W sytuacji, kiedy propaganda antyspołeczna robi wielki sukces ze zmniejszenia się stopy bezrobocia rejestrowanego o każdy promil, nawet kiedy jest oczywiste – tak jak obecnie, że chodzi o chwilowy efekt związany z sezonem wczasowym oraz obsługą „Euro2012” – to różnica spora. Przede wszystkim jednak podważa ona zaufanie do oficjalnych danych.
Oczywiście zasadnicze pytanie nasuwa się samo: czy władza zna prawdę a manipuluje jedynie danymi publikowanymi na potrzeby opinii publicznej – stosownie do obowiązującego dziś znowu hasła, że „Polska rośnie w siłę a ludziom żyje się dostatniej”, czyli w skrócie – „Polska jest OK.!”. Bo możliwe jest też, że władza nie zna prawdy i po prostu nie chce jej znać, gdyż nie ma zamiaru wyciągać z rzeczywistych danych żadnych wniosków, bo przecież „niewidzialna ręka rynku sama wszystko ureguluje”. A publikuje się takie dane, które są korzystne „medialnie” w porównaniu z innymi gospodarkami, by podtrzymać wersję o „zielonej wyspie” (oczywiście nie chodzi mi tu o Irlandię).
Jakkolwiek by nie było, informacje o różnicach zostały wyciszone, przykryte szybko jakimś „tematem zastępczym” jak serial pt. „Mama Madzi” itp. Zresztą – któż dziś poważnie traktuje dane GUS; są one od dawna popularnie zwane „gusłami”, bo zbyt łatwo o instrumentalne manipulowanie nimi dla udowodnienia przez władzę dowolnej właściwie tezy ekonomicznej czy społecznej.
Z drugiej strony mamy ostatnio sporo narzekań, wątpliwości czy wręcz oskarżeń pod adresem wiarygodności spisu powszechnego, głównie przez sposób jego przeprowadzenia. Tu już nawet nie chodzi o kwestię „narodowości śląskiej” czy wyraźniej stronniczości osób zbierających dane. Pojawia się coraz więcej – szczególnie w Internecie – informacji o pominięciu obywateli w spisie, o niepojawieniu się rachmistrza w wielu gospodarstwach rodzinnych a nawet w całych wsiach (ludzie nie wypełniali także, co zrozumiałe, ankiety spisowej w Internecie – czekając na rachmistrza). Niewątpliwie trzeba by to szczegółowo wyjaśnić, bo to podważa wiarygodność całego spisu „powszechnego”, ale nie słyszałem, by ktokolwiek się tym zajmował. W ostateczności zupełnie by mnie to nie zaskoczyło, gdybym usłyszał: a co nas właściwie obchodzą prawdziwe dane, skoro i tak musi być tak jak „musi być”, wszyscy mają realizować „generalną linię partii” – Platformy Obywatelskiej, zresztą niewidzialna ręka sobie poradzi i sama wszystko załatwi…
Generalnie więc – jak jest naprawdę, to znaczy jak bardzo jest źle – nie wiadomo.
W chwili obecnej w Polsce nie można mówić tylko o zjawisku bezrobocia, to coś więcej. W przypadku grupy osób w wieku ok. 50 lat ale jeszcze przed wiekiem emerytalnym – panuje irracjonalna ZASADA NIEZATRUDNIANIA. Tu nie chodzi o to, że dla tej grupy ludzi brak miejsc pracy, bo zresztą czymże miejsca pracy dla tej grupy miałyby się zasadniczo różnić od innych miejsc pracy; po prostu ludzi w tym wieku się programowo i z zasady nie zatrudnia. Było kilka dziennikarskich prób wyjaśnienia – dlaczego. Bezskutecznie. Jedyny powód, jaki się często podaje ze strony przedsiębiorców, to ich obawa przed wejściem takiej osoby w „wiek ochronny” skutkujący niemożnością rozwiązania umowy o pracę, nawet gdyby nastąpiła taka konieczność. Chodzi o ostatnie cztery lata przed wiekiem emerytalnym, czyli obecnie praktycznie rzecz biorąc – wiek 63 lat. Tyle że nawet ludzie tak utalentowani w propagandzie jak Jeremi Mordasewicz z Konfederacji Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” nie potrafią wyjaśnić, dlaczego przedsiębiorca nie zatrudnia osoby 50-letniej, mającej do tej „niebezpiecznej” granicy ochrony jeszcze co najmniej 12 lat pracy, a do emerytury – 17 lat. Z drugiej strony minister Kosiniak Kamysz wspominał o bardzo silnej sugestii ze strony społecznej, by skrócić okres fikcyjnej de facto ochrony osób przed wiekiem emerytalnym z czterech do dwóch lat – ale decyzji takiej nie wdrożono, co nie pozwoliło na złagodzenie wcześniej wspomnianych obaw pracodawców. Jak by nie patrzeć – uzasadnienie wygląda na absolutnie fikcyjne, podobnie jak i próby naprawy problemu „ochrony stosunku pracy – która wymusza jego rozwiązanie”. Jakie wobec tego jest rzeczywiste, prawdziwe uzasadnienie?
