Jestem taki jaki jestem.
Jestem tym - kim jestem choć sam dokładnie nie wiem – kim.
A może kimś, kimkolwiek - się po prostu tylko „bywa” a nie „jest”.
Mam pewną - skonkretyzowaną w różnym stopniu w różnych okresach - wizję tego, jaki powinienem być.
Jakim należy być.
Jakim jest dobrze być.
Potrafię dostrzec i zrozumieć – że nie jestem taki.
Człowiek w procesie dorastania, dojrzewania, który jest także przecież procesem twórczym a nie tylko odtwórczym (w sensie genetycznym), kształtuje swoje cechy na miarę tego jak sam je umie ocenić. Punktem odniesienia początkowo jest otoczenie, środowisko. Proces ten jest dość długi i dzieje się w otoczeniu dynamicznym, gdzie każdej chwili może wydarzyć się i wydarza się coś, co jest w stanie zmienić kierunek tego rozwoju, spowolnić go lub przyspieszyć, zmienić jego kierunek lub zatrzymać.
Człowiek jest niejako wytworem okoliczności, otoczenia, własnych i cudzych działań i ich skutków. Stopniowo zdobywana wiedza o świecie i życiu, obserwacja innych ludzi - dają mi obraz celu, świadomość stanu duchowego i fizycznego w jakim chciałbym się znaleźć. Chciałbym gdyż uważam go za dobry, osiągnięcie go uznałbym za sukces.
Jednocześnie porównując się z tymże aktualnie sformułowanym celem widzę rozbieżności. Wiedza o tychże różnicach jest przeznaczona jedynie dla mnie, strzegę jej przeważnie tylko dla siebie. To działanie podświadome w celu ochrony własnej tożsamości, gdyż tak naprawdę tylko ja wiem jaki rzeczywiście jestem w danym momencie, co czuję i co wiem i wiedza ta jest jedynie dla mnie przeznaczona. Negowanie tego jest absurdalne a jeśli ktoś uważa, że zna mnie lepiej niż ja – jest śmiesznym zarozumialcem, żyjącym własnymi wyobrażeniami i posługującym się pseudo-psychologicznymi uproszczeniami. Z reguły jest to nietrafne, po prostu śmieszne, ale może być także bardzo krzywdzące - gdy z tego wywodzi się oceny, szczególnie oceny mające uzasadnić rozstanie, zmianę relacji, ostentacyjne „odebranie” komuś - siebie.
Poza tym mam maskę przeznaczoną dla postronnych obserwatorów, którzy nie muszą i z całą pewnością nawet nie powinni wiedzieć o mnie tego, co ja wiem. To są niejako różne „warstwy” jednej tożsamości. Warstwa najgłębsza przeznaczona tylko dla mnie, całkiem intymna, o której wcale nie muszą wiedzieć nawet najbliżsi, warstwa prywatna lub kilka poziomów warstw - znana bliskim, warstwa oficjalno-służbowa oraz warstwa niejako zewnętrzna – dla obcych, będąca często tarczą.
Jestem więc taki jaki jestem „wewnątrz siebie” i tylko ja o tym wiem.
Staram się być inny niż jestem; inny czyli w swoim przekonaniu lepszy. Jestem „w drodze” do siebie takiego jaki chciałbym być czyli – nie jestem już po części sobą, ani jeszcze po części „sobą” nie jestem. Zapanowanie nad swoimi cechami wymaga świadomej pracy nad nimi co można przedstawić jako „narzucanie sobie” pewnych zachowań czy sposobu myślenia początkowo obcych, nienaturalnych, sztucznych. Takich których należy się wyuczyć do tego stopnia aby stały się „drugą naturą”. Poniekąd na tym przecież polega „kultura” bycia, kultura zachowania i współżycia społecznego, aby przyjąć i mieścić się w pewnych ogólnie przyjętych ramach zachowania - uznawanych jako „kulturalne”, choć one nie są naturalne, spontaniczne ani właściwe człowiekowi jako przedstawicielowi ssaków z rodziny naczelnych. W tym procesie zmian, dla zewnętrznego obserwatora człowiek może wydawać się „nieprawdziwy”, co może wprowadzać w błąd.
W relacjach z innymi ludźmi czasem wyrabiamy sobie zdanie o nich - w odniesieniu do naszych własnych planów, czy celów. Zrozumiałe, że człowiek zawsze szuka partnerów, sojuszników – mających podobne dążenia, podobne plany, podobną skalę wartości. Podobne cechy zbliżają do siebie ludzi, dają dobrą, szeroką platformę kontaktów, działań, pomocy, wsparcia. Niestety z powodów ogólnie powyżej wspomnianych – czasem można ocenić kogoś akurat poznanego - błędnie, przypisując mu cechy dla nas interesujące, których on w rzeczywistości nie posiada. Bardzo chcemy poznać, znaleźć kogoś nam bliskiego co do celów, dążeń i wyznawanych wartości, choćby w celu praktycznym; by łatwiej było wspólnie osiągnąć te cele. Nieraz więc chcemy tak bardzo, że tracimy obiektywizm w ocenianiu napotkanych ludzi, widząc w nich to – czego szukamy, co bardzo pragniemy odnaleźć a czego w nich nie ma. Trzeba jednak sobie zdawać sprawę, że to jest nasz błąd oceny a nie wina tamtej ocenianej osoby, polegająca na "udawaniu kogoś kim nie jest".
Gdy bardzo pragniemy dostrzec w kimś jakieś cechy a dalsza znajomość wykaże ich brak – to może świadczyć o naszym błędzie a nie o czyjejś nieuczciwości. Zrywamy kontakt z taką osobą, zarzucając jej na odchodnym iż „nie jest taka, za jaką się podaje” a przecież to wrażenie wynikałoby z naszego błędu, naszej pomyłki i pochopnej, emocjonalnej oceny a nie z działania tamtej osoby – która po prostu jest taka, jaka jest… Jest sobą. Możliwe nawet, że doszło do jej świadomości jakie oczekiwania mamy wobec niej i próbowała tym oczekiwaniom bez powodzenia sprostać...
Zależnie od typu i zaawansowania relacji – takie „pożegnanie” może być bardzo przykre, trudne do zaaprobowania, jak wszystko co opiera się na nieuzasadnionych oskarżeniach, niesprawiedliwych pretensjach – jako pewnej „krzywdzie”. Zmiana relacji pomiędzy ludźmi jako wynik rozluźnienia kontaktów poprzez na przykład rozstanie wywołane przeprowadzką do innego miasta, nie potrzebuje "powodu" w winie jednej ze stron. Czasem nie jest łatwo dokonać koniecznej w naszym przekonaniu zmiany. Może łatwiej jest czasem wyjść - trzaskając drzwiami w udawanym zdenerwowaniu, ale trzeba sobie zdawać sprawę, jak to wpłynie na tę osobę, która za tymi drzwiami pozostała - z poczuciem winy, poczuciem upokorzenia, poczuciem krzywdy czy skrajnie niesprawiedliwej oceny; pochopnego, ubliżającego jej godności oskarżenia...
MOTTO:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczciwość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą uczciwość. Pokaż wszystkie posty
09/10/2016
Nie jestem taki – jaki chciałabyś abym był.
24/09/2016
Nie jestem taki - za jakiego się podaję...
"Człowiek" - to podobno brzmi dumnie z pewnych względów, o których za chwilę, ale tymczasem wspomnę stwierdzenie nauki stworzonej właśnie przez ludzkość, że człowiek należy do rodziny ssaków naczelnych z rodziny człowiekowatych i jest formą życia wyewoluowaną ze świata zwierzęcego, poprzez stopniowe przemiany genetyczne przez miliony lat i wiele etapów pośrednich od form stricte zwierzęcych, do formy Homo Sapiens występującej na całym świecie od ponad dwustu tysięcy lat. Sprawa ta nie dość że bywa mniej lub bardziej energicznie negowana, jak na przykład przez religie, to posiada też wiele ważnych i szczegółowych aspektów; skupmy się jednak tu aktualnie na jednym z nich, zasygnalizowanym w tytule.
Owe przemiany mają naturę biologiczną a także skutki psychologiczne. Problem w tym, że człowiek psychicznie kieruje się we własnej ocenie zupełnie innymi przesłankami, niż zależności sterowane genetycznie.
