Przeczytany niedawno tekst – rozmowa z Krzysztofem Inglotem – Dyrektorem Działu Rozwoju Rynków w firmie Work Service S. A. wywołał na mnie ogromne wrażenie, bo uświadomił mi on nagle, iż po prostu widocznie nie nadążam za zmianami w Polsce – tkwiąc w starych a gwałtownie odchodzących gdzieś w przeszłość przyzwyczajeniach, pewnikach, zasadach… Zasadach moralnych – szanujących godność człowieka, godność pracy, dbających o rozwój pracownika nie tylko zawodowy ale i osobisty itp. ideałach…
Przeraziło mnie jednak nie tylko tempo tych przemian ale głównie – ich kierunek, niewątpliwie mający swoje źródło w ideologii politycznej środowiska Platformy Obywatelskiej czy samego jej „herszta”.
Trzeba wreszcie odrzucić propagandową zabawę w „dobrego i złego szeryfa” i sprowadzanie woli obywateli do wyboru „mniejszego zła”. Takie „ręczne sterowanie” wyczuwa się przecież nie tylko w tej sprawie; a podrzucanie powszechnie obowiązujących tematów na które „należy się wypowiadać”, wypracowanie obyczaju polegającego na tym, że władza zadaje tematy przez siebie wyznaczone (tzw.”główny nurt”) a wszyscy grzecznie i koniecznie nimi i tylko nimi się zajmują w głównych mediach… Oczywiście tematy na które rzeczywiście warto się wypowiadać do tych „g(ł)ówno-nurtowych” nie należą, to też przeważnie – bez Policji, bez cenzury i bez Służb – giną gdzieś na marginesie uwagi i zainteresowania… Społeczeństwo zawzięcie dyskutuje na tematy wskazywane codziennie rano przez "dyrygenta". Matka Madzi. Kot Kaczyńskiego. Dziecko księdza wikarego. Pociąg stanął przed semaforem. Oto największe problemy Polaków… No i każdy szanujący się dziennikarz, każdy bloger musi się na te tematy koniecznie wypowiedzieć. Na żaden inny już nie ma czasu. No oczywiście; dokopać Kaczyńskiemu, gdy ktoś ma ciężką manię prześladowczą – to daje lekką choć krótkotrwałą poprawę samopoczucia…Czy to nie jest ręczne sterowanie?
Faktem jest, że wszystkie ugrupowania polityczne liczące się na scenie mają dziś człowieka, obywatela – dokładnie w tym samym miejscu, co koalicja rządząca, co cieszyć może chyba jedynie lekarzy proktologów, bo zapewni im wiele pracy na najbliższe lata a więc i wiele pieniędzy…
Jednak nawet spadające na łeb wykresy poparcia nie skłaniają nikogo – przynajmniej jak dotychczas – do powrotu do właściwego traktowania człowieka, jako centrum wszystkiego i absolutnie najważniejszego przedmiotu nauki, polityki oraz wszelkiego działania. To zasada. Dotyczy i Palikota, i Millera, Korwina-Mikke i Ziobro, nawet „pajaców którzy są najważniejsi”…
Bardzo bym sobie życzył, by ktoś to w Polsce zrozumiał, zanim ludzie zostaną zmuszeni do przypomnienia tej zasady siłą, zanim wymuszą na władzy jej ponowne stosowanie – jak to często bywa w takich okolicznościach, w formie nadmiarowej, wypaczonej reakcji wybuchowej. To niepojęte, że nawet partie walczące o „wszystko” czyli o przetrwanie z poparciem choćby byle ponad próg wyborczy – konsekwentnie odwracają cię tą właśnie swoją „proktologiczną” częścią do społeczeństwa.
Wracając jednak do tematu; odniosłem wrażenie że dla pana Inglota taki problem nie istnieje.
Wypada wspomnieć coś na wstępie o firmie Work Service S.A.; to firma, która rozpoczynała działalność jako Agencja Pracy Tymczasowej dostarczająca pracowników „śmieciowych” dla hipermarketów a dziś – po dwunastu latach działalności – potężna Grupa Kapitałowa (Spółka Akcyjna) działająca w pięciu krajach, dostarczająca przedsiębiorcom około 150.000 pracowników tymczasowych rocznie, będąca także liczącym się ośrodkiem doradczym i eksperckim nie tylko na rynku outsourcingu, ale i w kontaktach z politykami, z władzą, średnio codziennie obsługująca i zatrudniająca ok. 21.000 pracowników.
