W 2009 roku Ministerstwo Rozwoju Regionalnego zaproponowało nowy
instrument oddziaływania na sytuację na rynku pracy, w postaci tzw.
dodatków relokacyjnych oraz dodatku motywacyjnego.
Chodzi tu o działania
pomocnicze skierowane do osób tracących zatrudnienie z powodu trudnej
sytuacji pracodawcy.
Zostało to zaproponowane, jako element tzw. paktu antykryzysowego, ale
jest to także ewidentny element przeciwdziałania nadmiernym skutkom
bezrobocia, dlatego nie rozumiem, czemu akurat nie Ministerstwo Pracy i
Spraw Społecznych zajmowało się tą propozycją. Dlaczego sprawy
bezrobocia i pracy nie są w gestii Ministerstwa Pracy. Logiczna i godna
poparcia wydaje mi się zasada pewnej komasacji spraw w jednych ramach
prawnych czy organizacyjnych.
Zresztą wreszcie Minister Sprawiedliwości dostrzegł panujący tu bałagan
na przykład w odniesieniu do prawa pracy i ogromnej masy przepisów
wykonawczych, nawzajem sobie czasem zaprzeczających, rozbitych w
dziesiątkach różnych rozporządzeń. Konsekwencją tego ma być próba
uporządkowania tego galimatiasu, rewizji prawa wraz z włączeniem części
dotychczasowych przepisów wykonawczych do treści ustawy, uchyleniem
wielu przepisów, likwidacją lub uprawomocnieniem przepisów wykonawczych
wydanych bez ustawowego upoważnienia itd.
Mam nadzieję, że prawo pracy zyska tu na jednolitości, przejrzystości,
ograniczona zostanie ilość wyjątków oraz „wyjątków od wyjątków”, – co
jest dziś prawdziwą zmorą służb pracowniczych czy też kadrowców.
Wracając jednak do sprawy i pomijając problem, dlaczego to właśnie
Ministerstwo Rozwoju Regionalnego było tu zaangażowane – idea tych
instrumentów była następująca:
dodatek relokacyjny to pomoc finansowa dla osób
tracących właśnie zatrudnienie (będących w okresie wypowiedzenia) z
powodu trudności pracodawcy lub też takich, które już z tego powodu
(przyczyny związanej z kryzysem leżącej po stronie pracodawcy) zostały
zwolnione, ale od tego momentu nie upłynęło więcej niż sześć miesięcy.
Pomoc w wysokości nawet kilku tysięcy zł przeznaczona była jednak tylko
dla tych osób, które znalazły zatrudnienie w innej miejscowości,
odległej o więcej niż 50 km od dotychczasowego miejsca zamieszkania i
pracy. Przeznaczeniem tej pomocy było sfinansowanie relokacji
(przeprowadzki), koszty wynajmu mieszkania w nowej miejscowości
zatrudnienia itp. koszty pozostające bezpośrednio w związku ze
znalezieniem pracy w innej miejscowości. Inicjatywa świetna, na dodatek
finansowanie tej pomocy pochodziło w 85% z PO Kapitał Ludzki, czyli z
Europejskiego Funduszu Społecznego a tylko pozostałe 15% ze środków
krajowych. Podstawowa wysokość dodatku to sześciokrotność zasiłku dla
bezrobotnych, wypłacona jednorazowo.
Jak to jednak najczęściej bywa z dobrymi pomysłami w tym kraju,
realizacja okazała się dziwna. Po pierwsze – środki pomocowe nie były
tzw. pomocą bezpośrednią dla potrzebujących, to znaczy by można je było
przyznać w ramach PO KL w danym województwie musiała powstać instytucja,
która jako beneficjent zorganizowała odpowiedni projekt unijny, który
przeszedł całą procedurę zatwierdzania i otrzymał finansowanie,
następnie dopiero ów beneficjent mógł wdrożyć nabór bezrobotnych, jako
tzw. beneficjentów ostatecznych, przeprowadzić inne formy działania
wobec nich, takie jak doradztwo zawodowe, poradnictwo psychologiczne
itp. i dopiero uczestnikom takiego projektu przyznać wspomniany dodatek
relokacyjny. Oczywiście tylko tym, którzy się „wstrzelili” z niezależną
od nich a do pracodawcy utratą pracy w odpowiednim przedziale czasowym
oraz przed zakończeniem projektu znaleźli zatrudnienie w innej
miejscowości oraz zawarli umowę o pracę z działającym w niej pracodawcą.
