MOTTO:


Paweł Antoni Baranowski - BLOG
Witam Cię mój szanowny czytelniku i szanowna czytelniczko. Dziękuję Ci za zainteresowanie. Na wstępie jednak wyjaśnijmy to sobie: celem pisania mojego blogu jest - wyrazić to, co ja chcę przekazać i to wyłącznie w taki sposób - w jaki ja chcę to zrobić. To nadaje sens publikowaniu indywidualnych blogów. Mój blog jest dla odwiedzających jak biblioteka publiczna: czytać książki można, jeśli ktoś lubi i chce, ale pisać w tych książkach - nie należy. Nie jestem informatorem moich czytelników a mój blog nie jest czasopismem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczniowie jezusa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczniowie jezusa. Pokaż wszystkie posty

10/05/2012

Ewangelia; trud tłumaczenia, trud zrozumienia…

W poprzednim felietonie wspominałem już o tłumaczeniu Ewangelii jakie rozpoczął - i niestety nigdy już nie doprowadzi do końca - prof. Zygmunt Kubiak. ( * )
Był wybitnym znawcą kultury i języka greckiego, autorem wielu niezwykle autorytatywnych dzieł, jak „Literatura Greków i Rzymian”, „Dzieje Greków i Rzymian”, ”Mitologia Greków i Rzymian”, ”Brewiarz Europejczyka” czy tłumaczenie Poezji Kawafisa – któremu poświęcił ponad 30 lat pracy. Był więc szczególnie predysponowany do tego, by dokonać tłumaczenia Pism Nowego Testamentu albo chociaż Ewangelii – bezpośrednio z języka greckiego.

Był człowiekiem ogromnej kultury i wiedzy, ale bynajmniej nie uzależnionym emocjonalnie czy intelektualnie od dotychczasowego dorobku Kościoła Katolickiego i to właśnie stanowiło moim zdaniem cechę najbardziej wartościową dla potencjalnego tłumacza Ewangelii.
Chodzi o to, że tłumaczenia Ewangelii „obrosły” niejako zmianami, redakcjami, wreszcie tak zwaną „tradycją tłumaczeniową” – która w sposób trudny do ogarnięcia zmienia treść nauki Jezusa. Kiedy porównamy jednocześnie różne wydania, różne tłumaczenia dokonane w różnym czasie, narzuca się nam niesamowita zgodność, zbieżność treści Ewangelii Mateusza, Marka i Łukasza a przecież mają one różnych autorów, powstawały w różnym czasie i w różnej tradycji piśmienniczej, kulturowej. Łukasz był niewątpliwie Grekiem i pisał Ewangelię prawdopodobnie dla Greków. Najstarsza Ewangelia – Marka, powstała bardzo wcześnie bo ok. roku 65. Marek był tłumaczem Szymona Piotra i spisywał wypowiedzi i opowiadania Piotra mówione po aramejsku, tłumacząc je na grekę. Spisywał je tak jak je słyszał od Piotra, przy okazji działalności Piotra a więc w sposób mało uporządkowany chronologicznie.
O Ewangelii Mateusza uważa się obecnie, że była pisana przez Żyda, po aramejsku i dla Żydów, po roku 70, choć wśród badaczy nie ma tu zgody, są przekonania także i odmienne.
Łukasz z kolei był jak się dziś uważa towarzyszem wypraw św. Pawła a także jego lekarzem. Paweł nie był Apostołem w ścisłym znaczeniu tego określenia, to znaczy Apostołowie go za takiego przynajmniej początkowo nie uważali, gdyż nie został powołany wraz z nimi przez samego Jezusa i bezpośrednio nigdy nie widział Jezusa, poza oczywiście chwilą jego „nawrócenia” na drodze do Damaszku, gdzie zamierzał prześladować chrześcijan. Na dodatek - początkowo przez pewien czas nie tylko "nie chodził za Jezusem" tak jak to robili Apostołowie ale wręcz przeciwnie; ścigał tych których podejrzewał o "bycie uczniem Jezusa", wtrącał do więzień, maltretował i zabijał, w swoim mniemaniu - broniąc Wiary i Prawa.
Data powstania tej Ewangelii także jest bardzo sporna ale umiejscawia się ją gdzieś około roku 125 – 150, choć są i opinie naukowe skrajnie różne. Łukasz pisał ją w języku greckim tzw. koine, czyli mową wspólną dla plemion hellenistycznych. Jego Ewangelia wydaje się być właściwie redakcją tych poprzednich, zawierając nie więcej niż 25% materiału dodanego przez samego Łukasza. To raczej próba zebrania i chronologicznego uporządkowania tego, co dotychczas o Jezusie napisano, w pewnymi uzupełnieniami podanymi przez Pawła.