Przykładem niech będzie pewna „nierównomierność” przemian, powodująca że pomimo gwałtownego jak na skalę czasową rozwoju mózgu ludzkiego i konsekwencji tego, u człowieka pozostają pewne cechy tak zwane „wsteczne” czyli zdecydowanie „zapóźnione”, należące do świata postrzeganego jako ewidentnie zwierzęcy. Jedną z takich cech jest na przykład uwłosienie odziedziczone genetycznie po przodkach, dla których zapewne było zbawienną formą przystosowania, ale dla homo sapiens obecnie jest pod tym względem zbędne. Człowiek w miarę swego rozwoju stwarzał i przemieniał swoje otoczenie nie tylko fizyczne ale i otoczenie w formie niematerialnej; szczególnych praw, zasad, zwyczajów, mody itp. Na przykład w pewnym okresie zwyczaj czy też moda nakazywał golić naturalne włosy z głowy lub przynajmniej bardzo krótko je strzyc i zastępować je obfitymi perukami z włosów do ramion, ukształtowanymi w konkretny, powtarzalny i szczególny charakterystyczny sposób i to akurat u mężczyzn a nie – jak byśmy się spodziewali – u kobiet. Podobne „mody” dotyczą uwłosienia na brodzie i „z boków brody” oraz w innych miejscach ciała, ale szczególną sytuacją charakteryzuje się uwłosienie pojawiające się na dłoniach, uszach, na tylnej części szyi, nadmiernie wybujałe brwi itp. Uwłosienie na dłoniach jest naturalne dla człowieka, choć pozostaje wspomnianą „cechą wsteczną” jednoznaczne wskazującą na pochodzenie zwierzęce gatunku, w jego zamierzchłej przeszłości. Pojawia się ono naturalnie i spontanicznie, choć z różną intensywnością u poszczególnych osobników, ale jako właśnie cecha zwierzęca czyli „wsteczna” – nie jest powszechnie akceptowane z punktu widzenia wspomnianych zasad, nazwanych ogólnie przez ludzi – kulturą.
Brak powszechnej akceptacji w wyniku kulturowej oceny nie jest oczywiście bezwzględną zasadą bo i różnice kulturowe, zwyczajowe, „modowe” - bywają ogromne. Na moich dłoniach w sposób „samoczynny” pojawia się owłosienie, ale ja uważam to za cechę zwierzęcą, całkowicie obecnie zbędną, właśnie cechę „wsteczną”, dlatego moje rozumienie „kultury” jako zbioru pewnych zasad, wzorców i kryteriów umownych stworzonych w szeroko pojętym ale konkretnym środowisku, nakazuje mi to uwłosienie usuwać. Dotyczy to też włosów pojawiających się na uszach czy szyi, poniżej naturalnie przyjętej linii tak zwanego przez fryzjerów „cyrkla” i „kantu”.
Rozumienie pojęcia „kultura” jest oczywiście różne i ma spore „odchyłki” indywidualne, toteż moje zachowanie w tej sprawie może być i oczywiście bywa dla kogoś innego dziwne, niezrozumiałe, niepojęte, zaskakujące a nawet wręcz dziwaczne, nienaturalne i dość podejrzane. Jednak w aspekcie założonego tematu należy zaznaczyć tu dobitnie: na moim ciele pojawia się w sposób naturalny uwłosienie, które uważam za zbędne i dlatego „nienaturalnie” je usuwam, po czym staję się „nieautentyczny” dla niejednego obserwatora. Moje dłonie byłyby wyraźnie owłosione, ale moje rozumienie kultury w moim środowisku nakazuje mi do tego nie dopuszczać, przez co właśnie podaję się za kogoś innego – niż w rzeczywistości jestem; podaję się mianowicie za osobnika na dłoniach nieowłosionego, co formalnie nie jest przecież prawdą.
Czy mam się czuć oszustem, wprowadzającym w błąd innych poprzez taką ingerencję w swój wygląd? I tak - dla wielu mogę się wydawać dziwakiem, podejrzanym o „niemęskość” lub jeszcze coś gorszego; zniewieścienie, może nawet i homoseksualizm itp. W różnych środowiskach kulturowych mogą występować tu znaczne różnice i występują – poszerzając gamę ocen. Bo to, że sam będę podświadomie negatywnie oceniał tych "nadmiernie uwłosionych" nazywając ich w myślach "cholernymi małpami" - to rzecz oczywista.
W skrajnym przypadku prawdziwą „męskością” nazywana jest właśnie ta „zwierzęcość”, co ma też swój odpowiednik stosowany do kobiet; i to do tego stopnia, iż ludzie w niektórych środowiskach potrzebują jej czasem dla utrzymania swej równowagi psychicznej, jakby „odpoczęcia od kultury”... Okazuje się, że we współczesnym świecie nadal „zwierzęcość” bywa dla części osobników stanem naturalnym a kultura – czymś obcym, meczącym, sztucznym, od czego trzeba czasem „odpocząć”.
Wydaje mi się to bardzo smutne…
To oczywiście jest tylko przykład „naukowy”, praktycznie nie stanowi to dużego problemu.
Konsekwencje tej obserwacji są jednak ogromne i rozległe.
Zauważmy jak bardzo człowiek często różni się z powodu ingerencji warunkowanej kulturowo, od tego - jaki byłby gdyby tego nie robił. Dotyczy to nie tylko cech fizycznych takich jak naturalny zapach rozkładającego się pod wpływem bakterii potu ludzkiego; zapach uznany przez kulturę za niewłaściwy, przykry, niedopuszczalny, niekulturalny i dlatego - usuwany i zmieniany celowo wytwarzanymi do tego przez człowieka od tysięcy lat substancjami – produktami naturalnymi lub produktami współczesnego przemysłu chemicznego, kosmetycznego, perfumeryjnego. Ktoś, kto to robi - sugeruje otoczeniu, iż nie ma nic wspólnego z bakteriami rozkładającymi pot a jego ciało ma inny niż naturalny, bardziej przyjemny zapach – czyli ewidentnie manipuluje informacją co do tej swojej naturalnej cechy, kłamie udając kogoś „inaczej pachnącego niż w rzeczywistości”.
Czy miałby się przez to mieć za oszusta?
Co więcej; czy w dzisiejszych czasach można mu z tego czynić jakikolwiek zarzut? Pewnie można, ale to zarzucający wystawia tym sobie bardzo nieprzyjemne świadectwo a laurkę pisze temu "przyjemnie pachnącemu".
Jeszcze co do zapachu; człowiek należy do ssaków, co prawda naczelnych, ale jednak… Funkcjonowanie tak zwanej „przemiany materii” czyli układu pokarmowego, enzymów i hormonów powoduje w sposób naturalny, co należy rozumieć jako powszechną cechę – powstawanie w układzie pokarmowym pewnej ilości mieszaniny gazów, z dużą zawartością siarkowodoru, posiadającego charakterystyczny a uznawany za niemiły – zapach. Uznawany – bynajmniej nie powszechnie, o czym wspominałem wcześniej. Człowiek jest niejako naturalnie zmuszony do pozbycia się tego zbędnego produktu ubocznego poprzez jego wydalenie do otoczenia; kultura ludzka tego oczywiście nie neguje bo mijałaby się z rzeczywistością drastycznie, ale raczej nakazuje zrobić to w miejscu odosobnionym, wentylowanym (przewiewnym), na tzw. „wolnym powietrzu” poza pomieszczeniami w których przebywają w danej chwili lub mogliby w każdej chwili przebywać inni ludzie lub w specjalnym, przystosowanym do tego i "usprawiedliwiającym" to pomieszczeniu zwanym toaletą; nakazem kultury jest zrobić to w sposób bezgłośny a przynajmniej możliwie jak najcichszy, niezauważalny dla nikogo. Sprawą kultury jest także preferować taki sposób odżywiania, który w danym przypadku – a są tu spore różnice jednostkowe – minimalizuje ilość i natężenie tego zjawiska, czyli tak zwana higiena wewnętrzna oraz zwyczaje żywieniowe pod kontrolą świadomości, woli. Człowiek jest źródłem tego zjawiska w sposób naturalny i starając się pod nakazami kultury panować nad nim – de facto „wydaje się kimś innym niż w rzeczywistości”, bo maskuje swoje naturalne i rzeczywiste cechy – za pomocą realizacji zaleceń jakiegoś obyczaju, wzorca kulturowego. Nie zachowuje się tak, jakby się zachowywał zgodnie ze swoją prawdziwą naturą, czyli - „podaje się za kogoś, kim nie jest” w tym sensie, że stwarza wrażenie organizmu, w którym podczas przemiany materii żadne gazy nigdy nie powstają. Ukrywa swoją prawdziwą (przykrą) cechę, starając się całkowicie i wbrew swojej naturze zapanować nad nią.
Czy można mu jednak za to czynić poważny zarzut nieuczciwości, oszustwa? Taki zarzut, pomijając iż sprzeczny z interesem samego oceniającego, byłby wprost zaprzeczeniem sensu kultury ludzkiej.
Pewnie - podobnie jak w poprzednio wspomnianym przypadku – w niektórych kręgach panowanie nad tym byłoby postawą wręcz dziwaczną. Tam uważają, że jeśli coś jest „naturalne” to nienaturalne są próby zapanowania nad tym; zasada prymatu „woli” człowieka nad jego uwarunkowaniami fizycznymi nie jest tam rozumiana lub akceptowana.
