MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrześcijaństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrześcijaństwo. Pokaż wszystkie posty

01/04/2018

Wielka Noc.

(...) Wzięli więc ciało Jezusa i wraz z wonnościami owinęli je w płótna, zgodnie z żydowskim zwyczajem grzebalnym. W miejscu zaś, gdzie został ukrzyżowany, był ogród, a w ogrodzie nowy grobowiec, w którym jeszcze nikt nie był złożony. Tam zatem, ze względu na żydowski Dzień Przygotowania — gdyż blisko był grobowiec — położyli Jezusa. A pierwszego dnia tygodnia, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena przychodzi do grobowca i widzi, że kamień zamykający grobowiec jest odsunięty. Biegnie więc, przychodzi do Szymona Piotra oraz do drugiego ucznia, którego Jezus kochał, i mówi do nich: Wzięli Pana z grobowca i nie wiemy, gdzie Go położyli. Wyszedł więc Piotr oraz ten drugi uczeń i ruszyli do grobu. Biegli zaś razem; jednakże ten drugi uczeń pobiegł przodem, prędzej od Piotra, i pierwszy przybył do grobowca. Gdy się schylił, zobaczył leżące płótna; jednak nie wszedł. Przybył też Szymon Piotr, który podążał za nim, wszedł do grobowca i zobaczył leżące płótna oraz chustę, która była na Jego głowie, leżącą nie razem z płótnami, ale złożoną osobno na jednym miejscu. Wtedy wszedł i ten drugi uczeń, który pierwszy przybiegł do grobowca, zobaczył — i uwierzył. Wciąż bowiem nie rozumieli Pisma, że musi powstać z martwych. Znów zatem uczniowie odeszli do siebie.

Maria tymczasem stała na zewnątrz grobowca i płakała. Płacząc nachyliła się do grobowca i oto widzi dwóch aniołów w bieli, jednego siedzącego u wezgłowia, a drugiego u nóg, [w miejscu], gdzie leżało ciało Jezusa. Ci pytają ją: Kobieto! Dlaczego płaczesz? Ona zaś: Wzięli mojego Pana, a nie wiem, gdzie Go położyli. A gdy to powiedziała, obróciła się za siebie i zobaczyła stojącego Jezusa, ale nie rozpoznała, że to jest Jezus. Wówczas Jezus zwrócił się do niej: Kobieto! Dlaczego płaczesz? Kogo szukasz? Ona [natomiast], w przekonaniu, że to jest ogrodnik, mówi do Niego: Panie! Jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go złożyłeś, a ja Go zabiorę. Jezus przemówił do niej: Mario! Ona [zaś] obróciła się i powiedziała po hebrajsku: Rabbuni! co znaczy: Nauczycielu! Jezus jej na to: Nie trzymaj Mnie już, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca; idź raczej do moich braci i powiedz im: Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego, do Boga mego i Boga waszego. Poszła więc Maria Magdalena i oznajmiła uczniom, że widziała Pana i że jej to powiedział.

Gdy nastał wieczór tego właśnie dnia, pierwszego po szabacie, i — z obawy przed Żydami — drzwi były zamknięte tam, gdzie przebywali uczniowie, zjawił się Jezus, stanął pośrodku i powiedział: Pokój wam! Po tych słowach pokazał im ręce i bok. Uczniowie ucieszyli się, że zobaczyli Pana. (...)

02/12/2016

Czemu.

Nie wiem czemu – O, Mój Panie
Ocaliłeś mnie z topieli,
Chociaż jeszcze nie wiedziałem
Że mam Ciebie o to prosić...
I wyrwałeś z rąk bandytów,
Ochroniłeś przed chorobą,
Zginąć mi nie dałeś w ogniu –
Chociaż jeszcze Cię nie znałem...

Czemu mnie – Panie – ocalasz
Codziennie, w każdej godzinie
Od tak wielu niebezpieczeństw
O których nawet nic nie wiem?
Mnie, tak bardzo niegodnego,
Tak słabego, leniwego,
Ulegającego zachciankom –
Jak tylko potrafi człowiek.

Do czego mnie przeznaczyłeś
W nieomylnych swoich planach!
Cóż takiego mam uczynić,
By wypełnić Twoją wolę!
… Tak bardzo pragnę poznać
Twe nieodgadnione zamiary.
Chcę im się podporządkować,
Chociaż mam tak mało wiary,

Choć się coraz bardziej boję,
Że znów nie zdam egzaminu
Z mej miłości i nadziei,
Posłuszeństwa i pokory.

O Panie, proszę – pomóż mi!



Paweł Baranowski 2012

10/11/2016

O Panie, proszę – pomóż mi!



Jedynie Ty – O, Panie jesteś godny osądzać skutki moich uczynków, pragnienia mego serca i prawość myśli moich.


Jesteś jedynym źródłem, więc wszystko wiesz o wszystkim, bo nie ma na tym świecie ani na żadnym innym nic skrytego przed Tobą.


Ty przecież jesteś wzorem, słupem granicznym prawdy, linią światła granicy pośród bezkresu nocy - będącej Twoim dziełem.


Jesteś głosem szepczącym, pouczającą radą, opieką przyjacielską, myślą oświecającą – dla szukających prawdy.


Dla zadufanych w sobie, zazdrosnych i zuchwałych, jesteś – niewysłowioną, niezgłębioną zagadką; jasnością nieprzystępną.


Dla wszystkich serc najczystszych Panem, lecz jednocześnie najlepszym przyjacielem; obiektem uwielbienia, ale też – wielbicielem.


Ty tylko jesteś znawcą bezstronnym, sprawiedliwym, życzliwym i nieomylnym – więc najlepiej uczynię podporządkowując się Tobie.


Wiesz przecież, czego pragnę i słyszysz – o czym myślę, bo – nie będąc stronniczym – troszczysz się jednakowo o każdego i wszystkich.


Jestem teraz jak ślepiec, który jednak próbuje pójść we właściwą stronę, nie zboczyć z Twojej ścieżki – choć gubię się i błądzę.


Choć czasem kuszą skróty, gdzie wielu mnie zaprasza i droga wygodniejsza – zawierzę Twoim słowom, błagając Cię bez końca:


O Panie, proszę – pomóż mi!


W Szczecinie; napisałem 15 grudnia 2012
Paweł Baranowski

16/04/2014

Bić – albo nie być? Oto jest pytanie!

Tytułowa parafraza Hamletowskiego pytania sygnalizuje problem który nabiera dla nas coraz większego znaczenia. Sytuacje jakiejś agresji, napięcia pomiędzy państwami, grupami etnicznymi albo religijnymi ciągle występują wokół nas, ciągle niepokoją, oburzają albo zmuszają do reakcji i w ten sposób ciągle odnawiają w nas pytania między innymi – o właściwe postępowanie, zachowanie czy postawę w takich przypadkach. Odnoszę się tu do takich zjawisk jako skutku, nie wnikając w ich przyczyny, ale też każdy tzw. „przeciętny człowiek” zazwyczaj musi się zmierzyć głównie ze skutkiem, na jego przyczyny doraźnie nie mając bezpośredniego wpływu. Z drugiej jednak strony – przyczyny, okoliczności – mają wpływ na naszą ocenę jakiegoś konfliktu jako skutku; odnosimy się do zjawiska poprzez ocenę wynikającą z naszej wiedzy o jego przyczynach, bo nasz pogląd powinien mieć przecież jakieś podstawy właśnie w wiedzy o źródle. Od tego z kolei zależy nasza postawa; poglądy determinują zachowania, na przykład reakcję na coś co uważamy za zło.

Mam tu na myśli pewien konflikt wewnętrzny dotyczący człowieka, konflikt pomiędzy religią katolicką, czy nawet w ogóle – chrześcijaństwem a postawą społeczną, osobistą postawą człowieka warunkowaną kulturowo ale zwłaszcza – gatunkowo. Mam na myśli ujęcie antropologiczne w sensie kulturowym oraz z drugiej strony – w sensie religijnym.
Nieprzypadkowo wspomniałem tu o chrześcijaństwie, ponieważ ono wprowadziło poważne zaburzenie w dawniejszej równowadze pomiędzy tym co „naturalne” a normami postępowania; oczywiście zaburzenie niejako twórcze, zmierzające do zwrócenia uwagi na właściwy kierunek komuś kto zboczył z właściwej drogi.
W tym przecież sensie Jezus mówił o swojej misji nie polegającej na przyniesieniu światu pokoju ale właśnie odwrotnie; na uczynieniu rozłamu, rzuceniu wyzwania które było od początku, jest obecnie i zawsze będzie bardzo niepokojące dla osoby świadomej siebie. Rozłamu który docelowo zmierza ku pokojowi, ale doraźnie niepokoi, bo nakazuje wybrać spośród możliwości całkowicie sobie przeciwstawnych.
Chrześcijaństwo jest jednak jedynie chwilą w porównaniu z historią człowieka jako gatunku. Z tego punktu widzenia jest powszechnie zrozumiałe, że warunki rozwoju wykształciły w człowieku pewne konkretne cechy. Zarówno chodzi tu o cechy dotyczące samego człowieka jako jednostki, ale i zachowania społeczne wynikające ze wspólnych cech osobniczych, później pojawiające się pod postacią konkretnych praw niepisanych, zwyczaju, obyczaju, jeszcze później – prawa. Zasada prymatu siły jaka obserwujemy w przyrodzie musiała dotyczyć także i człowieka; siły fizycznej i jej widzialnych symptomów, potem całego zespołu cech przywódczych w których siła fizyczna była tylko jednym i coraz mniej ważnym czynnikiem. Siła była narzędziem do wymuszania zachowań, do sprawowania władzy, do potwierdzania przywództwa.
Przywódca miał przekonać sobie podporządkowanych do swoich decyzji a w przypadku niepowodzenia tego, wymusić podporządkowanie. Bardziej lub mniej bezpośredni przymus stał się czymś powszechnym. Prawo nakazywało pewne zachowania, innych z kolei zabraniało, stanowiło zasady „sprawiedliwości” jak na przykład zasady prawa mojżeszowego (oko – za oko, ząb – za ząb). Jest dla nas absolutnie oczywiste nasze prawo do posiadania „terytorium” – od własnej strefy bezpieczeństwa osobistego – do państwa, oraz bronienia go także siłą (czyli właśnie „bić albo nie być”), prawo do posiadania własnego języka i posługiwania się nim, prawo do stanowienia prawa i stosowania go w formie bezpośredniego przymusu w celu karania za czynienie tego co my uznaliśmy za winę, egzekwowania odpowiedzialności za naruszenie prawa. Praktycznie jest dla nas oczywiste nasze prawo do „zemsty”, odwetu, odpłaty – widziane nawet i bez związku z prawem stanowionym w postaci przepisów, kodeksów itp. W wielu społecznościach jest ono nadal ważniejsze niż prawo „pisane” stanowione przez tę społeczność. Współcześnie absolutnie oczywiste – tak, że aż nie podlegające dyskusji – jest na przykład prawo do nietykalności cielesnej a więc także i prawo do obrony przed atakiem, agresją; prawo do samoobrony. To, że w wielu miejscach i sytuacjach nie jest ono przestrzegane, tego prawa nie unieważnia a wręcz przeciwnie; dodatkowo je potwierdza.
Nikt nie byłby skłonny negować zasady karania winnych, egzekwowania odpowiedzialności za śmierć, za krzywdę, za stratę materialną – czyli za winy które w powszechnym odczuciu muszą spotkać się z odpowiednią karą, bo na tym polega poczucie sprawiedliwości; ludzkiej sprawiedliwości.

Z naciskiem podkreśliłem to, że piszę o sprawiedliwości ludzkiej, dlatego że sprawiedliwość Boża jest przecież inna. W historii człowieka niezliczoną ilość razy próbował się on posiłkować w swoich działaniach argumentem propagandowym, albo nawet czasem nawet i autentycznym przekonaniem, że Bóg jest stronnikiem jego interesu, że wspiera jego „słuszne” działania, nawet gdy były to działania w każdym punkcie diametralnie sprzeczne z przekazem uważanym za „słowo Boże”. Sprzeczność ta nigdy nie odstręczała ludzi od ogłaszania Boga ich protektorem, obrońcą lub władcą, oczywiście na zasadzie: „Bóg jest z nami (Gott mit uns) więc będzie nam służył i pomoże nam zdobyć to, co my chcemy uzyskać”.

Jezus w ramach swojej misji zawarcia z ludźmi nowego przymierza, zmienił te wszystkie „naturalne” zasady kierujące zachowaniami ludzi, powstałe w wyniku ich rozwoju w konkretnych warunkach, środowisku czy otoczeniu, ale także zmienił interpretacje praw wcześniej nadanych „ludowi wybranemu” – przez Mojżesza. To czego nauczał Jezus a więc to – co polecił mu przekazać ludziom jego Ojciec, Bóg – jest zaprzeczeniem nie tylko praw i zasad ustalanych szczegółowo przez samego człowieka w wyniku jego rozwoju, ale nawet i odruchów absolutnie podstawowych, kardynalnych, takich jak prawo do własnego życia (jego obrony), realizowane nie tylko w związku z napaścią innych ludzi lub zwierząt, ale też w formie „organizowania” otoczenia (celowe budownictwo), przewidywania przyszłych potrzeb (gromadzenie zapasów) czy ustalania hierarchii społecznej w celu sprawnego zarządzania.