Tak więc z tych trzech Ewangelii tzw. „synoptycznych” wszystkie powstawały w różnym czasie, różnych językach i dla różnych odbiorców, a jednak - gdy dziś porównujemy ich treść – wydają się nam niezmiernie podobne, wręcz jednakowe co do analogicznych faktów. W takich okolicznościach, argument, że dotyczą one jednego i tego samego tematu, osoby, wydarzeń – oczywiście należy odrzucić, gdyż nie ma praktycznie możliwości relacjonowania dziejów nauczania Jezusa w tak podobny sposób poprzez tak różnych autorów działających w tak różnym czasie i okolicznościach.
Wyjaśnieniem tego zjawiska byłby moim zdaniem właśnie wpływ kolejnych niezliczonych tłumaczeń i redakcji późniejszych, aż do dnia dzisiejszego z jednoczesnym oddziaływaniem tak zwanej „tradycji tłumaczeniowej”, polegającej na tym, że ze względów teologicznych pewne fragmenty Ewangelii tłumaczy się w określony sposób niezależnie od zapisu w źródłach greckich czy innych zachowanych materiałach źródłowych.

Ktoś zapyta, cóż to za tłumaczenie, gdy wynik nie odpowiada treści oryginału… ?
Różnice te czasem dotyczą rzeczy może mniej istotnych, ale problem w tym, że my nie mamy prawa a nawet i możliwości (zrozumienia, wiedzy) by określać, co jest w Ewangelii w jakim stopniu istotne a co nie. Twierdzenie przeciwne jest wyrazem pychy, zarozumialstwa albo nieuczciwości, jaka nieraz niestety towarzyszyła dziejom Ewangelii.

Na przeciwnym biegunie mamy tradycję Indii, gdzie na przykład wg mojej ulubionej „Historii Filozofii Indyjskiej” Ericha Frauwallnera – nauczyciel (guru) musiał być tzw. „przeźroczystym medium” to znaczy – będąc w sukcesji uczniów wywodzących się od jakiejś emanacji Boga – miał przekazać wszystko to czego dowiedział się od swojego nauczyciela, bez najdrobniejszej nawet zmiany, nie „zanieczyszczając” otrzymanego od swojego nauczyciela przekazu jakąkolwiek ingerencją; własnej osobowości, intelektu czy upodobań. Nawet jeśli chciałby to czynić w dobrej wierze. Jeśli uczynił inaczej – tracił swój status bramina, guru. Wydaje się, że to jedyne właściwe podejście, oparte na postawie służenia… więc może dlatego tak obce właśnie naszej współczesnej katolickiej praktyce religijnej…

Wracając do śp. prof. Zygmunta Kubiaka, z radością rozpoczął on pracę nad tłumaczeniem Ewangelii z języka oryginału (greki koine), rozpoczynając niestety od Ewangelii Łukasza a więc tej – najpiękniejszej, ale najmniej jednocześnie wartościowej w sensie naukowym, historycznym, czy teologicznym.
Niestety profesor dokończył jedynie tę jedną z Ewangelii i tu moja refleksja, że szkoda już w takiej sytuacji iż nie była to Ewangelia Jana, najważniejsza jeśli chodzi o nauczanie Jezusa, o jego słowa o Bogu – najobszerniej i najbardziej szczegółowo przekazane właśnie przez Jana. A w aspekcie tego co napisałem wcześniej – nowy i niezależny od tradycji przekład z oryginału, dokonany przez takiego człowieka jakim był Zygmunt Kubiak – byłby rzeczywiście iskierką nadziei na uratowanie tego co jeszcze się da - z treści oryginalnej…

