MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.

11/06/2012

Agnieszka Holland i inni egoiści…

Ktoś niedawno powiedział „…brakuje już epitetów…”

Kiedyś wszystko było prostsze; wystarczyło jedno odpowiednie słówko „magiczne” i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaraz był pozew o obrazę lub zniesławienie, prasa się rozpisywała – dlaczego to kwestionowane stwierdzenie jest niesłuszne, ale na sali sądowej wreszcie i „obrażony” musiał w obecności publiczności wysłuchać prawdy o sobie i pełnego uzasadnienia na zastosowanie wobec niego kwestionowanego określenia; przysyłanie samego adwokata czy przedstawiciela zamiast osobistej obecności powoda było też źle przez sędziów widziane, nawet gdy przyznawali mu rację…
I tak się bawili politycy z dziennikarzami, dziennikarze z celebrytami, celebryci ze sobą nawzajem…
Dziś już chyba nie tak łatwo kogoś obrazić. Nie tylko wynika to jednak z „korozji” epitetów, gdy ich powszechne używanie oraz intensywna od kilku już lat praca „słowotwórcza” najbardziej skrajnych i zawziętych buców polityki i „towarzystwa” – komentatorów i parlamentarzystów, spowodowała niejako wyczerpanie zasobów językotwórczych czy słowotwórczych oraz złagodzenie siły ich „obraźliwości” na skutek spowszednienia, przyzwyczajenia.

Mimo jednak kryzysu, zakląłem szpetnie pod nosem, gdy przeczytałem na portalu Gazeta.pl rozmowę z panią Agnieszką Holland.
Przytoczę kilka wybranych, najistotniejszych zdań:

„Możliwe, że to tendencja w PO, żeby odciąć przymiotnik „obywatelska” i zamienić nazwę na Platformę Kolesiów, Platformę Biurokratów albo Ignorantów. Nie wiem, skąd to się bierze – sposób traktowania wyborców, obywateli, ludzi kultury to pewien trend”

Reżyserka Agnieszka Holland stwierdziła w rozmowie z radiem TOK-FM:
[...]Minister kultury reprezentuje chwilowe interesy ministra finansów. Problemem tej władzy jest to, jak traktuje kulturę i ludzi kultury, widać tu całkowity brak wizji. Są za to poszczególne, chaotyczne, na ogół szkodliwe decyzje. [„Rozmowy o poranku” z Jackiem Żakowskim]. […] Arogancja władz samorządowych w Warszawie osiągnęła monstrualne rozmiary. […] Możliwe, że to tendencja w PO, żeby odciąć przymiotnik „obywatelska” i zamienić nazwę na Platformę Kolesiów, Platformę Biurokratów albo Ignorantów. Nie wiem, skąd to się bierze – sposób traktowania wyborców, obywateli, ludzi kultury to pewien trend…[…].

Ktoś może zapyta: co wywołało taki ogromny protest, takie „święte” oburzenie pani reżyser? Otóż stała się rzecz straszna: ktoś rzucił pomysł, aby nowym dyrektorem Teatru Dramatycznego (w Warszawie) został Tadeusz Słobodzianek…
Nie mam pojęcia i nie chcę mieć, kim jest "jakiś tam" Tadeusz Słobodzianek i dlaczego miałby on być uznany za mniej kompetentnego niż większość innych dyrektorów, szczególnie tych obejmujących swoje funkcje „z nadania” a nie przez wybór (konkurs).
Poza tym, oczywiście zgadzam się w pełni z oceną sytuacji; Minister Kultury reprezentuje chwilowe interesy Ministerstwa Finansów, tyle że robi dokładnie to samo, co Minister Pracy i Polityki Społecznej oraz wszyscy inni ministrowie. Wiele wskazuje na to, że Minister Vincent Rostowski ma priorytet, swobodę decyzji i nikogo, być może prócz Premiera – nie pyta, komu i z jakiej puli odebrać kolejne pieniądze, by zabezpieczyć „chwilowe interesy Ministerstwa Finansów”.
Przerażające i nie do przyjęcia jest dla mnie to, że pani reżyser wyżej stawia i za ważniejsze uważa narzucenie jakiemuś teatrowi nowego dyrektora, zmierzające jak rozumiem do realizacji cięć finansowych wobec tego teatru, wszystkich teatrów czy też całego środowiska – niż zajęcie przez ministra finansów 5 miliardów a do końca tego roku – 7 miliardów z 10 miliardów zgromadzonych w Funduszu Pracy, przeznaczonego na niezbędne działania zmierzające do trwałego zmniejszenia bezrobocia.
Owszem, może „każdy bronić swego”, ale wtedy nie ma prawa pretendować nawet do miana „człowieka kultury”!