Jezus nauczał by zwrócić uwagę na to co przyszłe a nie tylko na „dziś”. By nie przywiązywać zbytniej uwagi do tego co chwilowe, nietrwałe, wadliwe a starać się zyskać udział w przyszłym życiu. By nie przywiązywać zbyt dużej wagi do swojego życia teraz, wykorzystując je do zyskania życia przyszłego w warunkach nie mających obecnych wad. Świat materialny jest czymś nietrwałym, skazanym na nieuniknioną zagładę a wówczas czyny i stan świadomości każdego człowieka zostanie indywidualnie oceniony pod kątem jego przydatności do wejścia do szczęśliwego Królestwa Bożego, dlatego warto zadbać teraz o wynik tej oceny.
Życie materialne jest właśnie miejscem współistnienia i ścierania się dobra i zła, jasności i ciemności, w którym trzeba dokonać wyboru – by „opowiedzieć” się za jednym lub drugim, a kryteria tejże oceny – co jest dobrem a co złem – zostały ostatecznie ukazane przez Chrystusa. Są one zupełnie inne, niż te jakie wynikają w wspomnianego wcześniej „materialnego” rozwoju człowieka; wręcz przeciwstawne.
To zasada nie tylko powstrzymania się od zabijania, ale też unikania wszelkich konfrontacji, dążenie do zgody i pojednania zawsze i ze wszystkimi. Zasada zaprowadzania pokoju, kierowania się miłosierdziem (współczuciem, litością, miłością bliźniego), pokory, prostoty i umiarkowania, dbałości o czyste sumienie. Mówił o konieczności zdecydowanej powściągliwości we wszystkim prócz przestrzegania prawa (zakonu), unikania sytuacji wystawiających na próbę, panowania nad zmysłami. Powściągliwość zalecał także nawet w wypowiadaniu się.
Pouczał by okazywać miłość i współczucie każdemu, także agresorom, by nie sprzeciwiać się złu inaczej, niż własną dobrocią. Chodziło tu o przerwanie łańcucha przyczynowo skutkowego w którym agresja spotyka się z odwetem a odwet uznawany za agresję rodzi kolejną agresję, co znów wywołuje zemstę itd. „Złotą zasadą” Jezus ustanowił taki sposób postępowania, by postępować z innymi tak – jak chcielibyśmy by wobec nas postępowano. Przestrzegał by nie sądzić i nie potępiać innych bo musi to być niesprawiedliwe, subiektywne; raczej zdać się na przyszły sprawiedliwy osąd obiektywnego autorytetu. Radził by nie gromadzić sobie skarbów tu, w świecie materialnym gdzie nie dają one szczęścia a są nietrwałe, nie zabiegać o swoje życie lecz by wykorzystać swoje życie na zapewnienie sobie miejsca w Królestwie Bożym, gdzie nie będzie zła. By starać się osiągnąć doskonałość dla przyszłego życia a nie korzystać w pełni z walorów życia materialnego. Jezus stawia wręcz konieczność radykalnego wyboru: albo dbać o „tu i teraz” wraz z wszystkimi wadami tego świata i kosztami takiej postawy, albo postawienie na przyszłe prawdziwe szczęście w świecie doskonałym dzięki wyrzeczeniu się złudnego szczęścia teraz.

Patrząc na historię ludzi, narodów, kontynentów, państw – nawet tę historię już nowej ery – po przyjściu Jezusa i po wypełnieniu przez niego Chrystusowej misji – widzimy diametralną sprzeczność tych pouczeń z rzeczywistością. Ludzkość a nawet choćby i sam Naród Wybrany – nigdy nie kierował się nauką Jezusa i to wcale nie dlatego, że w swojej większości Jezusa nie poznał i nie uznał. Jezus zdawał sobie sprawę z warunków rozwoju człowieka więc wiedział, że polecane przez niego zachowania czy postawy mogą być dla człowieka po prostu nieatrakcyjne, bo przywykł on do życia „tu i teraz” i oceniania jego sensowności po doraźnie widzianych i odczuwanych symptomach szczęścia, takich jak bogactwo materialne, przepych, poczucie bezpieczeństwa, władza, złudne poczucie niezależności od praw materialnych. I gdyby się komuś miało wydawać, że wiele traci stosując się do proponowanych przez Jezusa zasad. Jezus mówi: możecie odebrać swoją nagrodę tu i teraz, ale to nie da wam prawdziwego szczęścia. Lepiej czyńcie dobro nie oczekując tu nagrody a otrzymacie dużo więcej w przyszłym doskonałym świecie, do którego przepustką waszą staną się wasze dobre uczynki i dobre świadectwo o was tych, którzy od was doznali dobra. Aby to było możliwe, trzeba tylko uwierzyć…

Spotykamy się z agresją. Na przykład agresją militarną zaborczego państwa sąsiedniego. Albo tylko jakichś uzbrojonych niezidentyfikowanych grup. Agresor czyni wiele strat, wiele krzywd, odbiera wolność, mienie, prawa, krzywdzi, zabija.

Jezus jednak mówi:
Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. Ja wam natomiast mówię: Nie odwzajemniajcie się złu, lecz temu, kto cię uderzy w twój prawy policzek, odwróć mu i drugi. A temu, kto chce cię pozwać do sądu i wziąć twą koszulę, zostaw mu także płaszcz. Kto by cię zmuszał, abyś niósł jego ciężar jedną milę, idź z nim dwie. Temu, kto cię prosi, daj, i nie odwracaj się od tego, kto chce od ciebie pożyczyć. Słyszeliście, że powiedziano wam: „Będziesz kochał swego bliźniego i będziesz nienawidził swego nieprzyjaciela”. Ja wam natomiast mówię: Kochajcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się w ten sposób stali synami Ojca waszego, który jest w niebie, gdyż Jego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, i spuszcza deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeślibyście okazali miłość tym, którzy was kochają, jaką macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeśli pozdrawialibyście tylko swoich braci, cóż nadzwyczajnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy więc doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski.

Nie tylko mówi; On przecież sam tak postępował – jak o tym opowiada Ewangelia w opisach jego prześladowania, pojmania i ukrzyżowania przez Żydów. Czy możemy jednak wyobrazić sobie nagle zastosowanie tych poleceń przez całe społeczeństwa, narody narażone na agresję, podbój, zniewolenie? Czy w myśl nauk Jezusa obie armie; najeźdźców i obrońców stojących naprzeciwko siebie i – strzelających do siebie, są tak samo winne?

Jezus zawsze zwracał się do pojedynczego człowieka; nawet mówiąc do tłumu – mówił jakby do każdego oddzielnie. Społeczności to coś więcej niż zbiór jednostek, jednak to ludzie tworzą społeczeństwa i narody a więc ich świadomość i postawa każdego z nich decyduje o całości. Być może chodziło o to, że gdyby ludzie zrozumieli i przyjęli to zalecenie, nie byłoby agresji czyli również decyzja o nieprzeciwstawianiu się jej na skalę społeczeństw nie byłaby potrzebna. Czy więc oddanie uderzenia w policzek napastnikowi jest równie złe co jego atak? Pytanie postawione przeze mnie w tytule można traktować wprost i dosłownie: albo się bronisz, albo przestajesz istnieć. Czy obrona przed najazdem agresora jest równie zła co ten jego napad? Polega przecież na tym samym i skutek daje ten sam. Jezusowi chodzi o to, by człowiek za wszelką cenę nie poddawał się złu „w samym sobie” a nie „na zewnątrz” (np. nie łamał przykazania „nie będziesz zabijał”), gdyż cena oddania ciosu jest wyższa niż cena powstrzymania się od tego i scedowania sprawiedliwości na Sprawiedliwego Sędziego, wszechwiedzącego i wszechmogącego. Przebaczenie agresorowi i wstawienie się o przebaczenie dla niego u Boga miałoby być sposobem na przeciwstawienie się złu, ale jedynie złu w sobie samym a nie temu stosowanemu wobec nas, co dowodzi właśnie, że przesłanie Jezusa jest skierowane indywidualnie do każdego, nie do społeczeństw, ludów, narodów czy ich wspólnot.

To co można sobie jeszcze wyobrazić w odniesieniu do indywidualnych osób na podstawie znanych przykładów, nie da się odnieść do skali społeczeństw, narodów czy świata w ogóle w sposób bezpośredni. Jedynym wyjaśnieniem więc jest to, że nauka Jezusa ma zmienić człowieka a dopiero poprzez tę zmianę – wpłynąć na sytuację ogólną całego świata.

Pierwotnie opublikowano 08.03.2014.
__________________________________________________________________
Patrz też inspirowany artykuł w Newsweeku:
Piotr Milewski:”Dylemat Obamy; Bić Rosję – albo nie być”.

03/11/2013

Barbarzyński kult Maryjny.

Barbarzyński w tym znaczeniu, w jakim judaizm traktuje nie-Żydów. Barbarzyński czyli w pewnym sensie – bałwochwalczy. Wyjaśnia to scena ewangeliczna spotkania Jezusa przez Samarytankę przy studni Jakuba, w pobliżu miasta Sychar, gdy Jezus w rozmowie z nią stwierdził jednoznacznie, że „zbawienie pochodzi od Żydów”.

Cyt.: (…) Kobieta powiedziała: Panie, widzę, że jesteś prorokiem. Nasi ojcowie na tej górze oddawali cześć [Bogu]; wy zaś mówicie, że w Jerozolimie jest miejsce, gdzie Bogu należy oddawać cześć. Jezus na to: Kobieto, wierz mi, że nadchodzi godzina, gdy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie oddawali Ojcu czci. Wy czcicie to, czego nie znacie, my czcimy to, co znamy, bo zbawienie jest od Żydów. Lecz nadchodzi godzina i teraz [już] jest, gdy prawdziwi czciciele będą oddawali Ojcu cześć w duchu i w prawdzie; Ojciec bowiem takich [właśnie] czcicieli sobie szuka. Bóg jest duchem, a ci, którzy Go czczą, winni to czynić w duchu i w prawdzie. (…)”

Jeśli wiec tak, to trzeba tu zauważyć kilka ważnych przesłanek: nie ma mowy o czczeniu „na sposób boski” kogokolwiek innego, niż jedyny Bóg.
Cześć ta z założenia nie ma mieć charakteru fizycznego, zewnętrznego, obrządkowego, społecznego, publicznego – a wręcz odwrotnie; ma się objawiać w osobistej, wewnętrznej relacji indywidualnej jednostki z Bogiem. Relacji sługi z Panem i Nauczycielem opartej na szacunku, miłości i rozeznaniu własnej pozycji (roli). Przede wszystkim – nie na bojaźni a na miłości, bo w niej zawiera się wszystko inne. Cóż tu może być więcej ponad przykład samego Jezusa, który sam postępował dokładnie według swoich pouczeń czy rad dawanych uczniom; w tym przypadku nawet gdy brał ze sobą kilku wybranych uczniów by się modlić do Ojca, zostawiał ich kilka kroków za sobą po czym sam modlił się, zwracając się bezpośrednio i osobiście do Boga, nazywając Go słusznie Ojcem. Chodzi tu wyraźnie o relację osobistą, uczuciową, niepotrzebującą wizerunków, posągów, rzeźb, znaków ani nawet miejsc uznawanych przez tradycję za te „właściwe” dla kontaktów z Bogiem; mimo iż Jezus uznał Jeruzalem za miejsce najbardziej właściwe, jednocześnie mówi o sposobie kontaktu indywidualnego niezależnego od miejsca ani żadnych innych okoliczności zewnętrznych. „W duchu i w prawdzie” to znaczy poprzez bezpośredni kontakt „poza-fizyczny”, emocjonalny i umysłowy (jak choćby ten opisany przez ewangelistę Jana jako „zachwycenie” a zwłaszcza – opisany przez Saula (Szawła) z Tarsu w Cylicji – jako okoliczności „powołania go na Apostoła” – na drodze do Damaszku wreszcie jako prawdziwa modlitwa. Natomiast „w prawdzie” to znaczy – z wystrzeganiem się wszelkiego fałszu, zakłamania, dwulicowości oraz z wiernością nauce przekazanej przez Jezusa jako „fizyczne medium” – poprzez które działał przecież sam Bóg.

Dlatego można stwierdzić, iż każda próba czynienia sobie pośrednika w kontaktach z Bogiem – z jakiegokolwiek przedmiotu, wizerunku, miejsca itp. – w Biblii uznana byłaby za „barbarzyńską” czyli bałwochwalczą na wzór wiary ludów nie znających pism proroków „Narodu Wybranego”, prawa Mojżeszowego itp. Sam Jezus tę zasadę rozszerzył nawet na… Jeruzalem, co już musiało być dość szokujące dla znawców wielowiekowej tradycji dotyczącej zapowiedzi, przygotowania i oczekiwania na przybycie Mesjasza oraz zasadniczej w tym roli Jeruzalem.

Maria (Miriam) była córką bardzo zamożnej rodziny z Jerozolimy i Nazaretu, zabiegającej o jej małżeństwo ze starszym od niej bezpośrednim potomkiem Króla Dawida – Józefem. Małżeństwa wówczas były aranżowane przez rodziny, jednak bez ostatecznego przymusu. Ewangelia opisuje, że już po oficjalnych zaręczynach lecz jeszcze przed wspólnym zamieszkaniem małżonków, do Marii przybył Boży Wysłannik, zapowiadając dotyczący jej Boży plan, by miała będąc dziewicą w cudowny sposób z woli Bożej i „mocą Bożą” począć i narodzić pierwszego syna i nazwać go Jezusem; syna który był od dawna zapowiedzianym i oczekiwanym Mesjaszem, z powodu cudownego poczęcia nazwanym Synem Bożym. Jezus był w ten sposób jednocześnie i prawdziwym człowiekiem, istotą która uzyskała ciało „fizyczne” poprzez naturalne ukształtowanie i rozwój w łonie matki oraz narodzenie się „siłami natury”, ale był też jednocześnie jakby „fizycznym ciałem” samego Najwyższego; Boga, poprzez które – jak wyjaśniał sam Jezus – „Ojciec który jest we mnie wykonuje dzieła swoje”.

Trzeba przyznać, że sytuacja gdy narzeczona, panna młoda jeszcze przed zamieszkaniem z mężem nagle i niespodziewanie okazuje się być w ciąży – musiała być bardzo trudna i wręcz niebezpieczna dla ówczesnej kobiety; zasługą Marii jest więc to, że pomimo świadomości owego zagrożenia bez zastrzeżeń uwierzyła w usłyszaną zapowiedź i przyjęła przygotowaną dla niej rolę matki Jezusa – Syna Bożego, ufając iż to co przygotował dla niej Bóg nie może mieć złych konsekwencji ani dla niej, ani dla nikogo innego. Zaręczyny były wówczas sytuacją bardzo poważną, mającą konsekwencje takie jak małżeństwo; niewierność zaręczonych kobiet karana była śmiercią a zerwanie zaręczyn możliwe było jedynie przez rozwód, który wymagał listu rozwodowego no i przede wszystkim – ujawnienia powodu.
Określenie „Matka Boża” czy dawne: „Bogurodzica” – jest więc tyleż prawdziwe co logicznie ryzykowne; należy je po prostu właściwie rozumieć.

