MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą solidarność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą solidarność. Pokaż wszystkie posty

26/07/2014

Jarosław Kaczyński.
„Założenia czysto moralne” a bogactwo.

Świat jest z natury niejako miejscem niezliczonych, codziennych wyborów moralnych. Są one jak powietrze; tak samo powszechne i tak samo niezbędne a także - z innego punktu widzenia – podobnie na co dzień niezauważalne. Tak jak nie myślimy o powietrzu – oddychając nim, tak i nie zastanawiamy się nad względnością wszystkiego, co dotyczy człowieka i jego relacji z innymi. Gdybyśmy się zastanowili nad sprawą rozpowszechnienia dóbr, praw, zdolności, możliwości – nie sposób nie zauważyć, że wszystko to jest w bardzo różnym stopniu dostępne w różnych miejscach ziemi, w rożnych kulturach, religiach, strefach gospodarczych itp. Natomiast nie mamy zazwyczaj wątpliwości, że pewne prawa powinny być, muszą wręcz być – powszechne, bo wynikają z podstaw człowieczeństwa. Tu jednak dostępność praw podstawowych uzależniona jest od tak wielu okoliczności, na które sam uprawniony nie ma wpływu, przynajmniej nie w każdym czasie i nie w pełnym zakresie. My z kolei tłumaczymy sobie, że nie mamy wpływu na tę sytuację nierówności. Na przykład – dziecko. Mały człowiek – ale posiadający pełnię praw podstawowych z racji przynależności do gatunku ludzkiego. Owszem; pewne prawa cywilizacja uzależnia np. od wieku, lub innego „atrybutu dorosłości”, ale są prawa podstawowe, jak prawo do pożywienia, wody, opieki, schronienia, bezpieczeństwa, prawo do pełnej podmiotowości, godności, do rozwoju… prawo do życia… które nie powinny być od niczego uzależniane, co najwyżej od „praw natury” i naturalnych zdarzeń nieprzewidywalnych lub nieuchronnych.

Przeróżne „dobra” rozmieszczone są na Ziemi w sposób radykalnie nierównomierny, ale prawa podstawowe dotyczą w równym stopniu wszystkich ludzi. Prowadzi to do ogromnego konfliktu i do drastycznego niezaspokajania podstawowych praw części ludzkości, drastycznej nierówności – z punktu widzenia konkretnej, pojedynczej istoty ludzkiej – niczym nie usprawiedliwionej.
Nierówność, jako nierówność dostępu do dóbr, surowców naturalnych – ma też swoje geograficzne rozmieszczenie; w uproszczeniu mówi się o „bogatej północy” i „biednym południu”. Przykładem może być susza i głód w Afryce. Oczywiście na kontynencie występują różne warunki środowiskowe, polityczne, ekonomiczne itp. a to - ma związek z dostępem do podstawowych praw. Często nierówności te nakładają się na warunki fizyczne, klimatyczne, środowiskowe, prowadząc do głodu; braku wody i pożywienia. Zazwyczaj jest to zjawisko co do przyczyn bardzo skomplikowane, niewątpliwie ludzie tam żyjący i ich postawy też mają na to wpływ. Jaki to jednak miałoby mieć związek z prawem dziecka, noworodka, oseska – do życia, do wody i pożywienia, do ciepła, bezpieczeństwa, ochrony, opieki. Czy ktokolwiek odważyłby się powiedzieć dziecku umierającemu z głodu wyłącznie z tego powodu, że urodziło się w takim a nie innym kraju, na takim a nie innym kontynencie – trudno, taki twój los, sam jesteś sobie winien… ?

Trudno nam sobie jeszcze wyobrazić, bo „system Tuska” zbyt krótko jeszcze działa, ale niewątpliwie jak tak dalej pójdzie może stać się kiedyś naszym udziałem – i takie ludzkie doświadczenie, w którym całe długie życie człowieka upływa mu na borykaniu się z biedą, z niepewnością jutra, na walce o przeżycie do jutra, do rana, do wiosny, do żniw… To wszystko decyduje o możliwości skorzystania z teoretycznie przysługujących praw. Skrajna bieda odbiera wolność. Nadmierna bieda i bezwzględne zasady życia odbierają człowiekowi część jego podstawowych praw. Życie człowieka to przecież nie tylko podstawowa wegetacja. Trudno powiedzieć, ilu geniuszy, ilu Chopinów czy Einsteinów nigdy nie wymknie się przez całe swoje życie ze swoistej pułapki, w jakiej się bez swojej woli i winy znaleźli; „pułapki” walki o swoją egzystencję, o miskę zupy i dach nad głową – zaprzepaszczając w tych okolicznościach swoje genialne talenty z tak banalnego powodu. Karmi się głupich ludzi „amerykańskim mitem” – pucybuta, który stał się milionerem, mitem konieczności twardej konkurencji, ale w życiu tak po prostu się nie dzieje, jakieś „cudowne” przypadki tylko potwierdzają niszczycielską zasadę.
Ktoś powie – przeznaczenie? los?… W krajach skandynawskich wystarczy, że czterech znudzonych chłopaków z bogatych rodzin bąknie, że chcą założyć zespół muzyczny, natychmiast gmina czy parafia kupuje im sprzęt, instrumenty, zapewnia salę i nauczyciela… bo liczy się rozwój kultury, wspieranie zainteresowań i talentu młodego człowieka, indywidualny niedostatek materialny nie jest tu dostatecznym powodem zahamowania rozwoju czy odebrania możliwości.

Problem bezrobocia w swojej istocie polega na braku zapotrzebowania na pracę pewnej liczby ludzi, ale z drugiej strony praca sprzedawana jako „towar” jest podstawowym sposobem zdobywania pieniędzy niezbędnych do życia tam, gdzie wszystko jest związane z kosztami właśnie finansowymi, z płaceniem rachunków. Pewna część populacji, w Polsce obecnie około dwa miliony osób (nie licząc 2 mln. emigrantów) nie ma możliwości sprzedania swojej pracy i zarobienia w ten sposób na zaspokojenie swoich potrzeb właśnie takich jak jedzenie czy mieszkanie. Dużo większa jednak część – pracuje, otrzymuje często środki finansowe w ilości dużo wyższej niż niezbędna. Dla człowieka świadomego może i powinno stanowić to źródło pewnego dylematu moralnego, który wyciszają oni przeważnie „dorabianiem ideologii” do tej jaskrawej niesprawiedliwości; że są bardziej wartościowi, że zasłużyli sobie na swój status materialny, że ci biedni bezrobotni – to jakiś "margines społeczny", pijacy, lenie itp. Bezpośrednia obserwacja wydaje się często potwierdzać takie egoistyczne teorie, dające alibi nieuzasadnionej nierówności, bo bezrobocie faktycznie szybko spycha na margines społeczny, staje się powodem "ucieczki" w alkoholizm. Jest to jednak skutek a nie przyczyna bezrobocia.
Życie zmusza nas, ludzi świadomych tego do paktowania na cod dzień z własnym sumieniem, z własnym poczuciem sprawiedliwości, moralności…

Trudno dziś powiedzieć, czy nie mniej ludzi umiera dziś śmiercią głodową – niż na skutek obżarstwa, nadmiaru wszystkiego, otyłości, nieopanowania, nieumiarkowania w dostępie do różnych dóbr w innych miejscach niedostępnych nawet w skali minimalnej.

Jestem pewien, że śmierć malutkiego, niczemu nie winnego dziecka z powodu głodu i suszy – nie jest i nigdy nie będzie niczym usprawiedliwiona, aż do końca świata, i to nie tylko z jego punktu widzenia – co oczywiste, ale i z naszego punktu widzenia. W szczególności - gdy sami żyjemy w dostatku. Dla małego człowieka skala barbarzyństwa i bezduszności związana z jego głodową śmiercią nie jest zrozumiała; być może jego los nie dziwi go tak bardzo z powodu braku możliwości porównania; bieda, głód i susza – działa ogólnie w jakimś rejonie bywając po prostu codziennością.

Co naprawdę myślą ludzie biedni, walczący o przetrwanie?
Co myśli ten, kto ma wszystkiego pod dostatkiem. Musi przecież wiedzieć, że w innym miejscu w tym samym czasie ludzie cierpią głód i pragnienie, cierpią z braku bezpieczeństwa, braku pomocy lekarskiej itp. Jak ktoś taki usprawiedliwia sam przed sobą swój stan posiadania. Zapracowałem sobie? Bo miałem pracę, bo miałem dobry zawód, dostęp do szkół, często bezpłatnych, bo miałem właściwą opiekę i zagwarantowano mi właściwe odżywianie w niemowlęctwie i dzieciństwie, dzięki czemu jestem zdolny, sprawny, zdrowy, wykształcony, samodzielny… Jak uzasadnia sam przed sobą to, że inni nie mieli nawet takiej szansy bez żadnej swojej winy, dlatego cierpią dziś głód i tak będą wegetowali do końca swoich dni.
Jak się usprawiedliwia, gdy jest wychowany w tradycji chrześcijańskiej.
Ludzie wierzący, szczególnie na przykład norwescy, niemieccy ewangelicy lub anglikanie – to generalnie ludzie zamożni. Wierzą w Jezusa i w Ewangelię, ale w tejże Ewangelii Jezus nakazuje: sprzedaj wszystko co masz i rozdaj ubogim a będziesz miał skarb w niebie a potem przyjdź i chodź za mną (słuchaj i naśladuj mnie)… Miłuj bliźniego swego jak siebie samego. Czyńcie innym tak, jak chcielibyście aby wam czyniono. Do tego jednak raczej mało jest chętnych. Czasem – tradycyjna publiczna dobroczynność, bardziej dla własnego pożytku, samozadowolenia niż z bezinteresownej potrzeby moralnej.
Czy możemy jednak my sami komuś z tego czynić zarzut? Mając możliwości zdobycia pieniędzy, można służyć nimi, nie tylko sobie i swoim zachciankom ale i tym, co nie mają takich możliwości ani szans. Jezus przecież doskonale to rozumiał, dlatego namawiał w przypowieściach, by ludzie tę „mamonę nieprawości” wykorzystywali w dobrych celach a nie – by nie chcieli z nią mieć do czynienia, bo jest niemoralna. Uratuj swoimi pieniędzmi choć jedno dziecko umierające z głodu a usprawiedliwisz tym swoje pieniądze, którymi zaspokajasz też swoje własne potrzeby, oraz zdobędziesz w tym uratowanym dziecku „przyjaciela” – który zaświadczy za tobą w dniu sądu.

Niewielu ludzi zastanawia się nad tym na co dzień. Swój stan posiadania uważają za naturalny a często wręcz – za „zasłużony”. Równie łatwo przechodzą do porządku nad niedostatkiem u innych, także utwierdzając się w przekonaniu, że jest on „zasłużony”. Każdy jest kowalem własnego losu; – czyżby…? Przed dylematem moralnym związanym z biedą – chronią się w niewiedzę, w brak refleksji, albo wręcz przeciwnie; w dorabianie ideologii do czyjejś nędzy, cierpienia, śmierci głodowej, lub dorabianiem ideologii do swojego bogactwa.

Jednak spróbuję tu zadać następujące pytanie: jak w jednym zdaniu moglibyśmy nazwać zarysowany powyżej problem? Jak opisać przedstawione tu okoliczności zasadniczego wyboru etycznego. Jak to ująć syntetycznie?
Proponuję następujące zdanie:

… Ostatecznie, gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to nic nigdy byśmy nie mieli…”.

Gdyby przyjąć założenia czysto moralne, to musielibyśmy postąpić tak, jak polecił Jezus.
Gdybyśmy przyjęli założenia czysto moralne, to tak jak dyktuje nam sumienie powinniśmy oddać swoje pieniądze na ratowanie życia dzieci w Afryce, umierających w wielkim cierpieniu z głodu i pragnienia w Nepalu i innych miejscach. A w konsekwencji – oddając je – „nic byśmy nie mieli”, w każdym razie nic ponad to, co nam niezbędne, ponad minimum.
Kto tak robi?
Tak przecież ma obowiązek postąpić każdy chrześcijanin!

To jednak rodzaj odwagi przyznać się, że się widzi i rozumie ten problem. W pewnym stanie świadomości – posiadanie wielu dóbr wymaga usprawiedliwienia, usprawiedliwienia moralnego, choćby przed sobą. Byli jednak i są ludzie bardzo zamożni, wykorzystujący tę swoją pozycję dla dobra wielu innych. Powtórzę jednak, iż nie jest zasługą „nic nie mieć”, czyli być w takim samym opłakanym stanie, jak ludzie potrzebujący pomocy; by pomagać, trzeba „mieć” i dobrze to wykorzystywać. Jest to sprawa pewnego indywidualnego wyboru, przyjęcia osobistej postawy moralnej a co za tym idzie i pewnej osobistej odpowiedzialności moralnej.

Zdanie powyższe, zacytowane i wyróżnione kolorem czerwonym, jest wyrwane z kontekstu długiej wypowiedzi. Wypowiedział je kiedyś prezes PIS Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Rzeczypospolitej”. Było to raczej stwierdzenie marginalne, bo nie dotyczyło zasadniczego tematu rozmowy. Zdanie jest logiczne i słuszne. Jak już stwierdziłem – jest w pewnym sensie odważne.
Opisuje obiektywną rzeczywistość, oczywistość. Jest to stwierdzenie oczywistości...


Mądrość, uczciwość, inteligencja – jest także niestety jak się okazało dobrem rozłożonym dość nierównomiernie w naszym świecie. Natychmiast po tym wywiadzie rzuciła się na to internetowa hołota, robiąc z tego jakąś „ikonę antykaczyzmu”, traktując jako szydercze motto wielu wypowiedzi krytycznych. Dlaczego? Zrozumieli to „jakoś inaczej”? Nie potrafię tych napaści zrozumieć, ani tym bardziej wyjaśnić – czymkolwiek innym, niż szajba, oszołomstwo, zwyrodnienie społeczne, „mowa nienawiści” albo po prostu czysta nienawiść wyrażająca się także i w mowie, mania prześladowcza, nerwica lękowa, podłość, złośliwość, zawziętość, agresywność, zaślepienie ideologiczne… Jak fala z przepełnionego szamba – rozlały się w różnych mediach i kontekstach idiotyczne cytaty tego zdania, choćby w blogu Renaty Rudeckiej Kalinowskiej z miejsca zwanego w Internecie żartobliwie „Salonem”, cytaty traktujące je – nie wiem doprawdy: jako nieprawdziwe, czy może niesłuszne? Cytat ten – widocznie kompletnie przez ludzi prymitywnych niezrozumiany – stał się mottem jadowitych wypowiedzi osób najwyraźniej cierpiących na jakiś poważny uraz psychiczny, wywołujący osobistą i nieuzasadnioną nienawiść do jej autora – Jarosława Kaczyńskiego.
A może odwrotnie; cytat doskonale rozumiany jest dowodem jego „przestępstwa” polegającego na publicznym nazwaniu tego, co było dotychczas publicznie skrywane, objęte zmową milczenia tych wszystkich co „mają”…?

