egoistyczne przekonanie.

Takim poradnikiem „na życzenie” Ewangelia nie jest i nigdy nim prawdopodobnie być nie miała.
Przeciwnie: prawdopodobnie miała być „ciasną bramą” o której wspominał Jezus; bramą wiodącą do "prawdziwego" szczęścia i sukcesu.

11/11/2016

„… Bo czyż zbierają winogrona - z ciernia,
albo z ostu – figi?”

Jeżeli napotkasz kiedyś - przechodzącą obok ciebie - jasną, cudowną istotę w przepięknych świetlistych szatach, z pięknymi skrzydłami u ramion i promieniejącą złotem aureolą nad głową; postać o pięknych oczach i łagodnym spojrzeniu pełnym mądrości i zrozumienia; o postawie wyrażającej dobroć i miłość – w żadnym wypadku nie idź za nią! To bardzo niebezpieczne! Pójdź wtedy raczej w kierunku przeciwnym; w tę stronę – z której ta istota przybyła, skąd nadeszła. Jeśli tam napotkasz wielu ludzi bardzo smutnych, strapionych, cierpiących; wielu ludzi o oczach pełnych łez; osamotnionych, ludzi pozbawionych nadziei, bardzo biednych, nieszczęśliwych, samot-nych, zdradzonych, rozczarowanych, opuszczonych  – bądź pewna, że tą mijającą cię istotą - nie był Anioł. Wręcz przeciwnie. Choćby nie wiem jak bardzo piękne były jego szaty, łagodne jego spojrzenie i urocze skrzydła – to z pewnością nie był Anioł. Spróbuj wtedy naprawiać zło, które ona wyrządziła. Jeśli natomiast spotkasz tam ludzi szczęśliwych, radosnych i pełnych miłości – zawsze zdążysz zawrócić, by jeszcze dogonić tę cudowną istotę. A gdyby nawet nie udało ci się jej już odnaleźć – pozostań na tym miejscu i bądź jej wdzięczna za wskazanie ci tamtego miejsca szczęśliwego życia, które to ona stworzyła samą swoją obecnością.
Ten, kto pozostawia za sobą płacz, łzy, wielki smutek i niesłuszne oskarżenia - mimo stwarzanych pozorów piękna i szlachetności z pewnością nie służy dobru.

"List niewysłany" do E.

10/11/2016

O Panie, proszę – pomóż mi!



Jedynie Ty – O, Panie jesteś godny osądzać skutki moich uczynków, pragnienia mego serca i prawość myśli moich.


Jesteś jedynym źródłem, więc wszystko wiesz o wszystkim, bo nie ma na tym świecie ani na żadnym innym nic skrytego przed Tobą.


Ty przecież jesteś wzorem, słupem granicznym prawdy, linią światła granicy pośród bezkresu nocy - będącej Twoim dziełem.


Jesteś głosem szepczącym, pouczającą radą, opieką przyjacielską, myślą oświecającą – dla szukających prawdy.


Dla zadufanych w sobie, zazdrosnych i zuchwałych, jesteś – niewysłowioną, niezgłębioną zagadką; jasnością nieprzystępną.


Dla wszystkich serc najczystszych Panem, lecz jednocześnie najlepszym przyjacielem; obiektem uwielbienia, ale też – wielbicielem.


Ty tylko jesteś znawcą bezstronnym, sprawiedliwym, życzliwym i nieomylnym – więc najlepiej uczynię podporządkowując się Tobie.


Wiesz przecież, czego pragnę i słyszysz – o czym myślę, bo – nie będąc stronniczym – troszczysz się jednakowo o każdego i wszystkich.


Jestem teraz jak ślepiec, który jednak próbuje pójść we właściwą stronę, nie zboczyć z Twojej ścieżki – choć gubię się i błądzę.


Choć czasem kuszą skróty, gdzie wielu mnie zaprasza i droga wygodniejsza – zawierzę Twoim słowom, błagając Cię bez końca:


O Panie, proszę – pomóż mi!


W Szczecinie; napisałem 15 grudnia 2012
Paweł Baranowski

23/10/2016

Wycofanie się z nauczania religii w szkołach oraz finansowania tego pośrednio czy bezpośrednio z budżetu państwa mogłoby być korzystne.

Prezbiter (czyli tzw. „ksiądz”) prowadzący lekcje religii w szkole – najczęściej jest po prostu pracownikiem szkoły; ma etat, umowę o pracę, plan lekcji do zrealizowania, ma nadgodziny, prawo do urlopu, premie, otrzymuje wypłatę raz w miesiącu tak jak inni nauczyciele w tej szkole. Szkoła – jeśli posiada warunki – ma klasę (pomieszczenie) dla nauczania religii, które jest po prostu zwyczajną, typową klasą szkolną z ławkami dla uczniów, tablicą i biurkiem dla nauczyciela, dodatkowo wyposażoną w jakiś element lub elementy związane z religią; większych niż zwyczajowo rozmiarów krzyż wiszący na ścianie i (lub) odpowiedni tematycznie obraz… wiele tu zależy od inwencji osób tym się zajmujących i to nie tyle prezbiterów co raczej katechetek (świeckich nauczycieli religii), tablica z kilkoma obrazkami najczęściej namalowanymi przez dzieci lub wyciętymi z jakichś publikacji, czasem pianino… Szkoła  po prostu nie jest i nie musi być Domem Bożym jeśli przyjąć że nie wszystkie miejsca nim są.

Już to co powyżej napisane ma deprecjonujący wpływ na religię w praktyce. Sam pomysł uczynienia z księży – pracowników najemnych na etatach, wynagradzanych pensją – wydaje się pomysłem iście szatańskim.
Prezbiter jako osoba duchowna i sługa boży ma po prostu za zadanie głosić Ewangelię i wynikające z niej zasady wiary; głosić je oraz świadczyć o nich osobiście całym swoim życiem, każdym swoim słowem oraz czynem, wystrzegając się chciwości i chęci „posiadania”, pozostając na utrzymaniu kościoła jako instytucji oraz osób wierzących należących do jego parafii, którym służy. Ksiądz ma być sługą swoich braci w wierze i ma to czynić bez oczekiwania wynagrodzenia od ludzi, całą swoją nadzieję składając w łasce Chrystusa – bo tak polecał Jezus swoim uczniom.
Prezbiter jest przecież współczesnym uczniem Jezusa i ma zachęcać do tego innych swoich bliźnich.

To wypaczenie wiary, jakim jest uczynienie księży – pracownikami, ma też wpływ na postawę kościoła jako instytucji w sprawie np. rozpatrywanej likwidacji gimnazjów; kościół sprzeciwia się temu nie ze względu na dobro uczniów czy rodziny a  najprawdopodobniej – kierując się głównie obroną „interesu materialnego” księży zatrudnionych na etatach nauczycielskich w gimnazjach, ponieważ powrót do modelu szkoły podstawowej ośmioletniej najprawdopodobniej wpłynąłby na istotne zmniejszenie liczby tych etatów. Jednak przedmiotem troski kościoła w tej sprawie powinien być raczej interes wiary w sensie duchowym oraz dobro dzieci a nie interes księży, gdyż to kościół ma służyć wierze a nie wiara – kościołowi.