Wiele wskazuje na to, że wszystko co dotyczy Jezusa, co zostało opisane w Ewangelii – nie jest przypadkowe, każdy najdrobniejszy szczegół czemuś służył i miał swoje przewidziane przez Wszechmogącego znaczenie. Nie jesteśmy w stanie ocenić, czy coś jest mniej czy bardziej ważne w swoich dalszych konsekwencjach, dlatego jedyną rozsądną postawą powinna być właśnie ta przyjmowana przez tłumacza hinduska postawa „przeźroczystego medium” o której nieprzypadkowo wspomniałem wcześniej.
Z drugiej strony natomiast – jeśli widzimy zbyt dużo drobnych, pozornie mało ważnych odstępstw – to tracimy zaufanie do rzetelności całego dzieła (czy tłumaczenia). Jeśli na przykład ktoś pożycza od nas często np. 300 złotych a oddaje 299, albo oddaje 300 ale zawsze kilka dni po ustalonym terminie - to zapewne machniemy ręką, że to drobiazg itp., ale szybko, podświadomie nawet – uznamy tego człowieka za "niepewnego", ograniczymy zaufanie do niego; no niby zawsze oddaje, ale… Dokładnie tak i w tym przypadku.

Dla przykładu - sprawa tak zwanego zwiastowania.
Treść pozdrowienia anielskiego obecnie zwyczajowo przyjęta, wynikająca także ze swoistego kultu Maryjnego całkowicie obcego Ewangelii, nie ma podstaw w tekście Ewangelii Łukasza w jej greckim oryginale. Współcześnie zgodnie z "tradycją tłumaczeniową" Anioł powiedział do Marii:

Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą. Błogosławionaś Ty między niewiastami.

Nieco bardziej współczesne, tradycyjne tłumaczenie – to: Bądź pozdrowiona, łaską obdarzona, Pan z tobą, błogosławionaś Ty pomiędzy niewiastami.

W języku łacińskim jest to: „Ave, gratia plena, Dominus Tecum.”

To Ave – jest tak bardzo rzymskie... (Ave Cezar!), ale w oryginale greckim Ewangelii Łukasza jest inaczej:

Chaire, kecharitomene, Kyrios meta Su. Co dosłownie oznacza: Ciesz cię, łaski pełna, Pan jest z Tobą. A dalej - nie ma „Błogosławionaś Ty między niewiastami”, jak to mamy w „tradycji tłumaczeniowej”.
Nie ma.
To nie są słowa Anioła, wypowiedziane do Marii podczas zwiastowania, to są słowa Elżbiety która je wypowiedziała do Marii kilka miesięcy później, gdy ją Maria odwiedziła w domu Zachariasza.

Przytoczmy ten fragment: „ Niedługo potem wybrała się i podążyła śpiesznie do miasta na wyżynie Judzkiej. Weszła do domu Zachariasza i pozdrowiła Elżbietę. Kiedy ta usłyszała od Marii pozdrowienie, poruszyło się dzieciątko (**) w jej łonie. Elżbietę napełnił wtedy Duch Święty i bardzo głośno zawołała: Błogosławionaś Ty między niewiastami i błogosławiony owoc Twojego łona! Skądże mi to, że Matka mojego Pana przychodzi do mnie?!...”

Jeśli więc uznamy grecki oryginał Ewangelii Łukasza za autorytatywny, a jest to przecież jedyna "całościowa" podstawa do tłumaczeń na inne języki - to okazuje się, że „tradycja tłumaczeniowa” polega na istotnym przeredagowaniu tego fragmentu. Na zniekształceniu oryginału.
Tu znów ktoś powie: „... i cóż takiego się stało? Przecież „źle” Anioł by nie powiedział, gdyby tak powiedział, jak my to wymyśliliśmy. Tak jest ładniej, "bardziej religijnie"… Może i Anioł tak nie powiedział, ale naszym zdaniem powinien był tak powiedzieć…”

Moim zdaniem – tak właśnie postępować, ani nawet myśleć - nie wolno.