Ale przecież takie próby zapanowania są niezmiernie częste, absolutnie powszechne i dotyczą bynajmniej nie tylko cech „fizycznych” człowieka, ale i jego postępowania wobec innych, przekonań, nawyków itp. Przecież są one istotą kultury, czy - kulturowo rozumianego rozwoju cywilizacji ludzkiej. To właśnie ingerencja woli w zachowanie jest istotą cywilizacji i objawem kultury; człowiek zachowuje się czy postępuje tak - jak uważa, że powinien a nie tak jak by to wynikało z jego „odruchów naturalnych”, gdyby były one nie poddane ingerencji woli, świadomości. W ten sposób człowiek w pewnym sensie nigdy „nie jest całkiem sobą” co można by zinterpretować jako brak zgodności tożsamości, bycie kimś innym niż tym, kim się jest w sposób „naturalny”. Już sam biblijny, Boży dekalog – jest nakazem zachowań w pewnym sensie „nienaturalnych” dla człowieka i dlatego przecież został mu przekazany; jest zaprzeczeniem cech pierwotnych i żądaniem świadomego narzucenia sobie zachowań zupełnie innych, nie pierwotnych a więc w pewnym sensie sztucznych, jakby "nieprawdziwych". Tak to przynajmniej może być i bywa odbierane przez "miłośników naturalności".
A jeśli tak, to dochodzimy tu - w konsekwencji tego rozważania - do wniosku, że nikt nigdy tak naprawdę nie jest tym, kim się wydaje, czyli – że zjawisko „bycia kimś innym niż by sugerowało sprawiane świadomie wrażenie” - jest zjawiskiem absolutnie powszechnym. Można to oczywiście odwrócić bez straty prawdziwości, iż powszechne jest bycie kimś innym niż się tak naprawdę, wewnętrznie jest, bo tego właśnie wymaga kultura, do tego dąży rozwój cywilizacji, to jest też sednem religii – jako świadome i zdyscyplinowane kształtowanie samego siebie, na Boży wzór przekazany przez Jezusa, co absolutnie wymaga wygaszania w sobie cech pierwotnych, zwierzęcych, naturalnych w świecie zwierząt a zastępowania ich cechami wynikającymi z rozwoju kultury oraz z nauczania religii.
Genialnie określił to zjawisko Papież Jan Paweł II w przemówieniu do młodzieży – mówiąc, iż każdy człowiek jest „zadany samemu sobie” w prawdzie wynikającej z Bożych przykazań. Człowiek jest sam dla siebie - zadaniem, a polega ono właśnie na tym, aby stał się tym kim "ma być" a kim nie jest.
Nikt nie jest tym, kim jest w rzeczywistości - gdy ze swoimi cechami jako „tym co jest” walczy o przejście na wyższy poziom „tego co być powinno”. Walka ta jest bardzo rozciągła w czasie i być może nigdy nie ma końca. Człowiek z założenia chce być i ma zadanie być - „lepszy” a w trakcie zabiegów o to - uwidacznia się często pewna rozbieżność pomiędzy tym - jaki jest a tym, jaki chciałby być, lub jak mu nakazuje jego otoczenie kulturowe. Skutkiem tego – nigdy tak naprawdę nie jest taki, jaki jest pierwotnie – ani też nie jest i taki – jaki chciałby być docelowo.
Człowiek tym także różni się od zwierząt, że ma marzenia i to niezależnie od możliwości ich realizacji w praktyce, ma też własny swój obraz ideału, ma także nadzieję...
Czy można z tego jednak czynić komukolwiek zarzut; nieautentyczności, a tym bardziej nieuczciwości? Człowiek jest zawsze "w drodze" do samego siebie, a więc - ani nie jest już "sobą", ani też jeszcze "sobą" nie jest... Człowiek generalnie chce być inny niż jest; "inny" - rozumiejąc na swój sposób jako "lepszy" i na swój sposób i swoją skalę to "dobro" interpretując. A - by takim się stał rzeczywiście - musi przez jakiś czas się tego "nowego siebie" uczyć, często w tym czasie będąc nie do końca autentyczny; wywołując odczucie pewnej sztuczności. Bo można się nauczyć łagodności, współczucia, miłości, dobroczynności, wyrozumiałości, pogody ducha, optymizmu itp. mimo iż ludzie genetycznie w różnym stopniu są przez naturę w te walory wyposażani. Niektórzy wręcz twierdzą, że być może po to właśnie jest życie... że ta przemiana - to jest właśnie jedyny sens.
Tak naprawdę „nie jest tym - za kogo się podaje” jedynie świadomy oszust, kłamca manipulujący innymi ludźmi w konkretnym celu (polityk), chorobliwy mitoman (chory psychicznie), albo po prostu – totalny wariat wierzący, że jest Napoleonem Bonaparte, piosenką "Maria Dolores najpiękniejsza w świecie" lub jakimś drzewkiem...
Wyrażenie o kimś takiej jak w tytule - opinii, jest więc może po prostu oskarżeniem go wprost o oszustwo, o fałsz, o kłamstwo i "fałszowanie tożsamości" w jakimś groźnym celu? Bo ktoś to czyni... zapewne w jakimś zbrodniczym, nieuczciwym lub co najmniej - niecnym celu. Byłby to zarzut bardzo poważny, a tym bardziej krzywdzący, dotkliwy dla kogoś "niewinnego" i źle rozumianego. A jeszcze poważniejszy - gdy rani czyjeś uczucia; gdy pada nagle z niespodziewanej strony; ze strony kogoś uznawanego za przyjaciela... Jedynym czynnikiem łagodzącym jakoś wagę takiego oskarżenia jest to, że ów oceniający sam także podlega wszystkim wyżej opisanym zależnościom, czyli - sam także jest kimś innym niż się wydaje... "udaje kogoś innego"...
Mimo to - taka opinia, taka ocena wobec innego człowieka - nie będącego cynicznym, kryminalnym oszustem ani wariatem – jest tak bardzo bolesna, dotkliwa, niesprawiedliwa i krzywdząca. Szczególnie wówczas, gdy pada nagle i niespodziewanie z ust kogoś bliskiego...
Owe przemiany mają naturę biologiczną a także skutki psychologiczne. Problem w tym, że człowiek psychicznie kieruje się we własnej ocenie zupełnie innymi przesłankami, niż zależności sterowane genetycznie.
Przykładem niech będzie pewna „nierównomierność” przemian, powodująca że pomimo gwałtownego jak na skalę czasową rozwoju mózgu ludzkiego i konsekwencji tego, u człowieka pozostają pewne cechy tak zwane „wsteczne” czyli zdecydowanie „zapóźnione”, należące do świata postrzeganego jako ewidentnie zwierzęcy. Jedną z takich cech jest na przykład uwłosienie odziedziczone genetycznie po przodkach, dla których zapewne było zbawienną formą przystosowania, ale dla homo sapiens obecnie jest pod tym względem zbędne. Człowiek w miarę swego rozwoju stwarzał i przemieniał swoje otoczenie nie tylko fizyczne ale i otoczenie w formie niematerialnej; szczególnych praw, zasad, zwyczajów, mody itp. Na przykład w pewnym okresie zwyczaj czy też moda nakazywał golić naturalne włosy z głowy lub przynajmniej bardzo krótko je strzyc i zastępować je obfitymi perukami z włosów do ramion, ukształtowanymi w konkretny, powtarzalny i szczególny charakterystyczny sposób i to akurat u mężczyzn a nie – jak byśmy się spodziewali – u kobiet. Podobne „mody” dotyczą uwłosienia na brodzie i „z boków brody” oraz w innych miejscach ciała, ale szczególną sytuacją charakteryzuje się uwłosienie pojawiające się na dłoniach, uszach, na tylnej części szyi, nadmiernie wybujałe brwi itp. Uwłosienie na dłoniach jest naturalne dla człowieka, choć pozostaje wspomnianą „cechą wsteczną” jednoznaczne wskazującą na pochodzenie zwierzęce gatunku, w jego zamierzchłej przeszłości. Pojawia się ono naturalnie i spontanicznie, choć z różną intensywnością u poszczególnych osobników, ale jako właśnie cecha zwierzęca czyli „wsteczna” – nie jest powszechnie akceptowane z punktu widzenia wspomnianych zasad, nazwanych ogólnie przez ludzi – kulturą.
Brak powszechnej akceptacji w wyniku kulturowej oceny nie jest oczywiście bezwzględną zasadą bo i różnice kulturowe, zwyczajowe, „modowe” - bywają ogromne. Na moich dłoniach w sposób „samoczynny” pojawia się owłosienie, ale ja uważam to za cechę zwierzęcą, całkowicie obecnie zbędną, właśnie cechę „wsteczną”, dlatego moje rozumienie „kultury” jako zbioru pewnych zasad, wzorców i kryteriów umownych stworzonych w szeroko pojętym ale konkretnym środowisku, nakazuje mi to uwłosienie usuwać. Dotyczy to też włosów pojawiających się na uszach czy szyi, poniżej naturalnie przyjętej linii tak zwanego przez fryzjerów „cyrkla” i „kantu”.