Bóg jest uznawany za duchową (poza-fizyczną, niematerialną) istotę wiecznie istniejącą, nie mającą początku ani końca, stwarzającą i utrzymującą wszystko co istnieje zarówno duchowo jak i fizycznie, nie może więc mieć matki ani tym bardziej ojca w sensie potocznym. Z drugiej jednak strony – gdy Bóg postanowił utworzyć ciało fizyczne by „słowo stało się ciałem i zamieszkało między nami”, by Jego posłaniec, Chrystus mógł zwrócić się do ludzi jako jeden z nich, wychowany pośród nich, poznać cierpienia i rozterki ludzkie, wypełnić misję Chrystusa – Odkupiciela, dokonać ofiary z siebie samego jako drastycznego, nieprzemijającego i ostatecznego znaku nie dającego się nigdy zlekceważyć, zapomnieć ani pominąć, ofiary za „odkupienie” ludzi którzy zaprzedali się złu personifikowanemu przez Szatana – musiał się w tym celu w „ludzki” sposób narodzić a więc musiał posiadać matkę, przeżyć narodziny, niemowlęctwo i dzieciństwo itd. Jest to przedmiotem opisu w Ewangelii, czyli „Radosnej Nowinie o Przyjściu Pana”. Jednocześnie jednak – czego się zazwyczaj nie zauważa, Jezus był prawdziwym synem Marii, jej dzieckiem; noworodkiem, potem niemowlęciem, jeszcze później – oseskiem, rozkosznym maluchem, młodzikiem w którym pojawiały się objawy samodzielności i świadomość misji, ale który potrafił też wypełnić do końca swoją rolę dziecka Marii… itd. – dając jej tę całą możliwą i dostępną kobiecie – matce radość płynącą z macierzyństwa. Bycie matką Jezusa – to przecież w oczach ludzi niewyobrażalny zaszczyt i wyróżnienie, niezaprzeczalny dowód na nieskazitelność i wysoką ocenę w oczach Pana a to z kolei – uzasadnia należny Marii szacunek, podziw i miłość dla niej ze strony innych ludzi, bynajmniej nie tylko kobiet.
Jezus nie jest jednak w pełni tożsamy jedynie z Bogiem, ani też odwrotnie; Bóg nie jest ograniczony jedynie ciałem i osobą Jezusa, stad pojęcie „Matka Boża” nie jest pojęciem możliwym do bezpośredniego rozumienia wprost; trzeba je rozumieć odpowiednio do wspomnianych okoliczności. Mówi ono o Matce Jezusa, poprzez którego bezpośrednio działał Bóg a nie o matce Boga, Najwyższego, Ojca – zwanego przez Żydów Adonai, czyli JHWH.
Zasługą Marii było wiec przyjęcie misji bycia matką dla dzieciątka cudownie samą wolą Bożą poczętego, Syna Bożego istniejącego w formie duchowej „od założenia Świata”; jej wiara bez zastrzeżeń, postawa służenia i podporządkowania, zawierzenia bez reszty. Wielu ludzi wierzących i dziś przyjmuje taką właśnie postawę, podporządkowania się Jezusowi, który stał się dla nas „bramą” („Nikt nie przychodzi do Ojca – jak tylko przeze mnie”) i przez to – widzenia we wszystkim co ich spotyka – czegoś dobrego, potrzebnego, mającego istotne znaczenie dla nich jak i dla innych.

Pojęcie „Matka Boża” nie oznacza więc bycia „boginią”, pozycji wyższej ani nawet na równi z Bogiem (ani w znaczeniu Ojca ani w znaczeniu Jezusa), a jeśli tak – to godna pochwały jest jedynie jej właściwa postawa służenia a nie ona sama jako osoba, człowiek. Postawa Marii godna jest najwyższego szacunku, ale nie oznacza to uzasadnienia czci boskiej dla niej – bo to już zdaje się jedynie ludzkim wymysłem. Jezus zresztą tłumaczył uczniom, że tylko ten kto wyszedł od Boga – może do Boga powrócić i kimś takim jest jedynie on; Jezus który jest Chrystusem (Mesjaszem). Mówił im: wyszedłem od Boga i przybyłem do was, ale teraz odejdę od was i powrócę do Boga; szukać mnie będziecie, lecz gdzie ja idę, wy teraz pójść nie możecie. Nauczał też uczniów: kto z was chce być największym, niech będzie sługą.
Nie ma też żadnego uzasadnienia na czynienie z Marii jakiejś władczyni, „Królowej nieba i ziemi”, Królowej (np. Polski czy jakiegokolwiek innego państwa lub narodu). Nie ma żadnego uzasadnienia czynienie z Marii rzekomo koniecznej pośredniczki pomiędzy człowiekiem a Bogiem, a tym bardziej pomiędzy człowiekiem a Jezusem, bo takie pośrednictwo jak tłumaczył to Jezus – jest całkowicie zbędne, poza tym w pewnym sensie w planie Bożym jest, by wyłącznie Jezus jako Chrystus pełnił podobną rolę („… Wszystko mi oddał w ręce Ojciec mój…”). Stwierdzenia te dotyczą wręcz nie tylko Marii ale i Jezusa czy nawet samego Boga – czynienie z nich sobie „królów” jest po prostu wielkim bluźnierstwem. Traktowanie Marii uważanej za matkę Boga – za pośredniczkę poprzez której wstawiennictwo u Syna łatwiej człowiekowi będzie uzyskać przebaczenie lub nagrodę z uwagi na wieź łączącą Syna z jego matką – jest niczym więcej jak podłym wyrachowaniem, kalkulacją, cyniczną interesownością czy naiwnym „cwaniactwem” tak podle „zapobiegliwego” człowieczka z „plemienia żmijowego”.

Ewangelia sporadycznie wspomina o Marii i czyni to w taki sposób, który dowodzi iż Jezus nie potwierdzał innej roli swojej matki – Marii niż bycie sługą Boga i wypełnianie jego woli”.

To scena z Ewangelii Jana 8, 19-21: „ Zjawiła się u Niego Matka wraz z Jego braćmi, ale z powodu tłumu nie mogli się z Nim spotkać. Powiadomiono Go zatem: Twoja Matka oraz Twoi bracia stoją na zewnątrz i chcą się z Tobą widzieć. Wtedy im odpowiedział: Moją Matką i moimi braćmi są ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je.”

Określa to pozycję Marii, jako tej której zasługą jest posłuszeństwo; nie koligacje rodzinne a stosunek do woli Boga jest wykładnikiem relacji z Jezusem. Nic w Ewangelii nie wskazuje na to, żeby Jezus przypisywał Matce, którą nazywał po prostu „niewiastą” jakieś większe znaczenie niż innym ludziom posłusznym słowu Bożemu i wypełniającym je.

Boski kult Marii jest wymysłem dość współczesnym, choć pierwsze jego ślady pojawiły się już ok. 400 lat po ukrzyżowaniu Jezusa – w Efezie (gdzie Maria przebywała powierzona przez Jezusa pod opiekę „synowską” swojemu szczególnie umiłowanemu uczniowi – Janowi, który wyjechał tam w celach misyjnych), natomiast kościelny dogmat powstał ostatecznie w XX wieku, ogłoszony przez Papieża Pawła VI (w 1950 roku). Jest on wymysłem ludzi, jednoznacznie sprzecznym z Ewangelią – jak wiele innych wymysłów ludzkich dotyczących wiary.
Swoją skrajną bałwochwalczą formę uzyskał jak się wydaje szczególnie w krajach Ameryki Południowej. Sądzę, że wyraża się w nim po prostu ludzkie niedowiarstwo, przemożna potrzeba posiadania widocznego i fizycznego „przedmiotu” kultu, przedmiotu w sensie materialnym; posągu, obrazu, figury. Wartość i znaczenie tym przedmiotom nadaje także często nawet nie sama osoba tam uwidoczniona a jakieś dodatkowe okoliczności, związane najczęściej z „cudami” dotyczącymi obrazów, tak zwanych „objawień”, wpływu przypisywanego przez ludzi tym obrazom i figurom – na ich zdrowie, sprawy państwa, wyniki bitew czy wojen itp. słowem – z bałwochwalstwem w pełnym znaczeniu tego słowa.
Można to oceniać z różnych punktów widzenia: w sensie wiary i przykładu jaki dał nam Jezus – jest to skrajne wypaczenie, odstępstwo, błąd moralny (grzech). Z punktu widzenia społecznej roli wiary religijnej – można z kolei powiedzieć: jeśli ktoś powstrzyma się od czynów haniebnych, społecznie szkodliwych, jak kradzież, zabójstwo czy rozwiązłość – dzięki wierze w „Najświętszą Panienkę”, choćby i miała owa wiara być napędzana czy podtrzymywana „kultem przedmiotów”, „cudownych” figur i obrazów – to cóż w tym złego: liczy się w tym przypadku dobry skutek społeczny a nie środki ten skutek zapewniające. Dobre jest – co daje dobry skutek.

Maria, matka Jezusa jest niewątpliwie osobą godną najwyższego szacunku, istotą mogącą być wzorem dla każdego człowieka – gdy uznana została za godną by nadać ciało ludzkie osobie przez Boga posłanej do ludzi, nazywanej przez to Synem Najwyższego. Była zapewne istotą czystą moralnie, najbardziej w rozumieniu moralnym wartościową, gdyż inaczej nie zostałaby do tej roli wybrana. Dzięki tym swoim walorom i postawie zapewne zasługuje na odpowiednią „odpłatę” od Pana, który stał się człowiekiem, nie przestając być jednak także i sobą, duchem. Nie jest ona jednak istotą boską i nie jest niezbędną pośredniczką dla ludzi, dlatego kult jej wizerunków, figur, obrazów itp. ma w istocie charakter bałwochwalczy, czyli jawnie sprzeciwiający się woli i nauce Pana i Nauczyciela – Jezusa, poprzez którego przecież Ojciec przemawiał i „wykonywał swoje dzieła”.

Najważniejszy wniosek: czy tego chcą czy nie chcą „wojujący katolicy” i „religijni patrioci” – ich agresywne preferowanie boskiego kultu maryjnego choćby i pod pozorem „kultu świętych”, łączenie tego z „patriotyzmem” – współdziała z wysiłkami wojujących ateistów zmierzającymi do ośmieszenia wiary, wyrugowania jej z życia społecznego a nawet i z indywidualnych przekonań i ludzkich sumień. Drastycznie wypacza ją. Po prostu – każda skrajność, przesada odnosi skutek odwrotny do zamierzonego. Trudno zaprzeczyć, że kult Maryjny mógł mieć jako „spoiwo” pewne znaczenie w zachowaniu kultury i odrębności polskiej w czasach rozbiorów, czasie walki o istnienie Polski w przeciągu wieków. Rozpatrując to jednak na płaszczyźnie wiary, jest on bardzo szkodliwy – jak i wszystko to, co wykracza poza rozumiany i przyjmowany w dobrej wierze tekst Ewangelii.



„Bozia” (Equador). Żródło: http://www.fsspx-sudamerica.org/fraternidad/galeriabuca10.php

07/01/2013

Przypowieści ewangeliczne i ich zrozumienie.

Wiele razy czytałem Ewangelię, stale powracając chyba najczęściej do Łukasza i Mateusza. Czytałem z przyjemnością a więc i bez wysiłku – dla ich ogromnego uroku który mnie urzekł już w dzieciństwie. Ewangelia jest szczególnym przekazem, do którego się chętnie powraca bez cienia znudzenia czy przesytu, za każdym razem odnawiając z przyjemnością swoje własne wyobrażenia miejsc, zdarzeń i osób tam przedstawianych.
Uczniowie Jezusa ledwie zdawali sobie sprawę z wyjątkowości tego w czym uczestniczą, aż Nauczyciel musiał zwrócić ich uwagę na ten fakt, mówiąc im na osobności: „Błogosławione oczy które widzą, co wy widzicie. Powiadam wam; wielu proroków i królów pragnęło zobaczyć to na co wy patrzycie a nie ujrzeli, i słyszeć co wy słyszycie a nie usłyszeli”.
Postać Jezusa, jego słowa i czyny są oczywiście najważniejsze, bo jest on Panem i Nauczycielem. Ale też – jak to określił sam Jezus – każda, nawet niewymieniona tam z imienia postać występująca w Ewangelii oznacza kogoś szczególnie szczęśliwego, wyróżnionego, wybranego, wyniesionego nawet ponad wielu królów i proroków – poprzez sam fakt obecności tam, możliwość widzenia i słuchania Jezusa. Prócz zawartości merytorycznej.
Ewangelia jest piękna i polski przekład przekazuje ten urok.
I właśnie wersje tłumaczeń z czasów mojego dzieciństwa pozostały dla mnie najwartościowsze pod względem tego jakiegoś niesamowitego piękna języka, tajemniczego, nieuchwytnego poprzez analizę – uroku słów, określeń czy opisów; choćby słynne ptaki niebieskie; pewnie zwykłe szare wróbelki, ale jednocześnie całkiem niezwykłe, bo są „spod nieba” – czyli niebieskie… albo te dziecięta, które Jezus przygarnął kiedyś do siebie z miłością i wręcz postawił za najlepszy wzór swoim uczniom, doświadczonym mężczyznom i usługującym mu swoim majątkiem kobietom, starcom niejednokrotnie uznawanym za mędrców; wzór gotowości na wejście do Królestwa Bożego.

Każdy kto tego doświadczył, ma zapewne jakieś swoje wyobrażenia, inspirowane też często obrazami o tematyce ewangelicznej malowanymi „od zawsze” przez genialnych malarzy, inspirowane jakimiś współczesnymi, kolorowymi ilustracjami do Biblii z których słyną np. wydawnictwa tak zwanych Świadków Jehowy a nawet i doskonałymi niejednokrotnie przedstawieniami scen z Ewangelii funkcjonującymi w postaci tzw. drogi krzyżowej, której „stacje” (wybrane charakterystyczne sceny) przedstawione na freskach, płótnie lub w postaci reliefów (płaskorzeźb) rozmieszczane są na ścianach nawy głównej kościoła, w części przeznaczonej dla przychodzących tu ludzi (czyli – dla ludu).

