MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pomoc. Pokaż wszystkie posty

02/12/2012

Cyniczna „pomoc” dość mało pomocna.

Pewien facet kupił okazyjnie fortepian.
Kupił od człowieka likwidującego swoje mienie z powodu wyjazdu za granicę, który miał nastąpić już nazajutrz. Fortepian piękny, w doskonałym stanie, tani na skutek okoliczności w jakich musiał być odsprzedany, z jedną tylko wadą; musiał być odebrany jeszcze tego samego dnia – co jest oczywiste w związku z kontekstem sytuacyjnym. A w takim terminie transportu profesjonalnego się nie załatwi.

Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że fortepian jest przeważnie dość spory, ma też dwie nawzajem jakby sprzeczne cechy: jest niezmiernie delikatny a jednocześnie – waży przeciętnie nieco ponad 400 kg. Można go nieco przysposobić do transportu ale największą część nierozbieralną w zasadzie nosi się w rękach, ewentualnie na twardej i gładkiej i poziomej powierzchni można się posłużyć specjalnym wózeczkiem.
Piszę to by uświadomić czytelnikowi, że metoda podzielenia na małe kawałki i transportowania ich oddzielnie tu nie może mieć zastosowania.
Oczywiście do noszenia takiego fortepianu potrzeba odpowiednią liczbę osób mniej więcej o jednakowej sile „w ręcach” no i oczywiście wyposażonych o odpowiednie do tego pasy parciane, bo fortepian rączek do uchwycenia za nie w ilości 10 szt. nie posiada. Potrzeba jest 8 do 10 mężczyzn do wykonania tej trudnej operacji.

Wracając po tych wyjaśnieniach do naszego bohatera, trzeba stwierdzić, że znalazł się on w dość trudnej sytuacji; dokonał „interesu życia” kupując za bezcen wspaniały instrument, ale jak teraz „skonsumować” ten sukces, czyli odebrać fortepian i przewieźć go do siebie. A mieszkał niezbyt daleko, „zaledwie” jakieś kilkaset metrów dalej, przy tej samej ulicy.
Przypomniał sobie o znajomym ze szkoły, działającym tam nadal w charakterze druha drużynowego miejscowej drużyny harcerskiej; opowiadał mu kiedyś ów znajomy, że stworzył z harcerzy „brygadę natychmiastowej pomocy” interweniującą w razie potrzeby dla pomocy okolicznym mieszkańcom oraz ma się rozumieć, dla Ojczyzny, efektu pedagogicznego i chwały ZHP.
Zadzwonił.
Sukces: ależ oczywiście drogi kolego, zaraz tam będziemy z chłopakami i pomożemy. Faktycznie; harcerze wydawali się zachwyceni już samym faktem, że będzie okazja coś zrobić, wykazać się siłą i wytrzymałością. Wynieśli fortepian z mieszkania sprzedawcy, znieśli z piętra na ulicę, tu zrobili sobie zdjęcia „na pamiątkę akcji”, poprosili o wpis pamiątkowy do księgi drużyny. Ośmiu niosło fortepian na pasach w pozycji „na boku”, trzech następnych niosło nogi fortepianu, każdy po jednej, dwóch kolejnych – skrzydło oddzielone od reszty by tym ośmiu było lżej a druh drużynowy filmował wszystko kamerką na promocję do „You Tube” oraz rozdawał mijającym ich przechodniom wizytówki i zaproszenia do dofinansowania jego drużyny pomocowej – pomagającej jak widać…
Tak przebyli kolejne 150 metrów w kierunku docelowym, czyli mieszkania nowego właściciela.

Nagle druh rozkazał postawić ładunek i zarządził pilny odwrót; zapomniał że drużyna zobowiązała się o tej godzinie pomóc w przeprowadzce pary staruszków do domu opieki. Tak więc postawili fortepian, pożegnali się, zasalutowali, czuj czuj czuwaaaj i poszli spiesznie dalej świadczyć „bezinteresowną” pomoc innym potrzebującym.
Właściciel fortepianu zbaraniał; cóż miał powiedzieć na taki nagły i zaskakujący rozwój wypadków. Powinien przecież być wdzięczny za pomoc a jednocześnie został nagle sam na sam z fortepianem na ulicy, nadal dość daleko od domu, choć jednak trochę bliżej niż początkowo… Zmierzchało się już, na dodatek zanosiło się na deszcz a jak wiadomo fortepiany niczego tak źle nie tolerują, jak nadmiaru wody i nadmiaru utworów niejakiego Franza Lista…

Historia ta nasunęła mi pytanie, nasuwające się zresztą niejako automatycznie: czy mu pomogli? Czy mu rzeczywiście pomogli?

