Tytułowa
parafraza Hamletowskiego pytania sygnalizuje problem który nabiera dla
nas coraz większego znaczenia. Sytuacje jakiejś agresji, napięcia
pomiędzy państwami, grupami etnicznymi albo religijnymi ciągle występują
wokół nas, ciągle niepokoją, oburzają albo zmuszają do reakcji i w ten
sposób ciągle odnawiają w nas pytania między innymi – o właściwe
postępowanie, zachowanie czy postawę w takich przypadkach. Odnoszę się
tu do takich zjawisk jako skutku, nie wnikając w ich przyczyny, ale też
każdy tzw. „przeciętny człowiek” zazwyczaj musi się zmierzyć głównie ze
skutkiem, na jego przyczyny doraźnie nie mając bezpośredniego wpływu. Z
drugiej jednak strony – przyczyny, okoliczności – mają wpływ na naszą
ocenę jakiegoś konfliktu jako skutku; odnosimy się do zjawiska poprzez
ocenę wynikającą z naszej wiedzy o jego przyczynach, bo nasz pogląd
powinien mieć przecież jakieś podstawy właśnie w wiedzy o źródle. Od
tego z kolei zależy nasza postawa; poglądy determinują zachowania, na
przykład reakcję na coś co uważamy za zło.
Nieprzypadkowo wspomniałem tu o chrześcijaństwie, ponieważ ono wprowadziło poważne zaburzenie w dawniejszej równowadze pomiędzy tym co „naturalne” a normami postępowania; oczywiście zaburzenie niejako twórcze, zmierzające do zwrócenia uwagi na właściwy kierunek komuś kto zboczył z właściwej drogi.
W tym przecież sensie Jezus mówił o swojej misji nie polegającej na przyniesieniu światu pokoju ale właśnie odwrotnie; na uczynieniu rozłamu, rzuceniu wyzwania które było od początku, jest obecnie i zawsze będzie bardzo niepokojące dla osoby świadomej siebie. Rozłamu który docelowo zmierza ku pokojowi, ale doraźnie niepokoi, bo nakazuje wybrać spośród możliwości całkowicie sobie przeciwstawnych.
Chrześcijaństwo jest jednak jedynie chwilą w porównaniu z historią człowieka jako gatunku. Z tego punktu widzenia jest powszechnie zrozumiałe, że warunki rozwoju wykształciły w człowieku pewne konkretne cechy. Zarówno chodzi tu o cechy dotyczące samego człowieka jako jednostki, ale i zachowania społeczne wynikające ze wspólnych cech osobniczych, później pojawiające się pod postacią konkretnych praw niepisanych, zwyczaju, obyczaju, jeszcze później – prawa. Zasada prymatu siły jaka obserwujemy w przyrodzie musiała dotyczyć także i człowieka; siły fizycznej i jej widzialnych symptomów, potem całego zespołu cech przywódczych w których siła fizyczna była tylko jednym i coraz mniej ważnym czynnikiem. Siła była narzędziem do wymuszania zachowań, do sprawowania władzy, do potwierdzania przywództwa.