Piękno epizodów i scen Ewangelii oraz języka je opisującego – to jedno; ważna jest jednak przede wszystkim treść a więc i jakość merytoryczna przekładu.
Język przekładów musi być uwspółcześniany co jakiś czas, gdyż inaczej Ewangelia szybko przestałaby być nawet jako tekst zrozumiała, szczególnie dla najmłodszych jej czytelników. Cały ogromny problem polega przy tym na piętrzących się przed tłumaczem trudnościach w sferze językoznawczej dotyczącej starożytnej greki i języka aramejskiego, przepastnych różnic kulturowych, historycznych, geograficznych, sporych wbrew pozorom luk w naszej wiedzy o starożytności, wywołujących też spory naukowców – promujących zawsze własne teorie.
Włączając w to zasoby biblioteczne, dostępnych jest bardzo wiele wersji tłumaczeń opartych na rzymskokatolickiej tradycji tłumaczeniowej, ale i wiele wersji katolickich nie związanych z Rzymską Stolicą Biskupią, wersji poza-katolickich itp. Różnice treści dotyczą więc nie tylko jakości przekładu ale i założeń teologicznych (doktryny) danego środowiska religijnego kształtujących proces tłumaczenia a więc w rezultacie i treść. To ważne spostrzeżenie, bo bardzo by się mylił ktoś, kto by mniemał, że każde (profesjonalne, rzetelne naukowo) tłumaczenie tekstu powinno dać taki sam efekt, tak jak różne metody poprawnych działań matematycznych zmierzających do rozwiązania określonego zadania muszą dać ten sam wynik.
Ograniczając jednak to rozważanie do katolicyzmu i protestantyzmu – różne wydania Biblii (głównie interesują mnie tu Ewangelie) potrafią bardzo się różnić i to nie tylko w drugorzędnych szczegółach ale i we fragmentach mających zasadnicze znaczenie. Wystarczy tu wspomnieć, że np. nie wszystkie księgi starotestamentowe kanonu rzymskiego są uznane w kanonie protestanckim, a protestanckie tłumaczenia stanowią uznawany standard.

Wspominam o tym wszystkim – tytułem wstępu – zupełnie nieprzypadkowo.
Piszę to wszystko w związku z zaskakującym mnie aktualnie spostrzeżeniem; pomimo wielokrotnego czytania Ewangelii ciągle można w niej znaleźć fragmenty trudne do zrozumienia, zaskakujące czytającego wyraźnym i uderzającym w chwili czytania „brakiem logiki”, zdaniami których w pierwszym odruchu nigdy byśmy nie przypisali Jezusowi a wręcz uznali taki pomysł za obelgę. To oczywiście nie jest żadna „magia”; po prostu to my się zmieniamy, dojrzewamy, ogarniamy coraz więcej naszym rozumem i uczuciem, poszerza się horyzont naszego pojmowania - jeśli tego pragniemy. Zapewne; między innymi także i na skutek poprzednich chwil poświęconych lekturze Ewangelii czy medytacji o jakimś jej fragmencie.
Jest to możliwe, bo działa tu ciekawa a nie zawsze dostrzegana własność rozumu ludzkiego: jeśli jakiś problem nas autentycznie zainteresuje, zaangażuje, zajmuje naszą uwagę poprzez aktywne myślenie o tym, porusza nasze emocje – to proces analizowania nie kończy się wraz z zajęciem się inną sprawą, przeniesieniem naszej uwagi na coś innego, a jest on kontynuowany jako nieświadomy (podświadomy) dużo dłużej, także i w czasie snu, aż do osiągnięcia jakiegoś rozwiązania, które uznamy za zadowalające. Trwa to nawet miesiącami. To zjawisko znane psychologii, wyjaśniające przypadki tzw. nagłego „olśnienia” zrozumieniem, często właśnie we śnie. Nagle uderza nas jasne zrozumienie czegoś, albo odwrotnie; dostrzeżenie dotychczas niezauważonego fragmentu kompletnie niezrozumiałego; nagle uderza nas nasze niezrozumienie.
Uważamy więc często, że znamy dość dobrze Ewangelię, nagle jednak mimo to mówimy: to niemożliwe! Jezus nie mógł tak powiedzieć! Jest tu jakaś pomyłka! Tu musi być jakiś błąd – jeśli nie współczesnego tłumacza to pisarza ewangelisty – często także będącego tłumaczem – jak Łukasz, spisujący na bieżąco opowiadania Apostoła Pawła z jednoczesnym ich tłumaczeniem na grekę koine.
Takie też i bywają komentarze do trudno zrozumiałych fragmentów publikowane nawet przez księży katolickich; tego nie da się zrozumieć, bo ewangeliści jako pisarze i tłumacze też nie byli ideałami, nie sprawdzali dokładnie spójności całego tekstu prawdopodobnie redagując (kompilując) go z wielu bardzo różnych fragmentów innych autorów, nie byli dość drobiazgowi w korekcie, po prostu mogli się pomylić… Cóż;… trudno poważnie traktować takie stanowisko, podobnie jak i słynną wersję pewnej piosenkarki – celebrytki, wspominającej kiedyś publicznie o „napruciu się winem” i „najaraniu jakimiś ziołami” – jako genezie Ewangelii.

Po takim wstępie chciałbym w kilku oddzielnych felietonach przeanalizować niektóre przypowieści Jezusa zawarte w Ewangelii a stanowiące treść jego nauczania, nigdy nic nie tracącego z aktualności i mądrości.

06/01/2013

Słuszna rzecz, Panie - Tobie chwałę dawać…

Jan Kochanowski „PSALMY DAWIDOW” – Psalm 92 (fragment)

Słuszna rzecz, Panie, Tobie chwałę dawać
I Twoje święte imię wyznawać.
Dzień li po niebie światło swe rozleje,
Noc li świat płaszczem czarnym odzieje,
Dzień mię usłyszy litość wyznawając,
Noc prawdę Twoje opowiadając
Nie tylko słowy, ale i gęślami,
Ale i lutnią, i skrzypicami.

Serce mi kwitnie, pełenem radości
Patrząc na sprawy Twej wszechmocności.
Sprawy dziwne a niewysłowione,
O myśli w twardej nocy zamknione!
Niemądry na to nigdy nie napadnie,
Tępy do śmierci tego nie zgadnie,
Źli - zakwitnąwszy, jako kwitną zioła,
Uwiędną prędko i zginą zgoła.

Ty wszytki wieki przetrwasz, Możny Panie;
Twych nieprzyjaciół szczęt nie zostanie,( … )

28/06/2012

Już rozumiem…

Jestem taki samotny.
osaczony przez pułapki życia.
O, Ukojenie Samotności!
czemu jesteś tak odległy?

Mój umysł z trudnością przenika
barierę głupoty, niewiedzy,
kiedy usiłuję nieudolnie
wyobrazić sobie Twą postać.
odmawia mi posłuszeństwa,
gdy chcę zrozumieć – kim jesteś.
Moje poszukiwania
akceptacji, zrozumienia i miłości,
pomiędzy mnie podobnymi –
nie powiodły się…

      … teraz wiem: to nie Ty ode mnie.
to ja jestem tak odległy od Ciebie,
gdyż to Ty zawsze jesteś
na właściwym sobie miejscu.
Jestem nieszczęśliwy i samotny,
bo oddaliłem się od Ciebie
jak krnąbrne dziecko od ojca,
zajęte tylko błahostkami…

O Panie, proszę, pomóż mi!

*

„Jak przedziwne imię Twoje – Panie
gdy patrzę na Twoje niebo, Księżyc i gwiazdy,
któreś Ty utwierdził, dzieło rąk Twoich.
Czymże jest człowiek, że o nim pamiętasz…”

10/05/2012

Ewangelia; trud tłumaczenia, trud zrozumienia…

W poprzednim felietonie wspominałem już o tłumaczeniu Ewangelii jakie rozpoczął - i niestety nigdy już nie doprowadzi do końca - prof. Zygmunt Kubiak. ( * )
Był wybitnym znawcą kultury i języka greckiego, autorem wielu niezwykle autorytatywnych dzieł, jak „Literatura Greków i Rzymian”, „Dzieje Greków i Rzymian”, ”Mitologia Greków i Rzymian”, ”Brewiarz Europejczyka” czy tłumaczenie Poezji Kawafisa – któremu poświęcił ponad 30 lat pracy. Był więc szczególnie predysponowany do tego, by dokonać tłumaczenia Pism Nowego Testamentu albo chociaż Ewangelii – bezpośrednio z języka greckiego.

Był człowiekiem ogromnej kultury i wiedzy, ale bynajmniej nie uzależnionym emocjonalnie czy intelektualnie od dotychczasowego dorobku Kościoła Katolickiego i to właśnie stanowiło moim zdaniem cechę najbardziej wartościową dla potencjalnego tłumacza Ewangelii.
Chodzi o to, że tłumaczenia Ewangelii „obrosły” niejako zmianami, redakcjami, wreszcie tak zwaną „tradycją tłumaczeniową” – która w sposób trudny do ogarnięcia zmienia treść nauki Jezusa. Kiedy porównamy jednocześnie różne wydania, różne tłumaczenia dokonane w różnym czasie, narzuca się nam niesamowita zgodność, zbieżność treści Ewangelii Mateusza, Marka i Łukasza a przecież mają one różnych autorów, powstawały w różnym czasie i w różnej tradycji piśmienniczej, kulturowej. Łukasz był niewątpliwie Grekiem i pisał Ewangelię prawdopodobnie dla Greków. Najstarsza Ewangelia – Marka, powstała bardzo wcześnie bo ok. roku 65. Marek był tłumaczem Szymona Piotra i spisywał wypowiedzi i opowiadania Piotra mówione po aramejsku, tłumacząc je na grekę. Spisywał je tak jak je słyszał od Piotra, przy okazji działalności Piotra a więc w sposób mało uporządkowany chronologicznie.
O Ewangelii Mateusza uważa się obecnie, że była pisana przez Żyda, po aramejsku i dla Żydów, po roku 70, choć wśród badaczy nie ma tu zgody, są przekonania także i odmienne.
Łukasz z kolei był jak się dziś uważa towarzyszem wypraw św. Pawła a także jego lekarzem. Paweł nie był Apostołem w ścisłym znaczeniu tego określenia, to znaczy Apostołowie go za takiego przynajmniej początkowo nie uważali, gdyż nie został powołany wraz z nimi przez samego Jezusa i bezpośrednio nigdy nie widział Jezusa, poza oczywiście chwilą jego „nawrócenia” na drodze do Damaszku, gdzie zamierzał prześladować chrześcijan. Na dodatek - początkowo przez pewien czas nie tylko "nie chodził za Jezusem" tak jak to robili Apostołowie ale wręcz przeciwnie; ścigał tych których podejrzewał o "bycie uczniem Jezusa", wtrącał do więzień, maltretował i zabijał, w swoim mniemaniu - broniąc Wiary i Prawa.
Data powstania tej Ewangelii także jest bardzo sporna ale umiejscawia się ją gdzieś około roku 125 – 150, choć są i opinie naukowe skrajnie różne. Łukasz pisał ją w języku greckim tzw. koine, czyli mową wspólną dla plemion hellenistycznych. Jego Ewangelia wydaje się być właściwie redakcją tych poprzednich, zawierając nie więcej niż 25% materiału dodanego przez samego Łukasza. To raczej próba zebrania i chronologicznego uporządkowania tego, co dotychczas o Jezusie napisano, w pewnymi uzupełnieniami podanymi przez Pawła.

Tak więc z tych trzech Ewangelii tzw. „synoptycznych” wszystkie powstawały w różnym czasie, różnych językach i dla różnych odbiorców, a jednak - gdy dziś porównujemy ich treść – wydają się nam niezmiernie podobne, wręcz jednakowe co do analogicznych faktów. W takich okolicznościach, argument, że dotyczą one jednego i tego samego tematu, osoby, wydarzeń – oczywiście należy odrzucić, gdyż nie ma praktycznie możliwości relacjonowania dziejów nauczania Jezusa w tak podobny sposób poprzez tak różnych autorów działających w tak różnym czasie i okolicznościach.
Wyjaśnieniem tego zjawiska byłby moim zdaniem właśnie wpływ kolejnych niezliczonych tłumaczeń i redakcji późniejszych, aż do dnia dzisiejszego z jednoczesnym oddziaływaniem tak zwanej „tradycji tłumaczeniowej”, polegającej na tym, że ze względów teologicznych pewne fragmenty Ewangelii tłumaczy się w określony sposób niezależnie od zapisu w źródłach greckich czy innych zachowanych materiałach źródłowych.

Ktoś zapyta, cóż to za tłumaczenie, gdy wynik nie odpowiada treści oryginału… ?
Różnice te czasem dotyczą rzeczy może mniej istotnych, ale problem w tym, że my nie mamy prawa a nawet i możliwości (zrozumienia, wiedzy) by określać, co jest w Ewangelii w jakim stopniu istotne a co nie. Twierdzenie przeciwne jest wyrazem pychy, zarozumialstwa albo nieuczciwości, jaka nieraz niestety towarzyszyła dziejom Ewangelii.