Na przeniesieniu nauczania podstaw religii katolickiej do szkół – traci sama religia. Dzieje się tak ponieważ szkoła jako taka jest z natury świecka; jest miejscem wielu problemów, miejscem ścierania się wielu interesów, światopoglądów i postaw zarówno wśród nauczycieli jak i wśród uczniów a także i w relacjach nauczycieli z uczniami.
Dawna sytuacja podziału na sferę życia świeckiego i sferę „Domu Bożego” jako miejsca kontaktu z Bogiem – była chyba bardziej zrozumiała, choć posiadała ogromny mankament niejako oderwania wiary od życia. Ludzi nauczono inaczej myśleć i zachowywać się w kościele jako Domu Bożym a inaczej – poza nim, w codziennym życiu, w środowisku pracy czy domu rodzinnego. Miało to swoje konsekwencje przenoszące się wprost na życie; poznane w kościele prawdy wiary – obowiązywały tylko „w kościele” a poza nim funkcjonowały prawa życia, będące często w jaskrawej sprzeczności z nakazami wiary. To oznaczało więc niejako pewne "rozdwojenie jaźni" na świat wiary (kościoła) i świat życia (poza kościołem) a więc w konsekwencji – oznaczało fikcyjność wiary na zasadzie znaczenia określenia „wierzący ale niepraktykujący”.
Było to wytworem sytuacji politycznej w Polsce.  Jeśli więc potraktować nauczanie religii w szkołach jako próbę przeniesienia świata wiary do świata życia – to trzeba uznać to za eksperyment niezmiernie trudny, który jednak ma małe szanse powodzenia, wobec coraz większego naporu problemów życia w świadomości przeciętnego człowieka.
 
Przeniesienie świata prawd wiary do szkół – wulgaryzuje je w dużym stopniu, przy dużej pomocy „nowoczesnych” księży traktujących swoją misję jak normalny zawód, wykonywany w godzinach „służbowych”, dający im prawo do „czasu wolnego od pracy” po godzinach wykonywania pracy kapłana, czasu poświęcanego na oglądanie programu telewizyjnego, hobby, wypoczynek, życie towarzyskie itp.  I tak – w czasie, gdy głównie w środowiskach lewicowo-liberalnych inicjowana była dyskusja publiczna w sprawie samej już obecności krzyża w klasach szkolnych, ktoś mądrze zauważył, że choć krzyż nie uwłacza powadze i godności szkoły czy nawet państwa, to możliwe jest, że to może raczej szkoła lub państwo uwłacza godności krzyża, gdy jest on umieszczany w klasach szkolnych lub instytucjach publicznych niejako obowiązkowo, bez świadomego pragnienia wszystkich - aby tam był.…
Symbol krzyża, niezwykle ważny dla chrześcijan – być może stał się zbyt „tani” gdy jest nadużywany.

Dlatego należałoby może rozważyć jednak powrót do rozwiązań dawnych, choć odpowiednio zmodyfikowanych. Szkoła powinna przekazywać wiedzę w postaci zdobyczy nauki i kultury a kościół powinien przekazywać wiedzę dotyczącą zagadnień wiary, etyki, moralności. Religia powinna być nauczana przede wszystkim w rodzinie a poza tym – wobec osób biorących udział w życiu religijnym i organizacyjnym parafii – w kościele. To kościół musi przekonać osoby wierzące, że prawdy wiary na przykład w postaci pouczeń i wskazówek wyrażanych przez Jezusa a opisanych w Ewangelii – trzeba praktycznie starać się stosować w życiu; w pracy, w rodzinie, w małżeństwie i wobec obcych, czyli "zawsze i wszędzie".
 
Zapewne by tak było, gdyby nie ideologia komunistyczna połączona ze stalinowskimi represjami, która niejako „wyparła” religię z rodzin, z domów rodzinnych – pierwotnie do salek katechetycznych przy kościołach a obecnie do szkół. Nie ma już dziś komunizmu ani represji, więc religia może powrócić do rodziny jako naturalnego miejsca swojego funkcjonowania i rozwoju.
 
Rozwój wypadków w Europie stał się dla wielu (poza ich organizatorami) zaskakujący, lecz przyznać trzeba, że wszystko co w prawie lokalnym miało związek z religią – dotyczyło głównie religii chrześcijańskiej związanej z Rzymską Stolicą Biskupią oraz katolicyzmu obrządku greckiego i po części także prawosławia oraz protestantyzmu. Tymczasem w Europie nagle masowo pojawili się wyznawcy Islamu. Stopniowo będą oni coraz energiczniej i skuteczniej domagać się respektowania swoich praw, między innymi wolności religijnej. Islam jest zresztą niezmiernie ekspansywny, nie toleruje żadnej „konkurencji”, co stanowi jego cechę charakterystyczną. Jeśli tak, to zasada prawna zobowiązująca samorząd dziś terytorialny do organizacji „nauki religii” w szkołach i finansowania tego – będzie dotyczył (jeśli prawo nie zostanie zmienione) także nauki religii muzułmańskiej;  Koranu. Ponieważ jednak najazd emigrantów muzułmańskich na Europę ma ewidentny charakter doskonale zorganizowanej i sterowanej inwazji – obawiam się że nie byłoby to korzystne dla Europejczyków a zwłaszcza dla Polaków.  Polska jest bardzo daleka od panującej głównie w Europie zachodniej ideologii „multi-kulti”, czyli całkowitego i świadomego otwarcia się na wpływy innych kultur i religii przy jednoczesnym zdecydowanym laicyzowaniu własnego społeczeństwa, jak to ma miejsce w Belgii, Holandii, Francji czy krajach skandynawskich, przeciwko czemu tak drastycznie zaprotestował w lipcu 2011 roku terrorysta i morderca Anders Breivik. Jednak prawo nie nadąża niejako za zmianami sytuacji społecznej pod tym względem. 
Rezygnacja z istniejącego stanu prawnego poprzez ograniczenie obowiązku nauczania religii w szkołach i finansowania tego przez państwo – tylko do religii katolickiej obrządku rzymskiego (wykluczenie islamu) – wydaje się dziś absolutnie nie do pomyślenia, tak bardzo sprzeczne byłoby z oczekiwaniami społeczności międzynarodowej. Rozszerzenie jednak tego obowiązku oficjalnie także na religię muzułmańską także wydaje się mimo wszystko nie do przyjęcia. Dlatego być może właśnie rezygnacja z tego obowiązku ustawowego, to znaczy przeniesienie poprzez zmianę obowiązującego prawa (ustawy) nauczania religii do kościoła jako instytucji oraz wycofanie finansowania tego nauczania ze środków budżetowych być może byłoby jedynym akceptowalnym przez społeczność międzynarodową sposobem przeciwstawienia się akcji „zaszczepienia” w Polsce i na koszt Polski religii muzułmańskiej w jej agresywnym i ekspansywnym odłamie bliskowschodnim i afrykańskim – jaka właśnie jest realizowana przez niejawnych organizatorów którzy oparli się w tej ekspansji na „zastanym” stanie prawnym, mając nadzieję na jego stabilność pod dotychczasowymi rządami „lewicowych liberałów” z PO. Być może też właśnie z tego powodu nieprzewidywany przez nich obecny rząd prawicowy partii konserwatywnej (PiS) jest dziś dla naszego kraju zbawienny, gdy chodzi o walkę o zachowanie europejskiej i narodowej spuścizny kulturowej w Polsce. Dlatego jest i będzie coraz bardziej atakowany.

Rezygnacja z nauki religii w szkołach w sposób mało konfliktowy uwalnia państwo od problemu  „religii innej niż katolicyzm” nierozerwalnie związany z całą niemalże historią współczesnej państwowości polskiej, nie dając pola do zarzutów zwolennikom eksperymentu multikulturowości oraz organizatorom inwazji muzułmańskiej na Europę, w tym i na Polskę. Nauka zasad religii powróciłaby do rodzin na zasadzie realizacji wolności i praw konstytucyjnych przy wsparciu odpowiednich ośrodków religijnych utrzymywanych przez lokalne społeczności parafialne i posiadających znaczenie (wpływy) stosownie do energii i siły zaangażowania tychże lokalnych społeczności, tak samo w kościele katolickim  jak i w meczetach muzułmańskich.
 
A przede wszystkim – nauka religii powróciłaby do rodziny, niejako sprzężona mam nadzieję z polskim poczuciem patriotyzmu i pamięcią historyczną – jak w czasach przed rozprzestrzenieniem się komunistycznej zarazy.  

31/07/2014

Dlaczego ludzie odwracają się od Kościoła?