Rozumienie pojęcia „kultura” jest oczywiście różne i ma spore „odchyłki” indywidualne, toteż moje zachowanie w tej sprawie może być i oczywiście bywa dla kogoś innego dziwne, niezrozumiałe, niepojęte, zaskakujące a nawet wręcz dziwaczne, nienaturalne i dość podejrzane. Jednak w aspekcie założonego tematu należy zaznaczyć tu dobitnie: na moim ciele pojawia się w sposób naturalny uwłosienie, które uważam za zbędne i dlatego „nienaturalnie” je usuwam, po czym staję się „nieautentyczny” dla niejednego obserwatora. Moje dłonie byłyby wyraźnie owłosione, ale moje rozumienie kultury w moim środowisku nakazuje mi do tego nie dopuszczać, przez co właśnie podaję się za kogoś innego – niż w rzeczywistości jestem; podaję się mianowicie za osobnika na dłoniach nieowłosionego, co formalnie nie jest przecież prawdą.
Czy mam się czuć oszustem, wprowadzającym w błąd innych poprzez taką ingerencję w swój wygląd? I tak - dla wielu mogę się wydawać dziwakiem, podejrzanym o „niemęskość” lub jeszcze coś gorszego; zniewieścienie, może nawet i homoseksualizm itp. W różnych środowiskach kulturowych mogą występować tu znaczne różnice i występują – poszerzając gamę ocen. Bo to, że sam będę podświadomie negatywnie oceniał tych "nadmiernie uwłosionych" nazywając ich w myślach "cholernymi małpami" - to rzecz oczywista.
W skrajnym przypadku prawdziwą „męskością” nazywana jest właśnie ta „zwierzęcość”, co ma też swój odpowiednik stosowany do kobiet; i to do tego stopnia, iż ludzie w niektórych środowiskach potrzebują jej czasem dla utrzymania swej równowagi psychicznej, jakby „odpoczęcia od kultury”... Okazuje się, że we współczesnym świecie nadal „zwierzęcość” bywa dla części osobników stanem naturalnym a kultura – czymś obcym, meczącym, sztucznym, od czego trzeba czasem „odpocząć”.
Wydaje mi się to bardzo smutne…
To oczywiście jest tylko przykład „naukowy”, praktycznie nie stanowi to dużego problemu.
Konsekwencje tej obserwacji są jednak ogromne i rozległe.
Zauważmy jak bardzo człowiek często różni się z powodu ingerencji warunkowanej kulturowo, od tego - jaki byłby gdyby tego nie robił. Dotyczy to nie tylko cech fizycznych takich jak naturalny zapach rozkładającego się pod wpływem bakterii potu ludzkiego; zapach uznany przez kulturę za niewłaściwy, przykry, niedopuszczalny, niekulturalny i dlatego - usuwany i zmieniany celowo wytwarzanymi do tego przez człowieka od tysięcy lat substancjami – produktami naturalnymi lub produktami współczesnego przemysłu chemicznego, kosmetycznego, perfumeryjnego. Ktoś, kto to robi - sugeruje otoczeniu, iż nie ma nic wspólnego z bakteriami rozkładającymi pot a jego ciało ma inny niż naturalny, bardziej przyjemny zapach – czyli ewidentnie manipuluje informacją co do tej swojej naturalnej cechy, kłamie udając kogoś „inaczej pachnącego niż w rzeczywistości”.
Czy miałby się przez to mieć za oszusta?
Co więcej; czy w dzisiejszych czasach można mu z tego czynić jakikolwiek zarzut? Pewnie można, ale to zarzucający wystawia tym sobie bardzo nieprzyjemne świadectwo a laurkę pisze temu "przyjemnie pachnącemu".
Jeszcze co do zapachu; człowiek należy do ssaków, co prawda naczelnych, ale jednak… Funkcjonowanie tak zwanej „przemiany materii” czyli układu pokarmowego, enzymów i hormonów powoduje w sposób naturalny, co należy rozumieć jako powszechną cechę – powstawanie w układzie pokarmowym pewnej ilości mieszaniny gazów, z dużą zawartością siarkowodoru, posiadającego charakterystyczny a uznawany za niemiły – zapach. Uznawany – bynajmniej nie powszechnie, o czym wspominałem wcześniej. Człowiek jest niejako naturalnie zmuszony do pozbycia się tego zbędnego produktu ubocznego poprzez jego wydalenie do otoczenia; kultura ludzka tego oczywiście nie neguje bo mijałaby się z rzeczywistością drastycznie, ale raczej nakazuje zrobić to w miejscu odosobnionym, wentylowanym (przewiewnym), na tzw. „wolnym powietrzu” poza pomieszczeniami w których przebywają w danej chwili lub mogliby w każdej chwili przebywać inni ludzie lub w specjalnym, przystosowanym do tego i "usprawiedliwiającym" to pomieszczeniu zwanym toaletą; nakazem kultury jest zrobić to w sposób bezgłośny a przynajmniej możliwie jak najcichszy, niezauważalny dla nikogo. Sprawą kultury jest także preferować taki sposób odżywiania, który w danym przypadku – a są tu spore różnice jednostkowe – minimalizuje ilość i natężenie tego zjawiska, czyli tak zwana higiena wewnętrzna oraz zwyczaje żywieniowe pod kontrolą świadomości, woli. Człowiek jest źródłem tego zjawiska w sposób naturalny i starając się pod nakazami kultury panować nad nim – de facto „wydaje się kimś innym niż w rzeczywistości”, bo maskuje swoje naturalne i rzeczywiste cechy – za pomocą realizacji zaleceń jakiegoś obyczaju, wzorca kulturowego. Nie zachowuje się tak, jakby się zachowywał zgodnie ze swoją prawdziwą naturą, czyli - „podaje się za kogoś, kim nie jest” w tym sensie, że stwarza wrażenie organizmu, w którym podczas przemiany materii żadne gazy nigdy nie powstają. Ukrywa swoją prawdziwą (przykrą) cechę, starając się całkowicie i wbrew swojej naturze zapanować nad nią.
Czy można mu jednak za to czynić poważny zarzut nieuczciwości, oszustwa? Taki zarzut, pomijając iż sprzeczny z interesem samego oceniającego, byłby wprost zaprzeczeniem sensu kultury ludzkiej.
Pewnie - podobnie jak w poprzednio wspomnianym przypadku – w niektórych kręgach panowanie nad tym byłoby postawą wręcz dziwaczną. Tam uważają, że jeśli coś jest „naturalne” to nienaturalne są próby zapanowania nad tym; zasada prymatu „woli” człowieka nad jego uwarunkowaniami fizycznymi nie jest tam rozumiana lub akceptowana.
Ale przecież takie próby zapanowania są niezmiernie częste, absolutnie powszechne i dotyczą bynajmniej nie tylko cech „fizycznych” człowieka, ale i jego postępowania wobec innych, przekonań, nawyków itp. Przecież są one istotą kultury, czy - kulturowo rozumianego rozwoju cywilizacji ludzkiej. To właśnie ingerencja woli w zachowanie jest istotą cywilizacji i objawem kultury; człowiek zachowuje się czy postępuje tak - jak uważa, że powinien a nie tak jak by to wynikało z jego „odruchów naturalnych”, gdyby były one nie poddane ingerencji woli, świadomości. W ten sposób człowiek w pewnym sensie nigdy „nie jest całkiem sobą” co można by zinterpretować jako brak zgodności tożsamości, bycie kimś innym niż tym, kim się jest w sposób „naturalny”. Już sam biblijny, Boży dekalog – jest nakazem zachowań w pewnym sensie „nienaturalnych” dla człowieka i dlatego przecież został mu przekazany; jest zaprzeczeniem cech pierwotnych i żądaniem świadomego narzucenia sobie zachowań zupełnie innych, nie pierwotnych a więc w pewnym sensie sztucznych, jakby "nieprawdziwych". Tak to przynajmniej może być i bywa odbierane przez "miłośników naturalności".
A jeśli tak, to dochodzimy tu - w konsekwencji tego rozważania - do wniosku, że nikt nigdy tak naprawdę nie jest tym, kim się wydaje, czyli – że zjawisko „bycia kimś innym niż by sugerowało sprawiane świadomie wrażenie” - jest zjawiskiem absolutnie powszechnym. Można to oczywiście odwrócić bez straty prawdziwości, iż powszechne jest bycie kimś innym niż się tak naprawdę, wewnętrznie jest, bo tego właśnie wymaga kultura, do tego dąży rozwój cywilizacji, to jest też sednem religii – jako świadome i zdyscyplinowane kształtowanie samego siebie, na Boży wzór przekazany przez Jezusa, co absolutnie wymaga wygaszania w sobie cech pierwotnych, zwierzęcych, naturalnych w świecie zwierząt a zastępowania ich cechami wynikającymi z rozwoju kultury oraz z nauczania religii.
Genialnie określił to zjawisko Papież Jan Paweł II w przemówieniu do młodzieży – mówiąc, iż każdy człowiek jest „zadany samemu sobie” w prawdzie wynikającej z Bożych przykazań. Człowiek jest sam dla siebie - zadaniem, a polega ono właśnie na tym, aby stał się tym kim "ma być" a kim nie jest.