Nie chodzi tu o „zwykły” brak czy niedobór miejsc pracy. Nie można zresztą pomijać faktu, że ten „brak miejsc pracy” został świadomie wywołany, stworzony, nie był też nieunikniony.
Więc o co chodzi? Dlaczego zawodowi dziennikarze pomijają ten ciekawy temat. Ba! – że dziennikarze prorządowi – to można zrozumieć, ale dlaczego milczą o tym dziennikarze opozycyjni a nawet „dziennikarki kuriewne” – jak je niegdyś złośliwie w „NIE” określił niejaki Gadzinowski.
Czyżby chodziło o celowe działania, iście nazistowski plan wykończenia, pozbycia się, eksterminacji całego pokolenia „post-komuchów” z PRL-u rodem (oczywiście za wyjątkiem „elity” – czyli „swoich”), by nie zatruwali nowego pokolenia swoimi przyzwyczajeniami, nie psuli polskiej młodzieży… polskiej a nawet wszechpolskiej… no tak, ale bezrobocie wśród młodzieży jest dziś jeszcze wyższe niż wśród ich dziadków… więc…
Zrozumiałe jest, że w takiej sytuacji wzrasta ilość samobójstw. W ciągu minionych 4 lat zanotowano gwałtowny wzrost liczby samobójstw, i dotyczy on właśnie osób po 50 roku życia.
W tej sprawie istnieje jeszcze większy problem danych. Wynika to z faktu, że żadna władza nie chce ujawniać takiego zjawiska, a w tej sprawie są szczególne możliwości ingerencji w dane czy manipulacji obrazem rzeczywistości. Przede wszystkim – fakt samobójstwa podlega interpretacji podczas jego klasyfikacji. Jeśli starsza osoba pozbawiona środków do życia przestaje żebrać, prosić o wsparcie ludzi robiących zakupy itp. – po kilku dniach niejedzenia, jest osłabiona, gwałtownie spada jej ciśnienie krwi; jeśli choruje na serce – o co w tym wieku nie trudno – może zasłabnąć i umrzeć. Medycyna kwalifikuje to, jako przyczyny medyczne, skutek choroby – co nawet potwierdza sekcja zwłok. Ponadto – często ukrywanie faktycznego samobójstwa pod fikcyjnym powodem natury zdrowotnej, najczęściej zawałem – wynika z chęci pomocy rodzinie w uzyskaniu kwoty ubezpieczenia przeznaczonej na potrzeby pokrycia kosztów pogrzebu i pochodnych. Ale pierwotną przyczyną jest brak pracy, brak dochodów, zaprzestanie codziennej beznadziejnej walki o przetrwanie, odmowa żebrania o chleb – a to jest świadoma decyzja; wymuszona, ale świadoma forma samobójstwa.
Jeśli starsza kobieta stoi z kubeczkiem jednorazowym po kawie na przystanku autobusowym, aż wreszcie nagle rzuca się wprost pod nadjeżdżający pojazd – jest to zapewne kwalifikowane przez Policję jako „wypadek komunikacyjny” przez „nieuwagę pieszego” a przecież często jest to ewidentnym samobójstwem. Jeśli starsza osoba ginie na skutek upadku na chodnik z okna mieszkania czy klatki schodowej, balkonu – jest to traktowane jak wypadek – chyba, że odnaleziony został list świadczący o takim zamiarze albo jest nie dająca się pominąć relacja świadka, sąsiada. List, jeśli nawet był, nie zawsze musi dać się „odnaleźć”, do tego trzeba chęci a chęciami można manipulować.
Podobnie z tzw. zamarznięciami zimowymi; jeśli np. 205 osób zamarza ze skutkiem śmiertelnym w ciągu jednej zimy w Polsce, są wśród nich osoby bezdomne, ale ludzie zamarzają także i w domach, z braku środków na opał, na leczenie, z osłabienia głodem… albo z utraty chęci do życia, takiego życia. Granica samobójstwa jest tu bardzo płynna.