Na przeciwnym biegunie mamy tradycję Indii, gdzie na przykład wg mojej ulubionej „Historii Filozofii Indyjskiej” Ericha Frauwallnera – nauczyciel (guru) musiał być tzw. „przeźroczystym medium” to znaczy – będąc w sukcesji uczniów wywodzących się od jakiejś emanacji Boga – miał przekazać wszystko to czego dowiedział się od swojego nauczyciela, bez najdrobniejszej nawet zmiany, nie „zanieczyszczając” otrzymanego od swojego nauczyciela przekazu jakąkolwiek ingerencją; własnej osobowości, intelektu czy upodobań. Nawet jeśli chciałby to czynić w dobrej wierze. Jeśli uczynił inaczej – tracił swój status bramina, guru. Wydaje się, że to jedyne właściwe podejście, oparte na postawie służenia… więc może dlatego tak obce właśnie naszej współczesnej katolickiej praktyce religijnej…

Wracając do śp. prof. Zygmunta Kubiaka, z radością rozpoczął on pracę nad tłumaczeniem Ewangelii z języka oryginału (greki koine), rozpoczynając niestety od Ewangelii Łukasza a więc tej – najpiękniejszej, ale najmniej jednocześnie wartościowej w sensie naukowym, historycznym, czy teologicznym.
Niestety profesor dokończył jedynie tę jedną z Ewangelii i tu moja refleksja, że szkoda już w takiej sytuacji iż nie była to Ewangelia Jana, najważniejsza jeśli chodzi o nauczanie Jezusa, o jego słowa o Bogu – najobszerniej i najbardziej szczegółowo przekazane właśnie przez Jana. A w aspekcie tego co napisałem wcześniej – nowy i niezależny od tradycji przekład z oryginału, dokonany przez takiego człowieka jakim był Zygmunt Kubiak – byłby rzeczywiście iskierką nadziei na uratowanie tego co jeszcze się da - z treści oryginalnej…

Wiele wskazuje na to, że wszystko co dotyczy Jezusa, co zostało opisane w Ewangelii – nie jest przypadkowe, każdy najdrobniejszy szczegół czemuś służył i miał swoje przewidziane przez Wszechmogącego znaczenie. Nie jesteśmy w stanie ocenić, czy coś jest mniej czy bardziej ważne w swoich dalszych konsekwencjach, dlatego jedyną rozsądną postawą powinna być właśnie ta przyjmowana przez tłumacza hinduska postawa „przeźroczystego medium” o której nieprzypadkowo wspomniałem wcześniej.
Z drugiej strony natomiast – jeśli widzimy zbyt dużo drobnych, pozornie mało ważnych odstępstw – to tracimy zaufanie do rzetelności całego dzieła (czy tłumaczenia). Jeśli na przykład ktoś pożycza od nas często np. 300 złotych a oddaje 299, albo oddaje 300 ale zawsze kilka dni po ustalonym terminie - to zapewne machniemy ręką, że to drobiazg itp., ale szybko, podświadomie nawet – uznamy tego człowieka za "niepewnego", ograniczymy zaufanie do niego; no niby zawsze oddaje, ale… Dokładnie tak i w tym przypadku.

Dla przykładu - sprawa tak zwanego zwiastowania.
Treść pozdrowienia anielskiego obecnie zwyczajowo przyjęta, wynikająca także ze swoistego kultu Maryjnego całkowicie obcego Ewangelii, nie ma podstaw w tekście Ewangelii Łukasza w jej greckim oryginale. Współcześnie zgodnie z "tradycją tłumaczeniową" Anioł powiedział do Marii:

Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami.

Nieco bardziej współczesne, tradycyjne tłumaczenie – to: Bądź pozdrowiona, łaską obdarzona, Pan z tobą, błogosławionaś Ty pomiędzy niewiastami.

W języku łacińskim jest to: „Ave, gratia plena, Dominus Tecum.”

To Ave – jest tak bardzo rzymskie... (Ave Cezar!), ale w oryginale greckim Ewangelii Łukasza jest inaczej:

Chaire, kecharitomene, Kyrios meta Su. Co dosłownie oznacza: Ciesz cię, łaski pełna, Pan jest z Tobą. A dalej - nie ma „Błogosławionaś Ty między niewiastami”, jak to mamy w „tradycji tłumaczeniowej”.
Nie ma.
To nie są słowa Anioła, wypowiedziane do Marii podczas zwiastowania, to są słowa Elżbiety która je wypowiedziała do Marii kilka miesięcy później, gdy ją Maria odwiedziła w domu Zachariasza.

Przytoczmy ten fragment: „ Niedługo potem wybrała się i podążyła śpiesznie do miasta na wyżynie Judzkiej. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Kiedy ta usłyszała od Marii pozdrowienie, poruszyło się dzieciątko (**) w jej łonie. Elżbietę napełnił wtedy Duch Święty i bardzo głośno zawołała: Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc Twojego łona! Skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?!...”

Jeśli więc uznamy grecki oryginał Ewangelii Łukasza za autorytatywny, a jest to przecież jedyna "całościowa" podstawa do tłumaczeń na inne języki - to okazuje się, że „tradycja tłumaczeniowa” polega na istotnym przeredagowaniu tego fragmentu. Na zniekształceniu oryginału.
Tu znów ktoś powie: „... i cóż takiego się stało? Przecież „źle” Anioł by nie powiedział, gdyby tak powiedział, jak my to wymyśliliśmy. Tak jest ładniej, "bardziej religijnie"… Może i Anioł tak nie powiedział, ale naszym zdaniem powinien był tak powiedzieć…”

Moim zdaniem – tak właśnie postępować, ani nawet myśleć - nie wolno.

Uczniowie Jezusa prosili go pewnego razu, by nauczył ich modlić się, a to dlatego iż słyszeli od uczniów Jana - że pouczał ich o tym jak mają się modlić. To początek rozdziału 11 Ewangelii Łukasza. Tak to przedstawia współczesna kościelna „tradycja tłumaczeniowa”:
„A gdy On w pewnym miejscu modlił się i zakończył modlitwę, ktoś z jego uczniów rzekł do niego: Panie, naucz nas modlić się, jak i Jan nauczył swoich uczniów. Wtedy rzekł do nich: gdy się modlicie, mówcie:

"Ojcze nasz, któryś jest w niebie,
święć się imię twoje,
przyjdź Królestwo twoje,
bądź wola twoja, jako w niebie tak i na ziemi,
chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
i odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom
i nie wódź nas na pokuszenie
ale nas zbaw ode złego.”

W oryginale greckim Łukasza jest jednak inaczej:

Ojcze,
Niech się święci imię Twoje,
Niech przyjdzie Królestwo Twoje,
Chleba naszego powszedniego dawaj nam na każdy dzień
i przebacz nam nasze grzechy,
bo i my przebaczamy każdemu kto wobec nas zawini
i nie wystawiaj nas na próby.

Więc znów ktoś coś pododawał, coś pozmieniał, "poprawił" po Jezusie a w każdym razie po jego uczniu Apostole Łukaszu, który nam to zrelacjonował w Ewangelii. Zapewne - po to, by było bardziej religijnie. Bardziej wzniośle. Trudno wątpić w dobre intencje. Znów ktoś się jednak czuł ważniejszy i mądrzejszy niż Jezus, który modlitwę podyktował i polecił uczniom…
Jeśli na dodatek porównamy to z jeszcze innym tekstem, jaki dziś funkcjonuje jako modlitwa powszechna w Kościele Protestanckim, to widzimy jeszcze większe różnice.

Jezus jednak nie powiedział uczniom:"... chłopaki, to tak mniej więcej się módlcie, jak wam powiedziałem, a jak wam coś się nie podoba, to sobie sami zmieńcie, przeróbcie albo dodajcie coś od siebie, byle było "stylowo"…".
Powiedział wręcz odwrotnie: kto mnie miłuje, ten słowa moje zachowuje. Nie miłuje mnie - kto słów moich nie przestrzega.
W wierności nauce Jezusa, zachowywaniu i przestrzeganiu jego nauk - i głównie w tym - objawia się wiara i miłość a także i nadzieja na Jego Królestwo.

Oczywistym wydaje się, że Ewangelię, czy Nowy Testament, czy może nawet całą Biblię – trzeba ciągle na nowo tłumaczyć zgodnie z przemianami języka odbiorcy, języka który jest tworem żywym i dość szybko się zmieniającym. Nie możemy dziś czytać a już tym bardziej mówić na przykład:
„Wielmoży dusza moja Pana mego a zwiesieli się duch mój w Bodze zbawienia mojego” - bo jest to nadto niewspółczesne, przestarzałe i z tego powodu – niezrozumiałe.
( Magnifikat, tłumaczenie z ok. 1600 roku).
Z drugiej strony – jeśli ktoś w cytowanej wyżej modlitwie podanej przez Jezusa swoim uczniom, których my naśladujemy - dziś przetłumaczy „… i odpuść nam nasze DŁUGI, tak jak i my odpuszczamy…” („Biblia XXI wieku”), to jest bardzo daleko od greckiego źródła tekstu Łukasza a na dodatek widziałbym w tym i sporo złośliwości…
Złośliwości w modlitwie…? To już by była duża przesada. Jednak z drugiej strony -b tłumaczenia Ewangelii nie mogą i nie są czymś oczywistym, z powodu ogromnej odległości czasowej i kulturowej od jej powstania.

Wniosek nasuwa się tu następujący:


I tak bardzo trudno jest dziś o prawdziwą wiarę. Człowiek zanurzony niejako w trudnym, nieprzyjaznym otoczeniu, codziennych troskach, trudnościach – nie bardzo chce przyjmować jakiekolwiek obowiązki, ograniczenia, przyjmować jakiekolwiek autorytety. Takie postępowanie Kościoła w sprawie podstaw wiary z pewnością nie dodaje mu wiarygodności. Jezus wiedział o tym i o tym mówił. Wydaje się więc, że Kościół nie dba o własną "wiarygodność sługi", wobec ludzi uważając się raczej - wbrew poleceniom Jezusa - za pana, dlatego staje się coraz mniej wiarygodny.
Czy to samo można powiedzieć o Ewangelii?
Moim zdaniem - jeszcze na szczęście - nie.

Jest prócz tego oczywiście i dużo więcej problemów z praktyczną realizacją nauki Jezusa, ale cóż tu się martwić o realizację, gdy same nauki w ich współczesnym przekazie stają się mało wiarygodne.

(*) Artykuł ten napisałem posługując się częściowo informacjami z przedmowy Autora przekładu Ewangelii według Św. Łukasza - prof Zygmunta Kubiaka.
(**) Dzieciątko – to Jan, później nazwany Chrzcicielem.

Post Scriptum.
Aby obraz sytuacji którą omawia powyższy tekst nie był zbyt ciemny, bardziej niż w rzeczywistości, postanowiłem jeszcze przytoczyć tu fragmenty wypowiedzi patrona tego przekładu, ks.prof. Michała Czajkowskiego, biblisty, współprzewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, dotyczące tego wydania Łukaszowej Ewangelii.

"Trzeba dziś nie lada odwagi, by przekładać księgę biblijną. Na szczęście tej odwagi nie zabrakło prof Zygmuntowi Kubiakowi; - jego przekład jest udany, piękny, wzbogacający. Wybitny znawca tradycji klasycznej, były współpracownik wielkiego biblisty śp. ks. Eugeniusza Dąbrowskiego, wspaniale przybliżył nam Ewangelię wg św. Łukasza, także w słowach wstępu. To oryginalny, twórczy przekład. Podziwiam piękno jego języka i wierność oryginałowi greckiemu. Autor szczęśliwie odszedł od pewnych tradycji i stereotypów translatorskich".

Natomiast ks. Adam Boniecki napisał o Zygmuncie Kubiaku:
"Jego ojczyzną była "Polska śródziemnomorska"; dzięki temu rósł i tworzył w najmniejszym stopniu nie skażony miazmatami PRL-u. Pierwsza książka "Półmrok ludzkiego świata" (1963) to zmagania z tajemnicą prawdy ludzkiego cierpienia, śmierci oraz istnienia; wszechwiedzy i miłosierdzia Boga. Ostatnia (...) niedokończony przekład Ewangelii. Z tekstu greckiego, bo - był o tym przekonany - Panu Bogu o miłości najzręczniej było mówić do ludzi po grecku."


Skoro więc autorytety nie napiętnowały samodzielności i odejścia od "tradycji i stereotypów translatorskich" - to... tylko kontynuować tę pracę wobec pozostałych ksiąg Ewangelii...
P.B

09/02/2012

Modlitwa bezrobotnych…

PSALM XIII 
Dokąd mię chcesz zapomnieć?


Dokąd mię chcesz zapomnieć? 
Dokąd święte swoje twarz przede mną kryć będziesz? 
Dokąd dusze moje frasunki trapić będą, Ojcze Dobrotliwy!? 
Dokąd mię deptać będzie człowiek zazdrościwy!?

Dosyciem znał dotychmiast uszy Twe zamknione, 
Dosyciem znał i nazbyt oczy odwrócone; 
Chciej na mię kiedy wejźrzeć, chciej uprzejme moje
prośby, o wieczny Panie, przyjąć w uszy swoje!

Rozświeć moje ciemności swym nieogarnionym Światłem, 
abych nie zasnął snem nieprzebudzonym; 
Niechaj tej ze mnie nie ma nieprzyjaciel chluby, 
Aby miał rzec: "Jam go zstarł i przywiódł do zguby."

Upad mój wielka rozkosz przeciwnikom moim, 
Ale ja, Panie, ufam w miłosierdziu Twoim, 
Że mię Ty nie opuścisz, a ja w głośne strony 
Będę imię Twe sławił, Boże niezmierzony!




Jan Kochanowski z Czarnolasu; Psalmy

06/02/2012

Jak się uchronić od narastającego w nas oburzenia, gniewu…

Sytuacja staje się bardzo trudna. Z jednej strony coraz bardziej jak się wydaje uwidacznia się, że prawdopodobnie rzeczywisty stan spraw państwa nie był dotychczas w pełni ujawniany. Ma to oczywiście co prawda swoje poważne uzasadnienie – w dbałości o nastroje inwestorów, nie tylko tak zwane „rynki finansowe” ale także i nastroje przedsiębiorców. Wszystko jest w płynnej, chwiejnej równowadze opartej wbrew pozorom na zupełnie nieracjonalnych podstawach, takich jak obawy, leki, nastroje, wróżby, przepowiednie, noga którą przedsiębiorca dziś wstał... Po prostu jest tu istotny czynnik pozarozumowy i trzeba to przyjąć do wiadomości.
Któż jednak wie; czy gorzej jest znać nie najweselszą prawdę, czy pogrążać się w nieufności – widząc że optymizm jest udawany a oficjalny obraz coraz bardziej się różni od tego widocznego. Czy lepiej wiedzieć jak jest, czy wiedzieć, że z pewnością nie jest tak jak się wydaje (czyli w domyśle – gorzej?). Ukrywanie prawdy z czasem staje się widoczne i budzi nieufność, co może prowadzić do reakcji jeszcze groźniejszej, niż gdyby prawda była znana.