Uczniowie Jezusa prosili go pewnego razu, by nauczył ich modlić się, a to dlatego iż słyszeli od uczniów Jana - że pouczał ich o tym jak mają się modlić. To początek rozdziału 11 Ewangelii Łukasza. Tak to przedstawia współczesna kościelna „tradycja tłumaczeniowa”:
„A gdy On w pewnym miejscu modlił się i zakończył modlitwę, ktoś z jego uczniów rzekł do niego: Panie, naucz nas modlić się, jak i Jan nauczył swoich uczniów. Wtedy rzekł do nich: gdy się modlicie, mówcie:

"Ojcze nasz, któryś jest w niebie,
święć się imię twoje,
przyjdź Królestwo twoje,
bądź wola twoja, jako w niebie tak i na ziemi,
chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj
i odpuść nam nasze winy,
jako i my odpuszczamy naszym winowajcom
i nie wódź nas na pokuszenie
ale nas zbaw ode złego.”

W oryginale greckim Łukasza jest jednak inaczej:

Ojcze,
Niech się święci imię Twoje,
Niech przyjdzie Królestwo Twoje,
Chleba naszego powszedniego dawaj nam na każdy dzień
i przebacz nam nasze grzechy,
bo i my przebaczamy każdemu kto wobec nas zawini
i nie wystawiaj nas na próby.

Więc znów ktoś coś pododawał, coś pozmieniał, "poprawił" po Jezusie a w każdym razie po jego uczniu Apostole Łukaszu, który nam to zrelacjonował w Ewangelii. Zapewne - po to, by było bardziej religijnie. Bardziej wzniośle. Trudno wątpić w dobre intencje. Znów ktoś się jednak czuł ważniejszy i mądrzejszy niż Jezus, który modlitwę podyktował i polecił uczniom…
Jeśli na dodatek porównamy to z jeszcze innym tekstem, jaki dziś funkcjonuje jako modlitwa powszechna w Kościele Protestanckim, to widzimy jeszcze większe różnice.

Jezus jednak nie powiedział uczniom:"... chłopaki, to tak mniej więcej się módlcie, jak wam powiedziałem, a jak wam coś się nie podoba, to sobie sami zmieńcie, przeróbcie albo dodajcie coś od siebie, byle było "stylowo"…".
Powiedział wręcz odwrotnie: kto mnie miłuje, ten słowa moje zachowuje. Nie miłuje mnie - kto słów moich nie przestrzega.
W wierności nauce Jezusa, zachowywaniu i przestrzeganiu jego nauk - i głównie w tym - objawia się wiara i miłość a także i nadzieja na Jego Królestwo.

Oczywistym wydaje się, że Ewangelię, czy Nowy Testament, czy może nawet całą Biblię – trzeba ciągle na nowo tłumaczyć zgodnie z przemianami języka odbiorcy, języka który jest tworem żywym i dość szybko się zmieniającym. Nie możemy dziś czytać a już tym bardziej mówić na przykład:
„Wielmoży dusza moja Pana mego a zwiesieli się duch mój w Bodze zbawienia mojego” - bo jest to nadto niewspółczesne, przestarzałe i z tego powodu – niezrozumiałe.
( Magnifikat, tłumaczenie z ok. 1600 roku).
Z drugiej strony – jeśli ktoś w cytowanej wyżej modlitwie podanej przez Jezusa swoim uczniom, których my naśladujemy - dziś przetłumaczy „… i odpuść nam nasze DŁUGI, tak jak i my odpuszczamy…” („Biblia XXI wieku”), to jest bardzo daleko od greckiego źródła tekstu Łukasza a na dodatek widziałbym w tym i sporo złośliwości…
Złośliwości w modlitwie…? To już by była duża przesada. Jednak z drugiej strony -b tłumaczenia Ewangelii nie mogą i nie są czymś oczywistym, z powodu ogromnej odległości czasowej i kulturowej od jej powstania.