Trzeba wreszcie przyznać, że muszą być jakieś przyczyny, tkwiące w samym kościele – jako instytucji. Pomijając więc wspomnianą kwestię "interesu osobistego" niektórych ludzi w tym, by kościół istniał jako instytucja, jako instytucja kreująca sama siebie na organizatora i kierownika zboru, również gospodarującego nieruchomościami i majątkiem oraz jako rzekomo koniecznego pośrednika pomiędzy Bogiem a "ludem", należałoby uwzględnić, że czasy przymusowego pośrednictwa po prostu kończą się nieodwołalnie.

Dotychczas każda społeczność wierzących odłączająca się od instytucji kościoła rzymskiego była potępiana, nazywana "sektą", wewnątrz kościoła przedstawiana jako sprzeciw wobec Boga lub odrzucenie go. Kapłani rzymskokatoliccy przypisywali sobie wyłączność w "prawdziwej" wierze. Wyznacznikiem tego co jest prawdziwą wiarą jest jednak dla chrześcijan Ewangelia. Odchodzenie kościoła rzymskiego od Ewangelii spycha dziś ten kościół na pozycje sekty; ludzie wierzący po prostu zaczynają to rozumieć.

- Jezus w Ewangelii zwraca się do każdego "odbiorcy" jego słów indywidualnie; uwierzenie w Boga i w niego jako syna bożego przedstawia jako osobiste zadanie czy wyzwanie dla tego, to się zetknął z informacją. Już sama możliwość czy podatność na "uwierzenie" jest dla niego wyróżnieniem człowieka. Wiara i wierność przykazaniom Jezusa nie może więc być "na pokaz", być motywowana "naciskiem grupy", zwyczajem publicznym, publicznie praktykowanym, bo staje się wtedy odwrotnością wiary. Jezus stanowczo sprzeciwiał się "wierzeniu na pokaz".
Kościół jako pewna społeczność ludzi traktujących się "jak bliźni", miłujących się, skłonnych do bezinteresownej pomocy niejako "przed oczyma Boga" - jest ważną ideą, ale realizacji jej - o ile uznać ją za możliwą - nie da się wymusić, natomiast udawanie jej jako forma dwulicowości, zakłamania, pewnego "teatrzyku" dla innych - jest przeciwieństwem wiary o której mówił Jezus.


- Jezus posługiwał się często podobieństwem do pasterza i stada owiec. Owce znają swojego pasterza i rozpoznają jego głos, mają do niego zaufanie i dlatego idą za nim, znajdują pastwisko a kiedy trzeba - znów idąc za nim powracają bezpiecznie do swojej zagrody. Owce wiedzą, że ich pasterz nie zawiedzie, że gotów poszukiwać zaginionej choćby jednej owcy ze stu a nawet i życie oddać za jej ocalenie, broniąc jej przed wilkami. Powiedzmy – że to odpowiada pojęciu prawdziwego kościoła. Cóż jednak, gdy owce słyszą jakiś obcy głos, widzą osobę im obcą a jej zachowanie nie wzbudza ufności i poczucia bezpieczeństwa? Jeśli widzą chciwca łasego na wszelkie dobra materialne, kolekcjonującego drogie meble, prowadzącego zakład produkcyjny, nieczułego na wszelkie problemy ludzi. Jeśli widzą "księdza-urzędnika" odwalającego swoją "robotę" w kościele, ale w "godzinach pracy" a następnie zamykającego się w swoim mieszkaniu, oglądającego w TV mecze i kryminały, prowadzącego "życie towarzyskie"? Jeśli widzą w księdzu człowieka nieczułego, na każdym kroku i w każdej sprawie postępującego odwrotnie, niż polecał swoim uczniom Jezus - o czym możemy się dowiedzieć z Ewangelii. Czy można kogoś takiego uznać za dobrego pasterza?

- Jezus stawia swoim uczniom większe wymagania niż innym, niż "ludowi" – jako "dobrym pasterzom" mającym konkretną odpowiedzialność a to dlatego, że mieli większy dostęp do informacji. Jeśli przyjąć, co automatycznie się narzuca, że kapłani, szczególnie właśnie na wyższych stanowiskach kościelnych; prezbiterzy, episkopi – są dla ludzi wierzących odpowiednikami uczniów Jezusa, trudno doprawdy nie zauważyć powszechnego ich odstępstwa od nakazów i pouczeń Pana i Nauczyciela. Papież Franciszek co prawda zaczął przeciwstawiać się skrajnym wypaczeniom wśród tych właśnie – którzy mieli być przykładem; ganić objawy chciwości materialnej kardynałów, ich zamiłowaniu do luksusu, oczekując samooczyszczenia kościoła z nadużyć i błędów.
W związku z tym odwracanie się ludu od kościoła - jako zbiorowości pozostającej pod przywództwem i kierownictwem ludzi zachowujących się skandalicznie i postępujących w sposób skrajnie sprzeczny z nauczaniem Jezusa – jest wyrazem wiary i jej dowodem a nie negacją wiary czy jej upadkiem. Owce nie chcą iść za "pasterzem", który sprawia wrażenie wilka przebranego w owczą skórę.
 
Kryzys nie dotyczy dziś wiary a przede wszystkim "instytucji" kościoła rzymskokatolickiego i funkcji kapłana. Niestety wielu "maluczkich" nie odróżnia kościoła od wiary a biskupa czy kardynała - od Boga, dlatego gotowi są zwątpić w Boga i przestać ufać Jezusowi - gdy widzą wokół tolerowane wypaczenia.

29/07/2014

Papież często mówi to, co musi… mówić Papież.

Papież to funkcja w sensie organizacyjnym – przywódcy konkretnego kościoła, a to zobowiązuje do dbałości o ten kościół, jako całość. To zrozumiałe. Rozpatruję to w konwencji nastawienia na pozytywne odbieranie przekazu płynącego do papieża, choć przy nastawieniu krytycznym należałoby uwzględnić i taką możliwość, że jego wypowiedzi są po prostu głosem strony zainteresowanej, głosem przedstawiciela „grupy interesu”, za jaką można uznać generalnie wszystkich kapłanów w stosunku do „ludu”, albo na przykład tylko kapłanów „wyższego szczebla” (od biskupa w górę) hierarchii, dla których kościół jako „instytucja” jest środowiskiem warunkującym ich władzę, znaczenie, przywileje, dochody itp. w tym samym znaczeniu, co armia dla oficerów zawodowych.

Jak jest w rzeczywistości? Prawdopodobnie bywa różnie i należy to rozpatrywać indywidualnie, analitycznie. Sam Papież przecież publicznie krytykował i księdza Prałata Jankowskiego - że mu odstąpi swoją lektykę która stoi nieużywana, i jednego z kardynałów - który odmówił zamieszkania w 120-metrowym mieszkaniu w Domu Świętej Marty - bo uważał je za zbyt małe i mało reprezentacyjne.
Kościół – to inaczej zbór (i dużo bardziej odpowiada mi to określenie), czyli zgromadzenie, w idealnym przypadku pewna wspólnota ludzi podzielających wspólną wiarę. Wspólnota składa się z poszczególnych jednostek, współpracujących w specyficznej synergii, ale pozostających jednak w dużej części nadal indywidualnymi jednostkami. Nie wdając się w rozległe znaczenie słowa „kościół” czy „zbór” trzeba przyznać, że wiąże się z tym duży problem. Zbór powstaje wtedy, gdy wielu ludzi spotyka się dobrowolnie w związku z jakimś celem czy zadaniem. Zjawiskiem jakby pierwotnym jest Jezus i słuchający go człowiek, grupa ludzi spajana właśnie tym słuchaniem - właśnie tego mówcy. Jezus przemawiał do tłumów lub na osobności do grupy swoich uczniów, czasem tylko i z rzadka do osoby indywidualnej z którą chciał rozmawiać, najczęściej – odpowiadając na jej pytanie, ale tłum nie może przecież słuchać jako taki; słuchają osoby, a gdy jest ich wiele w tym miejscu – powstaje pewna zbiorowość przychodzących i słuchających, świadomość że „inni też przyszli”, lecz to dając co prawda jakby poczucie "potwierdzenia słuszności" samego słuchania - zasadniczo nie wpływa na proces słuchania czy rozumienia. To, co mówił Jezus jest niejako „zadane” każdemu odbiorcy indywidualnie – jako wyzwanie, bo „tłum” nie ma zbiorowego rozumu ani zbiorowego serca a ma je raczej każdy pojedynczy osobnik spośród tłumu. Synergia - także jest reakcją jednostek, do której jednostki są niezbędne; nie występuje "sama z siebie". Zbór nie zastępuje jednostek w ich relacji z Jezusem.