To warunki niezmiernie trudne do spełnienia, na dodatek sam fakt
wdrożenia takiego projektu – zupełnie od bezrobotnych niezależny, pomimo
spełniania podanych kryteriów. Ale dla urzędników takie ograniczenie to
jeszcze za mało.
Na dodatek ustalono, że ta pomoc pomimo przyznania w zasadzie nie
powinna być przez bezrobotnego na nic wydana, gdyż jest ona zwrotna,
jeśli w ciągu trzech początkowych miesięcy pracy nastąpi rozwiązanie
umowy o pracę. A to – dzięki działaniu Art. 32 Kodeksu Pracy – tylko
częściowo zależy od tego pracownika; pracodawca ma prawo rozwiązać z
tylko sobie znanych powodów umowę o pracę na okres próbny bez obowiązku
tłumaczenia się ze swoich motywów, z zachowaniem krótkiego okresu
wypowiedzenia.
Jakby jeszcze tego było mało, dodatek ten przysługiwał jedynie osobom,
które u nowego pracodawcy (w innej miejscowości) otrzymały stawkę
wynagrodzenia niższą niż u poprzedniego pracodawcy, u którego straciły
zatrudnienie ze względu na kryzys. Co więcej – dodatek ten podlegał
opodatkowaniu, jako składnik przychodu osoby fizycznej.
Żeby było zabawniej – dodatek ten jest alternatywny dla zasiłku dla
bezrobotnych i innych form wsparcia bezrobotnych z Funduszu Pracy. W
takich okolicznościach ilość udanych migracji zarobkowych osób
bezrobotnych była niewielka i stale spadała. Obecnie prawdopodobnie brak
jest tego typu projektów ubiegających się o dofinansowanie unijne.
Dodatek szkoleniowy także w założeniu był formą walki ze skutkami kryzysu i także z założenia miał ograniczyć bezrobocie. Był dofinansowaniem dla pracodawców,
którzy znaleźli się w trudnej sytuacji, ale zdecydowali się
przekwalifikować zatrudnianych pracowników zamiast ich zwalniać. Trafiał
on pośrednio poniekąd do pracownika w postaci wiedzy; nieodpłatnych
szkoleń gwarantujących możliwość pozostania w stanie zatrudnienia na
innym stanowisku niż dotychczas, może także przy okazji zwiększających
jego mobilność zawodową.
Jak można się domyślać, ilość takich przypadków była znikoma…
Tak więc były działania, ale nic nie dały lub dały niewiele. Za to –
był „ruch w interesie”, był „przepływ pieniądza” – więc ktoś zarobił.
Czy taka potworna nieskuteczność, pozorność – może być przypadkowa?
Pisałem już wcześniej o znanym mi z obserwacji problemie ze
skutecznością działań na rzecz bezrobotnych, czyli sensownością
wydawania środków pomocowych przeznaczonych docelowo dla bezrobotnych.
Oczywiście „dla” w sensie skutku niematerialnego.
Odnosiłem wrażenie, że działań finansowanych ze środków unijnych poprzez
instytucje nadzorujące i beneficjentów nie można traktować inaczej, jak
„nakręcania interesu” czy „otwierania nowego pola biznesowego” na
korzyść osób w to zaangażowanych (ale nie po stronie bezrobotnych), ale
tak – by w znaczący sposób nie zmniejszyły stanu bezrobocia a więc nie
psuły interesu na przyszłość. Można to też nazwać „programową
nieskutecznością” – opierającą się na tym, że wszelkie działania
prowadzone były jedynie na osobie bezrobotnej, która po ich zakończeniu
nieodmiennie i bez żadnej już pomocy zderzała się z „murem” odmowy
zatrudnienia, nie mając najczęściej nawet najmniejszej szansy na
zastosowanie w pracy, czy choćby wykazanie przed potencjalnym pracodawcą
wiedzy zdobytej dzięki odbytym szkoleniom finansowanym z funduszy
unijnych, dlatego nawet po kilku takich szkoleniach nadal pozostawała
bezrobotna.
