(refleksje na temat wiersza)
Pewnie jest wiele pesymizmu, może nawet pewnej zgorzkniałości
wynikłej z doświadczenia życiowego – w myśli, że skoro zwiędnięcie,
uschnięcie i zgnicie lilii jest już wpisane w ich – a więc i naszą –
historię jeszcze zanim się je posadzi, to – może nie warto tego robić.
Może nie warto – dla jednej, zbyt krótkiej chwili zachwytu, bo po niej
trzeba będzie – właśnie z powodu takiej naszej snobistycznej zachcianki –
wziąć udział i w dalszym spektaklu ich usychania, „umierania”… bo to
jest nierozdzielne. Nie można sobie wybrać tylko dobra, wziąć „tylko
rodzynki” z tego ciasta…
Można to pytanie, ten dylemat roztoczyć na wszystko, absolutnie wszystko; lilie to tylko poetycki przykład.
Może zbyt łatwo szafujemy swoimi zachciankami, jak krnąbrne dziecko,
które „chce i musi” koniecznie teraz zjeść całą paczkę ptysiów na raz –
choćby nawet wiedziało, że potem będzie mu niedobrze, będzie bolał
brzuszek, będą wymioty i głodówka lub przymusowa niesmaczna dieta
następnego dnia…
Dziecko jest niedoświadczone, ale czyż my jako dorośli nie postępujemy
tak właśnie… Może nie każdy, a nie podejmę się określania w tej sprawie
jakichś relacji ilościowych – dokonując wyboru, decydując się na
zrobienie czegokolwiek – zastanawia się nad tą „otoczką” integralnych
konsekwencji, nad przyszłością.
W tym przypadku mamy do czynienia z ewidentnym „nadużyciem” a więc
przekroczeniem granicy rozsądku w jedzeniu słodyczy, nadużyciem do
którego dziecko ma prawo co najmniej raz, właśnie po to by mogło
skorzystać ze swojego niezaprzeczalnego prawa do posiadania osobistego
doświadczenia i opierania się na nim.
Może to bezrefleksyjność, brak umiejętności dostrzegania
związków przyczynowo-skutkowych, albo po prostu prozaiczna niechęć do
myślenia, zastanawiania się, przewidywania skutków, tendencji zmian, z
podstawowym założeniem tymczasowości i przemijalności. Założeniem
wynikającym przecież z doświadczenia życiowego; jeśli nie osobistego (w
sensie własnych doznań i przeżyć) to – wynikającym z obserwacji, ze
znajomości życia na podstawie jego obserwacji i analizy dokonywanej „z
dystansu”.
Jednak w tym rozważaniu nie chodzi mi o nadużycia, wręcz przeciwnie.
Posadzenie lilii i ich właściwe pielęgnowanie dla tej małej chwilowej
naszej radości wynikającej z wykonywania tych czynności i ich skutku w
postaci przepięknych kwiatów, o których mówił Jezus, że „… nawet Salomon
w całej swojej chwale nie był tak ubrany, jak jedna z nich…” – jest
czynnością bynajmniej nie zawierającą w sobie żadnego elementu
„nadużycia” a jednak faktem jest, że kto sadzi lilie i pielęgnuje je
czerpiąc z tego radość, musi przyjąć i nieodłączny fakt ich nieuniknionego
przekwitnięcia, zwiędnięcia i zgnicia – co już nie jest piękne; brzydota
śmierci i spustoszenia nie budzi radości…
Podobnie i ze wszystkim; istotami nam bliskimi, z naszymi uczuciami, ulubionymi przedmiotami, bliskimi miejscami…
Można więc zapytać: może nie warto sadzić lilii, jeśli to jedyny sposób, by nie patrzeć na ich nieuniknioną śmierć.
Może nie warto dopuszczać do siebie uczucia, gdyby to miał być jedyny
sposób na uniknięcie jego „śmierci”; zawodu, rozczarowania, zdrady,
znudzenia, rozpadu, rozstania…
Jeśli cierpienie będące dalszą konsekwencją przemijania miłości
przesłania jej wcześniejsze piękno i dobro – to może faktycznie „nie warto”. Tu problem mogą mieć
ci, którzy nie przyjmują do wiadomości duchowej strony istnienia,
odrzucają nawet możliwość „czegoś poza” materią fizyczną i „czegoś
dalej” – po ustaniu życia fizycznego na skutek działania praw fizyki w
świecie materialnym.
Niektórzy uważają, że życie materialne jest tylko etapem rozwoju, że
kontakt z materią i jej nieubłaganymi prawami przemijania jest rodzajem
szkoły czy może „poligonu”, na którym uczymy się kochać, tolerować,
pomagać, współczuć, rozpoznawać rzeczywiste wartości i odróżniać je od
pozornych. Uczymy się – na potrzeby dalszego istnienia w świecie
duchowym, co nadaje sens temu wszystkiemu; w przeciwnym wypadku ta nauka
byłaby bezsensowna. W takim ujęciu każde doświadczenie nam przypisane
ma nam służyć, jest nam dedykowane celowo i należy nauczyć się to
dostrzegać i przyjmować. Ludzie tak nastawieni mają nawyk zastanawiać
się; po co mi to trudne doświadczenie zesłał mój Pan i Nauczyciel; co
mam zrozumieć, czego mam się z tego nauczyć, czego dowiedzieć.
Ostatecznie – nawet pobieżna obserwacja życia przekonuje nas, że można
na tej drodze rozwoju osiągnąć sukces wpływający dodatnio na obecne
życie. Rzadko – ale spotyka się ludzi sterujących mądrze swoimi
decyzjami i postępowaniem, nie narażających się głupio na zawody,
dramaty, cierpienie – wynikające z zachłanności, nieopanowania
czy chciwości.
Trzeba przyznać, że Ewangelia zawiera nieprzebrane pokłady wiedzy, nauki
o tym – jak żyć właściwie – właściwie w powyżej rozpatrywanym
rozumieniu. Jeśli się z niej powszechnie nie korzysta, to dlatego, że
jest ona „ogniem rzuconym na Ziemię”, jest w centrum walki dobra ze
złem. Ponadto – ludzie zawsze poszukiwali porad(ników), które by im
niczego nie zabraniały a raczej potwierdzały ich własne, najczęściej
samolubne, egoistyczne przekonanie.
Takim poradnikiem „na życzenie” Ewangelia nie jest i nigdy nim prawdopodobnie być nie
miała.
Przeciwnie: prawdopodobnie miała być „ciasną bramą” o której wspominał Jezus; bramą
wiodącą do "prawdziwego" szczęścia i sukcesu.