Nikt nie jest tym, kim jest w rzeczywistości - gdy ze swoimi cechami jako „tym co jest” walczy o przejście na wyższy poziom „tego co być powinno”. Walka ta jest bardzo rozciągła w czasie i być może nigdy nie ma końca. Człowiek z założenia chce być i ma zadanie być - „lepszy” a w trakcie zabiegów o to - uwidacznia się często pewna rozbieżność pomiędzy tym - jaki jest a tym, jaki chciałby być, lub jak mu nakazuje jego otoczenie kulturowe. Skutkiem tego – nigdy tak naprawdę nie jest taki, jaki jest pierwotnie – ani też nie jest i taki – jaki chciałby być docelowo.
Człowiek tym także różni się od zwierząt, że ma marzenia i to niezależnie od możliwości ich realizacji w praktyce, ma też własny swój obraz ideału, ma także nadzieję...
Czy można z tego jednak czynić komukolwiek zarzut; nieautentyczności, a tym bardziej nieuczciwości? Człowiek jest zawsze "w drodze" do samego siebie, a więc - ani nie jest już "sobą", ani też jeszcze "sobą" nie jest... Człowiek generalnie chce być inny niż jest; "inny" - rozumiejąc na swój sposób jako "lepszy" i na swój sposób i swoją skalę to "dobro" interpretując. A - by takim się stał rzeczywiście - musi przez jakiś czas się tego "nowego siebie" uczyć, często w tym czasie będąc nie do końca autentyczny; wywołując odczucie pewnej sztuczności. Bo można się nauczyć łagodności, współczucia, miłości, dobroczynności, wyrozumiałości, pogody ducha, optymizmu itp. mimo iż ludzie genetycznie w różnym stopniu są przez naturę w te walory wyposażani. Niektórzy wręcz twierdzą, że być może po to właśnie jest życie... że ta przemiana - to jest właśnie jedyny sens.
Tak naprawdę „nie jest tym - za kogo się podaje” jedynie świadomy oszust, kłamca manipulujący innymi ludźmi w konkretnym celu (polityk), chorobliwy mitoman (chory psychicznie), albo po prostu – totalny wariat wierzący, że jest Napoleonem Bonaparte, piosenką "Maria Dolores najpiękniejsza w świecie" lub jakimś drzewkiem...
Wyrażenie o kimś takiej jak w tytule - opinii, jest więc może po prostu oskarżeniem go wprost o oszustwo, o fałsz, o kłamstwo i "fałszowanie tożsamości" w jakimś groźnym celu? Bo ktoś to czyni... zapewne w jakimś zbrodniczym, nieuczciwym lub co najmniej - niecnym celu. Byłby to zarzut bardzo poważny, a tym bardziej krzywdzący, dotkliwy dla kogoś "niewinnego" i źle rozumianego. A jeszcze poważniejszy - gdy rani czyjeś uczucia; gdy pada nagle z niespodziewanej strony; ze strony kogoś uznawanego za przyjaciela... Jedynym czynnikiem łagodzącym jakoś wagę takiego oskarżenia jest to, że ów oceniający sam także podlega wszystkim wyżej opisanym zależnościom, czyli - sam także jest kimś innym niż się wydaje... "udaje kogoś innego"...
Mimo to - taka opinia, taka ocena wobec innego człowieka - nie będącego cynicznym, kryminalnym oszustem ani wariatem – jest tak bardzo bolesna, dotkliwa, niesprawiedliwa i krzywdząca. Szczególnie wówczas, gdy pada nagle i niespodziewanie z ust kogoś bliskiego...
27/01/2013
Przypowieść o roztropnym ale nieuczciwym zarządcy.
Pośród takich właśnie fragmentów o których wspominałem w poprzednim
artykule–wstępie – „Przypowieści ewangeliczne i ich rozumienie”, uwagę
moją przykuła kilka dni temu jedna z przypowieści dydaktycznych Jezusa
zwana współcześnie „Przypowieścią o przebiegłym włodarzu”. Inne
tłumaczenia określają go z kolei „niesprawiedliwym rządcą”, ale to są
tylko jakby pomocnicze „podtytuły” dodawane przez współczesne redakcje
lub tłumaczy, więc nie zawsze dotyczą samego tekstu Ewangelii. Świadczą
natomiast o zamieszaniu interpretacyjnym, utrudniają też właściwe
zrozumienie.
Przypowieść ta jest „całością” ale składa się z dwóch części, na co nie każdy czytelnik zwraca wystarczającą uwagę: historyjki opowiedzianej przez Jezusa jako ilustracji tego co chce uczniom przekazać, oraz jego pouczenia mającego tę historyjkę spuentować, podsumować, przenieść poruszony tam problem na grunt realiów współczesności (chwili w której była opowiadana). No i oczywiście – nadać jej walor pouczenia – bo po to została przecież przez Jezusa opowiedziana.
Jest to początek rozdziału 16 Ewangelii Łukasza.
Przytoczmy tu dla ilustracji jej treść bo przytaczania pięknych treści nigdy nie jest zbyt wiele:
Tyle Łukasz Ewangelista.
Rozdzieliłem ten tekst wyraźnie na dwie wspomniane wyżej części; opisową i puentującą (dydaktyczną), ale wielu tłumaczy nie robi tego, dodatkowo zaciemniając w ten sposób sprawę. W niektórych tłumaczeniach sytuacja przedstawiana jest tak, że ów zarządca został oskarżony niewinnie, czyli pomówiony o szkodzenie swojemu panu, co ponoć wynika jakoś z „greckiego” kontekstu oryginału a ma znaczenie dla sprawy. Tłumacz pracujący niegdyś (1988r.) nad Biblią dla wydawnictwa PAX (nota bene ks.dr hab.) twierdził, że „Pan” w zdaniu: „…I pochwalił Pan nieuczciwego zarządcę…” – to „Pan Jezus”, co stawia Jezusa w bardzo niekorzystnym świetle, absurdalnie wypacza treść tego fragmentu, ale za to powinno być korzystne dla finansów Kościoła… Generalnie przypowieść ta przez wielu chciwych klechów (bo nie godzi się ich nazwać sługami bożymi, ani nawet tym bardziej osobami duchownymi) tłumaczona często w sposób tendencyjny, wykorzystywana jest po prostu do „wyciągania pieniędzy” od parafian. Szczególnie w kazaniach wygłaszanych w małomiasteczkowych czy wiejskich kościółkach, przemówieniach po których nie pozostaje żaden zapis.
Czyżby więc Jezus miał nam tu radzić, by sobie kupować przyjaciół? Jakoś by to nie dziwiło w kościele sprzedającym „odpuszczenie grzechów” za odpowiednią sumkę „ofiary”…
Czyżby radził by opłacać „pośredników” którzy nam się za to odwdzięczą „wpuszczeniem” nas do Królestwa Bożego? Czyżby pochwalał On sprytne choć nieuczciwe postępowanie zarządcy? Promował taką „przebiegłość” – jako właściwą czy wskazaną dla jego uczniów? Stawiał ją za wzór?
… Proste przeczytanie stawia wiele pytań a wydźwięk całości zdaje się w pierwszej chwili oburzający i wręcz nie do przyjęcia. Cóż dziwnego, że nasuwa to czasem przypuszczenie, podejrzenie iż w tekście lub tłumaczeniu jest jakiś błąd…
Ów bogaty właściciel całkowicie zdał się na zarządcę swojego mienia, będącego prawdopodobnie człowiekiem niemajętnym, skazanym na pracę „dla kogoś”, mającym za zadanie zarabiać na rzecz swojego pana. Kto ustalił zasady tego „interesu”? Zapewne nie zarządca a jego pan – właściciel majątku, bo gdyby to zarządca sam ustalił tak wysoką marżę – jak wysokie było późniejsze umorzenie – nie spotkałoby go oskarżenie o „trwonienie majątku”.
Skoro jednak z greckiego oryginału tego tekstu ponoć wynika, jakoby zarządca był „pomawiany” a więc oskarżany przed swoim panem niesłusznie – oznaczałoby to że może nawet nazbyt skwapliwie wykonywał swoje obowiązki i chciano się go pozbyć, zmuszając właściciela do zmiany. Jeśli np. celnika uważano za równego najgorszym grzesznikom, a jak wiadomo z Ewangelii pobierali oni często nie tylko cło wyznaczone im przez władze rzymskie, ale często i więcej (dla siebie) – wykorzystując swoją pozycję dla prywatnej korzyści, to może i ten zarządca na swojej „władzy” dorabiał sobie „na boku”…
Tego nie wiemy, ale taką ewentualność podpowiada nam doświadczenie życiowe…
I Jezus też o tym nie wspomina – jakby traktując sprawę nazbyt skrótowo, na słynnej już skądinąd zasadzie: „koń jaki jest – każdy widzi…”, bo cały praktyczny kontekst był być może dla jego słuchaczy oczywisty. Jeśli Jezus opowiadając tę przypowieść nie sprecyzował tego – widocznie to nie jest ważne, widocznie nie o to chodziło i nie było to potrzebne dla zrozumienia istoty jego pouczenia. Mniej istotne szczegóły zawsze pomija się by nie zaciemniać głównego przesłania.