Wreszcie reakcja zależy od indywidualnych możliwości, podatności, wrażliwości itp. Uwierzyć można jedynie indywidualnie, nie zbiorowo i dopiero wówczas można poczuć się członkiem pewnej wtórnej zbiorowości „tych, co uwierzyli”, choć ma to charakter pewnej projekcji, bo nie wiemy i nigdy się nie dowiemy, co tak na prawdę czuje i myśli inny człowiek. Czasem, choć i to nie jest regułą, sami jedynie możemy z trudnością uzmysłowić sobie, co czujemy lub myślimy „w duchu”.

Zbór – to skutek działania i decyzji indywidualnych, skutek poniekąd przypadkowy. Uważam, że jest to twór wtórny w stosunku do jednostki, osoby wierzącej. Jeśli jest miejsce uważane za szczególne, zwane Domem Bożym, do którego przychodzą ludzie wierzący w Boga niejako na spotkanie z nim – to siłą rzeczy spotykają się tam oni także ze sobą nawzajem i o tyle jest to „zbór”.
Papież Franciszek mówił o kościele, jako zbiorowości w czasie ostatniej przed wakacjami audiencji ogólnej na placu Św. Piotra, której wysłuchało około 33 tysiące zgromadzonych tam osób. Mówił o znaczeniu kościoła, jako zboru, wspólnoty.

Przede wszystkim jedna uwaga: jeśli Papież porusza jakąś sprawę podczas audiencji ogólnej – to dowód, że jest to sprawa szczególnie istotna, ważna ze względu na zasadnicze priorytety kościoła Katolickiego. Nie jest więc dobrze w Kościele, gdy zabrał on głos w sprawie roli wspólnoty w wierze, znaczenia jakie ma dla ludzi już sama przynależność do kościoła. Papież zdecydowanie przeciwstawił się ” indywidualnej wierze bez kościoła”. Kościół przeżywa narastający kryzys swojej roli integrującej wierzących, skłaniającej do uczestnictwa we wspólnocie. Widocznie staje się to w kościele światowym dużym problemem, że wierzący odchodzą od kontaktu z instytucją kościoła, pozostając wierzącymi.

Papież postawił kilka tez, które są dla mnie bardzo dyskusyjne. Oczywiście ktoś nastawiony dogmatycznie powie natychmiast, że tezy Papieża z zasady nie mogą być dyskusyjne, ponieważ ma on absolutnie dominującą pozycję w kościele i jest niejako "z zasady" (z dogmatu) - nieomylny. To jeden z dogmatów przyjętych i stworzonych w kościele przez ludzi (nie przez Jezusa). Bo Jezus traktował ten problem inaczej - o czym pisałem w innym tekście. Sprawa nie jest jednak tak prosta.
Nie rozpatruję tego na zasadzie dogmatów a raczej analizy opartej na Ewangelii, przekazującej naukę Jezusa. Pozycja Papieża powinna być dominująca przez wzgląd na wierność nauce Jezusa. Dominować ma ten, kto jest najbardziej wierny Jezusowi. A więc – wierność słowom Ewangelii. Jednym z zasadniczych filarów nauki Jezusa jest natomiast miłość, miłość wzajemna ludzi do siebie nawzajem, czyli do „bliźniego”, do Boga i do jego Syna. To wzajemna miłość, życzliwość, współczucie, solidarność – powinna być tym, co przyciąga ludzi wierzących do wspólnoty, do zboru, czyli do innych podobnie zastawionych jednostek. Nie nakazy organizacyjne, polecenia Papieża, biskupa albo proboszcza. Sens zboru (kościoła) wynika z autentyczności wiary jednostek a nie odwrotnie. To autentycznie wierzące jednostki – przez tę wiarę tworzą kościół (zbór), a nie odwrotnie. Tu uwidacznia się zasadniczy problem; kościół to jest dobrowolne zgromadzenie wierzących jednostek a nie instytucja, bez której owo zgromadzenie a nawet wiara nie jest możliwa – jak twierdzą kapłani, poświadczając tym, iż są po prostu "stroną zainteresowaną" w sprawie.

Papież Franciszek powiedział:
Nie jesteśmy od siebie odizolowani i nie jesteśmy chrześcijanami jako jednostki, każdy z osobna: naszą tożsamością chrześcijańską jest przynależność! Jesteśmy chrześcijanami, ponieważ należymy do Kościoła. To jak nazwisko: jeśli imię brzmi „jestem chrześcijaninem”, to nazwisko – „należę do Kościoła”. Jakże to pięknie, gdy dostrzegamy, że przynależność ta wyraża się także w imieniu, jakie Bóg przypisuje sobie samemu. Odpowiadając Mojżeszowi we wspaniałym wydarzeniu „płonącego krzewu” (por. Wj 3,15), określa siebie jako Boga ojców – nie przedstawia się jako Wszechmogący – ale jako Bóg Abrahama, Bóg Izaaka, Bóg Jakuba. W ten sposób objawia się jako Bóg, który zawarł przymierze z ojcami i pozostaje zawsze wierny swemu przymierzu, wzywając nas do wejścia w tę relację, uprzednią wobec nas. Dlatego też nasza myśl biegnie z wdzięcznością przede wszystkim ku tym, którzy nas poprzedzili i przyjęli w Kościele.
Nikt sam nie staje się chrześcijaninem! Czy to jest jasne? Nikt sam nie staje się chrześcijaninem! Chrześcijan nie wytwarza się w laboratorium. Chrześcijanin należy do ludu, który przybywa z daleka. Chrześcijanin należy do ludu, który nazywa się Kościołem. Ten Kościół czyni go chrześcijaninem w dniu Chrztu św. a następnie w trakcie katechezy i wielu innych działań. Ale nikt, żadna osoba nie staje się chrześcijaninem sama z siebie. Jeśli wierzymy, jeśli umiemy się modlić, jeśli znamy Pana i możemy słuchać Jego Słowa, jeśli czujemy, że jest On blisko nas i rozpoznajemy Go w braciach, to dlatego, że inni przed nami żyli wiarą, a następnie ją przekazali. Wiarę otrzymaliśmy, od naszych ojców, od naszych przodków a oni jej nas nauczyli. Jeśli dobrze się zastanowimy, któż wie, ile w tej chwili drogich twarzy przychodzi nam na myśl: może to być oblicze naszych rodziców, którzy w naszym imieniu prosili o chrzest; naszych dziadków lub któregoś z krewnych, którzy nauczyli nas czynienia znaku krzyża i odmawiania pierwszych modlitw. Zawsze pamiętam twarz zakonnicy, która nauczyła mnie katechizmu. Z pewnością jest w niebie, bo była świętą kobietą, ale zawsze o niej pamiętam i dziękuję Bogu za tę siostrę. Może to też być twarz proboszcza, czy innego kapłana lub zakonnicy, katechety, którzy przekazali nam treści wiary i pomogli nam wzrastać jako chrześcijanie…
Otóż, taki jest Kościół, jest wielką rodziną, w której jesteśmy przyjmowani i uczymy się żyć, jako wierzący i jako uczniowie Pana Jezusa. Tę drogę możemy przebywać nie tylko dzięki innym osobom, ale także wraz z innymi osobami. W Kościele nie ma „zrób to sam”, nie ma „osób nie zrzeszonych”. Ileż razy papież Benedykt XVI określił Kościół, jako kościelne „my”! Czasami można usłyszeć, jak ktoś mówi: „Wierzę w Boga, wierzą w Jezusa, ale Kościół mnie nie obchodzi…”. Ileż razy to słyszymy; to nieprawda. Są ludzie, którzy twierdzą, że mogą mieć osobistą, bezpośrednią, bliską relację z Jezusem Chrystusem poza komunią i pośrednictwem Kościoła. Są to pokusy niebezpieczne i szkodliwe, jak mawiał wielki Paweł VI – dychotomie absurdalne.
To prawda, że wspólne podążanie jest trudne, a czasami może okazać się męczące: może się zdarzyć, że jakiś brat lub siostra stwarza nam problem, albo nas gorszy… Ale Pan powierzył swe orędzie zbawienia ludziom, świadkom; to w naszych braciach i siostrach z ich darami i ograniczeniami wychodzi nam na spotkanie i pozwala się rozpoznać. Oznacza to przynależność do Kościoła. Zapamiętajcie dobrze: być chrześcijaninem to należeć do Kościoła. Imię brzmi chrześcijanin, a nazwisko – „należę do Kościoła”.
Drodzy przyjaciele, prośmy Pana, za wstawiennictwem Najświętszej Maryi Panny, Matki Kościoła o łaskę, byśmy nigdy nie popadli w pokusę myślenia, że możemy obyć się bez innych, bez Kościoła, że możemy się zbawić o własnych siłach, być chrześcijanami z laboratorium. Wręcz przeciwnie, nie można kochać Boga, nie kochając naszych braci, nie można kochać Boga poza Kościołem; nie można być w komunii z Bogiem, nie będąc w komunii z Kościołem i nie możemy być dobrymi chrześcijanami, jak tylko razem z tymi wszystkimi, którzy starają się naśladować Pana Jezusa, jako jeden lud, jedno ciało, a jest nim Kościół. Dziękuję.
Nie zapominajmy jednak, że Papież mówi tu o starym przymierzu.
Jezus zawarł z ludźmi w imieniu swego Ojca przymierze nowe, oparte na tym, co mówił, czego nauczał, czego dokonał a także na swojej ofierze, czyli ofierze z samego siebie, jako Baranka Bożego – znoszącego grzech świata. Cała „misja Chrystusa” jest planem Bożym a nie pomysłem Jezusa. Plan ten rozumiemy jednak przede wszystkim poprzez słowa Jezusa. Dlatego zasadnicze znaczenie ma jednak Ewangelia. Podstawą nowego przymierza z Bogiem jest to, co mówił Jezus, czyli będący w nim Ojciec. Nie ma wątpliwości, iż jest to odnowione na nowych warunkach – nowe przymierze z Bogiem, ponieważ Jezus jednoznacznie wyjaśnił, iż to co mówi – nie od siebie mówi, ale mówi przez niego Ojciec; to co robi – nie „sam z siebie” robi, ale to Ojciec, który jest w nim – w ten sposób wykonuje swoje dzieła. Wreszcie mówi do ucznia – Filipa: „Tyle czasu jestem z wami a nie poznałeś mnie – Filipie? Kto widział mnie – widział Ojca! Jakże teraz możesz mówić – „… pokaż nam ojca”…?