Przywódca miał przekonać sobie podporządkowanych do swoich decyzji a w przypadku niepowodzenia tego, wymusić podporządkowanie. Bardziej lub mniej bezpośredni przymus stał się czymś powszechnym. Prawo nakazywało pewne zachowania, innych z kolei zabraniało, stanowiło zasady „sprawiedliwości” jak na przykład zasady prawa mojżeszowego (oko – za oko, ząb – za ząb). Jest dla nas absolutnie oczywiste nasze prawo do posiadania „terytorium” – od własnej strefy bezpieczeństwa osobistego – do państwa, oraz bronienia go także siłą (czyli właśnie „bić albo nie być”), prawo do posiadania własnego języka i posługiwania się nim, prawo do stanowienia prawa i stosowania go w formie bezpośredniego przymusu w celu karania za czynienie tego co my uznaliśmy za winę, egzekwowania odpowiedzialności za naruszenie prawa. Praktycznie jest dla nas oczywiste nasze prawo do „zemsty”, odwetu, odpłaty – widziane nawet i bez związku z prawem stanowionym w postaci przepisów, kodeksów itp. W wielu społecznościach jest ono nadal ważniejsze niż prawo „pisane” stanowione przez tę społeczność. Współcześnie absolutnie oczywiste – tak, że aż nie podlegające dyskusji – jest na przykład prawo do nietykalności cielesnej a więc także i prawo do obrony przed atakiem, agresją; prawo do samoobrony. To, że w wielu miejscach i sytuacjach nie jest ono przestrzegane, tego prawa nie unieważnia a wręcz przeciwnie; dodatkowo je potwierdza.
Nikt nie byłby skłonny negować zasady karania winnych, egzekwowania odpowiedzialności za śmierć, za krzywdę, za stratę materialną – czyli za winy które w powszechnym odczuciu muszą spotkać się z odpowiednią karą, bo na tym polega poczucie sprawiedliwości; ludzkiej sprawiedliwości.
Z naciskiem podkreśliłem to, że piszę o sprawiedliwości ludzkiej, dlatego że sprawiedliwość Boża jest przecież inna. W historii człowieka niezliczoną ilość razy próbował się on posiłkować w swoich działaniach argumentem propagandowym, albo nawet czasem nawet i autentycznym przekonaniem, że Bóg jest stronnikiem jego interesu, że wspiera jego „słuszne” działania, nawet gdy były to działania w każdym punkcie diametralnie sprzeczne z przekazem uważanym za „słowo Boże”. Sprzeczność ta nigdy nie odstręczała ludzi od ogłaszania Boga ich protektorem, obrońcą lub władcą, oczywiście na zasadzie: „Bóg jest z nami (Gott mit uns) więc będzie nam służył i pomoże nam zdobyć to, co my chcemy uzyskać”.
Jezus w ramach swojej misji zawarcia z ludźmi nowego przymierza, zmienił te wszystkie „naturalne” zasady kierujące zachowaniami ludzi, powstałe w wyniku ich rozwoju w konkretnych warunkach, środowisku czy otoczeniu, ale także zmienił interpretacje praw wcześniej nadanych „ludowi wybranemu” – przez Mojżesza. To czego nauczał Jezus a więc to – co polecił mu przekazać ludziom jego Ojciec, Bóg – jest zaprzeczeniem nie tylko praw i zasad ustalanych szczegółowo przez samego człowieka w wyniku jego rozwoju, ale nawet i odruchów absolutnie podstawowych, kardynalnych, takich jak prawo do własnego życia (jego obrony), realizowane nie tylko w związku z napaścią innych ludzi lub zwierząt, ale też w formie „organizowania” otoczenia (celowe budownictwo), przewidywania przyszłych potrzeb (gromadzenie zapasów) czy ustalania hierarchii społecznej w celu sprawnego zarządzania.
Jezus nauczał by zwrócić uwagę na to co przyszłe a nie tylko na „dziś”. By nie przywiązywać zbytniej uwagi do tego co chwilowe, nietrwałe, wadliwe a starać się zyskać udział w przyszłym życiu. By nie przywiązywać zbyt dużej wagi do swojego życia teraz, wykorzystując je do zyskania życia przyszłego w warunkach nie mających obecnych wad. Świat materialny jest czymś nietrwałym, skazanym na nieuniknioną zagładę a wówczas czyny i stan świadomości każdego człowieka zostanie indywidualnie oceniony pod kątem jego przydatności do wejścia do szczęśliwego Królestwa Bożego, dlatego warto zadbać teraz o wynik tej oceny.