Może to dziwne, ale nie da się powiedzieć, że nie.

Ani też jednocześnie mówienie, że pomogli – nie wydaje się w pełni uzasadnione.

To sprawa niejednoznaczna, jak większość spraw w życiu. Ocena tego zależy od perspektywy, i nic na to nie poradzę prymitywnym osobnikom, którzy już od dawna mają wyrobiony jednoznaczny pogląd na wszystko; jak wiara – to dogmat, jak bezrobocie – to „każdemu micha zupy i cześć” i tak dalej…
Może i przybliżyli oni nabywcę fortepianu nieco do sukcesu w postaci dotachania fortepianu do domu, ale przecież nic to nie dało, niczego nie zmieniło, nie zmniejszyło zagrożenia czyhającego na ten instrument ani też nie umniejszyło niepokoju i kłopotu właściciela. Fortepian znalazł się bliżej miejsca docelowego ale nadal zbyt daleko by to pozwoliło odpowiednio go zabezpieczyć. Żeby nie wiem jak się wysilał – sam nie da rady. Nie można twierdzić, że niczego nie zrobili, ale jednocześnie – mimo że coś robili nie dało to sensownego wyniku, nie zmieniło istoty problemu. Nie zmieniło sytuacji.

Jedyne co można powiedzieć z całą pewnością, to że owa drużyna sama dla siebie odniosła sukces, produkując materiał reklamowy, rozsiewając wokół własny „dobry PR”, promując się i zyskując dla siebie nowych sponsorów. Nie śmiałbym nawet przypuszczać, że druhowi od początku tylko o to chodziło. Że z wyrachowaniem od początku pozorował pomoc tylko dla urządzenia sobie odpowiedniego planu dla filmiku reklamowego. Krótko mówiąc – że od początku miał tego swojego kolegę wraz z jego fortepianem-problemem w przysłowiowej głębokiej dupie, traktując go wyłącznie jako pretekst do osiągnięcia własnych korzyści.
A co do naszego bohatera: podobno pomogli mu… bezrobotni. Za darmo. I w ogóle doskonale go rozumieli i potraktowali go jak swego; z pełnym zrozumieniem sytuacji… jakby spotykali się z taką sytuacją na co dzień.
Nie wiem dlaczego…

A Ty – szanowny czytelniku: wiesz?

Tekst ten dedykuję Ministrowi Pracy i Spraw Społecznych Władysławowi Kosiniak Kamyszowi i jego naukowo utytułowanym przydupasom..

19/09/2011

Niepełnosprawne dobro.

Czasem, – gdy widzimy osoby niepełnosprawne fizycznie, z trudnością poruszające się samodzielnie lub jedynie na wózkach, nawet czasem tylko z pomocą innej osoby ten wózek popychającej, gdy są obok nas z ich trudem, ograniczeniem, z ich cierpliwością, pogodą ducha – zastanawiają nas opisane w Ewangelii uzdrowienia dokonywane przez Jezusa z Nazaretu. Najczęściej, gdy widzimy właśnie takich ludzi z trudnością poruszających się o kulach, ludzi często młodych, poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych lub podczas uprawiania jakiejś dyscypliny sportu albo nawet czasem już podczas porodu – odczuwamy niezdarne współczucie oraz… coś w rodzaju zakłopotania. Kalectwo, długotrwałe ograniczenie fizyczne nie zawsze odbija się negatywnie na wrażeniu, jakie może odnieść postronny obserwator przy takim spotkaniu. Wręcz przeciwnie, to ludzie sprawni często zupełnie nie doceniają swojej sprawności, swoich możliwości, nie korzystają z nich w tym aspekcie.
Często przecież, zależnie od okoliczności – są niepełnosprawne osoby bardzo wykształcone, wartościowe, wybitnie uzdolnione, niezwykle sympatyczne… trudno nam przyjąć do wiadomości i pogodzić się z ich trudnościami fizycznymi, ich cierpieniem. Jednocześnie nie do końca przecież rozumiemy istotę problemu życiowego widzianej osoby, nie wyobrażamy sobie cierpienia fizycznego i psychicznego, przez jakie przeszła, bo to nas nie dotyka osobiście, jest poza zakresem naszego osobistego doświadczenia. Mimo tego jednak wydaje się nam to całkowicie nienaturalne, niesłuszne, niepotrzebne i niczym nie usprawiedliwione. W cierpieniu, w niepełnosprawności jest coś z gruntu nieuzasadnionego, dziwnego, sztucznego; coś, z czym właściwie nie można się wcale pogodzić – patrząc na to z boku, z punktu widzenia osoby zdrowej i sprawnej. To całkowicie nieusprawiedliwiony stan, który chciałoby się natychmiast zmienić, poprawić – jak przypadkową pomyłkę losu, jak przypadkową zmarszczkę czy fałdę na wielkim, barwnym, cudownym kobiercu życia… Tym bardziej trudno nam wyobrazić sobie, że osoba niepełnosprawna m u s i a ł a znaleźć w sobie umiejętność pogodzenia się z tym…