Wniosek nasuwa się tu następujący:


I tak bardzo trudno jest dziś o prawdziwą wiarę. Człowiek zanurzony niejako w trudnym, nieprzyjaznym otoczeniu, codziennych troskach, trudnościach – nie bardzo chce przyjmować jakiekolwiek obowiązki, ograniczenia, przyjmować jakiekolwiek autorytety. Takie postępowanie Kościoła w sprawie podstaw wiary z pewnością nie dodaje mu wiarygodności. Jezus wiedział o tym i o tym mówił. Wydaje się więc, że Kościół nie dba o własną "wiarygodność sługi", wobec ludzi uważając się raczej - wbrew poleceniom Jezusa - za pana, dlatego staje się coraz mniej wiarygodny.
Czy to samo można powiedzieć o Ewangelii?
Moim zdaniem - jeszcze na szczęście - nie.

Jest prócz tego oczywiście i dużo więcej problemów z praktyczną realizacją nauki Jezusa, ale cóż tu się martwić o realizację, gdy same nauki w ich współczesnym przekazie stają się mało wiarygodne.

(*) Artykuł ten napisałem posługując się częściowo informacjami z przedmowy Autora przekładu Ewangelii według Św. Łukasza - prof Zygmunta Kubiaka.
(**) Dzieciątko – to Jan, później nazwany Chrzcicielem.

Post Scriptum.
Aby obraz sytuacji którą omawia powyższy tekst nie był zbyt ciemny, bardziej niż w rzeczywistości, postanowiłem jeszcze przytoczyć tu fragmenty wypowiedzi patrona tego przekładu, ks.prof. Michała Czajkowskiego, biblisty, współprzewodniczącego Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów, dotyczące tego wydania Łukaszowej Ewangelii.

"Trzeba dziś nie lada odwagi, by przekładać księgę biblijną. Na szczęście tej odwagi nie zabrakło prof Zygmuntowi Kubiakowi; - jego przekład jest udany, piękny, wzbogacający. Wybitny znawca tradycji klasycznej, były współpracownik wielkiego biblisty śp. ks. Eugeniusza Dąbrowskiego, wspaniale przybliżył nam Ewangelię wg św. Łukasza, także w słowach wstępu. To oryginalny, twórczy przekład. Podziwiam piękno jego języka i wierność oryginałowi greckiemu. Autor szczęśliwie odszedł od pewnych tradycji i stereotypów translatorskich".

Natomiast ks. Adam Boniecki napisał o Zygmuncie Kubiaku:
"Jego ojczyzną była "Polska śródziemnomorska"; dzięki temu rósł i tworzył w najmniejszym stopniu nie skażony miazmatami PRL-u. Pierwsza książka "Półmrok ludzkiego świata" (1963) to zmagania z tajemnicą prawdy ludzkiego cierpienia, śmierci oraz istnienia; wszechwiedzy i miłosierdzia Boga. Ostatnia (...) niedokończony przekład Ewangelii. Z tekstu greckiego, bo - był o tym przekonany - Panu Bogu o miłości najzręczniej było mówić do ludzi po grecku."


Skoro więc autorytety nie napiętnowały samodzielności i odejścia od "tradycji i stereotypów translatorskich" - to... tylko kontynuować tę pracę wobec pozostałych ksiąg Ewangelii...
P.B

06/02/2012

Jak się uchronić od narastającego w nas oburzenia, gniewu…

Sytuacja staje się bardzo trudna. Z jednej strony coraz bardziej jak się wydaje uwidacznia się, że prawdopodobnie rzeczywisty stan spraw państwa nie był dotychczas w pełni ujawniany. Ma to oczywiście co prawda swoje poważne uzasadnienie – w dbałości o nastroje inwestorów, nie tylko tak zwane „rynki finansowe” ale także i nastroje przedsiębiorców. Wszystko jest w płynnej, chwiejnej równowadze opartej wbrew pozorom na zupełnie nieracjonalnych podstawach, takich jak obawy, leki, nastroje, wróżby, przepowiednie, noga którą przedsiębiorca dziś wstał... Po prostu jest tu istotny czynnik pozarozumowy i trzeba to przyjąć do wiadomości.
Któż jednak wie; czy gorzej jest znać nie najweselszą prawdę, czy pogrążać się w nieufności – widząc że optymizm jest udawany a oficjalny obraz coraz bardziej się różni od tego widocznego. Czy lepiej wiedzieć jak jest, czy wiedzieć, że z pewnością nie jest tak jak się wydaje (czyli w domyśle – gorzej?). Ukrywanie prawdy z czasem staje się widoczne i budzi nieufność, co może prowadzić do reakcji jeszcze groźniejszej, niż gdyby prawda była znana.