Może „wina” Kaczyńskiego polega tu ich zdaniem na „zdradzeniu tajemnicy” egoizmu ludzkiego – będącej jednak przecież banalną „tajemnicą poliszynela”… Skoro polska rzeczywistość podzielona została na dwa światy; elitę wierną Tuskowi-zawsze zwycięzcy, lojalną wobec niego za przywileje i korzystającą z tego bez żadnych skrupułów, oraz dużo większą „resztę” która ma „jakoś sama sobie poradzić” – elita nie życzy sobie podnoszenia tak dla niej niewygodnej kwestii moralnej?
Nie ma to przecież tym bardziej charakteru własnej deklaracji ideologiczne lub „życiowej” autora a – zwykłego stwierdzenia faktu, marginalnej uwagi o czymś oczywistym…

Pan Jarosław Kaczyński nazwał tu jednak uczciwie i trafnie problem po imieniu; posiadanie wielu dóbr wymaga rozwikłania konkretnego konfliktu moralnego; często ludzie po prostu oszukują sami siebie by nie odczuwać dyskomfortu. Jak to czuje Donald Tusk lub jego ministrowie paląc najdroższe cygara sprowadzane dla niego przez ambasadę z Kuby za pieniądze podatników, albo pijąc wino, którego jedna butelka kosztuje tyle, co miesięczna pensja polskiego robotnika – tego nie wiem. Generalnie nie uważam, by w gronie osób prywatnych ktokolwiek miał prawo oceniać czy napiętnować kogokolwiek innego niż siebie pod tym względem, bo chodzi właśnie o dylemat moralny; dylemat każdego, kto posiada cokolwiek i jest świadomy moralnie.
Wiara z wszystkimi jej dylematami rozgrywa się przecież także w ciszy, indywidualnie pomiędzy człowiekiem a Panem i Nauczycielem.

03/06/2014

Człowiecze naszych czasów!

Modlitwa Jana Pawła II. 

Człowiecze naszych czasów!
Człowiecze; ty, który żyjesz zanurzony w świecie, wierząc że jesteś jego panem, gdy być może jesteś jego ofiarą.
Chrystus uwolni cię od wszelkiej niewoli, byś mógł wyruszyć na podbój samego siebie, w konstruktywnej miłości nakierowanej na dobro; miłości wymagającej, która czyni z ciebie budowniczego, nie niszczyciela twojego jutra, twojej rodziny, twojego środowiska, całego społeczeństwa.

Człowiecze naszych czasów!
Jedynie Chrystus zmartwychwstały może w pełni zaspokoić twoje niemożliwe do stłumienia dążenie ku wolności.
Po okrucieństwach dwóch wojen światowych i tych wszystkich wojen, które w ciągu tych pięćdziesięciu lat, często w imię ideologii ateistycznych zebrały żniwo śmierci i siały nienawiść wśród wielu narodów; po latach dyktatur które pozbawiały człowieka jego podstawowych swobód, ponownie odkryto wymiary prawdziwej duchowości, te które zawsze głosił Kościół, ukazując w Chrystusie prawdziwą postawę człowieka.
Także powstanie wielu demokracji prowadzi dzisiaj do dialogu i zaufania między narodami a świat ponownie rozumie, że człowiek nie może żyć bez Boga.
Bez prawdy, która – obecna w nim – czyni go wolnym.

Człowiecze naszych czasów!
Chrystus uwalnia cię od egoizmu i wzywa do dzielenia się, oraz chętnej i radosnej pracy na rzecz innych.
Człowiecze dnia dzisiejszego! Bogate narody dostatniej cywilizacji! Nie bądźcie obojętne na liczne tragedie świata, coraz bardziej uświadamiajcie sobie potrzebę niesienia pomocy tym narodom, które dzień po dniu walczą o przetrwanie.
Uwierzcie, że nie ma wolności tam, gdzie utrzymuje się nędza.
Niech ludzka i chrześcijańska solidarność stanowi wyzwanie, które stymuluje wasze sumienie, aby ta pustynia przyczyniała się do podnoszenia ludzkiej godności i sprawiała, że chleb nabiera kształtu, aby przywrócić uśmiech, pracę, nadzieję, postęp.
Ale dzięki Bogu widziałem także pojedynczych ludzi, stowarzyszenia, instytucje, księży, zakonników, ludzi świeckich różnych zawodów, którzy dobrowolnie zobowiązują się i poświęcają dla dobra swoich osamotnionych i cierpiących braci i sióstr. Dziękuję im w imię Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego!

Człowiecze naszych czasów!
Chrystus wyzwala cię, bo cię kocha, ponieważ oddał za ciebie swoje życie, ponieważ zwyciężył dla ciebie i dla wszystkich ludzi. Chrystus przywróci świat i ciebie – Bogu. Przywróci Boga – tobie i światu. Na zawsze.
Miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat! (J 16,33).
 
Jan Paweł II Papież, 15 kwietnia 1990 roku.

30/11/2013

Nazwa „Solidarność” – zobowiązuje do solidarności. Solidarności silnych ze słabymi.

Jak było wtedy z tą solidarnością – dowiadujemy się dopiero teraz.
Nawet ja – będąc członkiem Związku od początku, dopiero dziś dowiaduję się ze współczesnych opowieści osób organizujących pierwszy strajk w Stoczni i strajki „solidarnościowe” w innych zakładach, że „Solidarność” – tej prawdziwej solidarności musiała się wówczas dopiero z trudem uczyć. I to uczyć się na błędach. Dotyczy to szczególnie Wałęsy, ale przecież nie tylko jego…
Nazwa związku nawiązywała do takiego sposobu działania i współpracy pomiędzy organizacjami zakładowymi, gdy wielkie zakłady pracy, mające bardzo liczne załogi – działają jawnie i czynnie, wysuwając żądania pracownicze wobec władzy, również dotyczące pracowników innych, mniejszych zakładów lub nawet generalnie – pracowników w ogóle, a te małe zakłady – które nie byłyby w stanie strajkować skutecznie – zapewniają poparcie tym wielkim, biorą udział w manifestacjach, w działaniach informacyjnych, tworząc tę „masę” wsparcia społecznego – z którą każda władza będzie musiała się liczyć i wręcz – od której każda władza zależy.

Początkowo być może tak to funkcjonowało na fali wielkiego zrywu społecznego, dzięki temu „Solidarność” powstała jako oficjalna, legalna dziesięciomilionowa organizacja i odniosła wielki sukces. Stan wojenny wiele jednak zmienił, związek odbudowany ku wielkiemu zdziwieniu i zaskoczeniu dawnych czołowych działaczy ledwie wówczas wypuszczonych z miejsc internowania, reaktywowany nagle i niespodziewanie podczas załamywania się władzy PZPR, gdy osłabione zostały już rygory stanu wojennego – nie był tym samym związkiem ani personalnie, ani ideowo. Późniejsze przemiany gospodarcze dowiodły, że poszczególnym organizacjom zakładowym trudno już się nieraz dogadać, wręcz mnożyły się przypadki konfliktu pomiędzy „Solidarnością” w jednym zakładzie pracy czy branży a „Solidarnością” w innych zakładach lub branżach; wąsko pojmowane interesy załóg lub grup zawodowych okazywały się ważniejsze niż wspólna solidarna walka o wspólne dobro. To zresztą było nieuniknione w coraz bardziej komplikującym się świecie gospodarki rynkowej – w porównaniu z – pod tym względem prostszym – zunifikowanym światem centralnie planowanej gospodarki państwowej.

Wszystko wskazuje więc na to, że związek „Solidarność” musi uczyć się solidarności nadal.
Dziś Solidarność programowo działa w interesie pracowników. Zajmuje się głównie warunkami pracy, prawem pracy itp. a więc sprawami dotyczącymi osób aktualnie pracujących, zrzeszonych w zakładowych organizacjach związkowych. Jedną z form działania był udział reprezentacji związkowej w pracach tak zwanej Komisji Trójstronnej której przewodniczy Minister Pracy i Polityki Społecznej Władysław Kosiniak Kamysz. Komisja zajmuje się debatą nad propozycjami rządowych zmian np. projektem ustawy o zmianie ustawy Kodeks Pracy – dotyczących tzw. „elastycznego czasu pracy” oraz wydłużenia okresu rozliczeniowego czasu pracy. Zmiany te zostały wprowadzone pomimo wielu zastrzeżeń związkowych, gdyż opinie ZZ nie są dla władzy zobowiązujące. Wszystko wskazuje na to, że dla władzy a konkretnie dla Ministra Kosiniak Kamysza atrapa komisji trójstronnej była jedynie platformą propagowania rozwiązań rządowych, miejscem gdzie próbowano przekonać związkowców do proponowanych zmian, na zasadzie nie dialogu a pewnej zorganizowanej „promocji” projektów rządowych, które wprowadzano niezależnie od stanowiska związkowego, co najwyżej uznając, że promocja się nie powiodła i związkowcy do rozwiązań rządowych nie dali się przekonać, Ale władza tak czy inaczej – wprowadziłaby te zmiany, realizując swoją założoną wcześniej politykę; politykę służenia biznesowi w ramach wzajemnej solidarności. Bo po tamtej stronie mamy też „Solidarność”: solidarność polityki i biznesu.

Odnosi się od dawna wrażenie, że już sama nazwa „komisja trójstronna” jest mylącym nadużyciem, gdyż w komisji tej spotykały się w istocie dwie strony: wspólna reprezentacja dużych central związkowych jako jedna strona – z syndykatem polityczno – biznesowym zwanym „rząd i stowarzyszenia pracodawców” – jako stroną drugą. W takim układzie – strona związkowa nie miała wiele do powiedzenia. Działalność takiego ciała – stała się farsą demokracji i kpiną z dialogu; zapewne głównie z tego powodu – związki zawodowe zrezygnowały z udziału w pracach Komisji Trójstronnej. Była to forma protestu. Jednak ten sztafaż jak się okazuje był bardzo potrzebny syndykatowi polityczno – biznesowemu.
Widać to w kolejnej sprawie – płacy brutto ustawowo określanej jako minimalna w odniesieniu do umów o pracę w pełnym wymiarze czasu pracy. Jeszcze nie umilkły na dobre echa żądań skandowanych przez ogromne tłumy pracowników podczas sobotniej warszawskiej manifestacji (14.09.2013) pod hasłem „Dość lekceważenia społeczeństwa”, a minister Kosiniak Kamysz już ponownie zaprasza związkowców, apeluje o powrót do udziału w pracach „Komisji Trójstronnej” – by nadal udawać „porozumienie społeczne” i przy tym dzielić się ze związkami odpowiedzialnością za zmiany tak naprawdę przeprowadzane wyłącznie przez władzę. Widać tu wielkie podobieństwa do sposobów działania władzy „ludowej” za czasów PRL. Generalnie widać, jak wiele obecna władza z Platformy Obywatelskiej nauczyła się od władzy PRL-u.
Zbyt wiele.
Prawdopodobnie też i dlatego tak samo skończy…

Wracając jednak do solidarności.
Potrzeba dziś wielkiej solidarności. Solidarności ze słabymi, nie mogącymi strajkować, nie mającymi czym straszyć władzy.
Prócz pracowników wykonujących swoje zawody i zarabiających więcej lub mniej poprzez pracę, jest wielka grupa pracowników – którzy zostali pozbawieni pracy i często wypchnięci z rynku pracy totalną, bezwzględną i bezzasadną odmową zatrudnienia. Odmową przede wszystkim bezprawną, łamiącą zasady prawa. Mam na myśli tak zwanych bezrobotnych. Tych rzeczywistych bezrobotnych. To po prostu często pracownicy obecnie niezatrudnieni, gotowi natychmiast podjąć pracę nawet często za wspomniane wynagrodzenie minimalne. To ludzie z trudnością walczący o przetrwanie każdego dnia i tygodnia, pozbawieni zasiłku dla bezrobotnych a zbyt dumni by razem z ofiarami różnych patologii społecznych ubiegać się o pomoc państwa w ośrodkach pomocy społecznej. To pracownicy z długim nieraz stażem, których zwolniono podczas upadłości zakładów pracy, przy prywatyzacji, redukcji zatrudnienia, restrukturyzacji przedsiębiorstw lub zwolniono (pozbyto się) wbrew prawu ze względu na wiek i teraz również wbrew obowiązującemu prawu odmawia się im zatrudnienia – pod różnymi pozorami lecz w rzeczywistości także ze względu na wiek. mam na myśli pracowników, dziś bezrobotnych w wieku po 50 roku życia.
Jeśli mamy nadal mówić o solidarności pracowniczej – NSZZ „Solidarność” musi ich także objąć swoimi działaniami. Dość lekceważenia bezrobotnych 50 plus!

Nie było, nie ma i nigdy nie będzie zgody na poświęcanie kilkudziesięciu tysięcy czy kilkuset tysięcy ludzi na poniewierkę, cierpienie fizyczne i psychiczne i wreszcie na śmierć na przysłowiowych lub rzeczywistych śmietnikach! To hańba Donalda Tuska i jego rządu Platformy Obywatelskiej! Przy dalszej bezczynności może to być także hańba „Solidarności”!