Automatycznie niejako nasuwa to skojarzenia z wydarzeniami opisywanymi w Ewangelii.
Ledwie potrafimy sobie wyobrazić, jaką radość odczuwał Jezus z Nazaretu, gdy przywracał w jakimś przypadku ten stan naturalny; stan zdrowia i szczęścia, gdy spotykał na drodze swych wędrówek ludzi chorych, kalekich i mógł po prostu powiedzieć: wstań, weź łoże swoje i chodź, bądź oczyszczony z trądu, z gorączki, przejrzyj na oczy swoje… Powiedzieć to i widzieć wybuch radości, szczerą wdzięczność – i to zwróconą w intencjach ludzi – nie do niego a do Boga, zwycięstwo dobra i wiary nad złem, zwątpieniem i cierpieniem… Podobnie zapewne odczuwać to musieli i uczniowie - powołani, wyposażeni w umiejętności i moc „stąpania po wężach” i z nią rozesłani we wszystkie strony, by leczyli i uzdrawiali wszystkich potrzebujących.

Przypomnijmy tu niezwykle wzruszający opis jednego z niezliczonej liczby takich zdarzeń, z Łukaszowej Ewangelii w przekładzie św. pamięci profesora Zygmunta Kubiaka:
„Wziąwszy z sobą Dwunastu, powiedział do nich: „Oto idziemy w górę, ku Jeruzalem i spełni się wszystko, co prorocy napisali o Synu Człowieczym. Będzie wydany narodom, wyszydzony, znieważony i opluty, ubiczują go i zabiją, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Lecz oni nic z tego nie zrozumieli. Rzecz ta była zakryta przed mini i nie pojmowali, o czym mówi. Kiedy szedł i był już niedaleko od Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Ten, gdy usłyszał, że przeciąga tłum, dopytywał się, co to się dzieje. Obwieścili mu, że przechodzi Jezus z Nazaretu. Zawołał: „Jezu, synu Dawida, zmiłuj się nade mną!” Ci, którzy szli na przedzie, domagali się żeby zamilkł. Lecz on coraz głośniej wołał: „Synu Dawidowy, zmiłuj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. Gdy ten był blisko, zapytał:, „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Ten zaś: „Panie, żebym przejrzał!”. A Jezus do niego: „Przejrzyj. Wiara twoja cię uzdrowiła. I od razu przejrzał, i szedł za Nim, sławiąc Boga. I cały lud, widząc to, dawał chwałę Bogu.