Nie jest to jedyna tego typu i formatu firma w Polsce i to właśnie mnie tak nagle przeraziło. Nie wiedzieć kiedy powstała w Polsce ogromna siła, stająca się bezpośrednim partnerem rządu i konfederacji pracodawców, ale działająca w swojej istocie sprzecznie ze wspomnianą wyżej zasadą, działająca antyspołecznie. Działająca w swoim własnym biznesowym interesie na rzecz swoich akcjonariuszy jak każda spółka prawa handlowego. Niepokoi to tym bardziej im bardziej uwidacznia się degrengolada, niewspółczesność, zacofanie i zwyrodnienie związków zawodowych – które powinny być równorzędną siłą w dialogu władzy, biznesu i społeczeństwa (pracowników i ich rodzin). Dlaczego? Bo związki zawodowe nie maja już wystarczającego poparcia społecznego. Dziś Polacy im bardziej dostają „w dupę” – tym bardziej odwracają się od własnych związków zawodowych, potencjalnie dających im przecież jak na całym świecie jedyną szansę samoobrony. Bo „nasz kochany Tuseczek” w przerwie pomiędzy spacerem po plaży w Sopocie a harataniem w gałę nakazał ogłosić, że „związkowcy to złodzieje i darmozjady”… a nawet podał kilka rzeczywistych przykładów… Tuseczek jak Dziadzia Stalin: im bardziej trzyma za mordy – tym bardziej go naród kocha… przynajmniej grubo ponad 30% narodu.
Trzeba tu jeszcze pokrótce wspomnieć – co to jest praca tymczasowa. To namiastka pracy z punktu widzenia społecznego – wypaczenie pracy, ale nieźle służące przedsiębiorstwom poprzez zdjęcie z nich wielu obowiązków i ograniczeń wynikających z prawa pracy. Polega ona na tym, że pracownik zawiera umowę o pracę z Agencją Pracy Tymczasowej która jest jego pracodawcą i wypełnia część obowiązków wynikających z prawa, np. zadania kadrowe, podatkowe itp., natomiast pracownik wykonuje pracę na rzecz przedsiębiorcy do którego został skierowany, zwanego wtedy „użytkownikiem pracownika” z którym pracownik ów nie jest związany bezpośrednio żadną umową. Jest to praca krótkotrwała, u danego „użytkownika” nie wolno wykonywać pracy dłużej niż łącznie 18 miesięcy w ciągu kolejnych 3 lat, najczęściej są to terminy kilkumiesięczne. Umowa z Agencją jest odpowiednikiem umowy na czas określony lub na czas wykonania zadania, można ją swobodnie wypowiedzieć z terminem 3 dni (do 2 mies.) lub 7 dni (powyżej 2 mies.). Jest to właśnie typowa praca „chłopca na posyłki”; biznesmen na przykład dzwoni do Agencji i zamawia sobie „chłopaka na dwa tygodnie, bo ma nawał roboty” – i tego chłopaka dostaje „na użytkowanie” bez podpisywania z nim żadnych zobowiązań.
Z jednej strony można się zastanawiać, co ów „chłopak” z tego ma, prócz banalnej kwoty zupełnie nie imponującego zarobku. Kolorowego idiotycznego papierka pozwalającego kupić coś do jedzenia lub ubranie (bo na jedno i drugie nie starczy). Po prostu – TRWA. Egzystuje. Wegetuje beznadziejnie, kombinując – jak się szybko i na zawsze wyrwać z tego cholernego kraju… Wiadomo: społeczeństwo niemieckie czy angielskie się starzeje i trzeba zadbać o napływ TAM młodych wykształconych kadr…
Tym bardziej mało imponującego, że – i tu jest clou sprawy – „użytkownik pracownika” płaci za tę pracę… Agencji Pracy Tymczasowej a ta – potrąca sobie z tego własne wynagrodzenie i dopiero resztę (kwotę umówioną przy zatrudnianiu) oddaje pracownikowi.