Nic nie wskazuje na to, by władza sama chciała rozwiązać ten problem; władza jest zresztą po części zakładnikiem lobby biznesowego a ono nie widzi w tym żadnego problemu. Niestety podobnie nie można liczyć na ewentualny rząd powstały z innych ugrupowań politycznych, chwalących liberalizm nawet wówczas gdy odebrał on kilkuset tysiącom ludzi ich wszystkie prawa, bo przecież odmowa prawa do pracy jest równoznaczna praktycznie z odmową wszelkich innych praw, z powodów finansowych i innych wywodzących się z następującej przez to nędzy.
Szczególnie i przewodząca dziś w sondażach poparcia społecznego partia Jarosława Kaczyńskiego nie wykazuje żadnego zainteresowania tym problemem, prawdopodobnie dlatego, że podporządkowana jest osobiście samemu Prezesowi PIS – całkowicie wyobcowanemu społecznie, nie mającemu pojęcia o realiach i kosztach codziennego życia, normalnych potrzebach człowieka czy rodziny, sprawiającego wrażenie – że zajmuje się wyłącznie „robieniem polityki” a ktoś inny mu wszystko kupuje, gotuje, sprząta, pierze, płaci rachunki za prąd, gaz czy ogrzewanie i dlatego Pan Prezes Kaczyński nie ma świadomości, że wszystko to wymaga PŁACENIA a to płacenie wymaga ZAROBIENIA a zarabia się w większości przypadków w pracy najemnej… czyli, że człowiek pozbawiony pracy – JEST POZBAWIONY WSZYSTKIEGO!
Jest pozbawiony przez społeczeństwo wszelkich praw w imię „liberalizmu”.

Dowód na trafność takich wniosków Pan Prezes dał sam, wybierając się kiedyś „oficjalnie” w towarzystwie kamer i współpracowników do „sklepu osiedlowego” (podobno chodziło o „Biedronkę”) – by udowodnić, jaka w kraju jest drożyzna a zapominając przy tym zabrać pieniędzy na te zakupy oraz nie mając świadomości, że „Biedronka” jest wielką siecią sklepów najtańszych…

Nie ma innych sił zainteresowanych, dlatego jeśli NSZZ „Solidarność” nie podejmie natychmiast tematu bezrobocia pracowników wieku 50+ moim zdaniem przestanie być godna swojej nazwy i swojego rodowodu! Starsi pracownicy pozbawiani pracy są najsłabszym podmiotem w społeczeństwie. Konieczne jest włączenie problemu bezrobotnych z tej grupy do zainteresowania Związków Zawodowych w imię solidarności pracowniczej.

Najbardziej istotne w tej sprawie jest to, że chodzi tu o pracowników pozbawionych pracy, których spotyka z niewiadomych powodów odmowa zatrudnienia. To nie są jacyś „inni ludzie” albo zwierzątka a pracownicy ze stażem ponad 25 lat, których nagle zwolniono a następnie zaczęto odmawiać im zatrudnienia oraz realnej pomocy ze strony Urzędu Pracy. Dlatego należy traktować ich jak pracowników czasowo niezatrudnionych i objąć ich potrzebną pomocą w ramach solidarności pracowniczej, pomocą sprowadzającą się do wystąpienia silnych organizacji do władz z żądaniami natychmiastowego rozwiązania tego problemu. W innym wypadku – NSZZ „Solidarność” – zajmując się tylko interesami tych co już pracują, są członkami związku i płacą stosowne składki – okryje się hańbą tak samo jak władza, która doprowadziła do takiej tragicznej sytuacji.

18/08/2013

Ofiary z ludzi – składane bożkowi - „Liberalizmowi” przez barbarzyńców - na śmietnikach.

Przyczyną bezrobocia są dawne i obecne decyzje władzy, na które tak zwany „zwykły” obywatel nie miał i nie ma wpływu. A to właśnie on – „zwykły” obywatel staje się z reguły bezrobotny. Pewną rolę odgrywają tu także przemiany odbywające się poza tym krajem a więc poza zasięgiem decyzyjnym władzy krajowej, zmiany o zasięgu globalnym, ale nie można tego nadużywać jako usprawiedliwienia; po władzę sięga się z pełną świadomością i z pełną odpowiedzialnością za skutek tego.
Bezpośrednią przyczyną bezrobocia, czyli niedoboru popytu na pracę oraz niedostosowania kwalifikacji tych, którzy swoją pracę oferują – są decyzje dotyczące gospodarki a więc decyzje władzy. Z jednej strony wynikają one z braku wizji drogi rozwoju gospodarki czyli „znajomości reguł”; To coś jak gra – w nie wiadomo jaką grę. Zarówno inwestorzy jak i potencjalni obecni oraz przyszli pracownicy mogą i wręcz powinni opierać swoje plany na wiedzy o tym, jak władza ma zamiar gospodarować. Chodzi o spójną, sięgającą w przyszłość wizję działań organizatorskich, na przykład – jak ma się rozwijać energetyka, które gałęzie przemysłu będą rozwijane na rynku krajowym na potrzeby wewnętrzne ale także z nastawieniem na walkę o rynki eksportowe, a które zostaną oparte o import dobrych wyrobów, przy braku aktualnie możliwości konkurencji z obcym przemysłem pod tym względem czy braku dostatecznych przewidywalnych środków inwestycyjnych. Władza ma mieć taką wizję, taki plan – uwzględniający przy tym liczbę obywateli zdolnych do pracy, specyfikę rozkładu podaży kwalifikacji w poszczególnych segmentach oraz prosty fakt, że praca jest zasadniczym źródłem dochodu obywateli niezbędnym do ich samodzielnego egzystowania, jest także zasadniczym elementem funkcjonowania ekonomii.

Niestety takiej wizji i takiego planu od wielu lat nie ma. To nie przez przypadek.
Władza w postaci grupki niedouczonych absolwentów politologii, zaćpanych pokątną „maryhą” i niedopilnowanych przez rodziców, postanowiła założyć partię „obywatelską” – bo to tak ładnie brzmi, wdrażającą w tym kraju wolność. Naczytawszy się amerykańskich lub francuskich teoretyków, odpowiedników Marksa lub naszego Magika-Cynika we fraczku i cylinderku, jeżdżącego po kraju z idiotycznymi „wykładami” i mieszającego młodym zapaleńcom w i tak nie do końca już uporządkowanych zwojach mózgowych – postanowili zaprowadzić tu „liberalizm”. A co to jest liberalizm? No to przecież każdy wie: liberalizm to znaczy, że „wszystko wolno”. Jeśli zaś wszystko wolno – to jakiekolwiek planowanie czy analizowanie nie ma już żadnego sensu; niewidzialna ręka rynku sama wszystko zorganizuje i ustali, przedsiębiorcy będą robili wszystko z korzyścią dla siebie a jeśli czegoś robić nie zechcą, to znaczy że tego robić nie trzeba…

To pewnie dość złośliwe, ale tak sobie wyobrażam moment powstania PO i jej założycieli; Tuska i Bieleckiego, Liberadzkiego i innych. Władza zastąpiła zarządzanie gospodarką – przyglądaniem się „co zrobią przedsiębiorcy, jak zareaguje rynek” oraz ślepą wiarą w „samoregulację” i „niewidzialną rękę rynku” itp. i to właśnie jest źródłem dzisiejszego nieszczęścia. Donald Tusk jest szefem partii tworzącej rząd oraz jednocześnie Prezesem Rady Ministrów – więc to on bierze na siebie całą odpowiedzialność.

Można to stwierdzić trafnie i jednocześnie dość lapidarnie: to wina Tuska. Takie sformułowanie - totalnie ośmieszane przez przydupasów władzy - jest po prostu trafne i owo usilne ośmieszanie tylko to potwierdza.

Bezrobocie jest ogromnym nieszczęściem dla co najmniej dwóch milionów obywateli w tym kraju. Bezrobocie – to głównie brak popytu na pracę lub odmowa zatrudnienia. Może ona mieć różne przyczyny.
Brak kwalifikacji poszukiwanych przez pracodawców; zjawisko dość częste a wynikające także bezpośrednio ze wspomnianego wcześniej braku reguł, braku planowania gospodarczego. Istnieją też miejsca pracy – niezbędnej, ale nie wymagającej szczególnych kwalifikacji. Widocznie jednak liczba takich osób jest większa niż liczba takich miejsc pracy, dlatego część z nich pozostaje bez zatrudnienia. Pytanie – z czego żyją – powoduje zazwyczaj wzruszenie ramion i to nie tylko u władzy ale i u sporej części społeczeństwa.
W wielu zapewne przypadkach dostosowanie kwalifikacji tych osób do potrzeb byłoby realne, dość łatwe i opłacalne – biorąc pod uwagę koszty pomocy społecznej sięgające kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie. Wydaje się to oczywiste i nawet dziecko w wieku szkolnym odpowiedziałoby: trzeba się zorientować czego brak poszczególnym osobom do spełnienia konkretnych oczekiwań pracodawców i pomóc im uzupełnić ten brak. Cwaniacy zwietrzyli w tym znakomity interes i tak też zrobili: stworzyli wspaniały biznes organizowania „szkoleń dla bezrobotnych” z ogromnym dofinansowaniem z funduszy unijnych, szczególnie Europejskiego Funduszu Społecznego. Wydano, nazwijmy to wprost: zmarnowano i „sprywatyzowano” zarazem ogromne kwoty, a skutek okazał się marginalny. Niewiele to dało, bo też i nie miało wiele dać; chodziło o pretekst do transferu ogromnych pieniędzy z funduszy unijnych do prywatnych kieszeni, ale jednocześnie w taki sposób, by nie popsuć „platformy biznesowej” jaką była, jest i ma nadal być tak zwana „pomoc dla bezrobotnych”.

Znaczne ograniczenie bezrobocia jest z punktu widzenia biznesowego po prostu nieopłacalne a koszty „ludzkie” czy „społeczne” nikogo z „liberałów” przecież nie obchodzą. Tym bardziej nie robi na nich wrażenia to, że bezrobocie powstałe głównie na fali „liberalizmu gospodarczego” – odbiera wolność a nawet prawo do życia dwóm czy trzem milionom ludzi w tym kraju.
Liberalizm – odbierający wolność?

Na fali krytyki i powoli następującej ewaluacji dotychczasowych działań – władza zrobiła coś jeszcze głupszego i podlejszego: całkowicie wyeliminowała szkolenia dla bezrobotnych jako formę przekwalifikowania czy uzupełnienia kwalifikacji wykorzystującą przeznaczone na ten cel pieniądze z EFS. Wiąże się to zapewne i ze świadomością, iż „brak kwalifikacji” był dla pracodawców często jedynie pretekstem odmowy zatrudnienia a poza tym – niezależnie już od kwalifikacji – brak ogromnej ilości miejsc pracy w ogóle, rozpatrując to liczbowo. Wynika to z dewastacji krajowej gospodarki na przełomie wieków, likwidacji wielu lokalnych przedsiębiorstw a nawet całych gałęzi gospodarki – z przejściem na import wyrobów gotowych produkowanych przez światowe koncerny. Skoro miejsc pracy jest zbyt mało (o milion) to żadne szkolenia nie zmniejszą bezrobocia a mogą jedynie spowodować jakieś ruchy kadrowe, np. zastępowanie starszych pracowników równie wykwalifikowanymi młodszymi.

Tak jak system polityczny oparty na marksizmie i zaplanowany przez Lenina nazywano dyktaturą proletariatu – tak obecnie nie mniej ideologicznie hermetyczny system zbudowany przez Platformę Obywatelską i Donalda Tuska śmiało można by nazwać „dyktaturą biznesu”, systemem Tuska czy wręcz po prostu „juntą biznesowo-polityczną”, tyle że podczas gdy dawniej proletariat w rzeczywistości nie miał nic do powiedzenia a jeśli już – to wyłącznie do „powiedzenia” (pogadaj sobie i dalej rób co ci kazano), tak współczesna dyktatura jest o tyle groźniejsza, że jest rzeczywista, jest autentyczna, wspierana nie tylko przez władzę ale i przez tych co na niej dzięki władzy żerują. Zadbano o to, by ofiary dyktatury nie stanowiły większości a więc by nie miały dużych możliwości obrony, przez brak poparcia. Nie można zmienić systemu, gdy w wyniku tej zmiany "większość" miałaby gorzej niż wcześniej – oto cała perfidia PO. O tyle więc nie można spodziewać się spektakularnego sukcesu najbliższych protestów związkowych 11 września.

Nim społeczeństwo dojrzeje do powrotu na drogę normalnego, zrównoważonego rozwoju, szacunku dla życia innych ludzi – zabije na swoich śmietnikach bardzo wielu swoich współobywateli, wyrzuconych na margines i potraktowanych jak śmieci. Ale nie martwmy się tym: Historia, Ekonomia, Politologia i Kościół – znajdzie na to wystarczające, ludzkie usprawiedliwienie. A Bóg…

30/06/2013

Prawo do zabezpieczenia społecznego. Nikt nie zmusi nikogo do korzystania ze swoich praw.

Prawo pracy – to nie to samo co prawo do pracy. Prawo do pracy – jest zasadą konstytucyjną, natomiast prawo pracy – to prawo regulujące stosunek pracy – czyli ustawa „Kodeks Pracy” oraz cały szereg przepisów wykonawczych do tej ustawy.
Konstytucyjne prawo do pracy wyrażone jest w jej artykułach 65, 66, 67. Konstytucja stwierdza, że każdy ma zapewnioną wolność wyboru zawodu, jego wykonywania oraz wyboru miejsca pracy a jeśli od tej zasady mają być wyjątki, to muszą być one określone w przepisach prawa rangi ustawy, które mogą określać przypadki obowiązku pracy. Ustawy określać mają wysokość płacy minimalnej oraz sposób jej wyznaczania. Konstytucja narzuca też władzy publicznej obowiązek prowadzenia takiej polityki, która zmierza do pełnego i produktywnego zatrudnienia, między innymi poprzez zwalczanie bezrobocia i interweniowanie w rynek pracy. Konstytucja gwarantuje każdemu prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy, do dni wolnych od pracy, corocznych urlopów, prawo do ograniczenia jego obciążenia za pomocą maksymalnej normy pracy (maksymalnego obciążenia) ustalonego ustawą. Obywatel ma też konstytucyjne prawo do zabezpieczenia społecznego na czas choroby, do renty w przypadku niezdolności do pracy oraz emerytury. Obywatel pozostający bez własnej winy bez pracy, ma prawo do zabezpieczenia społecznego.
Konstytucja stanowi więc jakby fundament prawa obywatelskiego dotyczącego pracy.
W myśl zasady kardynalnej, ustawy wydawane z upoważnienia konstytucyjnego dla szczegółowego uregulowania jakiegoś zagadnienia, nie mogą pozostawać w sprzeczności z jakimkolwiek przepisem konstytucji, szczególnie tym który stanowił delegację do wydania przepisów o randze ustawy w jakiejś sprawie.
W przypadku Art. 67 Ust. 2 Konstytucji mamy zasadę, że obywatel pozostający bez pracy nie z własnej woli i nie mający innych środków utrzymania ma prawo do zabezpieczenia społecznego, którego zakres i formy określa ustawa. Zakres i formy mają być określone ustawowo, ale jednak obywatel ma mieć prawo do takiego zabezpieczenia. Inaczej mówiąc – to że obywatel będzie miał prawo do zabezpieczenia jest już narzucone treścią Konstytucji jako prawa wyższego a ustawa ma jedynie ustalać szczegóły. Tymczasem owa ustawa, którą jest „Ustawa o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” stwierdza, że zasadnicza większość obywateli bezrobotnych (aktualnie ok. 84% tych którzy pozostają bez pracy) – nie będzie posiadała uprawnienia do takiego zabezpieczenia. Natomiast pozostali – mają prawo, ale nie do zabezpieczenia a do jakiejś jałmużny o symbolicznej, zupełnie nieistotnej wysokości, która przed niczym zabezpieczyć nikogo nie jest w stanie. Użyte celowo w Konstytucji określenie „zabezpieczenie” mówi wyraźnie o czymś co „zabezpiecza” a więc daje poczucie bezpieczeństwa; w tym wypadku determinuje to wysokość kwoty pomocy w podstawowym utrzymaniu się osoby pozbawionej zatrudnienia.
Jest to przykład niedoskonałości państwa, które tylko pozornie gwarantuje obywatelom jakieś prawa a w rzeczywistości prowadzi do powstawania praktyki prawnej, która kompletnie nie odpowiada tejże Konstytucji, wręcz neguje ją. Rząd PiS jak dotychczas nie przeciwstawił się tej praktyce.