Nie bawi mnie politykierskie „gdybactwo” a interesuje mnie raczej praktyczny skutek społeczny.  W odniesieniu do ludzi pozbawionych zatrudnienia, ale też i ogólnie do wszystkich i wszystkiego - śmiało można przyjąć założenie dokładnie odwrotne niż to mają w zwyczaju ideologicznie zaślepieni; nie jest ważne KTO rządzi a raczej – JAK, to znaczy z jakim skutkiem społecznym. Co więcej – dokładnie właśnie nie jest ważny skutek „w ogóle” a jedynie skutek społeczny.
Jedni mogą mówić: trudno, zdechnę z głodu ale najważniejsze żeby za wszelką cenę Kaczyński nie był przy władzy.
Inny powie: nie interesują mnie ludzie zdychający z głodu, ale ci co na mnie głosują, bo najważniejsze aby za wszelką cenę odsunąć Tuska od władzy.
Ta „wszelka cena” i w jednym i w drugim przypadku – to tacy jak ja, jakieś 500.000 osób pozbawionych jakiejkolwiek możliwości zatrudnienia a nawet i całe dwa miliony bezrobotnych w tym kraju.
Tak łatwo jest płacić, sięgając do cudzego portfela…

Wydaje się oczywiste, zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka, że w systemie przyjętym przez cywilizację ludzką i dość powszechnie obowiązującym, nie mającym istotnej alternatywy, polegającym na używaniu pieniądza jako powszechnego ekwiwalentu pracy – człowiek musi mieć dostęp do tego podstawowego systemu, jeśli oczywiście chce. A trudno sobie wyobrazić by nie chciał, biorąc pod uwagę absolutną podstawowość  i powszechność oraz jednocześnie występującą wymienialność pracy i potrzeb, za pośrednictwem umownego ekwiwalentu jakim jest pieniądz.  Jakim trzeba być człowiekiem, i czy zasługuje na to miano ktoś, kto odmawia części społeczeństwa prawa do udziału w systemie wymiany praca-ekwiwalent pracy. Kto świadomie wyłącza masę swoich współobywateli ze społeczeństwa, traktując ich jak zbędnych, jak śmieci które się spycha w kąt, wymiata za próg, by samemu poczuć się lepiej w tak „wysprzątanym” domu. Przecież wiadomo, że człowiek musi zdobywać pieniądze, bo tylko to pozwala mu zaspokoić własne podstawowe potrzeby życiowe i daje mu w ten sposób namiastkę wolności, a najlepiej by było dla wszystkich – by te pieniądze zdobywał poprzez pracę, której wynik jest społecznie użyteczny, służy także innym.
Czy to mózg dziurawy jak ser szwajcarski od „trawki” popalanej po kątach w młodości powoduje, że się tworzy gospodarkę dla elity, jakiś KRYPTO-FASZYSTOWSKI ustrój,  jak na ironię, drwinę z ludzkiego cierpienia nazwany „obywatelskim” w którym jest elita władzy, uprzywilejowanych, „klasa Panów” – zapewniająca sobie wszystko co najlepsze i ustalająca przepisy prawa gwarantujące im i ich rodzinom WSZYSTKO, jest masa zastraszonych, uganiających się za jakimkolwiek zarobkiem „niewolników” których nauczono się bać, zabiegać o przychylność „panów”  wychodząc usłużnie naprzeciw ich wszelkim kaprysom i zachciankom, umizgiwać się do „chlebodawców” sztuką pisania „listów motywacyjnych” i sztuką kłamstw, rezygnacji z własnych potrzeb, odpoczynku, godziwej zapłaty za pracę, rezygnujących z wywalczonych i wypracowanych przez pokolenia praw. No i gdzieś tam na marginesie są „śmieci”, ci co się nie nadają do rączej służby dla Panów, albo co gorsza – nie chcą, trwając przy swoich humanistycznych przyzwyczajeniach myślowych. Ci dla tej władzy nie istnieją, są zbędni, pomijalni, ale skoro już są – to można jeszcze na nich zarobić, uszczknąć coś z udawanej „pomocy”, pozwalającej transferować pieniądze z funduszy publicznych do prywatnych bez poczucia bycia złodziejem, oszustem czy zabójcą. Zresztą – jak wymyślili prekursorzy tego systemu – przecież „zwycięzcy nikt nie sądzi”; przed kim miałby on odpowiadać za skutki swojego działania. A skutki zresztą i tak są nieodwracalne…

To wszystko budzi sprzeciw. Sprzeciw wewnętrzny, jeszcze mało wyrażany publicznie.

Ludzie mają o wiele za dużo tolerancji, cierpliwości i być może sami sobie tym szkodzą, doprowadzając do narastania problemu podczas gdy odpowiednio wczesne i jasne wyrażenie swojej reakcji mogłoby zapobiec wielu problemom obu stron. Społeczeństwo od ponad dwudziestu lat ponoć "wolne" - musi zacząć być asertywne; asertywne na skalę społeczną. Tymczasem wydaje się być bezrefleksyjną "szarą masą", sprytnie kształtowaną naciskami i zabiegami władzy, "elity", poddającą się im bezwolnie...
Człowiek źle znosi stawianie go w takiej sytuacji, to budzi sprzeciw, bunt. Im sytuacja staje się gorsza, trudniejsza – tym sprzeciw jest bardziej radykalny, na dodatek staje się równie co poczynania władzy ideologiczny, zamknięty, zaciekły i oporny na dialog. Zasada adekwatności akcji i reakcji ma tu swój szczególny wyraz.

Prawdziwy problem zjawia się człowiekowi w konflikcie z własnymi przekonaniami. Pomijając już skalę czy platformę społeczną tego, powstaje konflikt wewnętrzny, problem sumienia. Oczywiście własnego sumienia, tego które jest indywidualnym „rejestratorem” postaw i czynów człowieka i przed którym nie ma się gdzie skryć. Człowiek który zna i przyjmuje zasady, pouczenia zawarte w Ewangelii, chce im sprostać bo jest przekonany o ich prawdziwej wartości, ale jednocześnie widzi – obserwując samego siebie tym „okiem wewnętrznym” które nigdy nie zasypia, które widzi w ciemności i we mgle – że dramatyzm sytuacji w której został postawiony, poczucie własnej niemożności – nasila w nim agresję, postawę radykalną pewnie na skalę ludzką całkowicie zrozumiałą ale diametralnie sprzeczną z wyznawanymi wartościami, na przykład wskazanymi w Ewangelii.
Jezus pouczał, by nie przykładać zbyt dużego znaczenia, zbyt dużej wartości do swojego życia, nie przyzwyczajać się zbytnio do niego a troszczyć się raczej o to – co ma być zwieńczeniem wszystkiego; o to co ostateczne. To jednak jest bardzo trudne dla człowieka, tak bardzo osadzonego w materializmie świata, przez siebie postrzeganego jak jedynie realny.

Jakże trudno jest – gdy zmysły, instynkt samoobronny podpowiadają nam zamiast uległości i niezaangażowania emocjonalnego, działania bardziej kojarzące się z postaciami filmowymi odtwarzanymi np. przez aktora Sylwestra Stallone – trzymać się tych wartości w które się wierzy i które uważa się za wyższe, wyższe pod każdym względem. Zasada ludzkiej, fizycznej i bezpośredniej, proporcjonalnej odpowiedzialności, tak dobitnie wyrażonej szczególnie w prawie mojżeszowym, bliska ludzkiemu naturalnemu sposobowi rozumowania intuicyjnego – jest bardzo odległa od prawa zalecanego przez Nauczyciela, do dziś nawet ludzie uważający się za uczniów Jezusa intuicyjnie i wbrew pouczeniom Pana powracają do zasad reprezentowanych przez Prawo, np. „oko – za oko, ząb – za ząb”. Tyle, że zasada ta stosowana przez obie strony każdego konfliktu, prowadzi do zapętlenia; po czasie już każdy ma swoje autentyczne powody do zemsty, do agresji a każda następna zemsta rodzi kolejną zemstę drugiej strony. To nie jest więc dobra droga, ma rację Nauczyciel, że ktoś musi ustąpić a - by ustąpić – musi mieć mimo wszystko wiarę w sprawiedliwość, tyle że nie "tu i teraz" i przez siebie wymierzaną a scedowana na istotę wyższą, obiektywną, uprawnioną do osądu zawartości każdego sumienia, jak taśma video przechowującego  czyny i słowa.
To jednak jest bardzo trudne, bo życie materialne wydaje się człowiekowi czymś najcenniejszym co ma, słowa o prawdziwym, duchowym Królestwie Bożym, w którym nie ma materialnych trosk a do którego wejdą jedynie ci, co spełnią określony przez Nauczyciela standard – wydają się tak bajeczne, tak abstrakcyjne…

Jezus nauczał:
„… Ale biada wam, bogatym, gdyż w pełni odbieracie swą pociechę. Biada wam, teraz opływającym w dostatki, gdyż spadnie na was głód. Biada wam, zuchwale roześmianym, gdyż będziecie się smucić i płakać. Biada wam, ilekroć wszyscy będą mieli o was dobre zdanie; bo takie o fałszywych prorokach mieli ich ojcowie. Lecz wam, słuchającym, polecam: Kochajcie swoich wrogów, bądźcie dobrzy dla tych, którzy was nienawidzą, dobrze życzcie tym, którzy was przeklinają, módlcie się za tych, którzy wam szkodzą. Temu, kto ci wymierza policzek, nadstaw też drugi, a temu, kto ci odbiera płaszcz, nie broń i koszuli. Każdemu, kto cię prosi, dawaj, a od tego, kto bierze, co twoje, nie żądaj zwrotu. Traktujcie innych tak, jak sami chcecie być traktowani. Jeśli kochacie tych, którzy was kochają, to cóż tu wam wynagradzać? Przecież i grzesznicy kochają tych, którzy ich darzą miłością. Albo jeśli czynicie dobrze tym, którzy dla was są dobrzy, to cóż tu wam wynagradzać? Grzesznicy czynią to samo. I jeśli pożyczacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, to cóż tu wam wynagradzać? Grzesznicy również pożyczają grzesznikom, aby odebrać tyle samo. Ale kochajcie waszych wrogów, czyńcie dobrze, pożyczajcie nie oczekując nic w zamian, a otrzymacie hojną zapłatę i będziecie synami Najwyższego; On bowiem jest życzliwy dla niewdzięcznych i złych. Wzorem też swego Ojca bądźcie miłosierni. Przestańcie również sądzić, a na pewno nie zostaniecie osądzeni, i przestańcie potępiać, a nie zostaniecie potępieni; przebaczajcie, a dostąpicie przebaczenia. Dawajcie, a będzie wam dane; wtedy miarę dobrą, napchaną, utrzęsioną i z naddatkiem wsypią także w wasze zanadrze; bo jaką miarą mierzycie, taką i wam będzie odmierzone.”

Człowiek  dziś tak podle pozbawiany dostępu do pracy zarobkowej jako jedynego źródła ekwiwalentu pieniężnego pozwalającego mu nie tylko żyć, ale i mieć poczucie pewnej osobistej wolności, czuje przecież i najczęściej rozumie trafność tych rad. Musi podejmować walkę z samym sobą, by zastąpić naturalne, "prymitywne" odruchy - postępowaniem świadomie sterowanym przyjmowanymi zasadami odróżniającymi go diametralnie od jego krzywdzicieli.

Lecz jak znaleźć w sobie wystarczającą siłę charakteru; jak się mimo to uchronić od narastającego oburzenia, sprzeciwu, gniewu… Jak pozostać człowiekiem...



_________________________________________________________
W tekście zacytowałem fragment Ewangelii św. Łukasza w bliskim mi przekładzie ewangelickim (protestanckim) EIB.

22/01/2012

Uwierzyć…

Czasem tak bardzo się boję
nawet pomyśleć o Tobie,
gdyż to – o czym dotąd myślałem
nie miało żadnej wartości,
to wszystko – o czym mówiłem
było paplaniną bez sensu,
wszystko – co odczuwałem
było grą wyobraźni,
wszystko – cokolwiek robiłem
okazywało się zbędnym mozołem,
każdy przedmiot zainteresowania
w końcu rozczarowywał mnie...

Wiem, że nie masz złych cech,
bo jesteś absolutem,
to Ty jesteś wyznacznikiem –
co jest dobre lub złe,
lecz w swej głupocie się lękam
takiego rozczarowania,
które odebrałoby sens wszystkiemu:
tak samo życiu – jak i śmierci
temu co nie istnieje – i co jest.
Tak chciałbym Ciebie zrozumieć...
Tak bardzo pragnę uwierzyć...

O Panie, proszę – pomóż mi!


Paweł Baranowski 2008

03/01/2012

Proboszcz – księgowy, czy Księgowy – proboszcz…?

Koniec roku, dzień 31 grudnia, to - ostatnio - dzień "sprawozdawczy" w Kościele. Przyznam, że tak jakoś moje sprawy układają się od lat, że nie bywałem w tym dniu w moim ulubionym kościele, ani na balach czy "baletach" zresztą także nie… Nie rejestruję więc w swojej świadomości zmian bieżących, ciągłych zmian, jakie mają tam miejsce. Mówi się, że Kościół Katolicki obrządku rzymskiego jest podobno najbardziej konserwatywną ze znanych nam „organizacją”, gdzie bardzo trudno o zmiany w ogóle, ale one jednak następują. Czy w wystarczająco szybkim tempie, we "właściwym" społecznie kierunku, to znaczy kierunku mającym istotne społecznie znaczenie – to odrębne, ważne zagadnienie.
Lecz w takich sytuacjach „kontrastowych”, właśnie wówczas, gdy nie mamy ciągłości kontaktu z danym otoczeniem, które przy codziennym kontakcie stopniowo akceptujemy niejako mimo woli – wówczas widzimy zmiany, jako jaskrawe, – mimo iż w rzeczywistości są one bardzo w czasie rozłożone.
Jest to po prostu efekt kontrastu; tego, co mamy w pamięci z tym, co nagle dostrzegamy w otoczeniu.

Tym razem, to znaczy w minioną sobotę, 31 grudnia wracając do domu by się skryć przed absurdalną kanonadą, szaleństwem zdziczałych, pijanych lub naćpanych współobywateli, czczących (?) w ten sposób Nowy Rok – wstąpiłem do kościoła, do którego zawsze wstępuję.
I trafiłem – na sprawozdanie finansowo-księgowe za rok 2011 z gospodarki tegoż kościoła, połączone z promocją, "usług", zwalczaniem konkurencji i napomnieniem niesfornej „klienteli”.