Nie bawi mnie politykierskie „gdybactwo” a interesuje mnie raczej praktyczny skutek społeczny.  W odniesieniu do ludzi pozbawionych zatrudnienia, ale też i ogólnie do wszystkich i wszystkiego - śmiało można przyjąć założenie dokładnie odwrotne niż to mają w zwyczaju ideologicznie zaślepieni; nie jest ważne KTO rządzi a raczej – JAK, to znaczy z jakim skutkiem społecznym. Co więcej – dokładnie właśnie nie jest ważny skutek „w ogóle” a jedynie skutek społeczny.
Jedni mogą mówić: trudno, zdechnę z głodu ale najważniejsze żeby za wszelką cenę Kaczyński nie był przy władzy.
Inny powie: nie interesują mnie ludzie zdychający z głodu, ale ci co na mnie głosują, bo najważniejsze aby za wszelką cenę odsunąć Tuska od władzy.
Ta „wszelka cena” i w jednym i w drugim przypadku – to tacy jak ja, jakieś 500.000 osób pozbawionych jakiejkolwiek możliwości zatrudnienia a nawet i całe dwa miliony bezrobotnych w tym kraju.
Tak łatwo jest płacić, sięgając do cudzego portfela…

Wydaje się oczywiste, zrozumiałe dla każdego normalnego człowieka, że w systemie przyjętym przez cywilizację ludzką i dość powszechnie obowiązującym, nie mającym istotnej alternatywy, polegającym na używaniu pieniądza jako powszechnego ekwiwalentu pracy – człowiek musi mieć dostęp do tego podstawowego systemu, jeśli oczywiście chce. A trudno sobie wyobrazić by nie chciał, biorąc pod uwagę absolutną podstawowość  i powszechność oraz jednocześnie występującą wymienialność pracy i potrzeb, za pośrednictwem umownego ekwiwalentu jakim jest pieniądz.  Jakim trzeba być człowiekiem, i czy zasługuje na to miano ktoś, kto odmawia części społeczeństwa prawa do udziału w systemie wymiany praca-ekwiwalent pracy. Kto świadomie wyłącza masę swoich współobywateli ze społeczeństwa, traktując ich jak zbędnych, jak śmieci które się spycha w kąt, wymiata za próg, by samemu poczuć się lepiej w tak „wysprzątanym” domu. Przecież wiadomo, że człowiek musi zdobywać pieniądze, bo tylko to pozwala mu zaspokoić własne podstawowe potrzeby życiowe i daje mu w ten sposób namiastkę wolności, a najlepiej by było dla wszystkich – by te pieniądze zdobywał poprzez pracę, której wynik jest społecznie użyteczny, służy także innym.
Czy to mózg dziurawy jak ser szwajcarski od „trawki” popalanej po kątach w młodości powoduje, że się tworzy gospodarkę dla elity, jakiś KRYPTO-FASZYSTOWSKI ustrój,  jak na ironię, drwinę z ludzkiego cierpienia nazwany „obywatelskim” w którym jest elita władzy, uprzywilejowanych, „klasa Panów” – zapewniająca sobie wszystko co najlepsze i ustalająca przepisy prawa gwarantujące im i ich rodzinom WSZYSTKO, jest masa zastraszonych, uganiających się za jakimkolwiek zarobkiem „niewolników” których nauczono się bać, zabiegać o przychylność „panów”  wychodząc usłużnie naprzeciw ich wszelkim kaprysom i zachciankom, umizgiwać się do „chlebodawców” sztuką pisania „listów motywacyjnych” i sztuką kłamstw, rezygnacji z własnych potrzeb, odpoczynku, godziwej zapłaty za pracę, rezygnujących z wywalczonych i wypracowanych przez pokolenia praw. No i gdzieś tam na marginesie są „śmieci”, ci co się nie nadają do rączej służby dla Panów, albo co gorsza – nie chcą, trwając przy swoich humanistycznych przyzwyczajeniach myślowych. Ci dla tej władzy nie istnieją, są zbędni, pomijalni, ale skoro już są – to można jeszcze na nich zarobić, uszczknąć coś z udawanej „pomocy”, pozwalającej transferować pieniądze z funduszy publicznych do prywatnych bez poczucia bycia złodziejem, oszustem czy zabójcą. Zresztą – jak wymyślili prekursorzy tego systemu – przecież „zwycięzcy nikt nie sądzi”; przed kim miałby on odpowiadać za skutki swojego działania. A skutki zresztą i tak są nieodwracalne…