Szczególnie dotyczy to osób bezrobotnych w wieku zwanym „50 plus”, –
które niezależnie od ilości kursów czy posiadanej wiedzy i doświadczenia
– nie uzyskały zatrudnienia właśnie prawdopodobnie ze względu na wiek.
Piszę tu bezradnie – „prawdopodobnie” gdyż nie wiadomo dotychczas, z
jakiego powodu osoby z tej grupy wiekowej są „programowo”
niezatrudniane, a nieliczne podawane tu i tam uzasadnienia są ewidentnie
fikcyjne. Żaden pracodawca nie musi wyjaśniać powodów niezatrudnienia
kogokolwiek a to akurat przypadkowo ogromnie ogranicza skuteczność
działań przeciwdziałających bezrobociu; skoro nie jest znana przyczyna
to nie można jej usunąć, kandydat do pracy nie ma szans na doskonalenie
swojego wizerunku w oczach pracodawców: czyżby o to właśnie komuś
chodziło? Organizatorzy natomiast, wykładowcy, psycholodzy, trenerzy,
doradcy zawodowi – działający w takich szkoleniach zawsze „na własny
rachunek”, – czyli praktycznie najczęściej na jednorazowe umowy o dzieło
– zawsze uzyskiwali właściwy i gwarantowany skutek finansowy w postaci
własnego dochodu, powiększonego jeszcze o możliwość wyłączenia z
podstawy opodatkowania 50% kwoty przychodu – jako kosztów nabycia.
Otóż sprawa wyżej opisanych działań Ministerstwa Rozwoju Regionalnego
a zwłaszcza sposobu praktycznej realizacji tych pomysłów jest moim
zdaniem kolejnym dowodem na prawdziwość tych wcześniejszych wniosków:
chodzi o to, by pomoc oficjalnie była, ale w praktyce nie pomagała,
dokładniej – by jednostki mogły na tym zarobić, ale bez efektu istotnego
zmniejszenia bezrobocia.
Bezrobocie być może po prostu musi być i wynika z założeń politycznych, ideowych a nie z „kryzysu”, trudności gospodarczych itp.
Sprawia to wrażenie, że ktoś wpadł na szatański pomysł
„złamania” w ten sposób nie tylko godności, ale i niezależności czy
samorządności pracowniczej, stworzenia masy zastraszonych niewolników
gotowych na przyjęcie każdej pracy za jakimkolwiek wynagrodzeniem, byle
tylko móc przetrwać wraz z rodziną ten czas „kryzysu” – będący de facto
czasem „budowania fortun kapitalistycznych” na bezwzględnym wyzysku,
minimalizacji kosztów a maksymalizacji własnego zysku przedsiębiorcy,
nie licząc się ze skutkami społecznymi i jednostkowymi. Przy okazji –
okazja do fizycznej likwidacji jednostek najsłabszych, najmniej
samodzielnych – kandydatów do pomocy społecznej.
Brzmi to istotnie okropnie neonazistowsko, cuchnie hitleryzmem…
To oczywiście tylko moje przypuszczenie oparte na własnych
obserwacjach i doświadczeniach, piszę to w formie pewnej prowokacji
intelektualnej – oraz liczę na to, że ktoś przedstawi wkrótce inne
logiczne i prawdziwe wyjaśnienie, gdyż jeśli nie – wydaje się to
niezwykle poważnym zarzutem.
Zarzutem politycznym i kryminalnym na poziomie Trybunału Stanu i Sądu Najwyższego.