Przedstawiam to świadomie w sposób nieco uszczypliwy, choć zacny i mądry człowiek, jakim jest niewątpliwie Ksiądz Proboszcz tego kościoła, może po prostu wykonuje polecenia swoich przełożonych, instrukcje Watykanu dotyczące organizacji struktury kościelnej, albo polecenia naszego Biskupa Andrzeja – nomen-omen – Dzięgi. (*dzięgi – to po rosyjsku pieniądze, stąd skojarzenie fonetyczne).
A kościół to nie jest zwyczajny; to bazylika tzw. mniejsza, niejako druga po katedrze a poza tym na dodatek kościół farny. Wspominam o tym, gdyż ma to znaczenie praktyczne w sprawie, o której piszę. Przepisy Kościelne wyraźnie bowiem określają, jaki kościół może być bazyliką katedralną, albo może odwrotnie: jakim kościołem musi być bazylika; ile ma mieć ołtarzy, jakie ma mieć wyposażenie liturgiczne, ile obrazów… Odzwierciedla to poniekąd nastawienie materialne charakterystyczne dla Kościoła Rzymskiego, a odrzucone niegdyś przez Kościół Protestancki.
Lubię to miejsce, choć przyglądam mu się z rosnącą obawą; lubię też i zacnego Proboszcza, któremu także jednak z rosnącą obawą się przysłuchuję…

Dotychczasowa bieda – po prostu maskowała tę różnicę podejścia, wynikającą z odmiennego rozumienia sedna wiary, istoty Ewangelii. Chodzi o to, że Kościół Rzymsko – Katolicki na wzór Rzymskiej Stolicy Biskupiej – preferuje najwspanialsze wystroje; złoto, marmury, freski, zdobienia architektoniczne, rzeźby Świętych, obrazy religijne i liturgiczne, klejnoty, dary wotywne itp. i na stworzenie i utrzymanie tego ściąga ogromne datki z biednych i biedniejących parafian, natomiast Kościół Protestancki – neguje to wszystko, opierając swoje działania na tekście Ewangelii, może nawet na (większej części) Biblii i nie uznaje w zasadzie wizerunków, obrazów, rzeźb, złoceń itp. preferując bardziej surowy i minimalistyczny wystrój kościoła, przy - stosunkowo dużo bardziej zamożnych parafianach. Wynika to z istoty samego „protestu” Martina Lutra, jego słynnych postulatów i wielu następujących po tym jego traktatów, rozwoju tej myśli i tej drogi religijnej.

Wracając jednak do rozpoczętej myśli; dotychczasowa bieda niwelowała tę różnicę, gdyż kościoły parafii Rzymsko-Katolickich bywały równie skromne i surowe jak protestanckie, tyle że te pierwsze – z biedy, a te drugie – z zasady, z wyboru i z przekonania.

Teraz, na fali przemian po roku 1989 – Kościół Rzymsko-Katolicki zyskał możliwość by się wreszcie „ubogacić” – jak to dowcipnie określają Biskupi, więc różnice te zaczęły objawiać się już nawet w stopniu uderzającym. Tenże „mój” kościół także przeszedł ogromną przemianę, od odbudowy (odtworzenia) zniszczonej podczas wojny wieży, poprzez remont kapitalny i modernizację, połączoną z rekonstrukcją elementów historycznych, do rozbudowy i restauracji wyposażenia ozdobnego i liturgicznego – by sprostać wymogom przepisów obowiązujących dla statusu Bazyliki Mniejszej.

Wracając więc do dnia 31 grudnia, przyszło mi wysłuchać w Domu Bożym długiego sprawozdania: ile zebrano w darach, w ofiarach i z jakich źródeł, ile zapłacono za poszczególne pozycje „kosztowe”, jak ogrzewanie, witraże, nowe ołtarze i wielkie obrazy malowane współcześnie „na zamówienie”…
Szanowny Proboszcz uzupełniał te dane o własne apele, nagany, upomnienia i prośby. Zapamiętałem z wymienianych tam liczb, że w parafii liczącej około 11300 osób ochrzczonych – zgodnie ze statystykami sporządzanymi w tej parafii – na msze niedzielne przychodzi ok. 9% (dziewięć procent) ogólnej liczby parafian. Gdzie jest ta reszta! – grzmiał już w tym momencie Proboszcz, z palcem groźnie uniesionym do góry. Dlaczego nie przychodzą; przecież są to ludzie ochrzczeni?!

Nie wiem - dlaczego; są na to różne wyjaśnienia, niestety przeważnie stronnicze i tendencyjne. Ale nie wszystkie. Chcę tylko zauważyć, jak bardzo statystyka ta godzi w prawdziwość mniemania, że Polska jest w 90% katolicka. A tu raczej widać wyraźnie – że odwrotnie: w 90% nie jest katolicka. O ile uznać, że zewnętrznym a wystarczającym objawem katolicyzmu jest chodzenie w niedzielę do kościoła. Kwestia definicji...
Ilościowo – pod względem chrztów – być może tak, ale chrzty niemowląt nie odzwierciedlają przecież ich późniejszej postawy… A jeśli ta proporcja (9% aktywnych) odzwierciedla podobną tendencję narastającą w całym Kraju…

Po raz drugi nasz zacny Proboszcz zagrzmiał, gdy wspomniał o słabiutkim rozchodzeniu się nakładu prasy katolickiej w tym naszym, jak wspomniałem – „nie byle jakim” – kościele. To oczywiście w ramach rozliczenia dochodów. Jak to możliwe – grzmiał – że w parafii o ponad jedenastu tysiącach „wiernych” – rozchodzi się łącznie przez rok nie więcej jak 100 (sto) egzemplarzy spośród kilku tytułów prasy stale dostępnych w kościele. Co ci ludzie czytają? – pytał retorycznie choć z uniesieniem nasz kochany Proboszcz.
Prawdopodobnie – nic; słuchają muzyki pop albo rock, oglądają program telewizyjny Trwam i słuchają odpowiedniego Radia z którego czerpią wiedzę o wszystkim co ich powinno interesować, jeśli już czytają – to nadchodzące rachunki do zapłacenia i lokalny dziennik informacyjny… Kurier... ale to już tylko niektórzy, bo "lokalny dziennik informacyjny" także bardzo narzeka na słabą „sprzedawalność”. No może niektórzy jeszcze - Harrego Pottera... a dzieci - lektury (bo muszą).

Gdy natomiast po raz trzeci zagrzmiał nasz Proboszcz – poczułem się już wręcz zażenowany. A doszedł był on wówczas do pogrzebów. Przyznał ze - szczerą chyba jednak - radością, że po raz pierwszy od lat liczba urodzeń w Parafii przewyższyła liczbę zgonów. Że więcej się ludzi rodzi niż umiera. Świetnie.
Przepraszam, ale to także jest sprzeczne z oficjalnie przez Rząd PO podawanymi danymi statystycznymi. Jakaś „nietypowa” , "nienormalna" parafia? – czy może ktoś tymi oficjalnymi ogólnopolskimi danymi manipuluje w sobie znanych celach politycznych, usprawiedliwiając tym na przykład manipulacje przy Ustawie Emerytalnej albo innych przepisach prawa…

Co do pogrzebów jednak – bardzo się rozsierdził nasz Proboszcz, znów gromił parafian z palcem uniesionym wysoko w górę, że z tych co umierają, niewiele więcej jak połowa pogrzebów odbywa się w naszej Bazylice. Oczywiście – religijnych obrzędów pogrzebowych. Tu poczułem się zażenowany, choć jestem niewinny, bo przez miniony rok ani się nie rodziłem ani też cudem jeszcze nie umarłem...
Proboszcz grzmiał na rodziny, nie na zmarłych: ci ludzie żyli w naszej wspólnocie, byli tu w tym kościele, nieraz codziennie i mają prawo do chrześcijańskiego pogrzebu w Bazylice. Dlaczego tylko połowa miała odpowiedni pogrzeb a pozostali odeszli nie zaopatrzeni po chrześcijańsku na tę ostatnią drogę. Kto za nich teraz weźmie odpowiedzialność, gdy rodziny nie chciały a Kościół - nie miał możności. Ja i nasi kapłani jesteśmy do dyspozycji całą dobę, jeszcze nigdy nie odmówiliśmy udania się do chorego czy umierającego…

Tu zacny nasz Proboszcz postanowił rozprawić się z „konkurencją”: ja wiem, że chodzą tacy i rozpowiadają plotki, że pogrzeb w Bazylice kosztuje (?) 10.000 zł, ale to nie jest prawda! Tu podniesionym głosem wymienił podstawowe pozycje ze swoistego „cennika usług duchowych” tej Parafii, padały kwoty 150 zł, 350 zł… poszczególnych pozycji „cennika”…
Pogrzeb w Bazylice wcale nie jest droższy, niż w Zakładzie Usług Komunalnych (tzn. miejskiej firmie pogrzebowej). Nie jest drogo, więc róbcie pogrzeby w naszym kościele, a jak czegoś nie wiecie, to zapytajcie mnie osobiście… wszystko jest jawne i dostępne, na jedno "kliknięcie" w komputer...

Niestety - co zaniepokoiło mnie najbardziej, w tym swoistym wystąpieniu naszego proboszcza nie zabrakło na koniec akcentów wyraźnie anty-protestanckich. Jeśli tak - ciekawe, bo może to wskazywać na jakieś konkretne a jeszcze nie ujawniane opinii publicznej zmiany "ilościowe" w liczbie członków Kościoła... Na dodatek, ten akurat kościół nigdy nie był protestancki; od powstania ponad 200 lat temu, w dawnym pomorskim Stettinie była to świątynia i parafia rzymsko-katolicka, skupiająca niewielką grupkę żyjących tu Polaków.
Może z krótkim okresem nazistowskim, po aresztowaniu i zamordowaniu błogosławionego dziś Księdza Lamperta i pozostałych tutejszych księży... Tak więc - skąd dziś aluzje anty-protestanckie...?

Patrzyłem na wielki ołtarz – wspaniały tryptyk cały w złoceniach, na sprowadzoną specjalnie wierną kopię „Całunu Turyńskiego”, na bezrobotnych stoczniowców z byłej Stoczni Szczecińskiej, papierników z upadłej Papierni Szczecin, cukrowników z lokalnej byłej Cukrowni, hutników z naszej zlikwidowanej „Huty Szczecin”, chemików z pod-szczecińskiego „Wiskordu”, rybaków ze zniszczonego Przedsiębiorstwa Połowów Dalekomorskich… Patrzyłem też na figurę Ukrzyżowanego ponad ołtarzem, na Krzyż…
Jakiś Ksiądz w sutannie i komży, który w najważniejszym momencie Mszy, pomiędzy drugą a trzecią modlitwą eucharystyczną, gdy cytowane są znamienne słowa Jezusa wypowiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy - biegał po kościele z „tacą” – zbyt długo machał mi nią przed nosem, nim zrozumiał, że nie mam co tam wrzucić lub też – nie mam takiego zamiaru, chcąc być wiernym pouczeniu Pańskiemu… Wiernym Ewangelii.

Po mszy nie minęła nawet i minuta od zakończenia pieśni "na wyjście kapłana", gdy rozpoczął się swoisty "spektakl na wyjście" dla ludzi w mszy uczestniczących; specyficzne stopniowe wygaszanie świateł w kościele poczynając od strony ołtarza - w kierunku wyjścia (exit), jednoznacznie dający do zrozumienia ludziom, że stali się tu już "zbędni", że powinni już wyjść, a przy wyjściu jeszcze coś wrzucić do skarbony "na remont kościoła", cała ta krzątanina osób usługujących jednoznacznie oznaczająca: czekamy aż wyjdziesz! Pospiesz się! Czas naszej "pracy" skończył się i czekamy tylko na ciebie... Bo stanem normalnym dla kościoła, jest "stan zamknięty".
Prawie jak w teatrze - po spektaklu. Popatrzeć, pomodlić się - możesz przez kratkę z przedsionka pomiędzy drzwiami zewnętrznymi a wewnętrznymi.

Mam ciągle w pamięci inny Kościół. Kościół mojego dzieciństwa będący oazą Jezusowego pokoju dla każdego przez cały dzień. Kościół otwarty przez całą niemalże dobę, od świtu do 21, gdzie można było wejść każdej chwili w potrzebie zebrania myśli, ochłonięcia, uspokojenia, zastanowienia. Pamiętam Kościół, gdy był bardziej Domem Bożym niż "przedsiębiorstwem usługowym" a księża – osobami duchownymi, sługami Pana i ludzi – a nie księgowymi na etacie zwanym dziś "zawód - ksiądz".
Faktycznie: zawód...

21/12/2011

Czas właściwy.

Czasem jeszcze łapię się na odruchach naiwności. Naiwności właściwej raczej ludziom bardzo młodym, o wielkim potencjale optymizmu, zaufania w dobroć człowieka, jego mądrość albo choćby podstawowy rozsądek czy instynkt samozachowawczy. Wydaje mi się wówczas, że niewiedza czy niezrozumienie są podstawowym powodem zła na tym świecie. Pewnie w znaczeniu ogólnym, można by powiedzieć – ostatecznym, rzeczywiście tak jest, ale w codziennej obserwacji, codziennych sprawach i sprawkach widać zło nie wynikające z niewiedzy, zło jakby samoistne. Ujawniające się w postępowaniu wyrachowanym i dobrze skalkulowanym dla uzyskania zaplanowanego efektu zła.
Przyjemnie jest myśleć i wierzyć, że wystarczyłoby po prostu zrozumieć i wyjaśnić rzeczywistość innym, by przez to samo - wyeliminować zło…
Jest wiele problemów; przytłaczający chaos, zniechęcający nawet do prób – by coś wyjaśnić, uporządkować. Jakże trudno dziś o te uczucia, jakie – jak to opisują Ewangeliści – dominowały w chwili narodzenia Pana w Betlejem, w Judei. Ostatnio zachwycają mnie Psalmy Dawidowe spisane z łaciny przez Jana Kochanowskiego z Czarnolasu. Mam na myśli oczywiście teksty użyte w zbiorze pieśni chóralnych „Melodie na Psałterz Polski” - spisane piękną, choć dziś już nieraz bardzo archaiczną polszczyzną. Jest w nich coś szlachetnego, autentycznego…
Otacza mnie wiele problemów, troska o byt – nawet już w sensie dosłownym, jak wielu ludzi oszukanych i zdradzonych przez władzę, wyrugowanych gdzieś poza obszar zainteresowania Państwa, prostackiej i mało szlachetnej, niedorozwiniętej uczuciowo i emocjonalnie „elity” władzy - nie narzekającej na nadmiar wiedzy i zrozumienia; instytucji nie spełniających swojej roli… Wydawałoby się, że wystarczy pomóc, wyjaśnić, podać argumenty i fakty, przekonać… Ale nie.
Psalmy spisane przez Jana z Czarnolasu są dziś niemalże nierozerwalnie związane właśnie z muzyką Mikołaja Gomółki – wydaną po raz pierwszy w Krakowie w 1580 roku. Wykonanie wokalne, dobry chór – podkreśla sens, nastrój tekstu psalmów do tego stopnia, że czytany później bezpośrednio zapis słowny wydaje się wręcz niekompletny, rozczarowuje tego kto słuchał „Melodii na Psałterz Polski” w dobrym wykonaniu, gdy tekst i śpiew, cudowna polifonia przenikających się głosów nawzajem się uzupełniają.