To bardzo plastyczny opis, ułatwiający wyobrażenie sobie tej sceny w sposób plastyczny, „filmowy”. Potrafimy wyobrazić sobie nie tylko radość uzdrowionych, – która jest radością ludzką a więc nam bliższą. Ale co z uczuciami samego Jezusa, dokonującego tych wszystkich czynów opisanych w ewangeliach Marka, Łukasza, Mateusza i Jana, które – jak stwierdził na końcu swojej Ewangelii Jan – nie opisują wszystkiego w sposób kompletny, są jedynie częścią wszystkich czynów Jezusa.
Co wówczas czuł Jezus? Czy jesteśmy w stanie choćby wyobrazić to sobie? Był człowiekiem jak my, więc cieszył się tak jak i my byśmy się cieszyli, jednak pozbawiony był pychy i nie przypisywał niczego sobie, jako człowiekowi gdyż jednocześnie przecież – jak wiemy z Ewangelii Jana – Jezus jest Panem; słowem, które stało się ciałem, to On jest tożsamy z Duchem, Bogiem, Jahwe, – który przyjął również ciało ludzkie za pośrednictwem narodzin właściwych człowiekowi.
Wiemy to z rozdziału 14 Ewangelii Janowej; „… Rzekł Mu Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a wystarczy nam. Odpowiedział mu Jezus: Tak dawno jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca; jak możesz mówić: pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że jestem w Ojcu a Ojciec we mnie? Słowa, które do was mówię, nie od siebie mówię, ale Ojciec, który jest we mnie, wykonuje dzieła swoje. Wierzcie mi, żem ja w Ojcu a Ojciec we mnie; a jeśli by tak nie było, to dla samych uczynków wierzcie…”

Więc jeśli tak, – co czuł? Nie widzimy przecież powodu by sądzić, że to musiało być coś dla nas niepojętego, niewyobrażalnego, tajemniczego. Jeśli płakał przed grobem Łazarza wraz z jego siostrami i opłakującymi go Żydami, czyżby nie miał czuć radości, wdzięczności – wraz ze świadkami uzdrowień, których dokonywał? Tak też i było to przyjmowane przez widzów, świadków, uczniów, oczywiście poza niektórymi Żydami widzącymi w tym jedynie zagrożenie… Ludzie uważali to za coś naturalnego, oczywistego i ”chwalili Boga”… tak po prostu…

Podczas spotkań z osobami niepełnosprawnymi ze wzruszeniem myślimy czasem o tym, jakże radosne musiało być dla Pana móc powiedzieć: bądź uzdrowiony z niemocy swojej, przejrzyj na oczy, bądź oczyszczony z trądu, uwolniony od choroby, wyzwolony z brzemienia swojej winy… Przecież dla Niego to nie był żaden cud, była to po prostu okazja do przywrócenia właściwego, naturalnego i oczywistego stanu, jaki niegdyś stworzył; stanu dobra, szczęścia, radości, miłości do Pana i do bliźnich; powrót do stanu, o którym wiedział - że kiedyś był i kiedyś znów powróci…
Może nawet czasem sami chcielibyśmy móc dokonać takiego uzdrowienia, bez pychy czy samozadowolenia dać komuś tę ogromną radość. Dać ją „dla niego” i wraz z nim cieszyć się jego radością, wiedząc, że jesteśmy tylko narzędziem, pośrednikiem, że sami nic nie moglibyśmy zdziałać, a tylko podarowaną nam siłą i tylko w jej imieniu… Nie jesteśmy jednak i nie możemy być zazdrośni o tę moc; moc miłości i dobra. Godne jest, że to jedynie On (i uczniowie – dzięki udzielonej im Jego mocy – jak opisują Ewangeliści) mógł dokonywać takich czynów, przeciwstawić się swoją wolą cierpieniu i niemocy, gdy tylko chciał, a chciał zawsze, szczególnie wówczas – gdy widział w człowieku wiarę, iskierkę dobra. Mówił: wiara twoja uzdrowiła cię, odpuszczone są grzechy twoje, jakoś uwierzył – niech ci się stanie…
Do pewnego stopnia może lekarze, zwłaszcza starsi, ci dobrze wykształceni, światli, pokorni i otwarci na to, co „na progu przeczucia”, czego nie uczą w akademiach – mogą doświadczyć podobnego uczucia. Niepełnosprawność nie jest karą. Jest raczej cechą materii. Czy materia jest karą…?
Sprawiedliwe jest to, że ta radość uzdrawiania ciała i ducha jedynie wolą, myślą, mocą dobra i miłości – przynależy tylko Jemu, Panu, temu który dwa tysiące dziesięć lat temu narodził się wśród ubogich w niewielkim miasteczku Betlejem w Judei, w mizernej i cichej stajence, narodził się w ubóstwie, bo „nie było dla niego miejsca w gospodzie” – Pan i Nauczyciel.
Każda jednak nasza pomoc osobie niepełnosprawnej z taką myślą, z takim nastawieniem – należy do tego samego dziedzictwa. Jest kontynuacją, jest po tej samej stronie zmagających się aż do końca świata sił. Więc pomagajmy…