Jednak jak dotychczas nie widzimy tu żadnego dowodu „nieuczciwości” samego zarządcy.
Po uzyskaniu informacji czy donosu oskarżającego zarządcę, jego pan podjął natychmiastową decyzję o odebraniu mu stanowiska i nakazał rozliczenie się z zarządzanych dóbr, pozostawiając mu jednak pewien czas na sprawozdanie. Zarządca wiedział więc już, że u tego pana nie ma dla niego przyszłości, ale jeszcze miał władzę nad jego majątkiem; postanowił więc zrobić coś, by zapewnić sobie przychylność innych potencjalnych przyszłych pracodawców – dotychczasowych bogatych klientów swojego pana u których mógłby poszukiwać podobnej pracy a więc i jakiegoś dochodu na swoje utrzymanie. A chciał być nadal zarządcą, nie tylko dlatego, że znał się na tym dobrze, ale i z powodów praktycznych; był już zbyt słaby (stary) aby wykonywać ciężką pracę fizyczną jak kopanie rowów (co było typowe dla niewolników) a utrzymywanie się z żebractwa urażało jego dumę, godność nazbyt wybujałą dzięki obecnej pozycji, stanowisku „kierowniczemu”, nie-fizycznej pracy dającej mu pewną władzę i pozycję.
Wzywał więc po kolei dłużników swojego pana i oddawał im ich kwity dłużne – każąc wypisywać nowe, na dużo mniejsze ilości towarów jakie mieli zwrócić, jakie stanowiły ich zobowiązanie – prawdopodobnie bliższe tym rzeczywiście wcześniej od bogacza odebranym, pozbawione wyżej wspomnianej lichwiarskiej marży. Ocenia się, że w dwóch podanych przypadkach wartość tej obniżki była podobna, rządu 500 ówczesnych denarów, czyli sporo.
By zaskarbić sobie przychylność innych bogatych kupców będących dłużnikami swego pana, anulował więc marżę swojego pana, pozbawiając go zysku, lecz licząc na to, że zyska ich przychylność w przyszłości. W tym celu anulował kosztem swojego pana część ich należności, by zmuszeni panującym obyczajem do wdzięczności – przyjęli go do siebie, gdy straci obecne stanowisko. Musiało więc być jasne dla dłużników, że to zarządca zadecydował o tym umorzeniu i że to jemu mają być wdzięczni. Jeśli była to nielojalność zarządcy wobec jego pana, to trzeba przyznać, że zwolnienie zarządcy na podstawie donosów, pomówień i postawienie go przez to w rozpaczliwym położeniu także było ewidentną nielojalnością ze strony bogacza, czyli – wet za wet… Zarządca zyskiwał uznanie, wsławiając też i swego pana jako dobroczyńcę który to „pochwalił” (czyli uznał za słuszne z punktu widzenia zarządcy).
Dotychczasowy pan – pracodawca zarządcy – jak opowiada Jezus – nie ukarał go a raczej pochwalił jego spryt, uznał jego roztropność, umiejętność wybrnięcia z trudnej sytuacji, pomysłowość, uznał (z ukrywanym podziwem?) że ma on „dość oleju w głowie”, wiele zdrowego rozsądku, chłopskiego rozumu czy zmysłu praktycznego – słowem tego co Żydzi nazywają „sachel”. To bardzo podobnie jak gdy zwycięzca na polu walki nieraz odda szacunek pokonanemu przeciwnikowi za jego odwagę w boju, bohaterstwo, godną postawę przeciwnika – pomimo jego końcowej przegranej.
Jezus uznał za normalne, że ludzie „tego wieku” okazują dużo więcej roztropności w zjednywaniu sobie przyjaciół w podobnych sytuacjach niż „synowie światła” czyli ci co dążą do Królestwa Bożego.
Opowiedział on jednak uczniom tę historię w konkretnym celu dydaktycznym. Nie ma tu właściwie nic nowego; to kontynuacja wcześniej wypowiadanych pouczeń.
Co więc oznacza jego pouczenie?
Nie możecie być sługami jednocześnie i bogactwa i Boga, bo jeśli tak – to albo bardziej się zaangażujecie w interesy i zaniedbacie Boga, albo odwrotnie. Służenie Bogu wymaga postawy dokładnie przeciwnej jak zabieganie o majątek które uruchamia chciwość, egoizm, zachłanność. Nie da się tego pogodzić. Wy jesteście obecnie w podobnej sytuacji jak ów rządca, bo już wypowiedziano służbę i nadchodzi chwila zdania sprawy z waszej działalności (w życiu), z „zarządzania” tym co w swoim życiu otrzymaliście. Nie dbajcie jednak o przyjaciół dających wam zatrudnienie czy pieniądze, bo gdy czas pieniędzy przeminie – i wy i oni zostaniecie z niczym. Zaskarbiajcie sobie prawdziwych przyjaciół, wykorzystując sprytnie i roztropnie wszystko co macie, także i „światowe” bogactwo, nieuczciwą mamonę tego świata. A waszym prawdziwym przyjacielem może być tylko Bóg Ojciec, Jego Syn i aniołowie w Królestwie Bożym. Starajcie się zdobyć ich przychylność zawczasu, by was kiedyś przyjęli do wiecznego przybytku – Królestwa Bożego – gdy wszystko tu skończy się.
A jak to zrobić – już wam mówiłem; sprzedawajcie swoje dobra i rozdawajcie ubogim gromadząc sobie niezniszczalny skarb w Niebie. Miłujcie swoich bliźnich, przyjaciół i wrogów. Czyńcie wszystko co wam polecałem i nakazywałem jako wasz Pan i Nauczyciel. Zabiegajcie o przyjaciół wykonując to czego was nauczam, służcie Bogu poprzez wspomaganie najbiedniejszych, dzielenie się z radością z wszystkimi ubogimi, ułomnymi i chorymi. Wykażcie się podobną pomysłowością i energią w czynieniu dobra wokół siebie – co ów rządca w ratowaniu samego siebie, lecz wy będziecie usprawiedliwieni bo wybraliście rzeczywiste dobro, najlepszego Pana któremu służyć chcecie. Jeśli nie staniecie się godni zaufania w wykorzystywaniu choćby i nieuczciwej mamony tego świata do dobrych celów – któż wam powierzy niepomiernie większe obowiązki w przyszłym Bożym świecie. Jeśli nie okażecie się wierni pomagając w cudzym przedsięwzięciu, w realizacji planu mojego Ojca – któż wam powierzy zarządzanie tym co ma być kiedyś wasze? Kto teraz wierny będzie i w najdrobniejszym swoim obowiązku, przykazaniu – wierny będzie i w sprawach wielkich Królestwa Bożego, kto wierny będzie swemu panu w wykonywaniu jego woli – gdy stanie się samodzielny w zarządzaniu swoją własnością też będzie wierny zasadom. Dziś przechodzicie próbę.
Musicie roztropnie zabiegać o odpowiednich dla siebie przyjaciół, póki jeszcze macie czas na to i możliwości; tych przyjaciół od których będzie zależał wasz udział w Królestwie Bożym, w którym nie będzie już pracy ani pieniędzy.
Taka jak się wydaje jest prawdziwa, rzeczywista wymowa tej przypowieści. Jest ona zupełnie inna, niż pozornie w pierwszej chwili może się wydawać czytającemu, ale także inna niż osoby interesowne chciałyby to przedstawiać.
Jezus nie pochwalił sprytnego zarządcy. Wspomniał jedynie, że to jego pracodawca uznał jego spryt, roztropność w zapewnieniu sobie materialnej przyszłości, uczynienia z innych – sobie „wdzięcznych” – jego kosztem i to w taki sposób, że jemu, właścicielowi nie opłaca się za to zarządcy karać, ścigać.
Jezus nie upoważnił nikogo do domagania się „haraczu” od współbraci w kościele.
No i nie ma tu także polecenia, by cały swój majątek zanieść do kościoła i przekazać księdzu. Ani też do cerkwi, hramu, synagogi, meczetu… A niestety są tacy „roztropni” księża którzy z twierdzenia iż „nie może człowiek jednocześnie Bogu służyć i mamonie” wysnuli wniosek: oczywiście, dlatego wasza mamona musi służyć mnie, biskupowi, kardynałom i Papieżowi a wtedy my „załatwimy” wam miejsce w przyszłym królestwie…
Aktualne pozostają pouczenia skierowane do sumienia każdego z osobna, wielokrotnie powtarzane przez Pana; i w „Rozmowie Jezusa z młodzieńcem” i w porównaniu do „przejścia wielbłąda przez ucho igielne” i w wielu innych wypowiedziach.