Wystąpienie Papieża nasuwa przypuszczenie, że w kościele rzymskim musi narastać już w stopniu znacznym proces odrzucenie wspólnoty na rzecz hedonizmu czy wręcz liberalizmu rozumianego lewicowo a co najmniej - skrajnego indywidualizmu, indywidualnej relacji z Bogiem. Papież przeciwstawia się temu wprost, co dowodzi iż zjawisko musi mieć charakter a przede wszystkim skalę niepokojącą hierarchów, kapłanów.  

Proponuję zastanowić się, jakie to ma znaczenie, oraz jakie mogą być tego przyczyny.


07/06/2014

Sens życia.

Postawiłem niedawno tezę, że być może życie człowieka ma sens polegający głównie na możliwości wyrobienia sobie zdania o Jezusie. To wcale nie oryginalna teza, ale dotyczy być może najważniejszej dla człowieka sprawy.

Jezus jest autorytetem. Oczywiście dla wszystkich, choć też i nie wszyscy to uznają.

Nie może nikt przyjść do mnie, jeśli go nie przyciągnie Ojciec mój – mówił uczniom, burzącym się na jego słowa i cierpiącym w walce z sobą samymi, wiedząc że niektórzy z nich nie są w stanie ani uwierzyć, ani też tym bardziej zrozumieć. Mówił więc chyba celowo „ostro” czy „twardo”, aby im pomóc, zniechęcić tych, którzy chodzili z nim i czuli się uczniami, bardzo chcieli nimi być – mimo iż nie wierzyli w niego, w jego pochodzenie, poselstwo, misję. A czynił to przecież z miłości do ludzi, znając i rozumiejąc ich ograniczenia czy słabość. Mówił im, dając niektórym szansę uporania się z samym sobą, z ich ambicjami i błędnym pojmowaniem sytuacji – jakby widzianej poprzez zamarzniętą szybę – sztywne i przedstawiane im przez „uczonych w Piśmie” jako bezwzględne, bezduszne, skostniałe w swojej nieludzkiej bezwzględności – nakazy i zakazy źle rozumianego Prawa; Ja jestem dobrym pasterzem, owce moje idą za mną gdyż znają mój głos. Tylko ci których mi dał Ojciec mój wejdą do Królestwa Bożego. A wejdą – przeze mnie, gdyż to ja jestem bramą dla owiec…

Skoro Jezus jest autorytetem, to i Ewangelia przedstawiająca jego słowa, jego naukę – także jest autorytatywna. Jest tak, gdy wierzymy, że jest ona w oryginale dziełem natchnionym, słowem spisanym jedynie przez wybranych – uczniów samego Jezusa, lub jak w wypadku Ewangelii Łukasza – przez ucznia Jezusa dyktowanym do spisania z jednoczesnym przetłumaczeniem na grekę koine – „wspólną” mowę plemion hellenistycznych, jakie miały poznać i przyjąć naukę Jezusa chętniej niż Żydzi.
Trudno się dziwić, że szczery chrześcijanin, zakonnik i ksiądz – Martin Luter był zaszokowany stanem wiary w Rzymie, wszystkim co zobaczył i usłyszał w drodze do Rzymu – gdy udał się tam protestować przeciwko handlowi odpuszczaniem grzechów – uprawianym przez papieskich agentów, na wielką skalę, dla uzyskania funduszy na budowę Kaplicy Świętego Piotra. Wszystko to było skrajnie sprzeczne z Ewangelią a więc nie mogło być zgodne z nauką Jezusa, a jednak spotkał go zacięty opór, postawa agresji przypominająca czasy inkwizycji.
Cokolwiek byśmy nie myśleli i nie mówili o postawie Lutra, trzeba przyznać, że przyjmował on postawę osobistej relacji z Jezusem a więc i z Bogiem i osobiście też występował śmiało w obronie wierzących przed oczywistymi błędami czy nawet odstępstwami od Ewangelii, szczególnie Ewangelii Apostoła Jana mówiącej najwięcej o misji Jezusa – Chrystusa Bożego. Bo Jezus zwracał się zawsze do człowieka, mówił do uczniów lub do zgromadzonego tłumu – ale jednocześnie jakby do każdego z nich z osobna. Takie wydają się być drogowskazy na tej drodze: ja, Ewangelia, Jezus, Bóg.
Ewangelia wymaga osobistego stosunku do przekazywanych tam treści. Nie jest to czymś nowym ani odkrywczym. Jezus także pouczał, że Bóg jest duchem i należy mu służyć w duchu i w prawdzie, bo też i takich wyznawców Bóg sobie szuka, którzy by mu tak właśnie służyli: w duchu i w prawdzie. Nie mówił o Kościele czy raczej o Zborze, nie mówił o milionowych zgromadzeniach ludzi na placach lub błoniach, ani o kółkach parafialnych. Nie mówił o ludzkości a raczej o każdym z ludzi zdolnym spełnić standardy stanu ducha i serca zwane Królestwem Bożym. Jezus jako Syn Boży wiedział wszystko o człowieku i jego myślach a uzyskał tę cechę od Ojca. Przeciwstawiał się „uprawianiu pobożności” w miejscach publicznych, na pokaz. Mówił: zamknij się raczej w swoim pokoju i tam módl się tak aby nikt tego nie widział a wtedy Ojciec – który widzi twoje czyny nawet w ciemności i słyszy nawet twoje myśli a nie tylko słowa – wysłucha ciebie. Czczenie Boga „w duchu” tu właśnie oznacza osobistą relację, kontakt na poziomie mentalnym poprzez wykonywanie i wierność poleceniom Jezusa. Czczenie Boga „w prawdzie” oznacza oddanie prawdzie jako znanym sobie faktom i nauce Jezusa, szczerość i autentyczność relacji, poważne i odpowiedzialne jej traktowanie. Przeciwieństwo zakłamania, dwulicowości.