Życie materialne jest właśnie miejscem współistnienia i ścierania się dobra i zła, jasności i ciemności, w którym trzeba dokonać wyboru – by „opowiedzieć” się za jednym lub drugim, a kryteria tejże oceny – co jest dobrem a co złem – zostały ostatecznie ukazane przez Chrystusa. Są one zupełnie inne, niż te jakie wynikają w wspomnianego wcześniej „materialnego” rozwoju człowieka; wręcz przeciwstawne.
To zasada nie tylko powstrzymania się od zabijania, ale też unikania wszelkich konfrontacji, dążenie do zgody i pojednania zawsze i ze wszystkimi. Zasada zaprowadzania pokoju, kierowania się miłosierdziem (współczuciem, litością, miłością bliźniego), pokory, prostoty i umiarkowania, dbałości o czyste sumienie. Mówił o konieczności zdecydowanej powściągliwości we wszystkim prócz przestrzegania prawa (zakonu), unikania sytuacji wystawiających na próbę, panowania nad zmysłami. Powściągliwość zalecał także nawet w wypowiadaniu się.
Pouczał by okazywać miłość i współczucie każdemu, także agresorom, by nie sprzeciwiać się złu inaczej, niż własną dobrocią. Chodziło tu o przerwanie łańcucha przyczynowo skutkowego w którym agresja spotyka się z odwetem a odwet uznawany za agresję rodzi kolejną agresję, co znów wywołuje zemstę itd. „Złotą zasadą” Jezus ustanowił taki sposób postępowania, by postępować z innymi tak – jak chcielibyśmy by wobec nas postępowano. Przestrzegał by nie sądzić i nie potępiać innych bo musi to być niesprawiedliwe, subiektywne; raczej zdać się na przyszły sprawiedliwy osąd obiektywnego autorytetu. Radził by nie gromadzić sobie skarbów tu, w świecie materialnym gdzie nie dają one szczęścia a są nietrwałe, nie zabiegać o swoje życie lecz by wykorzystać swoje życie na zapewnienie sobie miejsca w Królestwie Bożym, gdzie nie będzie zła. By starać się osiągnąć doskonałość dla przyszłego życia a nie korzystać w pełni z walorów życia materialnego. Jezus stawia wręcz konieczność radykalnego wyboru: albo dbać o „tu i teraz” wraz z wszystkimi wadami tego świata i kosztami takiej postawy, albo postawienie na przyszłe prawdziwe szczęście w świecie doskonałym dzięki wyrzeczeniu się złudnego szczęścia teraz.
Patrząc na historię ludzi, narodów, kontynentów, państw – nawet tę historię już nowej ery – po przyjściu Jezusa i po wypełnieniu przez niego Chrystusowej misji – widzimy diametralną sprzeczność tych pouczeń z rzeczywistością. Ludzkość a nawet choćby i sam Naród Wybrany – nigdy nie kierował się nauką Jezusa i to wcale nie dlatego, że w swojej większości Jezusa nie poznał i nie uznał. Jezus zdawał sobie sprawę z warunków rozwoju człowieka więc wiedział, że polecane przez niego zachowania czy postawy mogą być dla człowieka po prostu nieatrakcyjne, bo przywykł on do życia „tu i teraz” i oceniania jego sensowności po doraźnie widzianych i odczuwanych symptomach szczęścia, takich jak bogactwo materialne, przepych, poczucie bezpieczeństwa, władza, złudne poczucie niezależności od praw materialnych. I gdyby się komuś miało wydawać, że wiele traci stosując się do proponowanych przez Jezusa zasad. Jezus mówi: możecie odebrać swoją nagrodę tu i teraz, ale to nie da wam prawdziwego szczęścia. Lepiej czyńcie dobro nie oczekując tu nagrody a otrzymacie dużo więcej w przyszłym doskonałym świecie, do którego przepustką waszą staną się wasze dobre uczynki i dobre świadectwo o was tych, którzy od was doznali dobra. Aby to było możliwe, trzeba tylko uwierzyć…
Spotykamy się z agresją. Na przykład agresją militarną zaborczego państwa sąsiedniego. Albo tylko jakichś uzbrojonych niezidentyfikowanych grup. Agresor czyni wiele strat, wiele krzywd, odbiera wolność, mienie, prawa, krzywdzi, zabija.