To wszystko budzi sprzeciw. Sprzeciw wewnętrzny, jeszcze mało wyrażany publicznie.

Ludzie mają o wiele za dużo tolerancji, cierpliwości i być może sami sobie tym szkodzą, doprowadzając do narastania problemu podczas gdy odpowiednio wczesne i jasne wyrażenie swojej reakcji mogłoby zapobiec wielu problemom obu stron. Społeczeństwo od ponad dwudziestu lat ponoć "wolne" - musi zacząć być asertywne; asertywne na skalę społeczną. Tymczasem wydaje się być bezrefleksyjną "szarą masą", sprytnie kształtowaną naciskami i zabiegami władzy, "elity", poddającą się im bezwolnie...
Człowiek źle znosi stawianie go w takiej sytuacji, to budzi sprzeciw, bunt. Im sytuacja staje się gorsza, trudniejsza – tym sprzeciw jest bardziej radykalny, na dodatek staje się równie co poczynania władzy ideologiczny, zamknięty, zaciekły i oporny na dialog. Zasada adekwatności akcji i reakcji ma tu swój szczególny wyraz.

Prawdziwy problem zjawia się człowiekowi w konflikcie z własnymi przekonaniami. Pomijając już skalę czy platformę społeczną tego, powstaje konflikt wewnętrzny, problem sumienia. Oczywiście własnego sumienia, tego które jest indywidualnym „rejestratorem” postaw i czynów człowieka i przed którym nie ma się gdzie skryć. Człowiek który zna i przyjmuje zasady, pouczenia zawarte w Ewangelii, chce im sprostać bo jest przekonany o ich prawdziwej wartości, ale jednocześnie widzi – obserwując samego siebie tym „okiem wewnętrznym” które nigdy nie zasypia, które widzi w ciemności i we mgle – że dramatyzm sytuacji w której został postawiony, poczucie własnej niemożności – nasila w nim agresję, postawę radykalną pewnie na skalę ludzką całkowicie zrozumiałą ale diametralnie sprzeczną z wyznawanymi wartościami, na przykład wskazanymi w Ewangelii.
Jezus pouczał, by nie przykładać zbyt dużego znaczenia, zbyt dużej wartości do swojego życia, nie przyzwyczajać się zbytnio do niego a troszczyć się raczej o to – co ma być zwieńczeniem wszystkiego; o to co ostateczne. To jednak jest bardzo trudne dla człowieka, tak bardzo osadzonego w materializmie świata, przez siebie postrzeganego jak jedynie realny.