Wracając do nastroju, do realiów życia – przychodzi mi na myśl Psalm CXXX – Ad profundis clamavi ad Te, Domine. (fragmenty)

W troskach głębokich ponurzony,
Do Ciebie, Boże niezmierzony,
Wołam, racz smutne prośby moje
Przyjąć w łaskawe uszy swoje!
Cieszy mię, Panie, dobroć Twoja,
Cieszą mię słowa; dusza moja
Upatrzą Twego smiłowania
Barziej niż nocna straż świtania.
Lecz nie jest na to teraz czas właściwy.
Jest czas na radość z narodzenia Pana, z jego obecności. Czyż sam Jezus trzydzieści kilka lat później nie wyjaśnił tego w sposób doskonały, mówiąc: „...ubogich zawsze wśród siebie mieć będziecie, ale mnie nie zawsze mieć będziecie.” A w innym miejscu mówił: "...Jeszcze na małą chwilę światłość jest wśród was. Chodźcie, póki światłość macie, aby was ciemność nie ogarnęła; bo kto w ciemności chodzi, nie wie, dokąd idzie. Wierzcie w światłość, póki światłość macie, abyście się stali synami światła."

Noc Bożego Narodzenia, Wigilia czyli radosne oczekiwanie - to symboliczny powrót jasności do tego naszego mrocznego świata, nie widziany a odczuwany w sercu, gdy ktoś bardzo pragnie i jest mu dane odczuć to. Trudno dziś, będąc w rozpaczliwym położeniu, przeżyć Boże Narodzenie tak jak się powinno, mając w pamięci i rozważając wszystko to, co o tym opowiada Ewangelia.
Na czas Bożego Narodzenia przypomnijmy raczej Psalm CXXXIII – Ecce quam bonum, et quam incundum. (fragmenty)

Jako rzecz piękna, jako rzecz przyjemna
Patrząc, gdzie miłość panuje wzajemna,
A bracia sforni w szczerej uprzejmości
Strzegą jedności.
Bo kędy zgoda święta przemieszkawa,
Tam Pan niebieski wszytko dobre dawa
Wzbudzając zawżdy na miejsce ojcowe
Potomstwo nowe.
Więc cóż: coraz trudniej o nadzieję, o zaufanie do przyszłości – więc tego właśnie – w najbliższych dniach - wszystkim życzę. Skąd wziąć tę nadzieję... oznajmia Psalmista, a za nim Jan z Czarnolasu: Psalm CXLV - Exaltabo Te, Deus, meus rex. (fragment)
 
Ciebie chwalę, Boże mój, imieniowi Twemu
Na wieki błogosławić będę chwalebnemu;
Żaden mi dzień bez Twojej chwały nie upłynie,
Imię Twe sławić będę, póki świat nie minie.
... A do tego – odrobina poczucia odpowiedzialności… za słabszych, mniej zaradnych, zagubionych, pozbawianych możliwości pracy...

19/09/2011

Niepełnosprawne dobro.

Czasem, – gdy widzimy osoby niepełnosprawne fizycznie, z trudnością poruszające się samodzielnie lub jedynie na wózkach, nawet czasem tylko z pomocą innej osoby ten wózek popychającej, gdy są obok nas z ich trudem, ograniczeniem, z ich cierpliwością, pogodą ducha – zastanawiają nas opisane w Ewangelii uzdrowienia dokonywane przez Jezusa z Nazaretu. Najczęściej, gdy widzimy właśnie takich ludzi z trudnością poruszających się o kulach, ludzi często młodych, poszkodowanych w wypadkach komunikacyjnych lub podczas uprawiania jakiejś dyscypliny sportu albo nawet czasem już podczas porodu – odczuwamy niezdarne współczucie oraz… coś w rodzaju zakłopotania. Kalectwo, długotrwałe ograniczenie fizyczne nie zawsze odbija się negatywnie na wrażeniu, jakie może odnieść postronny obserwator przy takim spotkaniu. Wręcz przeciwnie, to ludzie sprawni często zupełnie nie doceniają swojej sprawności, swoich możliwości, nie korzystają z nich w tym aspekcie.
Często przecież, zależnie od okoliczności – są niepełnosprawne osoby bardzo wykształcone, wartościowe, wybitnie uzdolnione, niezwykle sympatyczne… trudno nam przyjąć do wiadomości i pogodzić się z ich trudnościami fizycznymi, ich cierpieniem. Jednocześnie nie do końca przecież rozumiemy istotę problemu życiowego widzianej osoby, nie wyobrażamy sobie cierpienia fizycznego i psychicznego, przez jakie przeszła, bo to nas nie dotyka osobiście, jest poza zakresem naszego osobistego doświadczenia. Mimo tego jednak wydaje się nam to całkowicie nienaturalne, niesłuszne, niepotrzebne i niczym nie usprawiedliwione. W cierpieniu, w niepełnosprawności jest coś z gruntu nieuzasadnionego, dziwnego, sztucznego; coś, z czym właściwie nie można się wcale pogodzić – patrząc na to z boku, z punktu widzenia osoby zdrowej i sprawnej. To całkowicie nieusprawiedliwiony stan, który chciałoby się natychmiast zmienić, poprawić – jak przypadkową pomyłkę losu, jak przypadkową zmarszczkę czy fałdę na wielkim, barwnym, cudownym kobiercu życia… Tym bardziej trudno nam wyobrazić sobie, że osoba niepełnosprawna m u s i a ł a znaleźć w sobie umiejętność pogodzenia się z tym…

Automatycznie niejako nasuwa to skojarzenia z wydarzeniami opisywanymi w Ewangelii.
Ledwie potrafimy sobie wyobrazić, jaką radość odczuwał Jezus z Nazaretu, gdy przywracał w jakimś przypadku ten stan naturalny; stan zdrowia i szczęścia, gdy spotykał na drodze swych wędrówek ludzi chorych, kalekich i mógł po prostu powiedzieć: wstań, weź łoże swoje i chodź, bądź oczyszczony z trądu, z gorączki, przejrzyj na oczy swoje… Powiedzieć to i widzieć wybuch radości, szczerą wdzięczność – i to zwróconą w intencjach ludzi – nie do niego a do Boga, zwycięstwo dobra i wiary nad złem, zwątpieniem i cierpieniem… Podobnie zapewne odczuwać to musieli i uczniowie - powołani, wyposażeni w umiejętności i moc „stąpania po wężach” i z nią rozesłani we wszystkie strony, by leczyli i uzdrawiali wszystkich potrzebujących.

Przypomnijmy tu niezwykle wzruszający opis jednego z niezliczonej liczby takich zdarzeń, z Łukaszowej Ewangelii w przekładzie św. pamięci profesora Zygmunta Kubiaka:
„Wziąwszy z sobą Dwunastu, powiedział do nich: „Oto idziemy w górę, ku Jeruzalem i spełni się wszystko, co prorocy napisali o Synu Człowieczym. Będzie wydany narodom, wyszydzony, znieważony i opluty, ubiczują go i zabiją, a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Lecz oni nic z tego nie zrozumieli. Rzecz ta była zakryta przed mini i nie pojmowali, o czym mówi. Kiedy szedł i był już niedaleko od Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Ten, gdy usłyszał, że przeciąga tłum, dopytywał się, co to się dzieje. Obwieścili mu, że przechodzi Jezus z Nazaretu. Zawołał: „Jezu, synu Dawida, zmiłuj się nade mną!” Ci, którzy szli na przedzie, domagali się żeby zamilkł. Lecz on coraz głośniej wołał: „Synu Dawidowy, zmiłuj się nade mną!” Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. Gdy ten był blisko, zapytał:, „Co chcesz, abym ci uczynił?”. Ten zaś: „Panie, żebym przejrzał!”. A Jezus do niego: „Przejrzyj. Wiara twoja cię uzdrowiła. I od razu przejrzał, i szedł za Nim, sławiąc Boga. I cały lud, widząc to, dawał chwałę Bogu.

To bardzo plastyczny opis, ułatwiający wyobrażenie sobie tej sceny w sposób plastyczny, „filmowy”. Potrafimy wyobrazić sobie nie tylko radość uzdrowionych, – która jest radością ludzką a więc nam bliższą. Ale co z uczuciami samego Jezusa, dokonującego tych wszystkich czynów opisanych w ewangeliach Marka, Łukasza, Mateusza i Jana, które – jak stwierdził na końcu swojej Ewangelii Jan – nie opisują wszystkiego w sposób kompletny, są jedynie częścią wszystkich czynów Jezusa.
Co wówczas czuł Jezus? Czy jesteśmy w stanie choćby wyobrazić to sobie? Był człowiekiem jak my, więc cieszył się tak jak i my byśmy się cieszyli, jednak pozbawiony był pychy i nie przypisywał niczego sobie, jako człowiekowi gdyż jednocześnie przecież – jak wiemy z Ewangelii Jana – Jezus jest Panem; słowem, które stało się ciałem, to On jest tożsamy z Duchem, Bogiem, Jahwe, – który przyjął również ciało ludzkie za pośrednictwem narodzin właściwych człowiekowi.
Wiemy to z rozdziału 14 Ewangelii Janowej; „… Rzekł Mu Filip: Panie, pokaż nam Ojca, a wystarczy nam. Odpowiedział mu Jezus: Tak dawno jestem z wami i nie poznałeś mnie, Filipie? Kto mnie widział, widział Ojca; jak możesz mówić: pokaż nam Ojca? Czy nie wierzysz, że jestem w Ojcu a Ojciec we mnie? Słowa, które do was mówię, nie od siebie mówię, ale Ojciec, który jest we mnie, wykonuje dzieła swoje. Wierzcie mi, żem ja w Ojcu a Ojciec we mnie; a jeśli by tak nie było, to dla samych uczynków wierzcie…”

Więc jeśli tak, – co czuł? Nie widzimy przecież powodu by sądzić, że to musiało być coś dla nas niepojętego, niewyobrażalnego, tajemniczego. Jeśli płakał przed grobem Łazarza wraz z jego siostrami i opłakującymi go Żydami, czyżby nie miał czuć radości, wdzięczności – wraz ze świadkami uzdrowień, których dokonywał? Tak też i było to przyjmowane przez widzów, świadków, uczniów, oczywiście poza niektórymi Żydami widzącymi w tym jedynie zagrożenie… Ludzie uważali to za coś naturalnego, oczywistego i ”chwalili Boga”… tak po prostu…

Podczas spotkań z osobami niepełnosprawnymi ze wzruszeniem myślimy czasem o tym, jakże radosne musiało być dla Pana móc powiedzieć: bądź uzdrowiony z niemocy swojej, przejrzyj na oczy, bądź oczyszczony z trądu, uwolniony od choroby, wyzwolony z brzemienia swojej winy… Przecież dla Niego to nie był żaden cud, była to po prostu okazja do przywrócenia właściwego, naturalnego i oczywistego stanu, jaki niegdyś stworzył; stanu dobra, szczęścia, radości, miłości do Pana i do bliźnich; powrót do stanu, o którym wiedział - że kiedyś był i kiedyś znów powróci…
Może nawet czasem sami chcielibyśmy móc dokonać takiego uzdrowienia, bez pychy czy samozadowolenia dać komuś tę ogromną radość. Dać ją „dla niego” i wraz z nim cieszyć się jego radością, wiedząc, że jesteśmy tylko narzędziem, pośrednikiem, że sami nic nie moglibyśmy zdziałać, a tylko podarowaną nam siłą i tylko w jej imieniu… Nie jesteśmy jednak i nie możemy być zazdrośni o tę moc; moc miłości i dobra. Godne jest, że to jedynie On (i uczniowie – dzięki udzielonej im Jego mocy – jak opisują Ewangeliści) mógł dokonywać takich czynów, przeciwstawić się swoją wolą cierpieniu i niemocy, gdy tylko chciał, a chciał zawsze, szczególnie wówczas – gdy widział w człowieku wiarę, iskierkę dobra. Mówił: wiara twoja uzdrowiła cię, odpuszczone są grzechy twoje, jakoś uwierzył – niech ci się stanie…
Do pewnego stopnia może lekarze, zwłaszcza starsi, ci dobrze wykształceni, światli, pokorni i otwarci na to, co „na progu przeczucia”, czego nie uczą w akademiach – mogą doświadczyć podobnego uczucia. Niepełnosprawność nie jest karą. Jest raczej cechą materii. Czy materia jest karą…?
Sprawiedliwe jest to, że ta radość uzdrawiania ciała i ducha jedynie wolą, myślą, mocą dobra i miłości – przynależy tylko Jemu, Panu, temu który dwa tysiące dziesięć lat temu narodził się wśród ubogich w niewielkim miasteczku Betlejem w Judei, w mizernej i cichej stajence, narodził się w ubóstwie, bo „nie było dla niego miejsca w gospodzie” – Pan i Nauczyciel.
Każda jednak nasza pomoc osobie niepełnosprawnej z taką myślą, z takim nastawieniem – należy do tego samego dziedzictwa. Jest kontynuacją, jest po tej samej stronie zmagających się aż do końca świata sił. Więc pomagajmy…