Oczywiste jest, że język, jakikolwiek by nie był – nigdy nie jest idealnym, jednoznacznym środkiem wyrażania myśli. Pod tym względem język polski nigdy nie zbliżył się do własnego ideału, zasady wyrażonej przez wieszcza narodowego Juliusza Słowackiego w poemacie „Beniowski”. Przeważnie więc - tekst napisany może niestety podlegać interpretacji odnoszącej się do jego znaczenia, sensu. Nie jest możliwe takie sformułowanie jakiegokolwiek przekazu pisanego, aby był on niezaprzeczalnie jednoznaczny, co nie powinno oznaczać zgody na bylejakość.
Co prawda Konstytucja zawiera też zasadę bezpośredniego stosowania jej przepisów, ale w praktyce – niejednoznaczność jest zmorą prawa, albo wynikającą właśnie z niedoskonałości języka jako formy przekazu, albo wprowadzaną celowo lub stwarzaną poprzez „twórczą analizę” przez wyspecjalizowanych w tym (czyli tzw. „wyślizganych”) prawników, umiejącym czynić cuda (np. z igły – widły) albo też cuda odkrywania dziur – w całym, do odwracania kota ogonem – po czym sami zawsze „spadają na cztery łapy”.

Całe pokolenia prawników uczyniły sobie z tej własności języka, a więc i własności prawa tymże językiem wyrażanego – niezłe źródło dochodów. Przy tym jedni zarabiają na „przekręcaniu” a inni na „odkręcaniu” tego co zostało przez ich kolegów przekręcone… a wszyscy roszczą sobie prawo do swobodnego interpretowania Konstytucji.
Być może nie byłoby tak źle, gdyby wszystkim przyświecała idea unikania niejednoznaczności oraz trzymania się tego naturalnego znaczenia słów i oczywistej intencji określonych nimi przepisów. Tak niestety nie jest. Ci co formułują prawa wypracowali do tego celu własny, szczególny język zawodowy, który jest co prawda oryginalny, czasem efektowny, nobilitujący autorów w odbiorze ich środowiska, ale jednocześnie pozostający językiem „wewnętrznym”, wymagającym tłumaczenia na potrzeby odbiorcy – niebędącego prawnikiem; któż się więc zajmuje tym tłumaczeniem? Im niżej schodzimy w randze przepisów rozpatrując ich zgodność z przepisami stopnia czy szczebla wyższego, tym więcej jest sprzeczności. Prawo zdaniem wielu po prostu widocznie musi być niejednoznaczne, by można je było „naciągać” zależnie od sytuacji – kogo dotyczy, oraz – kto się nim posługuje i w jakim celu.

Dotyczy to oczywiście nie tylko konstytucyjnego prawa do pracy ale także i ustawy Kodeks Pracy.
Prawo pracy reguluje stosunki pomiędzy pracodawcą a pracownikiem na zasadzie upoważnienia konstytucyjnego. Należy je w sensie ogólnym rozumieć jako obowiązujące określenie maksimum obowiązków oraz minimum praw każdej ze stron stosunku pracy. Oznacza to, że pracodawca ma prawo do stosowania rozwiązań bardziej korzystnych wobec pracownika niż granica wyznaczona obowiązkami pracodawcy a jednocześnie nie ma prawa stosować rozwiązań bardziej obciążających pracownika niż stanowi granica wyznaczona prawami pracodawcy. Inaczej: normy obciążenia pracownika pracą – są normami maksymalnymi a obowiązki pracodawcy wobec pracownika nie uniemożliwiają stosowania rozwiązań dla pracownika korzystniejszych (dłuższego urlopu, wyższej płacy itp.). Ścisłe trzymanie się tych ustawowo określonych norm dotyczy w praktyce jedynie pracodawców finansowanych z budżetu państwa lub budżetu samorządu, a związane jest z obowiązkiem „oszczędnego” gospodarowania środkami publicznymi.
W praktyce normą zachowania jest jednak ograniczanie się do minimum tego co trzeba pracownikowi dać, oraz do wykorzystywania maksimum tego co można od pracownika wymagać. Pracodawcy nieustannie myślą o tym, jak zmniejszyć koszty a powiększyć swój zysk i to odbywa się właśnie za pośrednictwem wspomnianych „interpretacji” dokonywanych przez etatowych prawników pozostających na usługach pracodawcy, albo też wręcz – bezczelnie i po chamsku – z pomijaniem prawa – co jest potocznie określane jako „szara strefa”, czyli „strefa (nie do końca jednoznacznie) nielegalna”.

Pracownicy od dawna próbują bronić się przed nadużywaniem prawa przez pracodawców – poprzez zrzeszanie się w związkach zawodowych, stanowiących ich grupową reprezentację, mogącą dużo bardziej skutecznie niż jednostka występować z roszczeniami przeciwko pracodawcy, lub w obronie uprawnień pracowniczych, ale ostatnio nasiliło się także zjawisko zrzeszania się pracodawców poprzez konfederacje, zrzeszenia oraz związki – wspólnie walczące o zmiany prawa ograniczające uprawnienia pracownicze i zmniejszające obowiązki pracodawców.
W ostatnim czasie w Polsce pod tym względem obserwujemy znaczącą nierównowagę sił, na rzecz przewagi pracodawców a znacznego osłabienia „sił obronnych” reprezentacji pracowniczych.

28/06/2013

„Odpowiednie służby” i ich przydupni wyrobnicy - czuwają!

Czuwają.
Cały czas pilnie czuwają, pilnując, czy przypadkiem nie stało się coś naprawdę ważnego.
A gdy się coś takiego stanie – wyciągają z szafy „podobnej do Lesiaka, tylko większej” coś odpowiedniego, czym by można to „ważne” – przykryć, wyrugować, zagadać, zastąpić, zamaskować, odsunąć od zainteresowania. Od tego dziś są…
I właśnie wczoraj był u nich alarm: Solidarność odrzuciła wreszcie sztafaż demokracji, udawane „konsultacje społeczne” i farsę Komisji Trójstronnej ministra Kosiniak Kamysza, która jest bardziej dwustronna a w rzeczywistości – jednostronna, bo jedna skonsolidowana strona rządowo – biznesowa wiedzie tam prym, tę stronę społeczną mając głęboko w dupie.

Dość udawania: skoro nie ma rzeczywistego dialogu, nie ma też żadnego wpływu – to szkoda czasu na udawanie.
Centrale związkowe wycofały się z udziału w tej farsie.
Zażądały odwołania ministra pracy a tym samym zmiany przewodniczącego komisji, którym był ów minister pracy. Jednocześnie zapowiedziały rozpoczęcie procedury wewnątrzzwiązkowej przygotowania powszechnego strajku protestacyjnego, strajku generalnego nie tylko przeciwko wspomnianej oszukańczej praktyce władzy, ale szerzej – przeciwko wszelkim działaniom pogarszającym stan praw pracowniczych i obywatelskich. Przewodniczący Solidarności wydał z związku z tym odpowiednie oświadczenie, wyjaśniające szczegółowo powody tej decyzji.

Oświadczenie NSZZ Solidarność w sprawie Komisji Trójstronnej (pdf)

W oświadczeniu tym czytamy Między innymi (fragment):
„… Odkąd Władysław Kosiniak-Kamysz został mianowany przewodniczącym Trójstronnej Komisji, instytucja ta stała się fasadowa, a głos strony związkowej jest w niej całkowicie lekceważony. Dialog społeczny, który jest wpisany w polską Konstytucję, nie istnieje, a rząd wdraża kluczowe rozwiązania dotyczące rynku pracy i polityki społecznej bez jakichkolwiek uzgodnień. Negocjacje ustaw w Komisji Trójstronnej często odbywają się w przyspieszonym trybie, a wiele ważnych ustaw w ogóle nie trafia do Komisji.
Władysław Kosiniak-Kamysz jest też nieskuteczny we wprowadzeniu w życie decyzji podjętych na obradach Komisji Trójstronnej. Dotyczy to, tak rynku pracy, jak też opieki zdrowotnej, gospodarki czy transportu. Nie respektuje podjętych wcześniej zobowiązań, nie umie przekonać innych ministrów do wdrożenia rozwiązań kluczowych dla rynku pracy i polityki społecznej.
Wreszcie Minister Pracy i Polityki Społecznej nie potrafił przeciwstawić się wzrostowi bezrobocia, chociaż jest to jego główny obowiązek. Od listopada 2011 roku, kiedy Pan Minister obejmował swoje stanowisko, do kwietnia 2013 roku stopa bezrobocia wzrosła z 12,1% do 14,0%, czyli przybyło około 340 tys. osób pozostających bez pracy. W tej sytuacji, trzy największe centrale reprezentatywnych związków zawodowych zawieszają swój udział w pracach Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych, Wojewódzkich Komisjach Dialogu Społecznego oraz wszystkich Trójstronnych Zespołach Branżowych. Domagamy się zarazem dymisji ministra pracy i polityki społecznej oraz jego natychmiastowego ustąpienia z funkcji przewodniczącego Trójstronnej Komisji
. 

Ludziska nie mogą przecież czytać takich rzeczy!
Jeszcze zaczną myśleć i co wtedy władza zrobi? Jeszcze zaczną rozglądać się wokół siebie i zobaczą to, czego widzieć nie powinni: rzeczywisty stan Polski, własny swój opłakany stan, biedę, brak szans i perspektyw, nadciągający nieuchronny katastrofalny kryzys finansów, niekompetencję władzy, problemy demografii, ubezpieczeń… czyli brak perspektyw poprawy a wręcz przeciwnie…

Premier zareagował histerycznie – robiąc z siebie drugiego Urbana czy Rakowskiego z czasów stanu wojennego… no niestety: poszło w eter a nie powinno…
Ale służby odpowiednie mają zawsze w zanadrzu coś, co odpowiednio rozdmuchane – przykryje to co rzeczywiście ważne, zastąpi w świadomości zbiorowej to co najistotniejsze w ten sposób, że wzbudzi w durnej gawiedzi prymitywne, prostackie emocje. Służby i ich przydupni wyrobnicy dokładnie i codziennie przeglądają media, kolekcjonując takie przydatne „newsy”. Jeśli nic się nie da wykorzystać, to sami kreują odpowiedni do potrzeb dezinformacyjnych – news.
W tym przypadku – poszli za ciosem: skoro taki sukces odniosła niedawno akcja pod kryptonimem „matka Madzi”, skoro okazało się, że to śmierć dziecka jest elementem tak emocjonującym „opinię publiczną” zwłaszcza gdy się to odpowiednio „naświetli”, to z aktualnej kolekcji dyżurnej wybrano coś bardzo podobnego: nauczycielka, i to jeszcze na dodatek katechetka – która będąc winna śmierci dziecka (ucznia) odsiedziała w więzieniu większą część swojego wyroku (10/15) a po wyjściu i tzw. zatarciu kary, nadal jest nauczycielką i na dodatek ekspertem do spraw doboru kadr pedagogicznych…
Nie twierdzę, że to nie jest ważne; gdyby nie było ważne, nie zostałoby w tej akurat chwili wyciągnięte. Przede wszystkim – jest bulwersujące, dość dyskusyjne i emocjonujące – i to się jedynie w tej chwili liczy dla ludzi manipulujących innymi ludźmi! Ludziska sobie podyskutują, „poszczekają” na siebie na klatkach schodowych i na podwórkach, wezmą się za te głupie łby w świecie realnym jak i wirtualnym – w Internecie a tymczasem… zadecyduje się bez ich udziału, po cichu i nieodwołalnie los ogromnej kwoty ich pieniędzy zgromadzonych w OFE, pieniędzy które najpewniej zostaną wkrótce po prostu przejęte przez ministra – na potrzeby „stabilizacji finansów publicznych” dla dobra ojczyzny; tymczasem decydują się bez zainteresowania i właściwej reakcji społecznej zmiany w prawie – dające „zielone światło” dla lawinowego poszerzania niewolnictwa pracowniczego, ginie gdzieś w tym ręcznie sterowanym rozgardiaszu medialnym głos rozsądku i rzeczywistego interesu społecznego, rozumianego jako interes normalnych, przeciętnych ludzi.