I to jest właśnie tym – co mnie najbardziej przeraziło we wspomnianej rozmowie.
Przeraziło; bo jest w tym dla mnie coś po prostu OBRZYDLIWEGO! Tak naprawdę, to umowy takie są w istocie po prostu umowami na czas określony z tym, że obchodzi się tu ograniczenie ustawowe, polegające na tym, że w umowie o pracę na czas określony do 6 miesięcy włącznie trzeba zawrzeć zastrzeżenie o możliwości jej wcześniejszego wypowiedzenia, okres tego wypowiedzenia wynosi np. 14 dni, bo inaczej jest ona niemożliwa do wcześniejszego zakończenia. Mają one cechy także i umów cywilnych, choćby umowy zlecenia, w każdym razie patrząc na to funkcjonalnie – z łatwością można by osiągnąć podobne warunki za pomocą tych dotychczasowo istniejących prawidłowo stosowanych opcji.
Tu rysuje się ślad celu czy przyczyny takiego rozwoju „instytucji” pracy tymczasowej.
Przypuszczam, że zostało to stworzone z pełnym rozmysłem po to, by jakoś „obejść” ograniczenia skostniałego i praktycznie niemożliwego lub bardzo trudnego do zasadniczej nowelizacji Kodeksu Pracy. Trudnego – z przyczyn politycznych, głównie konieczności współudziału „partnerów społecznych” których nie udało się jak dotychczas całkiem wyeliminować z procesu legislacji. Myślę, że skoro trudno było zmienić Prawo Pracy czy zasady Kodeksu Cywilnego to – by usprawnić wykorzystanie pracowników, osiągać z tego większy zysk kosztem pracowników, trzeba było wymyślić i wdrożyć jakieś inne, nowe, nieistniejące zasady, nie obwarowane tak bardzo społecznymi zastrzeżeniami. Oczywiście bardzo pomocne w tym było także stworzenie sytuacji „sztucznego” bezrobocia, atmosfery zagrożenia utratą pracy z powodu choćby „nadmiernych” oczekiwań płacowych czy nieumiejętności „przygięcia karku” w pozycji „chłopaka na posyłki” – czyli pracownika tymczasowego.
Jednocześnie jednak jest tu i sprawa moim zdaniem zasadnicza: powstało w ten sposób ogromne i bardzo – jak to widać na przykładzie wspomnianej Agencji – zyskowne pole biznesowe. Przestrzeń do robienia interesów. Pole do takiego w gruncie rzeczy całkiem zbędnego pośrednictwa, opłacanego jakby kosztem pieniędzy które by mogły stanowić zapłatę za pracę dla tego pracownika. A model tworzenia zupełnie zbędnych ogniw administracji, absolutnie zbędnych pięter pośredników tylko dla dobrania się do cudzych, np. budżetowych czy unijnych pieniędzy – znamy już całkiem dobrze z historii po 1989 roku. Przez analogię do opisywanego niedawno przeze mnie żerowania na pomocy dla osób bezrobotnych, można by to określić rodzajem żerowania na rynku pracy, dokładniej na ludziach pracujących.