Osobista relacja z Jezusem wynika z uznania, że jest on panem i nauczycielem, wybrańcem Bożym. Miłość do niego – oznacza wierność jego słowom, jego poleceniom przekazywanym przez Ewangelię. Kto mnie miłuje – ten słów moich będzie przestrzegał a kto słów moich nie przestrzega – ten mnie nie miłuje. Jezus stawia to jasno w pytaniu: dlaczego mówicie do mnie Panie, Panie – a nie czynicie tego co wam mówię? Jeśli miłość do Jezusa a więc i do tego który go posłał – objawia się w osobistym posłuszeństwie przykazaniom, to tym bardziej dowodzi iż wiara istnieje wyłącznie w osobistej relacji i tak też jest oceniana.
Życie człowieka daje mu najbardziej precyzyjny z dostępnych wśród stworzeń materialnych aparat do zdobycia wiedzy, zrozumienia jej i zastosowania w praktyce. Jest możliwe, że celem tego wszystkiego jest właśnie zrozumienie poleceń Boga przekazywanych przez Jezusa, odczucie i odwzajemnienie jego miłości i zastosowanie tego do siebie. Trzeba przyznać, że to nadawałoby życiu sens, którego często trudno się doszukać przy innych założeniach wstępnych.
Życie to być może określona ilość czasu na naukę; naukę tego co rzeczywiście ważne dla przyszłości, ważne według Bożej miary. Dlatego może znacznie więcej uwagi należy poświęcać sobie i swojej sytuacji pod tym względem, sposobowi wykorzystania swojego czasu, nie tracąc oczywiście z pola widzenia każdego bliźniego, a mniej zajmować się ideologią zbiorowości, kościołami, religiami… Jezus nauczał: Nie przykładajcie zbyt dużej wagi do swojego życia materialnego, do tego co będziecie jedli i pili oraz w co się będziecie ubierali ale szukajcie raczej Boga i sprawiedliwości jego, drogi do Królestwa Bożego, a wtedy i tamte rzeczy będą wam dodane, bo wie Ojciec, że tego wszystkiego potrzebujecie.
Trzeba samemu poznać i zrozumieć Ewangelię i zawarte w niej nauki Jezusa a przy tym starać się oddzielić to co ważne i autentyczne od dodatków, błędów, naleciałości czy fałszerstw, które tam mogą się znajdować. Samemu – to znaczy osobiście, z osobistym wkładem woli, zainteresowania, pokory i odpowiedzialności. To zadanie odpowiedzialne a odpowiedzialność jest nie tylko na miarę własnej przyszłości. Jednocześnie nie zapominając, że stwierdzenie Jezusa działa jakby w obie strony: Nikt nie przychodzi do Jezusa jeśli go nie przyciągnie Ojciec – Bóg; potrzebne są swoiste inklinacje do wiary, dar możliwości uwierzenia i oddzielenia prawdy od kłamstwa a zatem jeśli Ojciec zechce kogoś do Jezusa przyciągnąć – niczyje działania, ani ludzkie błędy temu nie będą w stanie przeszkodzić.

Trzeciego dnia - zmartwychwstał, jak oznajmia Pismo...

29/04/2014

Udziel nam pokoju!

Z żywą wiarą nadal prosimy Pana, aby odsunął wiszące nad nami niebezpieczeństwo i aby błaganie, które wznosimy wraz ze wszystkimi chrześcijanami, stało się jednogłośnym wołaniem o wspaniały dar pokoju.
Jestem pewien, że głosy licznych wierzących w Boga przyłączą się do tej prośby, ponieważ oni także są przekonani, że najwyższe wartości pokoju i sprawiedliwości mogą i muszą istnieć wspólnie, odpowiadają bowiem najgłębszym potrzebom jednostek i narodów.

Panie, wysłuchaj nas!

Tobie Maryjo, królowo Polski, powierzamy z ufnością nasz niepokój i naszą modlitwę: niech ludzie pójdą drogą pokoju pewnie i zdecydowanie!

Jest to jedyny skuteczny dzisiaj sposób, aby zatryumfował pokój!
Jest to jedyna droga godna cywilizacji!

Panie, daj nam pokój! 


Modlitwa Jana Pawła II Papieża 13 stycznia 1991 roku 


* * * 

Dziś tę modlitwę Papieża dedykuję naszym Braciom Ukraińcom, tym którzy postanowili w ostatnim momencie upadku państwa, w straceńczym zrywie na Majdanie Niepodległości – ratować swoją ukochaną Ojczyznę – Ukrainę, swoją wolność, tradycję, narodowość i język. 
Dedykuję ją tym naszym braciom i siostrom Ukraińcom, modlącym się do tego samego – bo jednego przecież – Boga, z trwogą patrzących dziś w niebo nad swoimi głowami – czy nie widać na nim cieni złowrogich maszyn niosących śmierć, niebo z którego dziś każdej chwili może nadejść agresja i śmierć; nasłuchujących z niepokojem odgłosów ze wschodu – czy nie nadchodzi barbarzyńska przemoc jak zwykle w przebraniu wyzwolicieli, niosąca zniszczenie, cierpienie i zagładę.

Modlimy się do Ciebie Panie, Ojcze nasz, Stwórco i Władco Wszechświata – ocal pokój, powstrzymaj agresję, skłoń uszy i usta wszystkich do porozumienia i pokoju.

Paweł Baranowski

28/04/2014

Modlitwa Jana Pawła II: Nigdy więcej wojny!


Boże naszych ojców,
wielki i miłosierny,
Panie pokoju i życia,
Ojcze wszystkich.
Twoim zamysłem jest pokój,
nie cierpienie,
potępiasz wojnę i upokarzasz pychę
czyniących przemoc.
Zesłałeś nam swojego Syna Jezusa,
aby wszędzie ogłosić pokój,
aby złączyć ludzi
wszystkich ras i narodowości
w jedną rodzinę.
Wysłuchaj jednomyślnego wołania swoich dzieci,
wielkiego błagania całej ludzkości:
nigdy więcej wojny, rzeczy bez sensu,
nigdy więcej wojny,
spirali bólu i przemocy.
W jedności z Maryją, Matką Jezusa
prosimy Cię:
przemów do serc tych, którzy decydują
o losie narodów,
powstrzymaj prawo odwetu i zemsty,
podpowiadaj przez swego Ducha nowe rozwiązania,
wielkoduszne i szlachetne gesty,
okresy dialogu i cierpliwego czekania,
bardziej owocne
niż przyspieszone działania wojenne.
Ześlij naszym czasom dni Pokoju.
Nigdy więcej wojny.
Amen.


Jan Paweł II Papież, 16 stycznia 1991 roku

18/04/2014

Wielkanoc tym razem – razem…

Jako że w tym roku nasi bracia grekokatolicy (katolicy obrządku wschodniego) oraz prawosławni obchodzą Święta Wielkiej Nocy w tym samym czasie co i my, czyli jesteśmy wszyscy razem – chciałbym jako tak zwany „rodowity Szczecinianin” życzyć wszystkim spokojnych, błogosławionych świąt, refleksji nad sensem ofiary Baranka Bożego i radości, że się wypełniły wszystkie biblijne zapowiedzi tego dotyczące.