Jezus jednak mówi:
Słyszeliście, że powiedziano: „Oko za oko i ząb za ząb”. Ja wam natomiast mówię: Nie odwzajemniajcie się złu, lecz temu, kto cię uderzy w twój prawy policzek, odwróć mu i drugi. A temu, kto chce cię pozwać do sądu i wziąć twą koszulę, zostaw mu także płaszcz. Kto by cię zmuszał, abyś niósł jego ciężar jedną milę, idź z nim dwie. Temu, kto cię prosi, daj, i nie odwracaj się od tego, kto chce od ciebie pożyczyć. Słyszeliście, że powiedziano wam: „Będziesz kochał swego bliźniego i będziesz nienawidził swego nieprzyjaciela”. Ja wam natomiast mówię: Kochajcie nieprzyjaciół waszych i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się w ten sposób stali synami Ojca waszego, który jest w niebie, gdyż Jego słońce wschodzi nad złymi i dobrymi, i spuszcza deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Bo jeślibyście okazali miłość tym, którzy was kochają, jaką macie zapłatę? Czyż i celnicy tego nie czynią? A jeśli pozdrawialibyście tylko swoich braci, cóż nadzwyczajnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie wy więc doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec niebieski.
Jezus zawsze zwracał się do pojedynczego człowieka; nawet mówiąc do tłumu – mówił jakby do każdego oddzielnie. Społeczności to coś więcej niż zbiór jednostek, jednak to ludzie tworzą społeczeństwa i narody a więc ich świadomość i postawa każdego z nich decyduje o całości. Być może chodziło o to, że gdyby ludzie zrozumieli i przyjęli to zalecenie, nie byłoby agresji czyli również decyzja o nieprzeciwstawianiu się jej na skalę społeczeństw nie byłaby potrzebna. Czy więc oddanie uderzenia w policzek napastnikowi jest równie złe co jego atak? Pytanie postawione przeze mnie w tytule można traktować wprost i dosłownie: albo się bronisz, albo przestajesz istnieć. Czy obrona przed najazdem agresora jest równie zła co ten jego napad? Polega przecież na tym samym i skutek daje ten sam. Jezusowi chodzi o to, by człowiek za wszelką cenę nie poddawał się złu „w samym sobie” a nie „na zewnątrz” (np. nie łamał przykazania „nie będziesz zabijał”), gdyż cena oddania ciosu jest wyższa niż cena powstrzymania się od tego i scedowania sprawiedliwości na Sprawiedliwego Sędziego, wszechwiedzącego i wszechmogącego. Przebaczenie agresorowi i wstawienie się o przebaczenie dla niego u Boga miałoby być sposobem na przeciwstawienie się złu, ale jedynie złu w sobie samym a nie temu stosowanemu wobec nas, co dowodzi właśnie, że przesłanie Jezusa jest skierowane indywidualnie do każdego, nie do społeczeństw, ludów, narodów czy ich wspólnot.
To co można sobie jeszcze wyobrazić w odniesieniu do indywidualnych osób na podstawie znanych przykładów, nie da się odnieść do skali społeczeństw, narodów czy świata w ogóle w sposób bezpośredni. Jedynym wyjaśnieniem więc jest to, że nauka Jezusa ma zmienić człowieka a dopiero poprzez tę zmianę – wpłynąć na sytuację ogólną całego świata.
Pierwotnie opublikowano 08.03.2014.
__________________________________________________________________
Patrz też inspirowany artykuł w Newsweeku:
Piotr Milewski:”Dylemat Obamy; Bić Rosję – albo nie być”.