Głowę dam, że w związku z zapowiedzianym przez Solidarność strajkiem generalnym, już teraz wspomniane służby szukają gorączkowo haków na działaczy związkowych; lada chwila zacznie się „serial” w pro-peowskich mediach – o „złych związkowcach”; okradających społeczeństwo a przede wszystkim swoich współpracowników, ustawiających swoje rodziny, dokonujących nadużyć, służących obcym wywiadom, żydom i masonom itp. I pewnie – dla nadania właściwej „mocy dezinformacyjnej” tej akcji – niektóre z zarzutów okażą się uzasadnione…
… Żeby tylko zasiać nieufność, podburzyć biedotę przeciwko niej samej, ograniczyć poparcie (czynne czy bierne) dla działań obronnych, po prostu – „dziel i rządź”: komuna przecież też dokładnie tak robiła a dzisiejsi politycy z postsolidarnościowym rodowodem – bacznie się komunie przyglądali. Uczyli się…

Czemuś biedny?
- Boś głupi!
Czemuś zatyrany, zadłużony, bezrobotny, załamany, bezdomny, oszukiwany, przegrany, zdradzony, wykorzystywany, niedouczony, zaniedbany, niedoleczony, zmarnowany…?

27/06/2013

Oj, nie tak – Panowie, nie tak…!

Obudziłem się z uczuciem przerażenia, że znów jest stan wojenny… a to po usłyszeniu przez radio wypowiedzi Donalda Tuska na temat zakończenia udziału głównych central związkowych w farsie zwanej Komisją Trójstronną.
Te same słowa, ten sam ton, to samo bezczelne odwracanie kota ogonem, cyniczne udawanie niezrozumienia intencji, złośliwość interpretacji, pokrętność i cynizm… jakbym nagle usłyszał J. Urbana albo samego M. F. Rakowskiego, wypowiadającego się wówczas o przerwaniu jakichś rozmów przez strajkujących pracowników.
Kto by pomyślał, że historia zatoczy tak szybkie koło i ci co wówczas byli podobno po stronie protestujących, strajkujących czyli jak się okazało – po stronie słusznej, tej która wywalczyła Polsce wolność – teraz jak Tusk zaczną prawie dokładnie naśladować totalitarnych mistrzów krętactwa i obłudy, próbujących wtedy mieszać ludziom w głowach i wciskać im w uszy kit komuszy, aż do samego niechlubnego końca…
Zresztą; proszę Państwa: jeśli sami tego nie pamiętacie, to proszę odszukać stare gazety z czasu strajków, np. gdy Solidarność została sprowokowana do zerwania rozmów z władzą – wtedy gdy milicja „obywatelska” pobiła Rulewskiego, albo z innego dnia – gdy się wypowiadał Urban, Rakowski czy Kania; przecież to dokładnie to samo, co wspomniana wypowiedź Tuska…
Rechot historii… ?

Przepraszam zresztą, że w tytule zacytowałem lidera „Elektrycznych Gitar” Kubę Sienkiewicza, czyli jak by nie było – jednak zawodowego psychiatrę. Ma to też i szczególne znaczenie, jako pretekst do innego cytatu – o czym na końcu.

Problem dotyczący Komisji Trójstronnej rysował się już od dawna, zauważałem to i dawałem temu wyraz we wcześniejszych moich felietonach. Wynikał on z samej konstrukcji tego ciała, z przyjętej konwencji „konsultacji” powodującej pozorność dialogu tam prowadzonego, oraz z całej postawy reprezentacji Rządu. Sens takiego ciała był w tym, by przeciwstawne argumenty zdecydowanie różniących się stron – pracowniczej (reprezentowanej przez Związki) i pracodawców – były artykułowane wobec strony trzeciej, rządowej i dzięki temu podejmowane decyzje mogły być efektem rozeznania różnić, poznania równoprawnie traktowanych poglądów czy interesów oraz na koniec – wzajemnych kompromisów. Strona rządowa jako realizująca władzę miałaby możność poznać argumenty i kontrargumenty obu stron, choćby przykładowo w sprawie nowelizacji „Ustawy o promocji zatrudnienia” co do wprowadzenia elastycznego czasu pracy oraz rocznego okresu rozliczeniowego czasu pracy. Z tych dyskusji na dodatek powinny być sporządzane szczegółowe relacje, materiały upowszechniane – nakierowane na uświadomienie społeczeństwu „o co chodzi”, to znaczy – na czym polega pomysł i z czego wywodzą się obiekcje jego dotyczące.
Byłoby tak, gdyby władza była rzeczywistą władzą demokratyczną; niestety – nie jest.
A więc i nie chciała w tych dyskusjach czerpać z argumentacji obu stron, by uwzględniać słusznie podnoszone zastrzeżenia czy uwagi i wybierać obiektywnie najlepsze rozwiązanie. A na tym przecież polegają konsultacje i na tym polega demokracja.
Tymczasem jak widać władza wywodząca się z PO nie jest demokratyczna; jest autorytarna a być może nawet wręcz totalitarna. Realizuje swoją ideologię polityczną nie oglądając się na nic i na nikogo. Władza sama najlepiej wie co jest „dla społeczeństwa” najlepsze i to dokładnie ma zamiar zrobić i robi. Konsultacje są dla tej władzy jedynie pozorem –wymuszonym przez naciski opinii publicznej. Ta Komisja Trójstronna miała za zadanie stworzyć jedynie pozory dyskusji, pozory demokracji i pozory spełniania demokratycznych standardów UE.
Władza czyli w tym przypadku Rząd – zasiadając na posiedzeniach KT nie był nastawiony na obiektywizm a był i jest zdecydowanym stronnikiem jednej ze stron: pracodawców. Wynika to zresztą z podstaw konstrukcji tej władzy: to władza biznesu – działająca na rzecz biznesu, rząd stworzony przez przedsiębiorców po to, by działał na rzecz interesu przedsiębiorców.

Stwierdziłem kiedyś i powtórzę: moim zdaniem to zamach na państwo!
Interesem przedsiębiorców nie jest dobro społeczeństwa jako całości, równomierny jego rozwój z uwzględnieniem tych najsłabszych a jedynie – nachapać się, zarobić, zrobić interes życia – szybko się maksymalnie wzbogacić i być gotowym do szybkiej „ewakuacji” – gdy ludzie już się obudzą z niewolniczego letargu. Śmiało można by to nazwać przenośnie „DYKTATURĄ BIZNESU” – przez analogię do dawnej idei komunistycznej – „dyktatury proletariatu”. Jest już dziś mało ważne, czy było to planem PO i samego Tuska od jej powstania z dawnego KLD, czy Donald Tusk stał się dopiero później zakładnikiem biznesu, zakładnikiem rozbudowanej do granic możliwości biurokracji, zakładnikiem służb mundurowych i bezmundurowych, zakładnikiem poparcia hierarchii kościelnej dbającej o swoje, zakładnikiem koalicjanta – dokładniej zakładnikiem głosów poparcia od wszystkich tych, którym w dzisiejszej Polsce jest stosunkowo dobrze.

Jak wyglądały dyskusje w KT można się zorientować choćby po relacji, jaką wówczas sam Minister Pracy zawarł w swoim blogu na stronie Kancelarii Premiera.
Wpis dotyczył „dialogu” i „konsultacji” w sprawie zmian w prawie pracy; elastycznego czasu pracy i wydłużenia okresu rozliczeniowego.
Minister Kosiniak Kamysz pisze tam:

„… Żałuję, że tym razem nie mamy pełnego poparcia związkowców z „Solidarności”. Zwłaszcza, że w projekcie ustawy jasno zapisaliśmy, że pracodawca będzie mógł wprowadzić jakiekolwiek zmiany dotyczące czasu pracy jedynie w porozumieniu z przedstawicielami załogi.
Tygodniami negocjowaliśmy ze związkami i pracodawcami – brawa dla wiceministra Radosława Mleczki za wytrwałość – zapisy projektu ustawy. Za każdym razem, kiedy wydawało się, że jesteśmy bliscy porozumienia, coś nas od niego oddalało.
Nie mogliśmy dłużej czekać. Tych rozwiązań potrzebują nie tylko pracodawcy, ale też zagrożeni zwolnieniami pracownicy. Dlatego zdecydowaliśmy się iść z projektem do Sejmu mimo braku pełnego poparcia ze strony związkowców.
Teraz wszystko w rękach parlamentu. Szanowne Panie i Panowie Posłowie, nie przedłużajcie prac nad tym projektem. To dobre i sprawdzone rozwiązania. Im szybciej je przyjmiemy, tym więcej miejsc pracy uda nam się zachować. 


Trzeba jasno stwierdzić, że minister tak bardzo martwi się tu nie o normalne miejsca pracy a o miejsca niewolniczej pracy, żeby ich było jak najwięcej. Powstają dzięki wsparciu władzy i będzie ich dzięki wspomnianym zmianom jeszcze więcej. W tym właśnie objawia się całe skurwysyństwo: pozorna troska o ilość miejsc pracy aby zmniejszyć bezrobocie, teatralne gesty rzekomej dbałości o interes pracowników – dbałości dużo większej niż to prezentuje Solidarność, a w rzeczywistości – dbałość o rozrost niewolnictwa pracowniczego i ilość miejsc pracy niewolniczej! „Solidarność” po prostu nie może się na to zgodzić, więc zamiar przekonania związkowców do tego był rzeczywiście stratą czasu a być może także próbą „podzielenia się z kimś odpowiedzialnością” za nadciągającą tragedię.

Wynika z tej wypowiedzi właśnie to co napisałem: władza sama wie co jest najlepsze i to właśnie ma zamiar od początku zrobić a „konsultacje społeczne” traktuje jedynie jak próbę przekonania związków do swojego pomysłu. Jak się nie dali przekonać, nie poparli – no to trudno, to ich władza pominie i prześle swój projekt ustawy do dalszego procedowania w Sejmie bez ich poparcia.
Widać tu jaskrawo, że w ogóle nie brano pod uwagę nawet możliwości uwzględnienia jakiejkolwiek najmniejszej nawet uwagi ze strony związkowej. To jest właśnie modelowy wręcz totalitaryzm.
Projekt ów jest wspólnym projektem rządu i reprezentacji przedsiębiorców, konsultacje ze społeczną stroną są wyłącznie łaskawym daniem za dość wymogowi formalnemu, dla pozoru.
Niestety jest to wynikiem nierównowagi jaka powstała już dawno; strona biznesowa powołała swoje reprezentacje interesów pod postacią Konfederacji Pracodawców (nie tylko „Lewiatan”, jest ich co najmniej kilka), ma ponadto „naturalne przymierze” z władzą i jest z nią powiązana również bezpośrednio nie tylko ideologicznie a w tym czasie Związek był bardzo osłabiony, mało aktywny, atakowany przez propagandę i poniekąd w pewnych przypadkach słusznie krytykowany za wewnętrzne wypaczenia i błędy. Dlatego stał się najsłabszą siłą w tym układzie, najsłabszym uczestnikiem rozmów, co ma swoje realne konsekwencje.
To się oczywiście będzie zmieniało, w miarę jak ludzie będą mądrzeli „bici po dupach” umowami śmieciowymi, elastycznym czasem pracy, pracą po 12 godzin bez nadgodzin przez pół roku a następnie – zwolnieniem pod byle pozorem, utrzymywanym sztucznie bezrobociem itp., lecz z drugiej strony władza bardzo dba o to, by mieć też dość dużo tych „zadowolonych”, czerpiących jakieś zyski ze spreparowanej przez nią sytuacji; ogromną armię urzędników, korpus służby cywilnej, pracowników instytucji samorządowych i ogólnie – budżetowych, armię złodziei i oszustów przedsiębiorców działających w szarej strefie pod parasolem ochronnym władzy, przedsiębiorców zarejestrowanych ale mających w dupie prawo pracy, inspekcję pracy i sądy itp.

Wypowiedź Donalda Tuska o przerwaniu obrad KT jest drastycznym przykładem krętactwa, właściwie szkoda czasu i nerwów na jej analizowanie. Ale dobrze się stało, że tak się stało – bo to może jeszcze otworzy oczy wielu ludziom potrafiącym porównać wypowiedź Premiera z tym – co widzą i co wiedzą sami z własnego doświadczenia. Skoro władza udawała dialog – musiało kiedyś dojść do takiego przełomu. Dziwne że dopiero teraz.

Błędem Solidarności jest moim zdaniem to, że zażądała dymisji Ministra Kosiniak Kamysza, choć z drugiej strony rozumiem to żądanie jako oczekiwanie realnej a nie fikcyjnej odpowiedzialności. Bardziej zrozumiałe jest oczekiwanie zmiany przewodniczącego KT bo w istocie minister pracy nigdy nie powinien pełnić tej funkcji jako przedstawiciel bardzo silnej strony dialogu. Myślę, że związek powinien raczej ograniczyć się do oczekiwania zmiany przewodniczącego KT i zmiany postępowania strony rządowej w KT.
Solidarność odrzuciła wreszcie samą formułę tego ciała pozorującego dialog i uwłaczającego demokracji i to jest już pewnym sukcesem. Niestety: sądzę, że władza nie uwzględni krytyki i nie uczyni zadość słusznym postulatom społecznym, nawet nie dlatego, iżby sama nie chciała, ale dlatego – że jej na to nie pozwolą ci, co dziś tu rządzą w rzeczywistości; ci – których rząd Tuska jest dziś zakładnikiem.
Skandaliczne wczorajsze wystąpienie Premiera jest dziś cytowane i omawiane w wielu tytułach, natomiast oświadczenie Przewodniczącego NSZZ Solidarność w tej sprawie jest pomijane, dlatego na zakończenie przytoczę jego pełną treść i czynię to w trosce o równowagę a nie z sympatii dla związkowców.


Powracając do tytułowego cytatu z Kuby Sienkiewicza: chciałbym przytoczyć na zakończenie jeszcze jedno jego zdanie, pochodzące z wywiadu dla czasopisma „Przegląd” z 2006 roku:
„Ci, którzy atakowali Jacka Kuronia, sami postawili się w takim świetle, że podejmowanie z nimi dyskusji urąga cywilizowanemu człowiekowi.”
Święte słowa…

Oświadczenie NSZZ Solidarność w sprawie Komisji Trójstronnej (pdf)

30/12/2012

Pomożecie?

Cytat 1: „…no to jak, Towarzysze; Pomożecie?”.

***

Cytat 2: „…Przede wszystkim chciałbym, Towarzysze, abyście byli przekonani, że ja zawsze chciałem dobrze!”.

To dwa cytaty z wypowiedzi towarzysza Edwarda Gierka (I Sekretarza KC PZPR).