Fragment śpiewów z Monasteru na Świętej Górze Garbarce alleluja



16/04/2014

Bić – albo nie być? Oto jest pytanie!

Tytułowa parafraza Hamletowskiego pytania sygnalizuje problem który nabiera dla nas coraz większego znaczenia. Sytuacje jakiejś agresji, napięcia pomiędzy państwami, grupami etnicznymi albo religijnymi ciągle występują wokół nas, ciągle niepokoją, oburzają albo zmuszają do reakcji i w ten sposób ciągle odnawiają w nas pytania między innymi – o właściwe postępowanie, zachowanie czy postawę w takich przypadkach. Odnoszę się tu do takich zjawisk jako skutku, nie wnikając w ich przyczyny, ale też każdy tzw. „przeciętny człowiek” zazwyczaj musi się zmierzyć głównie ze skutkiem, na jego przyczyny doraźnie nie mając bezpośredniego wpływu. Z drugiej jednak strony – przyczyny, okoliczności – mają wpływ na naszą ocenę jakiegoś konfliktu jako skutku; odnosimy się do zjawiska poprzez ocenę wynikającą z naszej wiedzy o jego przyczynach, bo nasz pogląd powinien mieć przecież jakieś podstawy właśnie w wiedzy o źródle. Od tego z kolei zależy nasza postawa; poglądy determinują zachowania, na przykład reakcję na coś co uważamy za zło.

Mam tu na myśli pewien konflikt wewnętrzny dotyczący człowieka, konflikt pomiędzy religią katolicką, czy nawet w ogóle – chrześcijaństwem a postawą społeczną, osobistą postawą człowieka warunkowaną kulturowo ale zwłaszcza – gatunkowo. Mam na myśli ujęcie antropologiczne w sensie kulturowym oraz z drugiej strony – w sensie religijnym.
Nieprzypadkowo wspomniałem tu o chrześcijaństwie, ponieważ ono wprowadziło poważne zaburzenie w dawniejszej równowadze pomiędzy tym co „naturalne” a normami postępowania; oczywiście zaburzenie niejako twórcze, zmierzające do zwrócenia uwagi na właściwy kierunek komuś kto zboczył z właściwej drogi.
W tym przecież sensie Jezus mówił o swojej misji nie polegającej na przyniesieniu światu pokoju ale właśnie odwrotnie; na uczynieniu rozłamu, rzuceniu wyzwania które było od początku, jest obecnie i zawsze będzie bardzo niepokojące dla osoby świadomej siebie. Rozłamu który docelowo zmierza ku pokojowi, ale doraźnie niepokoi, bo nakazuje wybrać spośród możliwości całkowicie sobie przeciwstawnych.
Chrześcijaństwo jest jednak jedynie chwilą w porównaniu z historią człowieka jako gatunku. Z tego punktu widzenia jest powszechnie zrozumiałe, że warunki rozwoju wykształciły w człowieku pewne konkretne cechy. Zarówno chodzi tu o cechy dotyczące samego człowieka jako jednostki, ale i zachowania społeczne wynikające ze wspólnych cech osobniczych, później pojawiające się pod postacią konkretnych praw niepisanych, zwyczaju, obyczaju, jeszcze później – prawa. Zasada prymatu siły jaka obserwujemy w przyrodzie musiała dotyczyć także i człowieka; siły fizycznej i jej widzialnych symptomów, potem całego zespołu cech przywódczych w których siła fizyczna była tylko jednym i coraz mniej ważnym czynnikiem. Siła była narzędziem do wymuszania zachowań, do sprawowania władzy, do potwierdzania przywództwa.
Przywódca miał przekonać sobie podporządkowanych do swoich decyzji a w przypadku niepowodzenia tego, wymusić podporządkowanie. Bardziej lub mniej bezpośredni przymus stał się czymś powszechnym. Prawo nakazywało pewne zachowania, innych z kolei zabraniało, stanowiło zasady „sprawiedliwości” jak na przykład zasady prawa mojżeszowego (oko – za oko, ząb – za ząb). Jest dla nas absolutnie oczywiste nasze prawo do posiadania „terytorium” – od własnej strefy bezpieczeństwa osobistego – do państwa, oraz bronienia go także siłą (czyli właśnie „bić albo nie być”), prawo do posiadania własnego języka i posługiwania się nim, prawo do stanowienia prawa i stosowania go w formie bezpośredniego przymusu w celu karania za czynienie tego co my uznaliśmy za winę, egzekwowania odpowiedzialności za naruszenie prawa. Praktycznie jest dla nas oczywiste nasze prawo do „zemsty”, odwetu, odpłaty – widziane nawet i bez związku z prawem stanowionym w postaci przepisów, kodeksów itp. W wielu społecznościach jest ono nadal ważniejsze niż prawo „pisane” stanowione przez tę społeczność. Współcześnie absolutnie oczywiste – tak, że aż nie podlegające dyskusji – jest na przykład prawo do nietykalności cielesnej a więc także i prawo do obrony przed atakiem, agresją; prawo do samoobrony. To, że w wielu miejscach i sytuacjach nie jest ono przestrzegane, tego prawa nie unieważnia a wręcz przeciwnie; dodatkowo je potwierdza.
Nikt nie byłby skłonny negować zasady karania winnych, egzekwowania odpowiedzialności za śmierć, za krzywdę, za stratę materialną – czyli za winy które w powszechnym odczuciu muszą spotkać się z odpowiednią karą, bo na tym polega poczucie sprawiedliwości; ludzkiej sprawiedliwości.

Z naciskiem podkreśliłem to, że piszę o sprawiedliwości ludzkiej, dlatego że sprawiedliwość Boża jest przecież inna. W historii człowieka niezliczoną ilość razy próbował się on posiłkować w swoich działaniach argumentem propagandowym, albo nawet czasem nawet i autentycznym przekonaniem, że Bóg jest stronnikiem jego interesu, że wspiera jego „słuszne” działania, nawet gdy były to działania w każdym punkcie diametralnie sprzeczne z przekazem uważanym za „słowo Boże”. Sprzeczność ta nigdy nie odstręczała ludzi od ogłaszania Boga ich protektorem, obrońcą lub władcą, oczywiście na zasadzie: „Bóg jest z nami (Gott mit uns) więc będzie nam służył i pomoże nam zdobyć to, co my chcemy uzyskać”.

Jezus w ramach swojej misji zawarcia z ludźmi nowego przymierza, zmienił te wszystkie „naturalne” zasady kierujące zachowaniami ludzi, powstałe w wyniku ich rozwoju w konkretnych warunkach, środowisku czy otoczeniu, ale także zmienił interpretacje praw wcześniej nadanych „ludowi wybranemu” – przez Mojżesza. To czego nauczał Jezus a więc to – co polecił mu przekazać ludziom jego Ojciec, Bóg – jest zaprzeczeniem nie tylko praw i zasad ustalanych szczegółowo przez samego człowieka w wyniku jego rozwoju, ale nawet i odruchów absolutnie podstawowych, kardynalnych, takich jak prawo do własnego życia (jego obrony), realizowane nie tylko w związku z napaścią innych ludzi lub zwierząt, ale też w formie „organizowania” otoczenia (celowe budownictwo), przewidywania przyszłych potrzeb (gromadzenie zapasów) czy ustalania hierarchii społecznej w celu sprawnego zarządzania.