Jestem pewien, że wszędzie tam, gdzie można dopuścić interpretację okoliczności śmierci – są one interpretowane celowo z wykluczeniem samobójstwa, bo żadnej władzy duża liczba samobójstw nie jest na rękę. Świadczy o jakimś ogromnym problemie, – z którym należałoby coś zrobić…
Nieprzypadkowo więc najwięcej samobójstw w obecnej fali wzrostu ich liczby – dotyczy osób w wieku „50+” a w tym – co niezmiernie znaczące – mieszkańców bardzo małych miasteczek. Miasteczek, gdzie po prostu nigdy nie ma żadnych wolnych miejsc pracy, żadnej możliwości dorobienia choćby częściowo a nawet i żebrać nie ma specjalnie od kogo. To dowód na związek narastającej fali samobójstw z bezrobociem i opisaną powyżej dziwaczną „polityką eksterminacji” nasuwającą skojarzenia z ideologią narodowo-socjalistycznych Niemiec. A w najlepszym wypadku – z jakąś „metodą naturalnej eliminacji” albo po prostu z „prawem dżungli”.
Dlaczego objęte jest to tak konsekwentnym milczeniem?
Dlaczego zupełnie nie mieści się to w obszarze zainteresowania opozycji, choćby PiS? Przecież oczywiste jest, że naturalną reakcją opozycji jest zawsze zwracać się do ludzi poszkodowanych, dawać im do zrozumienia, że się zna i rozumie ich problem, że można na niego coś poradzić a jedyną przeszkodą jest brak możliwości decyzyjnych, większości w Parlamencie. Słowem – „głosujcie na nas, my zlikwidujemy twój problem”…! A tu nic, cisza…
Wiadomo, że to skutek histerii anty-populistycznej; politycy, wszyscy politycy bardziej niż śmierci, bardziej niż diabeł – wody święconej – boją się dziś oskarżeń o populizm. Nie rozumieją jednak, że populizmem nie jest chęć służenia społeczeństwu, bo ona jest podstawowym obowiązkiem każdego polityka. Populizmem nie jest zainteresowanie problemem jakiejś grupy wyborców i chęć rozwiązania problemu.
Tylko obiecywanie działań niemożliwych do realizacji albo takich, których realizacja byłaby w końcowym swoim skutku szkodliwa dla zainteresowanych albo i dla wszystkich – jest populizmem.
Zajmowanie się problemami społecznymi takimi jak skutki bezrobocia jest obowiązkiem polityków.
Populistą był Wałęsa – gdy obiecywał „każdemu po sto tysięcy” oraz „zrobienie drugiej Japonii” i za to dostawał głosy wyborców.
Populistą był prezes Kaczyński – gdy obiecywał że PiS „wybuduje pięć milionów mieszkań” czyli rozwiąże problem mieszkaniowy.
Populistą był i Donald Tusk – gdy ukrywał gotowe już przed wyborami do realizacji plany PO , na zasadzie „głosujcie na nas, albo przynajmniej przeciwko „oszołomom” a my po wyborach – już sami wam zrobimy „dobrze” a jak i co zrobimy – sami zadecydujemy…
Dlaczego dziennikarze, jako ta rzekoma „IV władza” – zajmują się wyłącznie komentowaniem idiotycznych wybryków kompletnie zidiociałych polityków, bawiących się w wojenki ideologiczne albo prywatne, gdzieś zupełnie ponad społeczeństwem, ponad losem ludzi? Dlaczego dają się prowadzić jak dzieci za rączki – przez tematy im podrzucane, komentując wyłącznie bieżące wydarzenia, rzekome „przecieki” dokładnie sterowane a mające na celu tylko jedno: odciągnąć ich uwagę od spraw rzeczywiście istotnych, ważnych z ludzkiego, społecznego punktu widzenia.
Jakiego trzeba wstrząsu, jakiej tragedii – by przerwać tę zabawę władzy, by „elita” zaczęła dostrzegać prawdziwe źródło swojej władzy i swoich pieniędzy - Polaków, zwykłych ludzi. By przypomniała sobie o swoich zobowiązaniach wobec wyborców, wobec społeczeństwa!
PS.
Przede wszystkim miałem spore obawy, czy ktoś nie poczuje się urażony rzeczywiście prowokacyjnym wyraźnym nawiązaniem w powyższym tytule do nazistowskiego hasła programowego "Ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej". Oczywiście - rozumiem różnicę skali, ale dostrzegłem po prostu coś zbliżonego w tym programie zbrodni (ludobójstwa) a klimatem, nastrojem, atmosferą jaką ludzie wrażliwi mogą dostrzec i zaczynają dostrzegać w Polsce Tuska. Cały świat się zmienia, zmienia się w złym kierunku, ale w Polsce dzieje się coś szczególnie niedobrego. Nie potrafię zrozumieć a tym bardziej zaakceptować tego jakiegoś odrętwienia, obojętności społecznej. Widzę już bardzo młodych ludzi najwyraźniej bezdomnych, śpiących na przystankach autobusowych w dzień, chodzących od kosza na śmieci - do kosza... Tak nie może być! I nie chodzi o to, że mnie samego tylko krok dzieli od podobnej sytuacji ...