Ktoś niedawno powiedział „…brakuje już epitetów…”
Kiedyś wszystko było prostsze; wystarczyło jedno odpowiednie słówko
„magiczne” i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zaraz był pozew o
obrazę lub zniesławienie, prasa się rozpisywała – dlaczego to
kwestionowane stwierdzenie jest niesłuszne, ale na sali sądowej wreszcie
i „obrażony” musiał w obecności publiczności wysłuchać prawdy o sobie i
pełnego uzasadnienia na zastosowanie wobec niego kwestionowanego
określenia; przysyłanie samego adwokata czy przedstawiciela zamiast
osobistej obecności powoda było też źle przez sędziów widziane, nawet
gdy przyznawali mu rację…
I tak się bawili politycy z dziennikarzami, dziennikarze z celebrytami, celebryci ze sobą nawzajem…
Dziś już chyba nie tak łatwo kogoś obrazić. Nie tylko wynika to jednak z
„korozji” epitetów, gdy ich powszechne używanie oraz intensywna od
kilku już lat praca „słowotwórcza” najbardziej skrajnych i zawziętych
buców polityki i „towarzystwa” – komentatorów i parlamentarzystów,
spowodowała niejako wyczerpanie zasobów językotwórczych czy
słowotwórczych oraz złagodzenie siły ich „obraźliwości” na skutek
spowszednienia, przyzwyczajenia.
Mimo jednak kryzysu, zakląłem szpetnie pod nosem, gdy przeczytałem na portalu Gazeta.pl rozmowę z panią Agnieszką Holland.
Przytoczę kilka wybranych, najistotniejszych zdań:
„Możliwe, że to tendencja w PO, żeby odciąć przymiotnik
„obywatelska” i zamienić nazwę na Platformę Kolesiów, Platformę
Biurokratów albo Ignorantów. Nie wiem, skąd to się bierze – sposób
traktowania wyborców, obywateli, ludzi kultury to pewien trend”
Reżyserka Agnieszka Holland stwierdziła w rozmowie z radiem TOK-FM:
[...]Minister kultury reprezentuje chwilowe interesy ministra
finansów. Problemem tej władzy jest to, jak traktuje kulturę i ludzi
kultury, widać tu całkowity brak wizji. Są za to poszczególne,
chaotyczne, na ogół szkodliwe decyzje. [„Rozmowy o poranku” z Jackiem
Żakowskim]. […] Arogancja władz samorządowych w Warszawie osiągnęła
monstrualne rozmiary. […] Możliwe, że to tendencja w PO, żeby odciąć
przymiotnik „obywatelska” i zamienić nazwę na Platformę Kolesiów,
Platformę Biurokratów albo Ignorantów. Nie wiem, skąd to się bierze –
sposób traktowania wyborców, obywateli, ludzi kultury to pewien
trend…[…].
Ktoś może zapyta: co wywołało taki ogromny protest, takie „święte”
oburzenie pani reżyser? Otóż stała się rzecz straszna: ktoś rzucił
pomysł, aby nowym dyrektorem Teatru Dramatycznego (w Warszawie) został
Tadeusz Słobodzianek…
Nie mam pojęcia i nie chcę mieć, kim jest "jakiś tam" Tadeusz
Słobodzianek i dlaczego miałby on być uznany za mniej kompetentnego niż
większość innych dyrektorów, szczególnie tych obejmujących swoje funkcje
„z nadania” a nie przez wybór (konkurs).
Poza tym, oczywiście zgadzam się w pełni z oceną sytuacji; Minister
Kultury reprezentuje chwilowe interesy Ministerstwa Finansów, tyle że
robi dokładnie to samo, co Minister Pracy i Polityki Społecznej oraz
wszyscy inni ministrowie. Wiele wskazuje na to, że Minister Vincent
Rostowski ma priorytet, swobodę decyzji i nikogo, być może prócz
Premiera – nie pyta, komu i z jakiej puli odebrać kolejne pieniądze, by
zabezpieczyć „chwilowe interesy Ministerstwa Finansów”.
Przerażające i nie do przyjęcia jest dla mnie to, że pani reżyser
wyżej stawia i za ważniejsze uważa narzucenie jakiemuś teatrowi nowego
dyrektora, zmierzające jak rozumiem do realizacji cięć finansowych wobec
tego teatru, wszystkich teatrów czy też całego środowiska – niż zajęcie
przez ministra finansów 5 miliardów a do końca tego roku – 7 miliardów z
10 miliardów zgromadzonych w Funduszu Pracy, przeznaczonego na
niezbędne działania zmierzające do trwałego zmniejszenia bezrobocia.
Owszem, może „każdy bronić swego”, ale wtedy nie ma prawa pretendować nawet do miana „człowieka kultury”!