Jezus nauczał by zwrócić uwagę na to co przyszłe a nie tylko na „dziś”. By nie przywiązywać zbytniej uwagi do tego co chwilowe, nietrwałe, wadliwe a starać się zyskać udział w przyszłym życiu. By nie przywiązywać zbyt dużej wagi do swojego życia teraz, wykorzystując je do zyskania życia przyszłego w warunkach nie mających obecnych wad. Świat materialny jest czymś nietrwałym, skazanym na nieuniknioną zagładę a wówczas czyny i stan świadomości każdego człowieka zostanie indywidualnie oceniony pod kątem jego przydatności do wejścia do szczęśliwego Królestwa Bożego, dlatego warto zadbać teraz o wynik tej oceny.
Życie materialne jest właśnie miejscem współistnienia i ścierania się dobra i zła, jasności i ciemności, w którym trzeba dokonać wyboru – by „opowiedzieć” się za jednym lub drugim, a kryteria tejże oceny – co jest dobrem a co złem – zostały ostatecznie ukazane przez Chrystusa. Są one zupełnie inne, niż te jakie wynikają w wspomnianego wcześniej „materialnego” rozwoju człowieka; wręcz przeciwstawne.
To zasada nie tylko powstrzymania się od zabijania, ale też unikania wszelkich konfrontacji, dążenie do zgody i pojednania zawsze i ze wszystkimi. Zasada zaprowadzania pokoju, kierowania się miłosierdziem (współczuciem, litością, miłością bliźniego), pokory, prostoty i umiarkowania, dbałości o czyste sumienie. Mówił o konieczności zdecydowanej powściągliwości we wszystkim prócz przestrzegania prawa (zakonu), unikania sytuacji wystawiających na próbę, panowania nad zmysłami. Powściągliwość zalecał także nawet w wypowiadaniu się.
Pouczał by okazywać miłość i współczucie każdemu, także agresorom, by nie sprzeciwiać się złu inaczej, niż własną dobrocią. Chodziło tu o przerwanie łańcucha przyczynowo skutkowego w którym agresja spotyka się z odwetem a odwet uznawany za agresję rodzi kolejną agresję, co znów wywołuje zemstę itd. „Złotą zasadą” Jezus ustanowił taki sposób postępowania, by postępować z innymi tak – jak chcielibyśmy by wobec nas postępowano. Przestrzegał by nie sądzić i nie potępiać innych bo musi to być niesprawiedliwe, subiektywne; raczej zdać się na przyszły sprawiedliwy osąd obiektywnego autorytetu. Radził by nie gromadzić sobie skarbów tu, w świecie materialnym gdzie nie dają one szczęścia a są nietrwałe, nie zabiegać o swoje życie lecz by wykorzystać swoje życie na zapewnienie sobie miejsca w Królestwie Bożym, gdzie nie będzie zła. By starać się osiągnąć doskonałość dla przyszłego życia a nie korzystać w pełni z walorów życia materialnego. Jezus stawia wręcz konieczność radykalnego wyboru: albo dbać o „tu i teraz” wraz z wszystkimi wadami tego świata i kosztami takiej postawy, albo postawienie na przyszłe prawdziwe szczęście w świecie doskonałym dzięki wyrzeczeniu się złudnego szczęścia teraz.

Patrząc na historię ludzi, narodów, kontynentów, państw – nawet tę historię już nowej ery – po przyjściu Jezusa i po wypełnieniu przez niego Chrystusowej misji – widzimy diametralną sprzeczność tych pouczeń z rzeczywistością. Ludzkość a nawet choćby i sam Naród Wybrany – nigdy nie kierował się nauką Jezusa i to wcale nie dlatego, że w swojej większości Jezusa nie poznał i nie uznał. Jezus zdawał sobie sprawę z warunków rozwoju człowieka więc wiedział, że polecane przez niego zachowania czy postawy mogą być dla człowieka po prostu nieatrakcyjne, bo przywykł on do życia „tu i teraz” i oceniania jego sensowności po doraźnie widzianych i odczuwanych symptomach szczęścia, takich jak bogactwo materialne, przepych, poczucie bezpieczeństwa, władza, złudne poczucie niezależności od praw materialnych. I gdyby się komuś miało wydawać, że wiele traci stosując się do proponowanych przez Jezusa zasad. Jezus mówi: możecie odebrać swoją nagrodę tu i teraz, ale to nie da wam prawdziwego szczęścia. Lepiej czyńcie dobro nie oczekując tu nagrody a otrzymacie dużo więcej w przyszłym doskonałym świecie, do którego przepustką waszą staną się wasze dobre uczynki i dobre świadectwo o was tych, którzy od was doznali dobra. Aby to było możliwe, trzeba tylko uwierzyć…

Spotykamy się z agresją. Na przykład agresją militarną zaborczego państwa sąsiedniego. Albo tylko jakichś uzbrojonych niezidentyfikowanych grup. Agresor czyni wiele strat, wiele krzywd, odbiera wolność, mienie, prawa, krzywdzi, zabija.

Jezus jednak mówi:
Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. Ja wam natomiast mówię: Nie odwzajemniajcie się złu, lecz temu, kto cię uderzy w twój prawy policzek, odwróć mu i drugi. A temu, kto chce cię pozwać do sądu i wziąć twą koszulę, zostaw mu także płaszcz. Kto by cię zmuszał, abyś niósł jego ciężar jedną milę, idź z nim dwie. Temu, kto cię prosi, daj, i nie odwracaj się od tego, kto chce od ciebie pożyczyć. Słyszeliście, że powiedziano wam: „Będziesz kochał swego bliźniego i będziesz nienawidził swego nieprzyjaciela”. Ja wam natomiast mówię: Kochajcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się w ten sposób stali synami Ojca waszego, który jest w niebie, gdyż Jego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, i spuszcza deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeślibyście okazali miłość tym, którzy was kochają, jaką macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeśli pozdrawialibyście tylko swoich braci, cóż nadzwyczajnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy więc doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski.

Nie tylko mówi; On przecież sam tak postępował – jak o tym opowiada Ewangelia w opisach jego prześladowania, pojmania i ukrzyżowania przez Żydów. Czy możemy jednak wyobrazić sobie nagle zastosowanie tych poleceń przez całe społeczeństwa, narody narażone na agresję, podbój, zniewolenie? Czy w myśl nauk Jezusa obie armie; najeźdźców i obrońców stojących naprzeciwko siebie i – strzelających do siebie, są tak samo winne?

Jezus zawsze zwracał się do pojedynczego człowieka; nawet mówiąc do tłumu – mówił jakby do każdego oddzielnie. Społeczności to coś więcej niż zbiór jednostek, jednak to ludzie tworzą społeczeństwa i narody a więc ich świadomość i postawa każdego z nich decyduje o całości. Być może chodziło o to, że gdyby ludzie zrozumieli i przyjęli to zalecenie, nie byłoby agresji czyli również decyzja o nieprzeciwstawianiu się jej na skalę społeczeństw nie byłaby potrzebna. Czy więc oddanie uderzenia w policzek napastnikowi jest równie złe co jego atak? Pytanie postawione przeze mnie w tytule można traktować wprost i dosłownie: albo się bronisz, albo przestajesz istnieć. Czy obrona przed najazdem agresora jest równie zła co ten jego napad? Polega przecież na tym samym i skutek daje ten sam. Jezusowi chodzi o to, by człowiek za wszelką cenę nie poddawał się złu „w samym sobie” a nie „na zewnątrz” (np. nie łamał przykazania „nie będziesz zabijał”), gdyż cena oddania ciosu jest wyższa niż cena powstrzymania się od tego i scedowania sprawiedliwości na Sprawiedliwego Sędziego, wszechwiedzącego i wszechmogącego. Przebaczenie agresorowi i wstawienie się o przebaczenie dla niego u Boga miałoby być sposobem na przeciwstawienie się złu, ale jedynie złu w sobie samym a nie temu stosowanemu wobec nas, co dowodzi właśnie, że przesłanie Jezusa jest skierowane indywidualnie do każdego, nie do społeczeństw, ludów, narodów czy ich wspólnot.

To co można sobie jeszcze wyobrazić w odniesieniu do indywidualnych osób na podstawie znanych przykładów, nie da się odnieść do skali społeczeństw, narodów czy świata w ogóle w sposób bezpośredni. Jedynym wyjaśnieniem więc jest to, że nauka Jezusa ma zmienić człowieka a dopiero poprzez tę zmianę – wpłynąć na sytuację ogólną całego świata.

Pierwotnie opublikowano 08.03.2014.
__________________________________________________________________
Patrz też inspirowany artykuł w Newsweeku:
Piotr Milewski:”Dylemat Obamy; Bić Rosję – albo nie być”.