Jest jeszcze cały obszar skutków społecznych; pracujący tymczasowo ma co prawda opłacaną najniższą stawkę ubezpieczenia zdrowotnego czy społecznego – najniższą bo liczoną od bardzo niskiej płacy. Ale w sytuacji gdy młody człowiek jest właśnie traktowany jak parobek „na gwizdnięcie” przywoływany do pracy gdy trzeba a po paru dniach czy tygodniach wypychany za drzwi z jakąś zapłatą w ręku, gdy jest takim właśnie „chłopcem na posyłki” raz do takiej a raz do innej pracy bo „jest takie zapotrzebowanie pracodawców” – to jak to wpłynie na jego postawę w stosunku do pracy, do życia. Przecież tak traktowany człowiek niczego się tak naprawdę nie nauczy robić, nie wgłębi się w jakieś zagadnienia wymagające większego zaangażowania, a gdy jest absolwentem – szybko zapomni nawet i tę teoretyczną wiedzę którą posiadł na studiach. Taka praca nie daje poczucia stabilizacji, ani pracownikowi ani tym bardziej bankom czy instytucjom kredytowym, by można było mówić o kupnie mieszkania czy samochodu, co jest już dziś przecież absolutnym standardem cywilizacyjnym, żaden to luksus… Można by wymienić jeszcze wiele istotnych skutków negatywnych, ale wydają się one nie mieć dla władzy żadnego znaczenia; ważne że przedsiębiorcy się bogacą, w tym przypadku wręcz wprost na pracy innych jak wszy na swoim nosicielu, ważne że powstają kapitały, fortuny gotowe do natychmiastowego transferu za granicę wraz z ich wielonarodowościowymi posiadaczami… Czyli – powstaje polski kapitalizm…
Wspomniana rozmowa opublikowana została w portalu Instytucji Rynku Pracy co już samo w sobie świadczy o skali tego wypaczenia. Przecież Instytucje Rynku Pracy – które zostały zdefiniowane w „Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” – mają za zadanie walczyć z bezrobociem i łagodzić skutki bezrobocia istniejącego. Owe tajemnicze instytucje to Wojewódzkie i Powiatowe Urzędy Pracy, OHP, Agencje zatrudnienia, Związki zawodowe, związki pracodawców, instytucje szkoleniowe – a więc jakby się wydawało, podmioty które mają za zadanie zminimalizować bezrobocie, dopomóc każdemu komu można i kto o to zabiega – w powrocie do pracy zarobkowej.
Tymczasem mamy tu rozmowę redaktora portalu z miarodajnym przedstawicielem wielkiej struktury zarządzającej pracą tymczasową – o BIZNESIE. Biznesie jaki jest do zrobienia na dalszym wzroście udziału pracy tymczasowej w całym rynku pracy. Tu nie ma ani śladu problemu społecznego, biedy, niezawinionego cierpienia ludzi pozbawionych zatrudnienia a więc i środków do życia; jest debata osób zainteresowanych wyłącznie zarobieniem na tym. Dla mnie to wręcz uderzające tym swoim skrajnym odhumanizowaniem, skalą wypaczenia czy cynizmu. Rozmówcy skupiają się na planowanym wzroście ilości pracowników tymczasowych, nawet jej potrojeniu w stosunku do obecnej ilości (dziś ok. 500.000) – nazywając to „rozwojem rynku” i trudno się dziwić, wiedząc że wzrost liczby pracowników tymczasowych – to wzrost zysków takich agencji, jeśli jest on częścią zapłaty przedsiębiorcy za wykonaną dla niego pracę. Dla każdego normalnego człowieka „wzrost rynku” oznacza wzrost ilości miejsc pracy a co za tym idzie – spadek bezrobocia, ale dla takiej agencji – „wzrost rynku” to wzrost ich wpływów pieniężnych z „udostępniania pracowników do użytkowania” na zasadzie zbędnego pośrednictwa, czyli w ich interesie jest co najmniej utrzymanie dotychczasowego bezrobocia (w rozumieniu normalnych miejsc pracy, normalnej pracy „stałej”. Dbanie by istniała presja zgody na jakiekolwiek zatrudnienie byle tylko jakoś przeżyć „kryzys”, by było coraz więcej ludzi zmuszonych wbrew woli do akceptowania „pracy tymczasowej” jako roli „chłopca na posyłki” zamiast normalnego zatrudnienia, budowania swojej wiedzy i doświadczenia w wybranej dziedzinie zgodnie z wykształceniem, budowania swojego dobrobytu i pozycji zawodowej – zamiast takiego przypadkowego „popychania raz tam – raz siam”… zazwyczaj siłą rzeczy do prac nie wymagających kwalifikacji, prac doraźnych, pomocniczych, chwilowych, czyli tymczasowych, całego „tymczasowego” życia…
Fakt, że takie materiały ukazują się już w portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia nie tylko budzi moje obrzydzenie do tego rodzaju firm i osób tak zarabiających, ale świadczy moim zdaniem o skali wypaczenia tego co dotyczy pracy i jej funkcji społecznej; wypaczenia jakiego źródła nie umiem dostrzec nigdzie poza ideologią wdrażaną w tym kraju przez Platformę zwaną jak na ironię – Obywatelską, na czele z przywódcą dla którego „polskość to jest taka jakaś narzucona nienormalność”…
Po prostu – ulatuje gdzieś nadzieja, ręce opadają z bezradności….