Nie ma nic odkrywczego i w dalszych stwierdzeniach pani Holland, dotyczących pozorności przymiotnika „obywatelska” w nazwie partii rządzącej, bo dla nikogo od dawna nie ulega wątpliwości, że to partia kolesiów, biurokratów i ignorantów – dokładnie tak samo jak inna partia określana pozornie słusznie przymiotnikami „prawo” i „sprawiedliwość”; dramat polega na tym, że zdecydowała się ona „zauważyć” te cechy władzy dopiero teraz, gdy zaczęły one bezpośrednio dotyczyć, czy wręcz zagrażać jej środowisku.
A co z ponad dwoma milionami ludzi dotychczas pozbawionych zatrudnienia, z których większość stała się wcześniej ofiarami „chwilowych interesów Ministerstwa Finansów”?
Tak się zawsze kończy „zabawa w chowanego” ze znieczulicą, tumiwisizmem, pogardliwym stosunkiem do biedniejszych, która prędzej czy później obraca się przeciwko tym wszystkim jednostkom zobojętniałym, wyzutym z podstawowej obywatelskiej uczciwości wobec osób słabszych.
Dla prawdziwego człowieka kultury nie jest żadną trudnością wartościowanie, ocena wagi czy skali ważności spraw; nie według bliskości od własnej dupy, a zgodnie z jakimś podstawowym wyczuciem humanistycznym, z którym większość ludzi po prostu rodzi się. Jak widać jednak – nie wszyscy. Może tak być musi, ale dlaczego akurat ci pozbawieni owego wyczucia tak bardzo chcą być nazywani „ludźmi kultury”?

W Szczecinie ilość osób „grzebiących po śmietnikach” wzrasta lawinowo, a budżet powiatowego urzędu pracy znów miesiąc temu został obcięty o ponad 3 miliony złotych. Nie widać tych ludzi tak bardzo, jeszcze większość z nich nie wyróżnia się bardzo negatywnie, a to dzięki licznym sklepom z odzieżą używaną, czyli „ciuchbudom”, jakie najliczniej powstają, – obok sklepów z wódą i banków – świadcząc o „wzroście gospodarczym” miasta i Kraju. Takie ubranie kupione za kilka złotych, uprane i uprasowane – pozwala ukryć na jakiś czas prawdę, wygląda schludnie choć jest najczęściej delikatnie określając – mało modne.
Tylko czasem, gdy natknę się na mieście na kogoś wcześniej znajomego, kogoś bardzo zdolnego, pracowitego i porządnego – grzebiącego dziś w śmietnikach z powodu wpadnięcia w pułapkę bezrobocia, a on – błaga mnie wzrokiem abym udawał, że się nie znamy, bym oszczędził mu jeszcze tego upokorzenia i wstydu, tłumaczenia się przede mną i przed sobą samym – odwracam głowę i biegnę do komputera, by znów napisać kilka zdań, list do Prezydenta Miasta albo do ministra; nikomu nie potrzebny i przez nikogo nie czytany list… Biedni ci moi znajomi; nie wiedzą, że ja niczym się już od nich nie różnię, prócz tego, że postanowiłem nigdy nie grzebać w śmietnikach. Nigdy, aż do końca.

Nie chodzi o to, by teraz doszli do nich aktorzy i pracownicy pomocniczy teatrów. By wszyscy oni uzupełnili „klasę” bezrobotnych. Ale ograniczanie się osób na takim poziomie jak pani Holland do walki o swoje, walki o swoich – przy dotychczasowym milczeniu, pomimo oczywistego obowiązku walki w imię słabszych – uważam za degradujące. To równoważne ze zgodą moralną na poświęcenie dwóch milionów ludzi cierpiących i staczających się do poziomu kloszardów, byle teatry nie poniosły szkody, byle aktorzy i reżyserzy mieli prace, angaże i emerytury.
To zaprzeczenie kultury nie mniejsze, niż to – przez panią Holland krytykowane!
Znaną piosenkę, dziś już nie zakazywaną – Pani Agnieszce Holland dedykuję:
„… Jak tu być i o czym śnić?
Hycle nam nie dają żyć!
Wszak kultura nie zabrania
Robić takie polowania…”
(…)
PS.
Jestem przekonany, choć może ktoś byłby skłonny uznać to za naiwne lub idealistyczne, że ludzie obdarzeni zdolnościami mają "dług" do spłacenia. Uważam, że talent, zdolności, geniusz - otrzymuje się jako "wrodzony" nie dla zaspokojenia własnych ambicji, nie jako osobistą nagrodę, dar na dostatnie życie i przebywanie jedynie w "wyższych sferach". Pani Agnieszce Holland nikt przy zdrowych zmysłach nie odmówi talentu, zdolności. Jest ona tu, w moim tekście jedynie przykładem postaw takich osób. Uważam, że dostają oni swój talent, geniusz - nie jako dar dla siebie, narzędzie zdobycia sławy i bogactwa a jako narzędzie do "opieki" nad tymi "maluczkimi", nad tymi zwykłymi, głupimi ludźmi, prostymi, nawet często niezdobywającymi podstawowego wykształcenia, nieumiejącymi dbać o swoje interesy, zabiegać o swoje życie inaczej niż tylko przez krwawe, barbarzyńskie rewolucje.
Dla mnie spełnianie tej roli jest wyznacznikiem kultury "ludzi kultury" a nie ich majątki, samochody i wybryki celebryckie czy zachowania egoistyczne, wywyższanie się, budowanie świata elity.
Kto dziś nie upomni się o los bezrobotnych; nie swoich kumpli ze szkoły, z zawodu, ale tych prostaczków bez zawodu - nie jest godzien miana człowieka kultury.
Tak uważam, choć jestem tylko skromnym człowieczkiem, może trochę łatwiej piszącym i trochę rzadziej robiącym błędy niż wielu innych. Tak uważa również na szczęście wielu prawdziwych ludzi kultury.