Przypowieść ta jest „całością” ale składa się z dwóch części, na co nie każdy czytelnik zwraca wystarczającą uwagę: historyjki opowiedzianej przez Jezusa jako ilustracji tego co chce uczniom przekazać, oraz jego pouczenia mającego tę historyjkę spuentować, podsumować, przenieść poruszony tam problem na grunt realiów współczesności (chwili w której była opowiadana). No i oczywiście – nadać jej walor pouczenia – bo po to została przecież przez Jezusa opowiedziana.
Jest to początek rozdziału 16 Ewangelii Łukasza.
Przytoczmy tu dla ilustracji jej treść bo przytaczania pięknych treści nigdy nie jest zbyt wiele:
”(…) Potem zaczął mówić do uczniów:
„Był pewien bogaty człowiek, który miał zarządcę, a tego [złośliwie] oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go zatem i powiedział: Dlaczego to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twojego zarządu, nie możesz już bowiem kierować gospodarstwem. Wtedy zarządca powiedział sobie w duchu: Co pocznę, skoro pan mój odbiera mi zarząd? Kopać nie mam siły, a żebrać się wstydzę… Wiem już, co zrobię, aby – gdy zostanę usunięty z zarządu, [inni] przyjęli mnie do swoich domów…
Wezwał więc każdego jednego spośród dłużników swego pana i tak zapytał pierwszego: Ile jesteś dłużny mojemu panu? A ten odpowiedział: Sto batosów oliwy. On zaś na to: Weź swoje kwity, usiądź tu szybko i napisz: pięćdziesiąt. Potem zapytał drugiego: A ty ile jesteś dłużny? Odpowiedział: Sto korosów pszenicy. On na to: Weź swoje kwity a napisz: osiemdziesiąt.
I pochwalił pan nieuczciwego zarządcę, że roztropnie [przezornie] postąpił, gdyż synowie tej doby są w obrębie swego pokolenia przebieglejsi od synów światła.”
„Był pewien bogaty człowiek, który miał zarządcę, a tego [złośliwie] oskarżono przed nim, że trwoni jego majątek. Przywołał go zatem i powiedział: Dlaczego to słyszę o tobie? Zdaj sprawę z twojego zarządu, nie możesz już bowiem kierować gospodarstwem. Wtedy zarządca powiedział sobie w duchu: Co pocznę, skoro pan mój odbiera mi zarząd? Kopać nie mam siły, a żebrać się wstydzę… Wiem już, co zrobię, aby – gdy zostanę usunięty z zarządu, [inni] przyjęli mnie do swoich domów…
Wezwał więc każdego jednego spośród dłużników swego pana i tak zapytał pierwszego: Ile jesteś dłużny mojemu panu? A ten odpowiedział: Sto batosów oliwy. On zaś na to: Weź swoje kwity, usiądź tu szybko i napisz: pięćdziesiąt. Potem zapytał drugiego: A ty ile jesteś dłużny? Odpowiedział: Sto korosów pszenicy. On na to: Weź swoje kwity a napisz: osiemdziesiąt.
I pochwalił pan nieuczciwego zarządcę, że roztropnie [przezornie] postąpił, gdyż synowie tej doby są w obrębie swego pokolenia przebieglejsi od synów światła.”
I ja wam mówię:
Zjednujcie sobie przyjaciół pieniędzmi niesprawiedliwego świata, aby – gdy się one zużyją, przyjęli was do wiecznych przybytków. Wierny w pomniejszej rzeczy i w wielkiej jest wierny, a kto w pomniejszej niesprawiedliwy i w wielkiej jest niesprawiedliwy.
Jeśli więc w niesprawiedliwej mamonie nie okazaliście się wierni, kto wam zawierzy prawdziwą [wartość]? I jeśli w cudzym nie okazaliście się wierni, kto wam da to, co wasze?
Żaden sługa domu nie może służyć dwom panom, gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego kochał, albo jednemu będzie oddany, a drugim pogardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie. (…)”
Zjednujcie sobie przyjaciół pieniędzmi niesprawiedliwego świata, aby – gdy się one zużyją, przyjęli was do wiecznych przybytków. Wierny w pomniejszej rzeczy i w wielkiej jest wierny, a kto w pomniejszej niesprawiedliwy i w wielkiej jest niesprawiedliwy.
Jeśli więc w niesprawiedliwej mamonie nie okazaliście się wierni, kto wam zawierzy prawdziwą [wartość]? I jeśli w cudzym nie okazaliście się wierni, kto wam da to, co wasze?
Żaden sługa domu nie może służyć dwom panom, gdyż albo jednego będzie nienawidził, a drugiego kochał, albo jednemu będzie oddany, a drugim pogardzi. Nie możecie służyć Bogu i mamonie. (…)”
Rozdzieliłem ten tekst wyraźnie na dwie wspomniane wyżej części; opisową i puentującą (dydaktyczną), ale wielu tłumaczy nie robi tego, dodatkowo zaciemniając w ten sposób sprawę. W niektórych tłumaczeniach sytuacja przedstawiana jest tak, że ów zarządca został oskarżony niewinnie, czyli pomówiony o szkodzenie swojemu panu, co ponoć wynika jakoś z „greckiego” kontekstu oryginału a ma znaczenie dla sprawy. Tłumacz pracujący niegdyś (1988r.) nad Biblią dla wydawnictwa PAX (nota bene ks.dr hab.) twierdził, że „Pan” w zdaniu: „…I pochwalił Pan nieuczciwego zarządcę…” – to „Pan Jezus”, co stawia Jezusa w bardzo niekorzystnym świetle, absurdalnie wypacza treść tego fragmentu, ale za to powinno być korzystne dla finansów Kościoła… Generalnie przypowieść ta przez wielu chciwych klechów (bo nie godzi się ich nazwać sługami bożymi, ani nawet tym bardziej osobami duchownymi) tłumaczona często w sposób tendencyjny, wykorzystywana jest po prostu do „wyciągania pieniędzy” od parafian. Szczególnie w kazaniach wygłaszanych w małomiasteczkowych czy wiejskich kościółkach, przemówieniach po których nie pozostaje żaden zapis.
„Czyńcie sobie przyjaciół niesprawiedliwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy przyjęli was do wiecznych przybytków”
– jest przedstawiane jak nakaz świadczenia (płacenia) na Kościół, który jako pośrednik między wierzącym a Bogiem
– zapewni mu za to miejsce w Królestwie Bożym. Czyli inaczej –
starajcie się o przyjaźń Kościoła (hierarchów) za pomocą swoich
pieniędzy.Czyżby więc Jezus miał nam tu radzić, by sobie kupować przyjaciół? Jakoś by to nie dziwiło w kościele sprzedającym „odpuszczenie grzechów” za odpowiednią sumkę „ofiary”…
Czyżby radził by opłacać „pośredników” którzy nam się za to odwdzięczą „wpuszczeniem” nas do Królestwa Bożego? Czyżby pochwalał On sprytne choć nieuczciwe postępowanie zarządcy? Promował taką „przebiegłość” – jako właściwą czy wskazaną dla jego uczniów? Stawiał ją za wzór?
… Proste przeczytanie stawia wiele pytań a wydźwięk całości zdaje się w pierwszej chwili oburzający i wręcz nie do przyjęcia. Cóż dziwnego, że nasuwa to czasem przypuszczenie, podejrzenie iż w tekście lub tłumaczeniu jest jakiś błąd…
Ów bogaty właściciel całkowicie zdał się na zarządcę swojego mienia, będącego prawdopodobnie człowiekiem niemajętnym, skazanym na pracę „dla kogoś”, mającym za zadanie zarabiać na rzecz swojego pana. Kto ustalił zasady tego „interesu”? Zapewne nie zarządca a jego pan – właściciel majątku, bo gdyby to zarządca sam ustalił tak wysoką marżę – jak wysokie było późniejsze umorzenie – nie spotkałoby go oskarżenie o „trwonienie majątku”.
Skoro jednak z greckiego oryginału tego tekstu ponoć wynika, jakoby zarządca był „pomawiany” a więc oskarżany przed swoim panem niesłusznie – oznaczałoby to że może nawet nazbyt skwapliwie wykonywał swoje obowiązki i chciano się go pozbyć, zmuszając właściciela do zmiany. Jeśli np. celnika uważano za równego najgorszym grzesznikom, a jak wiadomo z Ewangelii pobierali oni często nie tylko cło wyznaczone im przez władze rzymskie, ale często i więcej (dla siebie) – wykorzystując swoją pozycję dla prywatnej korzyści, to może i ten zarządca na swojej „władzy” dorabiał sobie „na boku”…
Tego nie wiemy, ale taką ewentualność podpowiada nam doświadczenie życiowe…
I Jezus też o tym nie wspomina – jakby traktując sprawę nazbyt skrótowo, na słynnej już skądinąd zasadzie: „koń jaki jest – każdy widzi…”, bo cały praktyczny kontekst był być może dla jego słuchaczy oczywisty. Jeśli Jezus opowiadając tę przypowieść nie sprecyzował tego – widocznie to nie jest ważne, widocznie nie o to chodziło i nie było to potrzebne dla zrozumienia istoty jego pouczenia. Mniej istotne szczegóły zawsze pomija się by nie zaciemniać głównego przesłania.