A może o to właśnie komuś chodzi...
Przeraziło mnie jednak nie tylko tempo tych przemian ale głównie – ich kierunek, niewątpliwie mający swoje źródło w ideologii politycznej środowiska Platformy Obywatelskiej czy samego jej „herszta”.
Trzeba wreszcie odrzucić propagandową zabawę w „dobrego i złego szeryfa” i sprowadzanie woli obywateli do wyboru „mniejszego zła”. Takie „ręczne sterowanie” wyczuwa się przecież nie tylko w tej sprawie; a podrzucanie powszechnie obowiązujących tematów na które „należy się wypowiadać”, wypracowanie obyczaju polegającego na tym, że władza zadaje tematy przez siebie wyznaczone (tzw.”główny nurt”) a wszyscy grzecznie i koniecznie nimi i tylko nimi się zajmują w głównych mediach… Oczywiście tematy na które rzeczywiście warto się wypowiadać do tych „g(ł)ówno-nurtowych” nie należą, to też przeważnie – bez Policji, bez cenzury i bez Służb – giną gdzieś na marginesie uwagi i zainteresowania… Społeczeństwo zawzięcie dyskutuje na tematy wskazywane codziennie rano przez "dyrygenta". Matka Madzi. Kot Kaczyńskiego. Dziecko księdza wikarego. Pociąg stanął przed semaforem. Oto największe problemy Polaków… No i każdy szanujący się dziennikarz, każdy bloger musi się na te tematy koniecznie wypowiedzieć. Na żaden inny już nie ma czasu. No oczywiście; dokopać Kaczyńskiemu, gdy ktoś ma ciężką manię prześladowczą – to daje lekką choć krótkotrwałą poprawę samopoczucia…Czy to nie jest ręczne sterowanie?
Faktem jest, że wszystkie ugrupowania polityczne liczące się na scenie mają dziś człowieka, obywatela – dokładnie w tym samym miejscu, co koalicja rządząca, co cieszyć może chyba jedynie lekarzy proktologów, bo zapewni im wiele pracy na najbliższe lata a więc i wiele pieniędzy…
Jednak nawet spadające na łeb wykresy poparcia nie skłaniają nikogo – przynajmniej jak dotychczas – do powrotu do właściwego traktowania człowieka, jako centrum wszystkiego i absolutnie najważniejszego przedmiotu nauki, polityki oraz wszelkiego działania. To zasada. Dotyczy i Palikota, i Millera, Korwina-Mikke i Ziobro, nawet „pajaców którzy są najważniejsi”…
Bardzo bym sobie życzył, by ktoś to w Polsce zrozumiał, zanim ludzie zostaną zmuszeni do przypomnienia tej zasady siłą, zanim wymuszą na władzy jej ponowne stosowanie – jak to często bywa w takich okolicznościach, w formie nadmiarowej, wypaczonej reakcji wybuchowej. To niepojęte, że nawet partie walczące o „wszystko” czyli o przetrwanie z poparciem choćby byle ponad próg wyborczy – konsekwentnie odwracają cię tą właśnie swoją „proktologiczną” częścią do społeczeństwa.
Wracając jednak do tematu; odniosłem wrażenie że dla pana Inglota taki problem nie istnieje.
Wypada wspomnieć coś na wstępie o firmie Work Service S.A.; to firma, która rozpoczynała działalność jako Agencja Pracy Tymczasowej dostarczająca pracowników „śmieciowych” dla hipermarketów a dziś – po dwunastu latach działalności – potężna Grupa Kapitałowa (Spółka Akcyjna) działająca w pięciu krajach, dostarczająca przedsiębiorcom około 150.000 pracowników tymczasowych rocznie, będąca także liczącym się ośrodkiem doradczym i eksperckim nie tylko na rynku outsourcingu, ale i w kontaktach z politykami, z władzą, średnio codziennie obsługująca i zatrudniająca ok. 21.000 pracowników.
