MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.

18/11/2016

Czy warto…

(refleksje na temat wiersza)

Pewnie jest wiele pesymizmu, może nawet pewnej zgorzkniałości wynikłej z doświadczenia życiowego – w myśli, że skoro zwiędnięcie, uschnięcie i zgnicie lilii jest już wpisane w ich – a więc i naszą – historię jeszcze zanim się je posadzi, to – może nie warto tego robić.

Może nie warto – dla jednej, zbyt krótkiej chwili zachwytu, bo po niej trzeba będzie – właśnie z powodu takiej naszej snobistycznej zachcianki – wziąć udział i w dalszym spektaklu ich usychania, „umierania”… bo to jest nierozdzielne. Nie można sobie wybrać tylko dobra, wziąć „tylko rodzynki” z tego ciasta…
Można to pytanie, ten dylemat roztoczyć na wszystko, absolutnie wszystko; lilie to tylko poetycki przykład.

Może zbyt łatwo szafujemy swoimi zachciankami, jak krnąbrne dziecko, które „chce i musi” koniecznie teraz zjeść całą paczkę ptysiów na raz – choćby nawet wiedziało, że potem będzie mu niedobrze, będzie bolał brzuszek, będą wymioty i głodówka lub przymusowa niesmaczna dieta następnego dnia…
Dziecko jest niedoświadczone, ale czyż my jako dorośli nie postępujemy tak właśnie… Może nie każdy, a nie podejmę się określania w tej sprawie jakichś relacji ilościowych – dokonując wyboru, decydując się na zrobienie czegokolwiek – zastanawia się nad tą „otoczką” integralnych konsekwencji, nad przyszłością.
W tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym „nadużyciem” a więc przekroczeniem granicy rozsądku w jedzeniu słodyczy, nadużyciem do którego dziecko ma prawo co najmniej raz, właśnie po to by mogło skorzystać ze swojego niezaprzeczalnego prawa do posiadania osobistego doświadczenia i opierania się na nim.

Może to bezrefleksyjność, brak umiejętności dostrzegania związków przyczynowo-skutkowych, albo po prostu prozaiczna niechęć do myślenia, zastanawiania się, przewidywania skutków, tendencji zmian, z podstawowym założeniem tymczasowości i przemijalności. Założeniem wynikającym przecież z doświadczenia życiowego; jeśli nie osobistego (w sensie własnych doznań i przeżyć) to – wynikającym z obserwacji, ze znajomości życia na podstawie jego obserwacji i analizy dokonywanej „z dystansu”.

Jednak w tym rozważaniu nie chodzi mi o nadużycia, wręcz przeciwnie.
Posadzenie lilii i ich właściwe pielęgnowanie dla tej małej chwilowej naszej radości wynikającej z wykonywania tych czynności i ich skutku w postaci przepięknych kwiatów, o których mówił Jezus, że „… nawet Salomon w całej swojej chwale nie był tak ubrany, jak jedna z nich…” – jest czynnością bynajmniej nie zawierającą w sobie żadnego elementu „nadużycia” a jednak faktem jest, że kto sadzi lilie i pielęgnuje je czerpiąc z tego radość, musi przyjąć i nieodłączny fakt ich nieuniknionego  przekwitnięcia, zwiędnięcia i zgnicia – co już nie jest piękne; brzydota śmierci i spustoszenia nie budzi radości…
Podobnie i ze wszystkim; istotami nam bliskimi, z naszymi uczuciami, ulubionymi przedmiotami, bliskimi miejscami…

Można więc zapytać: może nie warto sadzić lilii, jeśli to jedyny sposób, by nie patrzeć na ich nieuniknioną śmierć.
Może nie warto dopuszczać do siebie uczucia, gdyby to miał być jedyny sposób na uniknięcie jego „śmierci”; zawodu, rozczarowania, zdrady, znudzenia, rozpadu, rozstania…
Jeśli cierpienie będące dalszą konsekwencją przemijania miłości przesłania jej wcześniejsze piękno i dobro – to może faktycznie „nie warto”. Tu problem mogą mieć ci, którzy nie przyjmują do wiadomości duchowej strony istnienia, odrzucają nawet możliwość „czegoś poza” materią fizyczną i „czegoś dalej” – po ustaniu życia fizycznego na skutek działania praw fizyki w świecie materialnym.

Niektórzy uważają, że życie materialne jest tylko etapem rozwoju, że kontakt z materią i jej nieubłaganymi prawami przemijania jest rodzajem szkoły czy może „poligonu”, na którym uczymy się kochać, tolerować, pomagać, współczuć, rozpoznawać rzeczywiste wartości i odróżniać je od pozornych. Uczymy się – na potrzeby dalszego istnienia w świecie duchowym, co nadaje sens temu wszystkiemu; w przeciwnym wypadku ta nauka byłaby bezsensowna. W takim ujęciu każde doświadczenie nam przypisane ma nam służyć, jest nam dedykowane celowo i należy nauczyć się to dostrzegać i przyjmować. Ludzie tak nastawieni mają nawyk zastanawiać się; po co mi to trudne doświadczenie zesłał mój Pan i Nauczyciel; co mam zrozumieć, czego mam się z tego nauczyć, czego dowiedzieć.

Ostatecznie – nawet pobieżna obserwacja życia przekonuje nas, że można na tej drodze rozwoju osiągnąć sukces wpływający dodatnio na obecne życie. Rzadko – ale spotyka się ludzi sterujących mądrze swoimi decyzjami i postępowaniem, nie narażających się głupio na zawody, dramaty, cierpienie – wynikające z zachłanności, nieopanowania czy chciwości.

Trzeba przyznać, że Ewangelia zawiera nieprzebrane pokłady wiedzy, nauki o tym – jak żyć właściwie – właściwie w powyżej rozpatrywanym rozumieniu. Jeśli się z niej powszechnie nie korzysta, to dlatego, że jest ona „ogniem rzuconym na Ziemię”, jest w centrum walki dobra ze złem. Ponadto – ludzie zawsze poszukiwali porad(ników), które by im niczego nie zabraniały a raczej potwierdzały ich własne, najczęściej samolubne, egoistyczne przekonanie.

Takim poradnikiem „na życzenie” Ewangelia nie jest i nigdy nim prawdopodobnie być nie miała.
Przeciwnie: prawdopodobnie miała być „ciasną bramą” o której wspominał Jezus; bramą wiodącą do "prawdziwego" szczęścia i sukcesu.