Pomiędzy nimi, w miejscu w którym znajdują się trzy gwiazdki – była dekada, która później została nazwana „okresem błędów i wypaczeń”. Zanim się zakończyła, miała swoich zapalonych zwolenników, piewców, wazeliniarzy, koniunkturalistów, wyrachowanych, cynicznych cwaniaków, także nielicznych krytyków i przeciwników, ale przede wszystkim „elitę” wybrańców nieźle na niej korzystających. Powstały wówczas dług skończyliśmy jako społeczeństwo spłacać właśnie w bieżącym miesiącu, czyli po trzydziestu kilku latach od jego powstania.
Problem ten dało się przezwyciężyć dzięki dość rychłemu i dość silnemu protestowi społecznemu narastającemu jeszcze przed 1980 rokiem, dzięki aktywności elity inteligenckiej potrafiącej porozumieć się z reprezentatywnymi pracownikami fizycznymi dużych zakładów pracy.

Otóż mam nieodparte wrażenie, że historia powtarza się teraz w dużym stopniu.
Jestem pewien, że obecny okres rządów PO rozumianych jako poczynania lub zaniechania gabinetu (-ów) Donalda Tuska także będzie powszechnie nazywany okresem błędów i wypaczeń.
Że społeczeństwo w zupełnie innej sytuacji znów znajdzie sposób, by to powstrzymać kosztem kolejnych ofiar.
No i na końcu – jestem pewien, że społeczeństwo w ostatecznym rozrachunki poniesie tego konsekwencje, znów będzie za to płacić, być może kolejne trzydzieści kilka lat.

To dość smutne i demotywujące…

06/11/2012

… i dlatego będę mówił „ten kraj”!

Rozczarowanie…?
Tak. Wielkie rozczarowanie.
Wydarzenia polityczne na które czekałem od początku września, zmagając się z narastającą depresją, upewniły mnie jedynie w przekonaniu, że źródłem decyzji dzisiejszej władzy w Polsce nie są obecnie warunki ekonomiczne a po prostu ideologia, dominująca nad wszystkim i decydująca o kierunku zmian lub o ich blokowaniu.

Poniekąd to normalne; ideologie po to są, by sterowały działaniami.
Problem w tym, że mamy do czynienia z dziwnym zjawiskiem rozdzielenia społeczeństwa. Nie ma jak się okazuje znaczenia, że siedemdziesiąt procent społeczeństwa chce zmiany kierunku, korekty założeń początkowych wraz ze zmianą ludzi odpowiadających w rządzie za ich realizację. Ma znaczenie, że władza dzięki przewadze głosów piętnastu osłów spreparowała niewątpliwy fakt; nie tylko medialny ale i polityczny, że Rząd uzyskał formalne wotum zaufania Parlamentu. Połowy Parlamentu, większością 15 głosów. Ale jednak. To jednak wystarczy by ogłosić zwycięstwo polityczne.
Trudno to lekceważyć, pominąć, wiedząc nawet, że to z całą pewnością nie odpowiada woli społeczeństwa.
Niestety jak dotychczas wiele wskazuje na to, że praktycznie nic się nie zmieni z punktu widzenia przeciętnego tzw. „szarego” obywatela, z trudnością utrzymującego się „na powierzchni”. Poziom zaślepienia społecznego Premiera a tym samym zapewne i jego ministrów jest po prostu przerażający. Dotyczy to Donalda Tuska w o wiele większym stopniu niż Jarosława Kaczyńskiego. To zaślepienie w przypadku Tuska pochodzi jednak nie z wyizolowania społecznego a z ideologii; dziwacznej , wykoślawionej, durnej i barbarzyńskiej, czyli ogólnie mówiąc – polskiej – odmiany „liberalizmu” dającego sukces „elicie” a odbierającego wolność większości.

"Liberalizm" odbierający wolność.
Premier jest po prostu realizatorem ideologii więc cóż ma mówić; w swojej dbałości o PR bredzi o „utrzymaniu tempa dotychczasowego rozwoju” zapominając jednak, że pojęcie „rozwój” byłoby tu uzasadnione, gdyby dotyczyło wszystkich. Tymczasem sytuacja osób w wieku umownie ustalonym (jako granica umownego podziału) – na 50 lat – stale się pogarsza.
Stopa bezrobocia co najmniej nie maleje w dużych ośrodkach w sposób istotny, w małych ośrodkach czyli „w Polsce” – często rośnie.
Można by było mówić o wzroście gospodarczym gdyby nie tylko poprawiała się rentowność przedsiębiorstw, rosło PKB, ale gdyby także w stopniu istotnym malało bezrobocie, skutecznie działała osłona socjalna osób jakie znalazły się w najgorszej sytuacji. Sytuacja w której bezrobotni nadal są pozbawieni ofert pracy czyli środków do życia a przedsiębiorcy notują zysk – nazywa się narastającym rozwarstwieniem społecznym a nie wzrostem gospodarczym!
To natomiast prowadzi do katastrofy, jeśli nie spotka się ze skutecznym przeciwdziałaniem. Musi doprowadzić do katastrofy.
Rozwarstwienie społeczne przestaje dotyczyć jedynie sytuacji materialnej ludzi; zaczyna najwyraźniej objawiać się w sposobie myślenia, sposobie widzenia zjawisk w bliskim i dalszym otoczeniu. Zasadniczej roli nabiera tu ten obrzydliwy „warszawski punkt widzenia” – jak kalectwo dotykający szczególnie właśnie tych, którzy podejmują decyzje a więc powinni mieć szczególnie szerokie spojrzenie na rzeczywistość, głównie tę społeczną, socjalną. Gorączka „nachapania się póki można” przesłania uczciwość, rozsądek, odpowiedzialność czy choćby podstawowe współczucie. Najgorsza jest przebijająca z wypowiedzi Premiera Tuska i jego polityków pogarda dla Konstytucji, stanowiąca już niejako polską tradycję narodową… jeśli się w Polsce mówi o Konstytucji – to tylko tej z 3-go Maja i tylko w dniu 3-go Maja…
Pomimo narastającej depresji, pomimo topniejących możliwości przetrwania, trzeba jakoś przypominać publicznie o tym, co niewygodne, o czym rząd nie ma zamiaru wspominać.

W najgorszym przypadku – zawsze lepiej być po stronie prawdy, sprawiedliwości czy solidarności…
Ale to – nie jest moja Polska!
To nie jest moja Ojczyzna!

… i dlatego będę mówił „ten kraj”.

30/06/2012

Śmieciowa gospodarka w wydaniu Donalda Tuska.

POLSKA NIE JEST OK. – PANIE PREMIERZE !
Polska buduje szmatławą gospodarkę. 

Mam na myśli fundamenty, podstawy, na których to wszystko się opiera.

Główną ideą propagowaną niejako własnym przykładem jest postawa tych, co się dorabiali na „dzikich prywatyzacjach” i upadłościach celowo – prowokowanych, by coś „skubnąć” z masy upadłościowej, nie bacząc na przyszłe skutki społeczne.
Ta idea – to NACHAPAĆ SIĘ; najmniejszym kosztem, nie zważając na skutki ekonomiczne i społeczne, dorobić się za wszelką cenę i najszybciej jak się da. Jednocześnie – zdobyć zieloną kartę dla dzieci do USA, zagwarantować sobie prawo szybkiego wyjazdu z Europy albo przynajmniej poza Polskę poprzez małżeństwo z obcokrajowcem, załatwić sobie obywatelstwo i paszport innego kraju – by mieć się gdzie ewakuować „w razie wyższej konieczności”. Zrobić szybki i łatwy mająteczek póki ludzie są cierpliwi, zastraszeni, zdezorganizowani, nie rozumieją co się tak naprawdę dzieje wokół nich a wierzą jeszcze w dobre intencje budowania wolnej i solidarnej Polski… oraz dają się postraszyć „wrogiem publicznym nr 1″…

Faktycznie bieg wydarzeń, zmiany polityczne – sprzyjają temu. Dotychczasowe wielkie afery, zarówno te badane przez komisję sejmową jak i wiele innych, mniejszych, uznanych za drobniejsze, mało medialne – pokazały bardzo negatywny przykład, stanowiły sygnał zachęcający do naśladowania. To był wzór, jak się dorobić i jak bimbać sobie z prawa, praworządności, uczciwości czy moralności. Bo każde, nawet najmniejsze odstępstwo od obowiązującego prawa które nie spotyka się z właściwą reakcją – ma działanie demoralizujące na słabych, pozbawionych silnego pionu moralnego ludzi. Taki niezwykle negatywny sygnał popłynął także i ze strony kościoła instytucjonalnego w jego walce o majątek dawniej skonfiskowany, walce biskupów i hierarchów o majątki osobiste, trwającym do dziś szaleństwem budowy kościołów i pomników za pieniądze zabierane popadającym w nędzę rodzinom, bałwochwalczego wystroju świątyń za pieniądze żebraków.

Patrząc na gospodarkę oczyma człowieka przeciętnego uzależnionego od zatrudnienia, od pracy najemnej na rzecz jakiegoś pracodawcy, nie sposób odnieść innego wrażenia niż wrażenie zorganizowanego działania prowadzącego do obecnego stanu. Zastanawiam się jednak, czy podobnego skutku nie można by też osiągnąć całkowicie odrzucając organizację a „puszczając wszystko na żywioł” i pozwalając tym samym dojść do głosu najbardziej prymitywnym, egoistycznym i antyspołecznym, antyhumanitarnym cechom ludzkiego charakteru – po stronie aktywnych uczestników życia gospodarczego. Te dwa nurty myślenia nie wykluczają się zresztą nawzajem; pewna anarchizacja gospodarki może wynikać z przemyślanego planu i pozostawać zgodnie z tym planem pod ogólną dyskretną kontrolą, przynosząc także swój niszczycielski skutek.

Niewątpliwie pomocne w takich zamiarach byłoby zniszczenie dużych i zorganizowanych załóg wielkich zakładów pracy, – co się stało i nadal dzieje. Jednocześnie zdyskredytowanie i rozmontowanie organizacji związkowych z przesunięciem większego nacisku na powstające licznie konfederacje pracodawców, z najbardziej chyba aktywną medialnie Konfederacją Pracodawców Prywatnych „LEWIATAN” – na czele z tow. Henryką Bochniarz – dawną minister gospodarki w rządzie Bieleckiego, z rodowodem PZPR-owskim i wszechobecnym medialnie Jeremim Mordasewiczem. Doszło więc do tego, że to konfederacje pracodawców graja kluczową rolę w zmianach prawa pracy, prowadzących oczywiście najczęściej do usuwania czy ograniczania praw pracowniczych a rozbudowy uprawnień pracodawców, przy całkiem zmarginalizowanych związkach zawodowych dopuszczanych do tzw. komisji trójstronnej.

Dalej – otwarcie swoistego parasola politycznego nad przedsiębiorcami poprzez odpowiednie ukształtowanie postawy i aktywności Państwowej Inspekcji Pracy oraz bezpośredni oraz lobbystyczny wpływ na zmiany prawa pracy oraz kształtowanie „właściwych” postaw „niezawisłych” sądów pracy (Wydziałów Pracy w Sądach Rejonowych), stających murem za pracodawcami. Ten proces przekształcania prawa i ustalania dostosowanej do niego praktyki trwa przecież nieustannie. Oparcie gospodarki na drobnych przedsiębiorstwach, małych prywatnych firmach oraz imporcie, tak – by kosztem ogromnego bezrobocia – zapobiegać tworzeniu się zorganizowanych dużych grup pracowniczych. Zgoda (ciche przyzwolenie) na powszechne omijanie prawa pracy, manipulacje rodzajami umów, wprowadzenie pracy tymczasowej i umów tzw. śmieciowych. Lekceważenie czy pogarda dla prawa jest tak duża, szczególnie wśród drobnych prywatnych przedsiębiorców, że są oni często przeświadczeni, że prawo pracy i jego przepisy wykonawcze – ich po prostu nie dotyczą. Prowadzi to do coraz bardziej widocznego rozdarcia państwa na to „oficjalne” oraz to „praktyczne” czyli rzeczywiste. Celowe i świadome utrzymywanie wysokiego bezrobocia jest narzędziem zastraszania i podporządkowanie sobie pracowników, swoistego szantażu który powoduje, że ludzie boją się dopominać o swoje prawa gwarantowane im przez kodeks pracy, pod groźbą utraty zatrudnienia. Szacuje się, że około 60% zatrudnionych musi pracować dużo dłużej niżby wynikało to z ich ustalonego czasu pracy – nie otrzymując za to żadnego wynagrodzenia.

Jednocześnie przez cały czas istnieje ogromny nacisk, parcie na „wyprowadzanie” pieniędzy publicznych do prywatnych firm, czyli po prostu do prywatnych kieszeni. Ma to charakter celowego utrzymywania dużego bezrobocia, z jednoczesnym ciągłym domaganiem się przez przedsiębiorców dotowania miejsc pracy, manią narzekania na wysokie koszty pracy, coraz to nowe pomysły jak płacić przedsiębiorcom za łaskawe zatrudnianie obywateli. Bo i czymże w rzeczywistości są tzw. staże dla bezrobotnych po których z zasady nie następuje trwałe zatrudnienie – jak nie tworzeniem darmowych (na koszt państwa) pracowników wykonujących w firmie część pracy, za którą normalnie trzeba by było zapłacić, dopłaty połowy kosztów zatrudniania na tzw. prace interwencyjne itp. Nawet na zwalczaniu bezrobocia można jak się okazało zarobić – stwarzając programy pomocy i szkoleń, dofinansowywane także z funduszy unijnych, mające zmniejszyć bezrobocie a w rzeczywistości – dające tylko zarobić wielu firmom i osobom prywatnym pracującym na swój rachunek a pozostające bez żadnego wpływu na stopę bezrobocia – tak by nie psuć tego biznesu na przyszłość. Rozlegające się obecnie ze strony konfederacji pracodawców apele do Ministra Finansów o zwolnienie przynajmniej części zasobów Funduszu Pracy, by poprzez dotowanie przedsiębiorców zachęcać ich do zatrudniania ludzi na wspomnianych umowach śmieciowych – także są niczym innym jak próbą „dobrania” się do niemałych pieniędzy Funduszu (5 – 7 miliardów zł) – przeznaczonych na zwalczanie bezrobocia.