Nie jest to jedyna tego typu i formatu firma w Polsce i to właśnie mnie tak nagle przeraziło. Nie wiedzieć kiedy powstała w Polsce ogromna siła, stająca się bezpośrednim partnerem rządu i konfederacji pracodawców, ale działająca w swojej istocie sprzecznie ze wspomnianą wyżej zasadą, działająca antyspołecznie. Działająca w swoim własnym biznesowym interesie na rzecz swoich akcjonariuszy jak każda spółka prawa handlowego. Niepokoi to tym bardziej im bardziej uwidacznia się degrengolada, niewspółczesność, zacofanie i zwyrodnienie związków zawodowych – które powinny być równorzędną siłą w dialogu władzy, biznesu i społeczeństwa (pracowników i ich rodzin). Dlaczego? Bo związki zawodowe nie maja już wystarczającego poparcia społecznego. Dziś Polacy im bardziej dostają „w dupę” – tym bardziej odwracają się od własnych związków zawodowych, potencjalnie dających im przecież jak na całym świecie jedyną szansę samoobrony. Bo „nasz kochany Tuseczek” w przerwie pomiędzy spacerem po plaży w Sopocie a harataniem w gałę nakazał ogłosić, że „związkowcy to złodzieje i darmozjady”… a nawet podał kilka rzeczywistych przykładów… Tuseczek jak Dziadzia Stalin: im bardziej trzyma za mordy – tym bardziej go naród kocha… przynajmniej grubo ponad 30% narodu.
Trzeba tu jeszcze pokrótce wspomnieć – co to jest praca tymczasowa. To namiastka pracy z punktu widzenia społecznego – wypaczenie pracy, ale nieźle służące przedsiębiorstwom poprzez zdjęcie z nich wielu obowiązków i ograniczeń wynikających z prawa pracy. Polega ona na tym, że pracownik zawiera umowę o pracę z Agencją Pracy Tymczasowej która jest jego pracodawcą i wypełnia część obowiązków wynikających z prawa, np. zadania kadrowe, podatkowe itp., natomiast pracownik wykonuje pracę na rzecz przedsiębiorcy do którego został skierowany, zwanego wtedy „użytkownikiem pracownika” z którym pracownik ów nie jest związany bezpośrednio żadną umową. Jest to praca krótkotrwała, u danego „użytkownika” nie wolno wykonywać pracy dłużej niż łącznie 18 miesięcy w ciągu kolejnych 3 lat, najczęściej są to terminy kilkumiesięczne. Umowa z Agencją jest odpowiednikiem umowy na czas określony lub na czas wykonania zadania, można ją swobodnie wypowiedzieć z terminem 3 dni (do 2 mies.) lub 7 dni (powyżej 2 mies.). Jest to właśnie typowa praca „chłopca na posyłki”; biznesmen na przykład dzwoni do Agencji i zamawia sobie „chłopaka na dwa tygodnie, bo ma nawał roboty” – i tego chłopaka dostaje „na użytkowanie” bez podpisywania z nim żadnych zobowiązań.
Z jednej strony można się zastanawiać, co ów „chłopak” z tego ma, prócz banalnej kwoty zupełnie nie imponującego zarobku. Kolorowego idiotycznego papierka pozwalającego kupić coś do jedzenia lub ubranie (bo na jedno i drugie nie starczy). Po prostu – TRWA. Egzystuje. Wegetuje beznadziejnie, kombinując – jak się szybko i na zawsze wyrwać z tego cholernego kraju… Wiadomo: społeczeństwo niemieckie czy angielskie się starzeje i trzeba zadbać o napływ TAM młodych wykształconych kadr…
Tym bardziej mało imponującego, że – i tu jest clou sprawy – „użytkownik pracownika” płaci za tę pracę… Agencji Pracy Tymczasowej a ta – potrąca sobie z tego własne wynagrodzenie i dopiero resztę (kwotę umówioną przy zatrudnianiu) oddaje pracownikowi.
I to jest właśnie tym – co mnie najbardziej przeraziło we wspomnianej rozmowie.