Nie ma nic odkrywczego i w dalszych stwierdzeniach pani Holland,
dotyczących pozorności przymiotnika „obywatelska” w nazwie partii
rządzącej, bo dla nikogo od dawna nie ulega wątpliwości, że to partia
kolesiów, biurokratów i ignorantów – dokładnie tak samo jak inna partia
określana pozornie słusznie przymiotnikami „prawo” i „sprawiedliwość”;
dramat polega na tym, że zdecydowała się ona „zauważyć” te cechy władzy
dopiero teraz, gdy zaczęły one bezpośrednio dotyczyć, czy wręcz zagrażać
jej środowisku.
A co z ponad dwoma milionami ludzi dotychczas pozbawionych zatrudnienia,
z których większość stała się wcześniej ofiarami „chwilowych interesów
Ministerstwa Finansów”?
Tak się zawsze kończy „zabawa w chowanego” ze znieczulicą,
tumiwisizmem, pogardliwym stosunkiem do biedniejszych, która prędzej czy
później obraca się przeciwko tym wszystkim jednostkom zobojętniałym,
wyzutym z podstawowej obywatelskiej uczciwości wobec osób słabszych.
Dla prawdziwego człowieka kultury nie jest żadną trudnością
wartościowanie, ocena wagi czy skali ważności spraw; nie według
bliskości od własnej dupy, a zgodnie z jakimś podstawowym wyczuciem
humanistycznym, z którym większość ludzi po prostu rodzi się. Jak widać
jednak – nie wszyscy. Może tak być musi, ale dlaczego akurat ci
pozbawieni owego wyczucia tak bardzo chcą być nazywani „ludźmi kultury”?
W Szczecinie ilość osób „grzebiących po śmietnikach” wzrasta
lawinowo, a budżet powiatowego urzędu pracy znów miesiąc temu został
obcięty o ponad 3 miliony złotych. Nie widać tych ludzi tak bardzo,
jeszcze większość z nich nie wyróżnia się bardzo negatywnie, a to dzięki
licznym sklepom z odzieżą używaną, czyli „ciuchbudom”, jakie
najliczniej powstają, – obok sklepów z wódą i banków – świadcząc o
„wzroście gospodarczym” miasta i Kraju. Takie ubranie kupione za kilka
złotych, uprane i uprasowane – pozwala ukryć na jakiś czas prawdę,
wygląda schludnie choć jest najczęściej delikatnie określając – mało
modne.
Tylko czasem, gdy natknę się na mieście na kogoś wcześniej znajomego,
kogoś bardzo zdolnego, pracowitego i porządnego – grzebiącego dziś w
śmietnikach z powodu wpadnięcia w pułapkę bezrobocia, a on – błaga mnie
wzrokiem abym udawał, że się nie znamy, bym oszczędził mu jeszcze tego
upokorzenia i wstydu, tłumaczenia się przede mną i przed sobą samym –
odwracam głowę i biegnę do komputera, by znów napisać kilka zdań, list
do Prezydenta Miasta albo do ministra; nikomu nie potrzebny i przez
nikogo nie czytany list… Biedni ci moi znajomi; nie wiedzą, że ja niczym
się już od nich nie różnię, prócz tego, że postanowiłem nigdy nie grzebać w śmietnikach. Nigdy, aż do końca.
Nie chodzi o to, by teraz doszli do nich aktorzy i pracownicy
pomocniczy teatrów. By wszyscy oni uzupełnili „klasę” bezrobotnych. Ale
ograniczanie się osób na takim poziomie jak pani Holland do walki o
swoje, walki o swoich – przy dotychczasowym milczeniu, pomimo
oczywistego obowiązku walki w imię słabszych – uważam za degradujące. To
równoważne ze zgodą moralną na poświęcenie dwóch milionów ludzi
cierpiących i staczających się do poziomu kloszardów, byle teatry nie
poniosły szkody, byle aktorzy i reżyserzy mieli prace, angaże i
emerytury.
To zaprzeczenie kultury nie mniejsze, niż to – przez panią Holland krytykowane!
Znaną piosenkę, dziś już nie zakazywaną – Pani Agnieszce Holland dedykuję:
„… Jak tu być i o czym śnić?
Hycle nam nie dają żyć!
Wszak kultura nie zabrania
Robić takie polowania…”
(…)
PS.
Dla mnie spełnianie tej roli jest wyznacznikiem kultury "ludzi kultury" a nie ich majątki, samochody i wybryki celebryckie czy zachowania egoistyczne, wywyższanie się, budowanie świata elity.
Kto dziś nie upomni się o los bezrobotnych; nie swoich kumpli ze szkoły, z zawodu, ale tych prostaczków bez zawodu - nie jest godzien miana człowieka kultury.
Tak uważam, choć jestem tylko skromnym człowieczkiem, może trochę łatwiej piszącym i trochę rzadziej robiącym błędy niż wielu innych. Tak uważa również na szczęście wielu prawdziwych ludzi kultury.