Władza buduje więc dziadowską gospodarkę opartą na bezprawiu, cynicznym wyzysku z pełnym błogosławieństwem Tuska, na dotacjach i dofinansowaniach na rzecz przedsiębiorców – robiących wielką łaskę z zatrudnieniem kogokolwiek i posuwających się nawet do szantażowania tym, a jeśli już zatrudniających – to bardzo często z wykraczaniem poza prawo pracy – poprzez manipulowanie umowami, łamanie podstawowych zasad prawa pracy i to manipulowanie bezkarne, bo objęte wspomnianym parasolem ochronnym, wymuszaniem pracy ZA DARMO (pod postacią godzin nadliczbowych za które nie płacą). Żyjemy w dziwnym, nierządnym kraju czy też Kraju Nierządu Platformy Obywatelskiej, pod (nie)rządami gabinetu Donalda Tuska, gdzie zatrudnianie nielegalne ma swoją oficjalną nazwę „na czarno” i funkcjonuje niemalże oficjalnie, jako powszechna, prawie że oficjalna praktyka. Co najgorsze – Rząd czy Premier nie wydaje się tu nawet rzecznikiem interesu państwa, dbającym o dochody Skarbu Państwa – a raczej właśnie dobroczyńcą prywatnych przedsiębiorców – jako kandydatów na „kapitalistów”.
Do takiego wniosku skłania mnie świadomość, jak bardzo „dziurawy” jest budżet, jaka jest skala marnotrawstwa pieniędzy publicznych, jak bardzo dziurawy jest ZUS i jak łatwo by można te „dziury” załatać.

Niewątpliwie to wszystko jest bardzo trudne i wymaga dokładnego przeanalizowania; mam nadzieję, że ktoś to robi, szczególnie ze strony opozycji politycznej, której naturalną rola jest „patrzeć na ręce” rządowi. Jednocześnie dawanie argumentów PiS-owi mam najbardziej do wyrzucenia Rządowi.
Podstawowym dla mnie problemem czy też pytaniem jest jednak to, czy to wszystko, co obserwujemy obecnie w Polsce dzieje się pod wpływem jakiegoś planu, scenariusza, a jeśli tak – to kto i w jakim kraju mógł go napisać by go tu wdrożyć, czy też są to po prostu widoczne objawy niekompetencji, arogancji, braku umiejętności i wiedzy – zastąpionego czy przykrytego ślepą wiarą w „samoregulację przez niewidzialną rękę rynku”, wynik ignorancji, nieodpowiedzialności czy niesamodzielności władzy.
W gruncie rzeczy – to jest zasadnicze pytanie.

Zasadnicze dla przyszłości milionów osób obecnie pozbawionych jakiegokolwiek zatrudnienia (źródła podstawowego dochodu), ich zubożałych rodzin, ludzi zatrudnianych za okrojone do nieprzyzwoitości wynagrodzenie. Ale także jest na szczęście ważne – poprzez reakcję – także i dla większej części osób zatrudnionych i jakoś się samodzielnie utrzymujących, nie na takim jednak poziomie by dołączyć do „elity wybrańców”. Na szczęście – gdyż ich los jest związany bardziej ze współobywatelami w wieku produkcyjnym oraz z ich rodzinami a nie z „elitą” i dlatego jest szansa, że wspólnie upomną się oni i zadbają wreszcie o ten ich wspólny los. Ogromna większość społeczeństwa uważa, że „sprawy w Polsce idą w złym kierunku”. Możliwe więc, że zwycięży rozsądek.

Oby się to stało możliwie jak najszybciej

07/04/2012

Arogancja władzy… a Euro 2012.

Pisząc to – zdałem sobie nagle sprawę, że to określenie – to już slogan. Choć dziś władza tak ściśle już się kojarzy z arogancją, że niewielu potrafi w tym określeniu dostrzec skrajne przeciwieństwo, swoisty oksymoron. Nie o to chodzi, że nikt nie zdaje sobie sprawy z tego przeciwieństwa znaczeń; władza od czasów wielkiego Maharadży Nandy, króla wielkiej Indii (która była jednym wielkim królestwem) wiele wieków wcześniej, przed okresem szczytowym rozwoju cywilizacji egipskiej (Seti - Ramzes II) – była rozumiana jako służba; dająca sławę, zaszczyty, przywileje, ale jednak służba wobec społeczeństwa, ludu. Służba – związana także i z odpowiedzialnością.

Jak się wydaje, większość ludzi zdaje sobie sprawę, że władza nie może i nie ma prawa być arogancka, ale jednocześnie – ludzie po prostu wiedzą, że jest ona arogancka. Że nie jest taka, jak powinna. Dlaczego? Bo nie funkcjonuje tu łatwy mechanizm wyciągania konsekwencji. Nie funkcjonuje też godność osobista, zasady honoru. A władza – będąc zaangażowanym politycznie stronnikiem konkretnych idei, będąc zaangażowanym finansowo stronnikiem konkretnych interesów – musi po prostu być wobec niektórych arogancka; nie ma innego wyjścia.
Objawia się to na przykład w wybiórczym słyszeniu. Władza słyszy tylko tych których należy słyszeć, z którymi się zgadza i których reprezentuje. Przede wszystkim tych – którzy ją legitymizują, od których zależy. Pozostałych – po prostu pomija. Władza nie dyskutuje z tymi którzy mają inne zdanie; przecież dyskusja oznaczałaby, że inaczej myślący istnieją i mają jakieś znaczenie, mają coś do powiedzenia z czym trzeba się koniecznie nie zgodzić, czemu trzeba koniecznie zaprzeczyć, z czym trzeba się liczyć. Władza jest oparta na myśleniu wybiórczym i dogmatycznym i z natury nie znosi demokracji…
Prócz jednak tych którzy mają wykrystalizowane, zdecydowane i odmienne od władzy poglądy – są jeszcze ci, którzy jako przedmiot działania władzy nie posiadają poglądów ale mają za to konkretne potrzeby. Najczęściej chodzi tu o potrzeby podstawowe, zasadnicze, elementarne.

To nie jest tak jak w słynnym powiedzeniu Jezusa; kto nie jest przeciwko wam – jest z wami… Władza nie jest „przeciwko nim” – bo ich nie dostrzega, nie zauważa. Jak łatwo się domyśleć – z tego samego powodu „za nimi” także nie jest. Nie ma tu miejsca konflikt koncepcji, poglądów, tradycji, rodowodu czy idei. Jest tylko arogancja. Arogancja w skondensowanej, czystej postaci.

Premier postanowił nawoływać z daleka. Tak to jest, że czasem z bliska nie słychać, albo słychać gorzej, ciszej. Trzeba wyjechać na inny kontynent i dopiero z odległości, choćby z Kanady – głos Premiera wzmocniony przez usłużnych współ-propagandystów przyciąga uwagę, z „niewielka pomocą przyjaciół” w mediach. Mam na myśli tę - ni to radę, ni to ostrzeżenie, ni to prośbę – że "Polacy w czasie Euro 2012 nie powinni protestować". Od razu przypomniały mi się dawne uwagi dawnej władzy PRL adresowane do Solidarności, żeby "nie kopała leżących". Opozycja pytała wtedy: to w końcu kiedy ich kopać, gdy oni zawsze leżą...

A dziś? Rozumiem zaniepokojenie władzy, ale nie tędy droga panie Premierze…

Problem w tym, że – w odniesieniu do tego co napisałem powyżej – w czasie Euro 2012 Władza będzie słuchać. Europa będzie słuchać jak i kawałek reszty świata poza Europą także będzie miał oczy i uszy otwarte. Czy logiczne byłoby milczeć wtedy gdy wszyscy słuchają?
A tak należy rozumieć tę „dobrą radę” czy „prośbę–groźbę” Premiera; w czasie Euro nie protestujcie – bo wszyscy będą na was (i na nas) zwracać uwagę, patrzeć i słuchać, a gdy się Euro skończy – wtedy Świat zajmie się swoimi problemami, my – władza przestaniemy znów was słuchać, znów was zaczniemy całkowicie "olewać" jak przed Euro 2012 - to wtedy sobie gadajcie, protestujcie sobie ile chcecie…
Doprawdy; takie „rady” to czysta bezczelność aroganckiej władzy. Bardzo trafnie to określił pan przewodniczący Duda – jako „chyba jakiś ponury żart”...

Od września ubiegłego roku piszę o problemie bezrobocia w grupie obywateli w wieku produkcyjnym, z przedziału wiekowego 45 – 65 (67) lat. Wszelkie próby zwrócenia uwagi władzy ta ten pilny problem, problem życia lub śmierci dla ludzi bez swojej winy pozbawionych możliwości zatrudnienia jako źródła środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych - władza arogancko przemilcza albo co najwyżej arogancko pokrywa bełkotem usłużnych "ekspertów" od "ściemniania"...

Dlatego dziś, pomimo poszczekiwania swojskiego "kundla" (czyli po kaszubsku - tuska) dochodzącego z oddali – twierdzę: ludzie, mówcie głośno i otwarcie co jest waszym zasadniczym problemem życiowym, na przykład o braku możliwości pracy i zdobycia w ten sposób pieniędzy na życie; mówcie teraz – gdy władza słucha. Nie mam na myśli jakichś idiotycznych „kawiarenek dla seniorów” czy "uniwersytetów trzeciego wieku" - fikcyjnych lub trzeciorzędnych postulatów wymyślanych jako kpinę z ludzkiego cierpienia przez panów Boniego, Rostowskiego czy Arłukowicza, a pracę dla osób bezrobotnych „50 plus” dającą im podstawowe środki do życia. Protestujcie teraz, gdy władza słyszy, gdy oczy wielu milionów ludzi będą zwrócona na Polskę i na was!. Władza nie chce nic zrobić w tej sprawie prócz obietnic ”do 2030 roku”. Władza liczy na was, że pokornie i po cichu zdechniecie w krzakach i na śmietnikach i w ten sposób sami uwolnicie "władzę" od swojego problemu. To właśnie chyba mają na myśli - mówiąc o "niewidzialnej ręce" czyli o mitycznej "samoregulacji"; liczą na to, że "sami" wymrzecie i w ten sposób "rynek pracy" się "ureguluje". Co więcej – władza teraz jeszcze bardziej pogarsza waszą sytuację – każąc wam dłużej poniewierać się na zapomogach, zasiłkach albo żebractwie u obcych i rodziny - w oczekiwaniu na prawo do emerytury, która będzie mniejsza o „lata niepłacenia składek” na bezrobociu oraz o część zasobów IKE w ZUS, ewentualnie wcześniej wykorzystaną, by w ogóle dożyć do wieku emerytalnego.

Czasy wrażliwości społecznej władzy jak widać dawno skończyły się, bo jeśli by nie – to by nie doszło do tak dramatycznego problemu w tej sprawie. Władza gdy chce - potrafi reagować natychmiast i podejmować właściwe działania legislacyjne, liczone w czasie na tygodnie a nie na lata czy dekady. Przykład - sprawa wieku emerytalnego, sprawa "dopalaczy" itp.

Walczcie o życie, bo ono nie jest wam dane za darmo. Wasze życie nie interesuje tej władzy, ani wasza śmierć na śmietniku nie zrobi na władzy żadnego wrażenia. Nie tylko na "władzy" ale i na waszych współobywatelach, sąsiadach, znajomych. Protestujcie i demonstrujcie podczas Euro 2012 – bo wtedy może ktoś usłyszy wasz głos i skłoni władzę do natychmiastowej koniecznej interwencji. A jest tu coś do zrobienia, można zrobić wiele i "władza" jest do tego zobowiązana treścią Konstytucji Rzeczypospolitej.

Krzyczcie i domagajcie się działań dopóki ktoś słucha, jak zalecał w swoich naukach w Ewangelii także Jezus. (Szukajcie - a znajdziecie, proście - a będzie wam dane, kołaczcie - a otworzą wam...) Nie dajcie się przekonać, że musicie cicho i potulnie zdechnąć, byle bez rozgłosu i skargi – byle nie zakłócić „panom” dobrej zabawy sportowej, byle żaden cień nie padł na władzę "elity". Byle nie popsuć im ich interesów i biznesów. Tu nie obowiązują „prawa rynku” ani „zasady ekonomii” a raczej zdziczała ideologia „kapitalizmu” – w jej wersji chorej, wypaczonej i drapieżnej.
To co widzisz, co niszczy ciebie i twoje życie - to raczej jakiś "ciężki sen debila" o kapitalizmie. Jakiegoś polskiego "debila" który ma teraz władzę, ma ogromne osobiste dochody, spłaca kredyt za dom i "ustawia się" w życiu na przyszłe wieloletnie pasożytowanie na funduszach publicznych. Prawdziwy kapitalizm w rozwiniętych krajach demokratycznych jest dziś inny; jest ludzki, mądry, przemyślany, przyjazny ludziom pracowitym; daje każdemu szanse a nie odbiera ich - jak tutaj.

Domagajcie się prawdziwej gospodarki rynkowej opartej na ekonomii humanistycznej, a nie podłej imitacji dziewiętnastowiecznego kapitalizmu!

Protestujcie – dopóki ktokolwiek jeszcze was słucha…

02/04/2012

Prawdziwe państwo, fałszywe państwo.