Przeraziło; bo jest w tym dla mnie coś po prostu OBRZYDLIWEGO! Tak naprawdę, to umowy takie są w istocie po prostu umowami na czas określony z tym, że obchodzi się tu ograniczenie ustawowe, polegające na tym, że w umowie o pracę na czas określony do 6 miesięcy włącznie trzeba zawrzeć zastrzeżenie o możliwości jej wcześniejszego wypowiedzenia, okres tego wypowiedzenia wynosi np. 14 dni, bo inaczej jest ona niemożliwa do wcześniejszego zakończenia. Mają one cechy także i umów cywilnych, choćby umowy zlecenia, w każdym razie patrząc na to funkcjonalnie – z łatwością można by osiągnąć podobne warunki za pomocą tych dotychczasowo istniejących prawidłowo stosowanych opcji.
Tu rysuje się ślad celu czy przyczyny takiego rozwoju „instytucji” pracy tymczasowej.
Przypuszczam, że zostało to stworzone z pełnym rozmysłem po to, by jakoś „obejść” ograniczenia skostniałego i praktycznie niemożliwego lub bardzo trudnego do zasadniczej nowelizacji Kodeksu Pracy. Trudnego – z przyczyn politycznych, głównie konieczności współudziału „partnerów społecznych” których nie udało się jak dotychczas całkiem wyeliminować z procesu legislacji. Myślę, że skoro trudno było zmienić Prawo Pracy czy zasady Kodeksu Cywilnego to – by usprawnić wykorzystanie pracowników, osiągać z tego większy zysk kosztem pracowników, trzeba było wymyślić i wdrożyć jakieś inne, nowe, nieistniejące zasady, nie obwarowane tak bardzo społecznymi zastrzeżeniami. Oczywiście bardzo pomocne w tym było także stworzenie sytuacji „sztucznego” bezrobocia, atmosfery zagrożenia utratą pracy z powodu choćby „nadmiernych” oczekiwań płacowych czy nieumiejętności „przygięcia karku” w pozycji „chłopaka na posyłki” – czyli pracownika tymczasowego.
Jednocześnie jednak jest tu i sprawa moim zdaniem zasadnicza: powstało w ten sposób ogromne i bardzo – jak to widać na przykładzie wspomnianej Agencji – zyskowne pole biznesowe. Przestrzeń do robienia interesów. Pole do takiego w gruncie rzeczy całkiem zbędnego pośrednictwa, opłacanego jakby kosztem pieniędzy które by mogły stanowić zapłatę za pracę dla tego pracownika. A model tworzenia zupełnie zbędnych ogniw administracji, absolutnie zbędnych pięter pośredników tylko dla dobrania się do cudzych, np. budżetowych czy unijnych pieniędzy – znamy już całkiem dobrze z historii po 1989 roku. Przez analogię do opisywanego niedawno przeze mnie żerowania na pomocy dla osób bezrobotnych, można by to określić rodzajem żerowania na rynku pracy, dokładniej na ludziach pracujących.
Jest jeszcze cały obszar skutków społecznych; pracujący tymczasowo ma co prawda opłacaną najniższą stawkę ubezpieczenia zdrowotnego czy społecznego – najniższą bo liczoną od bardzo niskiej płacy. Ale w sytuacji gdy młody człowiek jest właśnie traktowany jak parobek „na gwizdnięcie” przywoływany do pracy gdy trzeba a po paru dniach czy tygodniach wypychany za drzwi z jakąś zapłatą w ręku, gdy jest takim właśnie „chłopcem na posyłki” raz do takiej a raz do innej pracy bo „jest takie zapotrzebowanie pracodawców” – to jak to wpłynie na jego postawę w stosunku do pracy, do życia. Przecież tak traktowany człowiek niczego się tak naprawdę nie nauczy robić, nie wgłębi się w jakieś zagadnienia wymagające większego zaangażowania, a gdy jest absolwentem – szybko zapomni nawet i tę teoretyczną wiedzę którą posiadł na studiach. Taka praca nie daje poczucia stabilizacji, ani pracownikowi ani tym bardziej bankom czy instytucjom kredytowym, by można było mówić o kupnie mieszkania czy samochodu, co jest już dziś przecież absolutnym standardem cywilizacyjnym, żaden to luksus… Można by wymienić jeszcze wiele istotnych skutków negatywnych, ale wydają się one nie mieć dla władzy żadnego znaczenia; ważne że przedsiębiorcy się bogacą, w tym przypadku wręcz wprost na pracy innych jak wszy na swoim nosicielu, ważne że powstają kapitały, fortuny gotowe do natychmiastowego transferu za granicę wraz z ich wielonarodowościowymi posiadaczami… Czyli – powstaje polski kapitalizm…
Wspomniana rozmowa opublikowana została w portalu Instytucji Rynku Pracy co już samo w sobie świadczy o skali tego wypaczenia. Przecież Instytucje Rynku Pracy – które zostały zdefiniowane w „Ustawie o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy” – mają za zadanie walczyć z bezrobociem i łagodzić skutki bezrobocia istniejącego. Owe tajemnicze instytucje to Wojewódzkie i Powiatowe Urzędy Pracy, OHP, Agencje zatrudnienia, Związki zawodowe, związki pracodawców, instytucje szkoleniowe – a więc jakby się wydawało, podmioty które mają za zadanie zminimalizować bezrobocie, dopomóc każdemu komu można i kto o to zabiega – w powrocie do pracy zarobkowej.