Jakże trudno jest – gdy zmysły, instynkt samoobronny podpowiadają nam zamiast uległości i niezaangażowania emocjonalnego, działania bardziej kojarzące się z postaciami filmowymi odtwarzanymi np. przez aktora Sylwestra Stallone – trzymać się tych wartości w które się wierzy i które uważa się za wyższe, wyższe pod każdym względem. Zasada ludzkiej, fizycznej i bezpośredniej, proporcjonalnej odpowiedzialności, tak dobitnie wyrażonej szczególnie w prawie mojżeszowym, bliska ludzkiemu naturalnemu sposobowi rozumowania intuicyjnego – jest bardzo odległa od prawa zalecanego przez Nauczyciela, do dziś nawet ludzie uważający się za uczniów Jezusa intuicyjnie i wbrew pouczeniom Pana powracają do zasad reprezentowanych przez Prawo, np. „oko – za oko, ząb – za ząb”. Tyle, że zasada ta stosowana przez obie strony każdego konfliktu, prowadzi do zapętlenia; po czasie już każdy ma swoje autentyczne powody do zemsty, do agresji a każda następna zemsta rodzi kolejną zemstę drugiej strony. To nie jest więc dobra droga, ma rację Nauczyciel, że ktoś musi ustąpić a - by ustąpić – musi mieć mimo wszystko wiarę w sprawiedliwość, tyle że nie "tu i teraz" i przez siebie wymierzaną a scedowana na istotę wyższą, obiektywną, uprawnioną do osądu zawartości każdego sumienia, jak taśma video przechowującego  czyny i słowa.
To jednak jest bardzo trudne, bo życie materialne wydaje się człowiekowi czymś najcenniejszym co ma, słowa o prawdziwym, duchowym Królestwie Bożym, w którym nie ma materialnych trosk a do którego wejdą jedynie ci, co spełnią określony przez Nauczyciela standard – wydają się tak bajeczne, tak abstrakcyjne…

Jezus nauczał:
„… Ale biada wam, bogatym, gdyż w pełni odbieracie swą pociechę. Biada wam, teraz opływającym w dostatki, gdyż spadnie na was głód. Biada wam, zuchwale roześmianym, gdyż będziecie się smucić i płakać. Biada wam, ilekroć wszyscy będą mieli o was dobre zdanie; bo takie o fałszywych prorokach mieli ich ojcowie. Lecz wam, słuchającym, polecam: Kochajcie swoich wrogów, bądźcie dobrzy dla tych, którzy was nienawidzą, dobrze życzcie tym, którzy was przeklinają, módlcie się za tych, którzy wam szkodzą. Temu, kto ci wymierza policzek, nadstaw też drugi, a temu, kto ci odbiera płaszcz, nie broń i koszuli. Każdemu, kto cię prosi, dawaj, a od tego, kto bierze, co twoje, nie żądaj zwrotu. Traktujcie innych tak, jak sami chcecie być traktowani. Jeśli kochacie tych, którzy was kochają, to cóż tu wam wynagradzać? Przecież i grzesznicy kochają tych, którzy ich darzą miłością. Albo jeśli czynicie dobrze tym, którzy dla was są dobrzy, to cóż tu wam wynagradzać? Grzesznicy czynią to samo. I jeśli pożyczacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, to cóż tu wam wynagradzać? Grzesznicy również pożyczają grzesznikom, aby odebrać tyle samo. Ale kochajcie waszych wrogów, czyńcie dobrze, pożyczajcie nie oczekując nic w zamian, a otrzymacie hojną zapłatę i będziecie synami Najwyższego; On bowiem jest życzliwy dla niewdzięcznych i złych. Wzorem też swego Ojca bądźcie miłosierni. Przestańcie również sądzić, a na pewno nie zostaniecie osądzeni, i przestańcie potępiać, a nie zostaniecie potępieni; przebaczajcie, a dostąpicie przebaczenia. Dawajcie, a będzie wam dane; wtedy miarę dobrą, napchaną, utrzęsioną i z naddatkiem wsypią także w wasze zanadrze; bo jaką miarą mierzycie, taką i wam będzie odmierzone.”

Człowiek  dziś tak podle pozbawiany dostępu do pracy zarobkowej jako jedynego źródła ekwiwalentu pieniężnego pozwalającego mu nie tylko żyć, ale i mieć poczucie pewnej osobistej wolności, czuje przecież i najczęściej rozumie trafność tych rad. Musi podejmować walkę z samym sobą, by zastąpić naturalne, "prymitywne" odruchy - postępowaniem świadomie sterowanym przyjmowanymi zasadami odróżniającymi go diametralnie od jego krzywdzicieli.

Lecz jak znaleźć w sobie wystarczającą siłę charakteru; jak się mimo to uchronić od narastającego oburzenia, sprzeciwu, gniewu… Jak pozostać człowiekiem...



_________________________________________________________
W tekście zacytowałem fragment Ewangelii św. Łukasza w bliskim mi przekładzie ewangelickim (protestanckim) EIB.