Jednak jak dotychczas nie widzimy tu żadnego dowodu „nieuczciwości” samego zarządcy.
Po uzyskaniu informacji czy donosu oskarżającego zarządcę, jego pan podjął natychmiastową decyzję o odebraniu mu stanowiska i nakazał rozliczenie się z zarządzanych dóbr, pozostawiając mu jednak pewien czas na sprawozdanie. Zarządca wiedział więc już, że u tego pana nie ma dla niego przyszłości, ale jeszcze miał władzę nad jego majątkiem; postanowił więc zrobić coś, by zapewnić sobie przychylność innych potencjalnych przyszłych pracodawców – dotychczasowych bogatych klientów swojego pana u których mógłby poszukiwać podobnej pracy a więc i jakiegoś dochodu na swoje utrzymanie. A chciał być nadal zarządcą, nie tylko dlatego, że znał się na tym dobrze, ale i z powodów praktycznych; był już zbyt słaby (stary) aby wykonywać ciężką pracę fizyczną jak kopanie rowów (co było typowe dla niewolników) a utrzymywanie się z żebractwa urażało jego dumę, godność nazbyt wybujałą dzięki obecnej pozycji, stanowisku „kierowniczemu”, nie-fizycznej pracy dającej mu pewną władzę i pozycję.
Wzywał więc po kolei dłużników swojego pana i oddawał im ich kwity dłużne – każąc wypisywać nowe, na dużo mniejsze ilości towarów jakie mieli zwrócić, jakie stanowiły ich zobowiązanie – prawdopodobnie bliższe tym rzeczywiście wcześniej od bogacza odebranym, pozbawione wyżej wspomnianej lichwiarskiej marży. Ocenia się, że w dwóch podanych przypadkach wartość tej obniżki była podobna, rządu 500 ówczesnych denarów, czyli sporo.
By zaskarbić sobie przychylność innych bogatych kupców będących dłużnikami swego pana, anulował więc marżę swojego pana, pozbawiając go zysku, lecz licząc na to, że zyska ich przychylność w przyszłości. W tym celu anulował kosztem swojego pana część ich należności, by zmuszeni panującym obyczajem do wdzięczności – przyjęli go do siebie, gdy straci obecne stanowisko. Musiało więc być jasne dla dłużników, że to zarządca zadecydował o tym umorzeniu i że to jemu mają być wdzięczni. Jeśli była to nielojalność zarządcy wobec jego pana, to trzeba przyznać, że zwolnienie zarządcy na podstawie donosów, pomówień i postawienie go przez to w rozpaczliwym położeniu także było ewidentną nielojalnością ze strony bogacza, czyli – wet za wet… Zarządca zyskiwał uznanie, wsławiając też i swego pana jako dobroczyńcę który to „pochwalił” (czyli uznał za słuszne z punktu widzenia zarządcy).
Dotychczasowy pan – pracodawca zarządcy – jak opowiada Jezus – nie ukarał go a raczej pochwalił jego spryt, uznał jego roztropność, umiejętność wybrnięcia z trudnej sytuacji, pomysłowość, uznał (z ukrywanym podziwem?) że ma on „dość oleju w głowie”, wiele zdrowego rozsądku, chłopskiego rozumu czy zmysłu praktycznego – słowem tego co Żydzi nazywają „sachel”. To bardzo podobnie jak gdy zwycięzca na polu walki nieraz odda szacunek pokonanemu przeciwnikowi za jego odwagę w boju, bohaterstwo, godną postawę przeciwnika – pomimo jego końcowej przegranej.
Jezus uznał za normalne, że ludzie „tego wieku” okazują dużo więcej roztropności w zjednywaniu sobie przyjaciół w podobnych sytuacjach niż „synowie światła” czyli ci co dążą do Królestwa Bożego.
Opowiedział on jednak uczniom tę historię w konkretnym celu dydaktycznym. Nie ma tu właściwie nic nowego; to kontynuacja wcześniej wypowiadanych pouczeń.
Co więc oznacza jego pouczenie?
Nie możecie być sługami jednocześnie i bogactwa i Boga, bo jeśli tak – to albo bardziej się zaangażujecie w interesy i zaniedbacie Boga, albo odwrotnie. Służenie Bogu wymaga postawy dokładnie przeciwnej jak zabieganie o majątek które uruchamia chciwość, egoizm, zachłanność. Nie da się tego pogodzić. Wy jesteście obecnie w podobnej sytuacji jak ów rządca, bo już wypowiedziano służbę i nadchodzi chwila zdania sprawy z waszej działalności (w życiu), z „zarządzania” tym co w swoim życiu otrzymaliście. Nie dbajcie jednak o przyjaciół dających wam zatrudnienie czy pieniądze, bo gdy czas pieniędzy przeminie – i wy i oni zostaniecie z niczym. Zaskarbiajcie sobie prawdziwych przyjaciół, wykorzystując sprytnie i roztropnie wszystko co macie, także i „światowe” bogactwo, nieuczciwą mamonę tego świata. A waszym prawdziwym przyjacielem może być tylko Bóg Ojciec, Jego Syn i aniołowie w Królestwie Bożym. Starajcie się zdobyć ich przychylność zawczasu, by was kiedyś przyjęli do wiecznego przybytku – Królestwa Bożego – gdy wszystko tu skończy się.
A jak to zrobić – już wam mówiłem; sprzedawajcie swoje dobra i rozdawajcie ubogim gromadząc sobie niezniszczalny skarb w Niebie. Miłujcie swoich bliźnich, przyjaciół i wrogów. Czyńcie wszystko co wam polecałem i nakazywałem jako wasz Pan i Nauczyciel. Zabiegajcie o przyjaciół wykonując to czego was nauczam, służcie Bogu poprzez wspomaganie najbiedniejszych, dzielenie się z radością z wszystkimi ubogimi, ułomnymi i chorymi. Wykażcie się podobną pomysłowością i energią w czynieniu dobra wokół siebie – co ów rządca w ratowaniu samego siebie, lecz wy będziecie usprawiedliwieni bo wybraliście rzeczywiste dobro, najlepszego Pana któremu służyć chcecie. Jeśli nie staniecie się godni zaufania w wykorzystywaniu choćby i nieuczciwej mamony tego świata do dobrych celów – któż wam powierzy niepomiernie większe obowiązki w przyszłym Bożym świecie. Jeśli nie okażecie się wierni pomagając w cudzym przedsięwzięciu, w realizacji planu mojego Ojca – któż wam powierzy zarządzanie tym co ma być kiedyś wasze? Kto teraz wierny będzie i w najdrobniejszym swoim obowiązku, przykazaniu – wierny będzie i w sprawach wielkich Królestwa Bożego, kto wierny będzie swemu panu w wykonywaniu jego woli – gdy stanie się samodzielny w zarządzaniu swoją własnością też będzie wierny zasadom. Dziś przechodzicie próbę.
Musicie roztropnie zabiegać o odpowiednich dla siebie przyjaciół, póki jeszcze macie czas na to i możliwości; tych przyjaciół od których będzie zależał wasz udział w Królestwie Bożym, w którym nie będzie już pracy ani pieniędzy.
Taka jak się wydaje jest prawdziwa, rzeczywista wymowa tej przypowieści. Jest ona zupełnie inna, niż pozornie w pierwszej chwili może się wydawać czytającemu, ale także inna niż osoby interesowne chciałyby to przedstawiać.
Jezus nie pochwalił sprytnego zarządcy. Wspomniał jedynie, że to jego pracodawca uznał jego spryt, roztropność w zapewnieniu sobie materialnej przyszłości, uczynienia z innych – sobie „wdzięcznych” – jego kosztem i to w taki sposób, że jemu, właścicielowi nie opłaca się za to zarządcy karać, ścigać.
Jezus nie upoważnił nikogo do domagania się „haraczu” od współbraci w kościele.
No i nie ma tu także polecenia, by cały swój majątek zanieść do kościoła i przekazać księdzu. Ani też do cerkwi, hramu, synagogi, meczetu… A niestety są tacy „roztropni” księża którzy z twierdzenia iż „nie może człowiek jednocześnie Bogu służyć i mamonie” wysnuli wniosek: oczywiście, dlatego wasza mamona musi służyć mnie, biskupowi, kardynałom i Papieżowi a wtedy my „załatwimy” wam miejsce w przyszłym królestwie…
Aktualne pozostają pouczenia skierowane do sumienia każdego z osobna, wielokrotnie powtarzane przez Pana; i w „Rozmowie Jezusa z młodzieńcem” i w porównaniu do „przejścia wielbłąda przez ucho igielne” i w wielu innych wypowiedziach.
Labels:
ewangelia,
interes,
interpretacje,
Jezus,
lojalność,
MAMONA,
Nauka,
niesprawiedliwość,
nieuczciwość,
pieniądze,
przezorność,
przypowieści,
sachel,
sprawiedliwość,
Św Łukasz,
uczciwość
Subskrybuj:
Posty (Atom)