Tymczasem mamy tu rozmowę redaktora portalu z miarodajnym przedstawicielem wielkiej struktury zarządzającej pracą tymczasową – o BIZNESIE. Biznesie jaki jest do zrobienia na dalszym wzroście udziału pracy tymczasowej w całym rynku pracy. Tu nie ma ani śladu problemu społecznego, biedy, niezawinionego cierpienia ludzi pozbawionych zatrudnienia a więc i środków do życia; jest debata osób zainteresowanych wyłącznie zarobieniem na tym. Dla mnie to wręcz uderzające tym swoim skrajnym odhumanizowaniem, skalą wypaczenia czy cynizmu. Rozmówcy skupiają się na planowanym wzroście ilości pracowników tymczasowych, nawet jej potrojeniu w stosunku do obecnej ilości (dziś ok. 500.000) – nazywając to „rozwojem rynku” i trudno się dziwić, wiedząc że wzrost liczby pracowników tymczasowych – to wzrost zysków takich agencji, jeśli jest on częścią zapłaty przedsiębiorcy za wykonaną dla niego pracę. Dla każdego normalnego człowieka „wzrost rynku” oznacza wzrost ilości miejsc pracy a co za tym idzie – spadek bezrobocia, ale dla takiej agencji – „wzrost rynku” to wzrost ich wpływów pieniężnych z „udostępniania pracowników do użytkowania” na zasadzie zbędnego pośrednictwa, czyli w ich interesie jest co najmniej utrzymanie dotychczasowego bezrobocia (w rozumieniu normalnych miejsc pracy, normalnej pracy „stałej”. Dbanie by istniała presja zgody na jakiekolwiek zatrudnienie byle tylko jakoś przeżyć „kryzys”, by było coraz więcej ludzi zmuszonych wbrew woli do akceptowania „pracy tymczasowej” jako roli „chłopca na posyłki” zamiast normalnego zatrudnienia, budowania swojej wiedzy i doświadczenia w wybranej dziedzinie zgodnie z wykształceniem, budowania swojego dobrobytu i pozycji zawodowej – zamiast takiego przypadkowego „popychania raz tam – raz siam”… zazwyczaj siłą rzeczy do prac nie wymagających kwalifikacji, prac doraźnych, pomocniczych, chwilowych, czyli tymczasowych, całego „tymczasowego” życia…
Fakt, że takie materiały ukazują się już w portalu Powszechnych Służb Zatrudnienia nie tylko budzi moje obrzydzenie do tego rodzaju firm i osób tak zarabiających, ale świadczy moim zdaniem o skali wypaczenia tego co dotyczy pracy i jej funkcji społecznej; wypaczenia jakiego źródła nie umiem dostrzec nigdzie poza ideologią wdrażaną w tym kraju przez Platformę zwaną jak na ironię – Obywatelską, na czele z przywódcą dla którego „polskość to jest taka jakaś narzucona nienormalność”…
Po prostu – ulatuje gdzieś nadzieja, ręce opadają z bezradności….
A może o to właśnie komuś chodzi...