Niemcy – o ile można w ogóle cokolwiek tak bardzo uogólniać, by szukać jakichś wiodących cech „narodowych” - mają sporo wad. Jednak po wojnie podjęto tam zdecydowaną i nie posiadającą przecież jak się wydaje alternatywy decyzję; społeczeństwo zdeprawowane wojną, zarówno w czasie zwycięstw jak i w czasie późniejszych klęsk, wycofywania się, ucieczek i na koniec – kapitulacji, trzeba od nowa wychować, zresocjalizować. Trzeba zaprowadzić porządek, podstawową dyscyplinę obywatelską, praworządność wewnętrzną – bo to jest warunek rozwoju. Krótko: „Ordnung muss sein!”
Czy zasada taka ma gdziekolwiek poważną alternatywę? Z pewnością powrót do niej tuż po wojnie alternatywy nie miał a poza tym w tradycji „porządku” jest coś z gruntu niemieckiego. Poniekąd odwrotnie niż w Polsce, poza oczywiście Kaszubami, w których „polskość zawsze kojarzyła się z jakąś narzuconą nienormalnością”. Zajęto się tym zdecydowanie ale i skutecznie. Skutecznie może dlatego, że zdecydowanie. Znalazły się pieniądze na odbudowę, poprawę warunków życia, usuwanie skutków wojny w sposób zorganizowany i planowy; zarówno fizycznych jak i tych w psychice – co dawało dla wszystkich pozytywny efekt, czyli stanowiło niezaprzeczalną przysłowiową „marchewkę”. Ale był i musiał być także i „kij” w postaci jasnych, zrozumiałych, logicznych zasad oraz bezwzględnego wymagania przestrzegania ich.
Policja niemiecka stała się wręcz synonimem nieubłaganych konsekwencji, bezwzględności w stosowaniu prawa. Musiała w tym posiadać realne wsparcie władzy a z czasem także i rosnące poparcie społeczeństwa dostrzegającego, że to się po prostu najbardziej opłaca. Że wolność jednostki jest wypadkową wolności innych jednostek, jest ograniczona wolnością innych, jak w znanym polskim wierszyku o „Pawle i Gawle” co „w jednym stali domu…”.
Myślę, że władza potrafiła po prostu zasłużyć na zaufanie społeczne, wiarę w to że jeśli coś jest nakazane lub zabronione – to nie jest to bez powodu, ktoś mądry nad tym myślał i mimo, że często to ludziom „jakoś nie pasuje” – to najbardziej jednak opłaca się podporządkować zasadom; nawet nie przez strach o konsekwencje, nie przez żal pieniędzy na bezwzględnie egzekwowane mandaty karne wymuszające zastosowanie się obywatela do obowiązujących zasad a właśnie przez zaufanie do władzy, wiarę że lepiej odstąpić nieco ze swojej indywidualnej wolności by wszystkim łatwiej było żyć.
Z czasem nawet społeczeństwo na tyle utożsamiło się z władzą, że włączyło się do jej działań poprzez presję „od wewnątrz” na „własnych opornych”, presję na współobywateli by podporządkowali się zasadom współżycia.

Przypuszczam, że tylko dzięki temu operacja na taką skalę powiodła się w dużym stopniu. W wystarczająco dużym by to zaczęło decydować o całości. Mam na myśli oczywiście jakby „główny nurt” przemian, bo przecież patologia, margines społeczny, przestępstwa kryminalne czy finansowe zawsze tam istniały i istnieją i pewnie będą istnieć nadal. Ale jednocześnie bez wątpienia dzięki temu powodzeniu - jest to teraz potęga gospodarcza, dobrze zorganizowane społeczeństwo posiadające wewnętrzne mechanizmy wypracowywania optymalnych, mądrych decyzji i ich wspólnej realizacji. Państwo posiada ogromny kapitał zaufania, a jeśli nie – to przynajmniej respektu, ale zawsze jest „nasze” a nie obce, przez kogoś narzucone czy za takie odbierane. Państwo niemieckie dla Niemca jest zawsze wartością, bo i obywatel, Niemiec - dla państwa jest zawsze kimś "lepszym", wartym starań, zasługujący bardziej na wsparcie czy pomoc niż każdy inny mieszkaniec. Niektórzy dopatrują się w tym echa nacjonalizmu czy nawet rasizmu, ale bez przesady; obywatel państwa musi być dla państwa wartością, ma prawo być gdzieś szanowany - o ile sam spełnia obowiązki obywatelskie w stosunku do państwa i to niezależnie od swojej rasy, pochodzenia, zamożności, płci, wyznania, wiary i innych cech.
Co więcej – uważam, że tylko tak można wdrożyć do praktyki, do życia – właściwą rolę państwa, które jest tworem z samej swojej zasady powstającym „dla dobra” , organizującym relacje pomiędzy jednostkami w taki sposób by wszyscy mieli z tego w ostatecznym rozrachunku więcej pożytku niż straty. Bo państwo ma zarządzać naturalnymi różnicami interesów w taki sposób, by zamiast nieuniknionych kolizji na bazie indywidualizmu czy egoizmu powstawał rozumiany i akceptowany przez wszystkich kompromis. Jest to też w interesie wszystkich, także i wszelkich „elit”.

Państwo z definicji musi być uniwersalistyczne. Dlatego wobec jednostki państwo musi być obiektywne, niestronnicze ale i konsekwentne. A przede wszystkim – aktywne. Co dziwne – to niejako definicja państwa obywatelskiego, czyli republiki (federalnej)… a przecież pozornie tak obce kulturowo i historycznie narodowi niemieckiemu…

W Polsce sprawy potoczyły się w dokładnie odwrotnym kierunku, dlatego i skutek jest dokładnie odwrotny. Powodem było oczywiście głównie padnięcie ofiarą okupacji przez swoich wyzwolicieli, którzy przepędzili co prawda innego okupanta, ale sami pozostali na jego miejscu – jak się okazało na 47 lat (Jednostki dawnej Armii Czerwonej opuściły Szczecin w 1992 roku, czyli już po upadku ZSRR).
Okoliczności historyczne nałożyły się tu ze specyficznymi cechami narodowymi kształtowanymi przez wieki. Współczesna Polska jest jako państwo skrajnie partykularystyczna. Mamy do czynienie z czymś w rodzaju mirażu państwa w którym równolegle działają i funkcjonują obok siebie dwa odrębne obszary; praworządny i bezprawny. Co najdziwniejsze, nikogo to już tutaj nie dziwi ani nie razi. Partykularyzm innych – czasem denerwuje w sytuacjach konfliktowych, ale nikogo nie skłania do rezygnacji z własnego partykularyzmu. Co ciekawe - tu także mamy do czynienia z efektem skrajnie przeciwnym niż można by oczekiwać po historii, tradycjach narodowych.

Jest tajemnicą poliszynela, że pod oficjalna, poprawną „warstwą” rzeczywistości jest dopiero to prawdziwe życie (w rozumieniu dziejących się spraw), w którym wszystko jest zupełnie inne niż w wersji oficjalnej. Polacy przez wieki poddani niewoli, zaborom, brakowi własnego państwa – nie umieją go stworzyć sami, prócz tego - nauczeni traktować państwo jako obce, stworzone przez obcych (zaborców, najeźdźców) – walczą z nim niejako ”z przyzwyczajenia” jak z ośrodkiem wrogiej władzy ograniczającej czy wręcz odbierającej wolność. Może dlatego nadal występuje tak silna potrzeba posiadania „spersonifikowanego wroga” w postaci mniejszości, ruchu politycznego czy kulturowego, wytworzenia partii wodzowskich personifikowanych przez osobę przywódcy, by było zawsze z kim walczyć wewnątrz państwa. Walczyć – traktując to jak walkę o własną wolność z „obcymi” i nie licząc się z kosztem.
Polska jest z gruntu niepraworządna. Zarówno jako „władza” – jak i rozumiana jako „obywatel”. Odnosi się to tak do Konstytucji, którą władza nałogowo lekceważy tworząc prawo, jak i do każdej najdrobniejszej zasady prawnej, którą Polak z zasady zawsze stara się ominąć, zlekceważyć, obejść, a w ostateczności choćby wypaczyć w interpretacji. Na dodatek każdy czuje się uprawniony do interpretowania wszystkiego na swój ma się rozumieć sposób i dla swojej korzyści. Sądy – w warstwie reklamowej państwa będące niezawisłą władzą, w warstwie rzeczywistej są nieprzewidywalne, niejednolite, aroganckie, samowolne, ich wyroki często prowokują duże obawy o stan niezależności sędziów od nacisków rożnych sił. Polak przeważnie się z wyrokiem nie zgadza, ciągnące się latami procedury odwoływania się, polskie pieniactwo procesowe - rozmywają poczucie sprawiedliwości i praworządności.

Odwrotnie też społeczeństwo reaguje na próby wprowadzenia pewnej dyscypliny, społeczeństwo solidaryzuje się nie z władzą, z policją a z chuliganami, złodziejami czy oszustami. Jeśli nawet państwo przybiera pozory Rzeczypospolitej, to jest to tylko maską, ideologiczną osłoną jakiegoś partykularyzmu, jak w okresie PRL. Jeśli już państwo próbuje być opiekuńcze, to prędzej tą swoją opiekuńczością obywatela zabije, niż zapewni optymalny rozwój społeczeństwa jako całości z uszanowaniem jego różnorodności.
Nie ma tu mowy o odpowiedzialnym długoterminowym planowaniu i konsekwentnej realizacji planu, w ramach wspomnianego zarządzania różnicami interesów; jest raczej „szarpanie do siebie”, przysłowiowy „wyścig świń do koryta”, tradycja przysłowiowych „15 minut”; dopaść do koryta i skutecznie się „nachapać” bo za chwilę minie "nasze 15 minut" i odepchnie nas ktoś bardziej bezwzględny, silniej się pchający.
Satyrycznie określa się też często (jak słynny kabaret polityczny TEJ) Polskę bardzo obrazowo, jako grupę osób w łodzi wiosłowej, nie potrafiących się porozumieć i robiących wszystko - zamiast normalnego wiosłowania w jednym rytmie, po obu stronach (burtach) z jednakową siłą i w tym samym kierunku. A wiadomo z doświadczenia udowodnionego niezliczoną ilość razy, że wyłącznie to daje efekt poruszania się łodzi we właściwym kierunku i z maksymalną możliwą prędkością, ograniczając też do minimum niebezpieczeństwa. W Polsce albo wszyscy wiosłują tylko z jednej strony, niszcząc lub bojkotując siedzących po drugiej stronie łodzi (przez co pływają w kółko), albo po każdej ze stron wiosłują "po swojemu" - w innym kierunku, rytmie – z podobnym efektem, albo jedna strona usiłuje drugiej odebrać lub wytrącić wiosła, przez co nikt nie wiosłuje i wszyscy są posiniaczeni, a wszystko to na chybotliwej łódce, na wzburzonej wodzie, w głębokim, niebezpiecznym i bez tego nurcie, który zagraża wszystkim śmiertelnym niebezpieczeństwem.

Polska jest niepraworządna, przeżarta korupcją, z silną tradycją samowoli i sobiepaństwa, z nadal silnym wpływem tradycji carskiego czynownictwa, wypaczonymi wzorcami wartości, brakiem dbałości o następne pokolenia, zawiścią do cudzych osiągnięć połączoną z kompletną niemożnością ich naśladowania. Dziś Polska usiłuje naśladować najbardziej trudne doświadczenie w historii świata, jakim był okres społecznego zdziczenia związany z początkami budowy kapitalizmu i skokowego rozwoju ekonomicznego mającego po stronie kosztów skokowy wzrost wyzysku, niesprawiedliwości, niezadowolenia społecznego – prowadzący do wojennej czy rewolucyjnej zawieruchy. Zamiast edukacji społecznej mamy pogłębianie rozłamów i separatyzmów, zamiast informacji – walkę propagandową z przeciwnikami, zamiast religii strzegącej wartości moralnych i społecznych zawartych w Ewangelii – bezwzględną "czarną" siłę o ambicjach politycznych, despotycznym sposobie działania, walczącą pod płaszczykiem udawanej duchowości, a ostatnio nawet już i bez żadnych pozorów - o majątek i zyski materialne. Zamiast służby zdrowia mamy bezwzględną machinę biurokratyczną do eliminowania tego co nieopłacalne, co kosztuje, wprowadzającą element opłacalności materialnej nawet do ratowania życia ludzkiego. Zamiast szkolnictwa – demoralizujący bezideowy bezład, szarpany nieustannymi eksperymentami i zmianami, bez planu, kontroli, walczący bardziej o utrzymanie własnych miejsc pracy a nie o jakość pokolenia przyszłych polityków, urzędników czy przedsiębiorców.
To nie jest państwo, to raczej początek rozpadu państwa, anarchii - zmierzający do kolejnej katastrofy; protestów, rozruchów, zniszczenia i ofiar.

Nie chodzi o krytykę dla samej krytyki ani tym bardziej dla jakiegoś „chorego” interesu politycznego. Skrajna tak zwana „prawica” – cokolwiek by to nie znaczyło i jakkolwiek by nie oceniać trafności tego określenia – rzeczywiście cieszy się z każdego błędu i doszukuje się każdego problemu, widząc w tym jedynie argumentację polityczną do objęcia władzy; nie z autentycznych powodów np. normalnej ludzkiej wrażliwości społecznej.

Problem w tym, że to władza obecna daje przeciwnikom argumenty, zaostrza konflikt społeczny wynikający choćby ze skrajnej polaryzacji materialnej grup społecznych i całkowitego zdziczenia, bezwzględności z jaką do tego podchodzi.
Władza sama daje przeciwnikom pole do populizmu, grania na rzeczywistych problemach, choć gra opozycji także nie idzie o ich usunięcie a o ich przedmiotowe wykorzystanie dla walki o władzę. Ostatecznie to oczywiste, że doprowadzanie do skrajnych problemów jest prowokowaniem aktywności skrajnych sił; opozycyjnych oraz ofiar tychże skrajnych problemów, cynicznie nieraz wykorzystywanych. Nie jest to łatwe, ale przy współczesnych możliwościach, także pochodzących ze wsparcia unijnego – można w Polsce zapanować nad narastającym problemem bezrobocia a szczególnie wynikającego z tego całkowitego braku środków do życia. Kryzys finansowy czy gospodarczy nie musi oznaczać kryzysu humanizmu czy solidaryzmu.
Można autentycznie wdrożyć jakiś natychmiastowy, prosty i skuteczny program oparty na solidaryzmie społecznym, poprawiający byt osób pozbawionych zatrudnienia. Można zdobyć w ten sposób poparcie, zaufanie – oparte jeśli nie na przekonaniach politycznych to na obserwacji skutku, niezaprzeczalnego pozytywnego skutki dania szansy na przetrwanie tym najsłabszym, bez blokowania rozwoju. Mogłoby to wytrącić walczącym o zmianę władzy poważną a demagogiczną argumentację. Tymczasem władza ośmieszyła się nieudolnym i pozostającym na papierze urzędniczych fikcyjnych sprawozdań programem „Solidarność pokoleń dla 50 plus”, straciła zaufanie i oddała broń opozycji.

Jednego jestem pewien: nie wolno pozwolić na stworzenie fikcyjnej rzeczywistości, propagandy sukcesu – co pociąga i pociągało każdą władzę, nie tylko w dekadzie Gierka. Nie wolno dopuścić do tworzenia propagandowego, fałszywego obrazu rzeczywistości, ukrywającego sprawy niezałatwione, dramatyczne problemy które się (świadomie lub przez niedopatrzenie) pomija a zachwycać się sukcesem dotyczącym elity.

Dlatego dziś piszę:
POLSKA NIE JEST "OK." - PANIE TUSK!

JESZCZE NIE!